Nosferatu, to ty?

Hanno cambiato faccia/ Zmiana oblicza (1971)

Szeregowy pracownik korporacji Nosferatu, Alberto Valle zostaje zaproszony przez swojego szefa, inżyniera Giovanniego Nosferatu do jego domu, willi położonej na kompletnym odludziu. Po drodze mężczyzna napotyka roznegliżowaną autostopowiczkę Laurę, która towarzyszy mu w dalszej podróży, cały czas starając się odwieźć go od pomysłu przyjęcia gościny inżyniera. Mimo tego Alberto wkrótce przekracza próg willi swojego chlebodawcy. Jest pod ogromnym wrażeniem zarówno samego domu jak i jego właściciela.

Klasyka miewa ciężko los. Każdy ją zna, przynajmniej w teoretycznych założeniach i każdy robi z nią co chce. Doczekaliśmy się nieskończenie wielu wariacji na temat takich utworów jak „Frankenstein„, czy „Dracula„. Są to bowiem szlagierowe tytuły. Niektóre są bardziej, inne mniej, udane. „Zmiana oblicza”, która wzięła na warsztat „Draculę” Brama Stockera wprowadziła mnie w osłupienie.

Większość z Was zmierzyła się już chyba, z nowym serialowym Draculą od Netflixa. Ja odpadłam po trzech odcinkach, nie chcąc wiedzieć jak dalej będzie przebiegać ta profanacja zwłok. Sięgając po „Zmianę oblicza”, w krótkim czasie po moim spotkaniu z Netflixowym „Draculą” nie miałam świadomości, że sięgam po kolejną wariację na jego temat. Wariację, która dla odmiany bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła.

Tak popadłam w przedziwną konsternację widząc to przedziwne połączenie horroru gotyckiego z satyrą społeczną. Nie jest to znowuż pomysł taki ‚od radajca’, bo czasem mi się zdaje, że to właśnie horror wampiryczny jako pierwszy wysunął oskarżycielski palec w postawę konsumpcjonizmu.

Nie mniej jednak jak dotąd nie spotkałam się z tak dobitnym i symbiotycznym podejściem do obydwu zagadnień. Włoski Dracula, nie jest szlachcicem a przedsiębiorcą, korporacyjnym guru, który sprzedaje wszystko i każdemu. To jak bezgraniczny jest jego apetyt momentami ociera się o groteskę. Reklamy rodzinnego pakietu LSD dostępnego w sieci marketów Nosferatu chyba już nigdy nie zapomnę o_O

Klimat filmu jest nie mniej dziwaczny niż jego treść. Z jednej strony mamy do czynienia z niewątpliwą elegancją, zachęcającym szykiem odzwierciedlonym zarówno w postawie naszego inżyniera Nosferatu jak i we wnętrzu jego willi, robiącej przecież za zamek Draculi. Z drugiej strony w tym jasnym obliczu, wręcz wylizanych gładkościach  kryje się jakiś podstępny brud i ciemność.

Wszechobecna technologia, nieustannie deklamowane reklamy stanowią tu nowy rodzaj wampirzej hipnozy, nowy mesmeryzm, któremu poddawany jest bohater, Alberto. W miarę jak postępuje akcja jest coraz dziwniej i dziwniej. Bohater jest w pułapce, nie inaczej niż było to w oryginalnej historii.

O tak. Ten film to prawdziwa gratka i nie wiem jak wytłumaczyć sobie fakt, że nie zaskarbił sobie popularności.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

To coś:8

76/100

W skali brutalności: 1/10

Duchy wiktoriańskich świąt

Wigilia pełna duchów. Zbiór opowiadań

– M.R. James, Arthur Conan Doyle, F. Marion Crawford, Elizabeth Gaskell, Edith Warton, Mrs. J.H. Riddell, Adrew Haggard, G. B. Burgin, Emily Arnold, Isabella F. Romer

Wszystko zaczęło się od Charlesa Dickensa i jego „Opowieści wigilijnej”. Być może jej wartość edukacyjna obecnie przysłania jej czysto rozrywkowe walory jak dreszczyk grozy, ale można powiedzieć, że ta historia rozbudziła apetyt wiktoriańskiego społeczeństwa na krótkie ghost story i od tamtej pory podobne utwory były publikowane w czasopismach właśnie w okresie świąt.

Wydawnictwo Zysk i s-ka postanowiło wybrać dwanaście spośród najpopularniejszych około świątecznych ghost story tamtych czasów i wydać je na polski rynek. Nie wszystkie z nich to opowiadania napisane w XIX wieku, część z nich to utwory młodsze siegające pierwszej połowy XX wieku. Nazwiska niektórych twórców powinny być Wam zdecydowanie znane, jak chociażby Arthur Conan Doyle, ‚ojciec’ detektywa Holmes’a.

Wyobraźcie sobie ten klimacik. Świąteczny wieczór w gronie rodziny i dwudziestki najbliższych przyjaciół, dobre jedzenie i napitek, migotanie świec, wszyscy zbierają się w salonie, odpalają cygara i wyczekują tegorocznej opowieści o duchach. Tak było. Kiedy będziecie sięgać po tę książkę wyobraźcie sobie taka otoczkę.

Sama nie miałam okazji zafundować sobie świątecznej oprawy przy czytaniu. Patronat miał pierwszeństwo i „Wigilię pełną duchów” przeczytałam na długo po świętach, nie mniej jednak nie mogę powiedzieć, bym nie odczuła nastroju jaki z niej bije.

Klimat tych historii to najmocniejsza strona tej publikacji. Co do treści, to jak to bywa w zbiorach: są utwory słabsze, średnie i czarne konie tego wyścigu. A więc, po kolei:

Pierwsze opowiadanie „Dom pod włoskim Orzechem” z 1882 roku to historia, oczywiście, starego domostwa, w którym straszy. Już wspominałam, że w ghost story najbardziej lubię pierwiastek smutku. No bo czym są opowieści o duchach jak nie opowieściami o śmierci? Tęsknocie jaką pozostawia. W przypadku „Domu pod Orzechem” jest to tęsknota małego chłopca. Moja ocena: 7/10

Drugie opowiadanie, „Duch Panny Młodej” (1986) było natomiast… dziwne. Opisywało dziwną przypadłość na którą cierpiała wybranka serca narratora opowieści. Kobieta swoją powłokę cielesną dzieliła z duchem, czy też demonem, albo cierpiała na osobowość wieloraką. W każdym razie trzydziestostronicowe miłosne westchnienia nie szczególnie mnie wzruszyły, ale doceniam pomysł, ostatecznie doczekał się on wielu naśladowców w kulturze grozy. Moja ocena: 5/10

Niewątpliwie najsłabszym opowiadaniem, choć jednocześnie najbardziej oryginalnym była „Modlitwa Sir Hugona”. Jej bohaterami jest para duchów, tytułowy Sir Hugon i jego żona. Duchy obserwując zaloty dwóch młodzieńców skierowanych do jednej dziewczyny przekomarzają się coraz silniej angażując się w obserwowane widowisko. Obraz zalotów przyjmuje coraz bzdurniejszą postać – rowerowe wyścigi i te spray. To mogła być doprawdy ciekawa perspektywa, ale kompletnie nieudolnie przedstawiona. Czyta się to ciężko. Moja ocena: 3/10.

„Opowieść starej piastunki” z 1852 to już zdecydowanie moje klimaty. Narracja przedstawiona z punktu widzenia sędziwej niani, która opowiada swoim podopiecznym historię z życia ich matki, którą to miała okazje zajmować się jako młoda dziewczyna. Historia po kobiecemu sentymentalna, przepełniona uczuciem do opisywanego dziecka, ale posiadająca bardzo wymowny pierwiastek grozy. Groza zogniskowana jest w starej rezydencji do której trafia niania wraz ze swoją podopieczną po śmierci jej rodziców. Rezydencja jest cokolwiek dziwna i porządnie daje w kość każdemu kto przekroczy próg. Duchy jednak mają powody by interesować się jej mieszkańcami. Jest to może nie szczególnie wymyślna ghost story, ale ma kopa. Klimacik jak w Kobiecie w czerni„. Baardzo fajna rzecz. Moja ocena: 7+/10

Dalej mamy trzy opowiadania tego samego autora. Tak się złożyło, że ich kolejność zazębia się też z ich jakością w mojej ocenie. Zaczynamy od „Ducha  lalki” z 1896 roku. Jest to historia mężczyzny trudniącego się naprawianiem lalek, który bardzo osobiście angażuje się w wykonywaną pracę. Jak się okazuje na kartach opowiadania, lalki potrafią mu się odwdzięczyć, dzieje się tak bowiem gdy życie jego córki jest zagrożone a lalka imieniem Nina przychodzi z nieoczekiwaną pomocą. „Duch lalki”  jest sprawnie napisany, pomysł przyjemny, element grozy jest. Moja ocena:6/10

„Wrzeszcząca czaszka” z 1911 roku, najmłodsze z opowiadań zbioru, otwiera grono moich faworytów. Jego fabułą łączy w sobie cechy opowieści kryminalnej, nastrojowego horroru, psychoanalitycznej rozprawy i ghost story oczywiście. Opowiadanie przyjmuje formę dialogu, a raczej monologu. Jest swego rodzaju zapisem wypowiedzi jaką narrator kieruje do swojego rozmówcy w czasie wieczornego spotkania. Odpowiedzi towarzysza nie są tu umieszczone, ale możemy się domyślać jego reakcji na słowa przyjaciela, ba, w to miejsce możemy wstawić nasze własne odpowiedzi. O czym jest? A przeczytajcie tytuł raz jeszcze. No, właśnie, o wrzeszczącej czaszce. Moja ocena: 8/10

Im dalej tym lepiej. Właśnie dlatego, przez drugą połowę książki przeszłam jak burza. Ostatnie opowiadanie z pośród trzech przypisanych temu samemu autorowi. „Górna koja” przenosi nas na morze. Narrator i bohater opowieści opowiada o podróży liniowcem ‚Kamczatka’. Swojej ostatniej podróży nią. Nie, nie umarł, ale było blisko. Na pokładzie feralnego statku natrafił bowiem na nawiedzoną koję i jej wyjątkowo upierdliwego lokatora. Historia trzyma w napięciu, jest ciekawa i pomysłowa jednocześnie. Klimat super. Moja ocena: 8+/10

Zostajemy na morzu, ale liniowiec zmieniamy na statek wielorybniczy w „Gwieździe polarnej”. Klimat jak „Terroru”, więc fani tego dzieła Simmonsa są już pewnie żywo zainteresowani. Z opowiadania bije arktyczny chłód i agorafobiczny obłęd. Jest groza i jest smutek. Bardzo ciekawy bohater pierwszoplanowy. Mój faworyt? No prawie:) Moja ocena: 9/10

Moim faworytem jest „Później” sama nie wiem czemu. Na moją wyobraźnie jakoś szczególnie mocno podziałała wizja ducha przybywającego w biały dzień do domu bohaterów opowiadania. Podobała mi się też przewrotność tej historii. Skąd mamy wiedzieć, że duch jest duchem? Myślę, że to opowiadanie byłoby świetnym materiałem na scenariusz filmowego horroru. Moja ocena:9+/10

„Jesion” to gratka dla wielbicieli wątków czarnej magii i czarownic, może do tej grupy za koniecznie nie należę, ale spodobało mi się. Duży plus za finał z przytupem. Moja ocena:7/10

„Duch skarbca” jeśli mam być brutalnie szczera wypada nędznie. Może dlatego, że przypadło mi go czytać zaraz po czołówce zbioru. Historia ducha, która pomaga spłacić długi i tym samym dać szansę na połączenie się parze bohaterów. Narratorka mi nie podeszła, jej opowieść pozbawiona była charyzmy. Moja ocena: 5/10

„Nekromanta – duch a czarna magia” ostatnie i jednocześnie najstarsze opowiadanie, bo z roku 1842, to znowu wątek miłosny, nie tak jednak cacany jak u poprzednika. Mamy tu bowiem tajemnicze zginięcie, wizję śmierci i intrygę. Jest nieźle. Moja ocena: 6/10

Jako całość: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

 

Wściekłość jest kobietą

Rabid/ Wściekłość (2019)

Rose pracownica domu mody i aspirująca projektantka doznaje upokorzenia na firmowej imprezie. Wybiega z niej i ulega wypadkowi na motorze. Uszkodzenia ciała są duże, szczególnie ucierpiała na tym twarz kobiety. Jej przyjaciółka zabiega jednak o to by Rose odzyskała dawne życie. Wkrótce okaleczona kobieta udaje się na zabieg do kliniki gdzie zostaje poddana eksperymentalnemu przeszczepowi tkanki skóry.Efekt jest fenomenalny. Rose czuje się i wygląda jeszcze lepiej niż przed wypadkiem. Sęk w tym, że zmiana, która w niej zaszła ma też swój minus. Jest nim głód krwi.

Zasiadając do seansu z filmem kanadyjskich siostrzyczek Soska w ogóle nie załapałam, że będę mieć do czynienia z remake filmu Cronenberga. Sam pomysł poprawiania Cronenberga wydaje mi się na tyle absurdalny, że nie przeszło mi przez myśl, że ktoś się na to poważy. Może to zemsta za „Muchę”;)

Gdybym nie znała oryginalnej „Wściekłości” z 1977 roku pewnie przeszłabym przez ten seans z zadowoleniem, ale ślad pamięciowy był za silny i nie potrafię ocenić tego filmu nie porównując go z wersją Cronenberga. Siostry Soska, którym przypadła w udziale realizacja projektu zadeklarowały, że ukażą w nim kobiecą perspektywę. No cóż, bohaterką obydwu wersji wściekłości jest kobieta. Z tym, że w pierwszym filmie jest oprawcą, swego rodzaju modliszką, która wykorzystuje własną atrakcyjność do siania zniszczenia u płci przeciwnej. Kieruje się instynktem. W wersji reżyserek „American Mary” Rose jest bardziej wielowymiarowa. Jej ewolucja od szarej myszy do wampa ma wymiar bardziej psychologiczny, niż… epidemiologiczny;) Zdecydowanie nowa Rose ma więcej do powiedzenia, ale czy podobało mi się to co mówi? 

Z pewnością znacznej części publiki się to spodoba. Horror feministyczny ma się bowiem coraz lepiej, ale ja w tym przypadku stawiam jednak na walory czysto horrorwe, a o te moim zdaniem Cronenberg zadbał lepiej. Już sama scena wypadku, od którego wszystko się zaczyna: u Cronenberga miazga, tu… migawka. Zabrakło mi też klimatu miasta, z którego bił brud i niewysłowione niebezpieczeństwo. Scena w metrze nie znalazła moim zdaniem godnego zastępstwa.

Nie można powiedzieć, by charakteryzacja w remake była kiepska- twarz Rose wygląda makabrycznie, ale centrum grozy zogniskowane w pachwinie już nie robi takiego wrażenia. Tam było żądło, nader często eksponowane, tu stawiamy na ugryzienia i w końcu peniso-macki, że tak to nazwę. Nie wiem, wszytko co do joty w oryginale trafiło do mnie bardziej. Wolałam nawet milczącą Rose niż nowo wygenerowanego wampa. Kobieca perspektywa? Dopiero po odjechanej operacji plastycznej można zyskać pewność siebie i swoiste girl power? Nie jest to moja perspektywa;)

Obejrzałam, obadałam. Nie będę Wam seansu odradzać, bo nie jest to film kiepski. techniczne, aktorsko, nawet scenariuszowo ma coś do zaoferowania. Sęk w tym, że przesłanie mnie nie urzekło, a miało być ono główną zaletą i tak naprawdę przyczyną powstania remake.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Dokąd mam uciec od samego siebie?

Seconds/ Twarze na sprzedaż (1966)

Pewnego wieczoru Arthur Hamilton obiera telefon od przyjaciela jeszcze z czasów studenckich. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że Charlie został uznany za zmarłego. Teraz Arthur rozmawia z nim przez telefon otrzymując niejasne instrukcje jakoby koniecznie musiał zgłosić się do enigmatycznej Firmy  podając się za niejakiego Tony’ego Wilsona. Ma mu to pomóc w rozpoczęciu nowego życia, życia o jakim nawet nie odważył się marzyć.

Jak powiedział Ben Franklin: Większość ludzi umiera w wieku 25 lat, ale z pogrzebem czekają do siedemdziesiątki”. Podręcznikowym przykładem jest tu bohater filmu Johna Frankenheimera.  Arthur Hamilton trwa w życiowej poczekalni. Niby ma wszytko co powinien mieć mężczyzna w jego wieku aby móc nazwać siebie spełnionym, ale czuje pustkę. Tak naprawdę nie chciał żadnej rzeczy na jakiej obecnie koncentruje się jego życie. Ale co może na to poradzić? Teraz?

Gdy Arthur trafia do firmy rozciąga się przed nim wspaniała wizja nowego życia. Otrzyma nową tożsamość, nową twarz, nowy dom, nową historię. Z nudnego, siwiejącego bankiera ma stać się artystą i playboyem z Malibu. Gdy mężczyzna zaczyna wzbraniać się przed tą kuszącą perspektywą (pytanie, czemu?) firma posuwa się do szantażu. Artur kładzie się na stole operacyjnym i budzi jako nowy człowiek. Jego śmierć zostaje sfingowana przy pomocy anonimowy zwłok. Kim są ludzie, którym ktoś kradnie twarze? Nad tym Arthur się nie zastanawia.

Film Frankenheimera jest swego rodzaju filmem proroczym. Jego twórcy opowiadają o ludziach, którzy chcą zacząć od nowa, a receptą na to mają być operacje plastyczne i zmyślona tożsamość. Coś Wam świta?;)

Cała groza sytuacji opiera się na tym, że ryzykowna i psychicznie wyczerpująca próba podjęcia nowego życia nic Arthurowi nie daje. jako Tony jest tak samo pusty. Miota się, chce uciec, popada w skrajne stany emocjonalne. Wraca do domu, by porozmawiać z żoną. Poznać samego siebie widzianego jej oczami, znaleźć źródło pustki. Bohater popada w przygnębienie gdy dociera do niego, że nikt nie jest winien jego życiowej porażki, jego smutku i tęsknoty. Winny jest on sam. Co też może zrobić? Arthur obsesyjnie domaga się kolejnej szansy, kolejnych operacji, kolejnej zmiany. Znowu wraca do firmy.

Tak, firma i sceny z nią związane są bez wątpienia najmocniej nacechowane grozą. To właśnie wtedy widz ma okazje najmocniej zbliżyć się do bohatera, przyjrzeć mu się naprawdę z bliska. Dużą zasługą są tu podjęte działania operatorskie. We współczesnym kinie ciężko jest znaleźć kogoś kto z taką skutecznością potrafi wzmocnić emocjonalne wrażenia bohatera tylko za pomocą ujęć. James Wong Howe dokładnie pokazuje nam gdzie mamy patrzeć. Przykuwa do ekranu, robi z nami co chce i kręci widzem jak dziecko balonikiem na zakręcie. Nie sposób wyrwać się z tej opresji.

Jest jeszcze muzyka. Drażniące nerwy dźwięki wprost od samego antychrysta. Tak, To dzieło Goldsmitha.

„Twarze na sprzedaż” w swoich czasach nie doczekały się takich pochwał, by w pewnym momencie stać się klasyką, a jednak są nią obecnie. Jakim sposobem? Myślę, że tak właśnie dzieje się z filmami, które wyprzedzają swoją epokę. Musicie obejrzeć, koniecznie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność: 9

To coś:8

75/100

W skali brutalności: 1/10

Śmierć z aplikacji

Coundtown (2019)

Quinn Hariss  kończy staż i zaczyna pracę jako pielęgniarka. Jednym z jej pacjentów jest młody chłopak przekonany o tym, że nie przeżyje zbliżającej się operacji. Jako niepodważalne źródło tej informacji wskazuje telefoniczną aplikację, Coundtown, po której zainstalowaniu każdy może dowiedzieć się ile życia mu zostało.

Quinn postanawia przetestować apkę na sobie i wkrótce  dowiaduje się, że zostały jej trzy dni życia. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że kolejne osoby giną zgodnie z wyliczeniami Coundtown. Quinn jednoczy siły z Mattem by oszukać swoje przeznaczenie.

Przyznam szczerze, że wcale nie miałam ochoty na ten film. Już od czasu „Dead of summer” mam jakąś alergię Elizabeth Lail, a jej kreacja Beck w kolejnym serialu, „Ty” tylko ten wstręt pogłębiła. Tak, jej aktorstwo to wciąż te same nuty, a rumiane policzki pensjonarki w moim przypadku działają jak płachta na byka. No, dobra, nie tylko o nią mi chodziło.

Wszelkie zapowiedzi „Coundtown” jednoznacznie wskazywały, że będę się nudzić w czasie seansu, że będę obcować z ogranymi motywami i nie ma tu cienia nadziei na atrakcje niż te serwowane w standardowym teen horrorze. Tak, wiem, Słodka Quinni nastolatką nie jest, ale jej zachowanie jakoś szczególnie nie odbiega od tego co zwykły wyczyniać nastoletnie bohaterki horrorów. Nowa aplikacja? Must have! Do tego dochodzi wydumane poczucie winy po tragicznej śmierci matki rodzicielki i masochistyczne zapędy mające dać ukojenie sumieniu.

Horrorowi protagoniści bardzo często są niczym więcej jak mięsem armatnim i można by sobie darować wyśrubowane wymagania dotyczące warstwy dramatycznej, ale coś za coś. Wątek przewodni, czyli potyczka z przeznaczeniem manifestującym się przy pomocy apki nie wypełniła ‘czasu antenowego’. Iluż to już bohaterów bezskutecznie uciekało przed wizją własnej śmierci? O czasu sukcesu pierwszej części „Oszukać przeznaczenie” ktoś wciąż próbuje wymiksować się z walca dance macabre i tak naprawdę widzieliśmy w tym temacie już wszystko.

Okej, może być wtórnie, ale nadal atrakcyjnie. Ale nie w przypadku „Coundtown”. Twórca, scenarzysta i reżyser w jednej osobie nie podjął wysiłku by choć spróbować wystraszyć. Pod tym względem jest lajtowo nawet jak na teen horror, choć urodzaj scen w założeniu strasznych jest spory. No, ale z czym tu do ludzi? Niewidzialne moce, plastikowe kadry, komputerowa maszkara, która tak na dobrą sprawę nie wiadomo czym jest?

Demaskując tajemnice aplikacji postawiono na wstawkę komediową, raz w osobie speca od komputerów, dwa w postaci księdza demonologa. Tak, jakby na wypadek, że ktoś mógłby poczuć grozę sytuacji, dowiadując się jak podstępna aplikacja działa.Akcentem humorystycznym i nie powiem dość udanym jest też wątek umowy, którą należało przeczytać przed zainstalowoaniem aplikacji. Ale kto czyta umowy?;)

Dalej mamy rytuały odprawiane na gwieździe Dawida o_O i melodramatyczny finał, w którym nasza bohaterka wreszcie doczekuje się upragnionego katharsis. Tyle.

W ramach ciekawostki powiem Wam, że tytułowa aplikacja faktycznie istnieje. Czy komuś przepowiedziała śmierć, nie wiem;) Pamiętacie może stronę internetową zegar śmierci? Ta… odliczało się zgon za dzieciaka. Zegar śmierci był o tyle lepszy, że podawał jeszcze możliwe przyczyny zgonu.

Podsumowując, jak dla mnie film, zbędny. Kto chce zerknąć jego wola, ale jak na mój gust strata baterii.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Nasza apokalipsa

Ostatni – Hanna Jameson

U progu zimy do położonego w Szwajcarii hotelu zjeżdżają goście. Wśród nich jest amerykański historyk John Keller. Nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że w tej chwili znany im świat znika. Wojna nuklearna zabija miliardy ludzi, a grupa hotelowych gości i obsługi być może są ostatnimi ocalałymi.

Zebrani budują swój mały odizolowany świat od podstaw jednocześnie dbając o przeszłość skrzętnie spisywaną w kronikach historyka. Wtedy w zbiorniku wodnym na dachu budynku odkrywają zwłoki dziewczynki.

Przyznaje się bez bicia, że do lektury „Ostatniego” przyciągnęły mnie rozliczne zapewnienia o klimacie książki mającym być zbliżonym do „Lśnienia”. Nie czytałam poprzednich powieści autorki, ale też nie ma co się temu dziwić, bo dopiero za sprawą „Ostatniego” o Hannie Jameson usłyszał cały literacki świat.

Zupełnie nie pociągała mnie natomiast kwestia motywu przewodniego, nie inaczej jak kolejnej wizji post apokaliptycznego świata. Już od czasów zimnej wojny jest to motyw spopularyzowany na tyle, że ciężko jest w tym temacie o jakieś novum. Sama żywię gorącą nadzieję, że jeśli do owej apokalipsy dojdzie znajdę się w grupie szczęśliwców, którym nie przypadnie w udziale oglądanie świata już po niej;) Po lekturze książki „Ostatni” tylko się w tych życzeniach utwierdzam.

Hanna Jensen w swojej powieści zadbała o to by porządnie nastraszyć każdego oponenta teorii spiskowych. Może nie znajdziecie tu wielu elementów horroru sci-fi jako takiego, jednak nie powiem by nie było strasznie. Brak słońca, szarość, zmiana klimatu i wreszcie bardzo ludzkie, typowe dla naszego gatunku problemy. Tak, być może nie mamy tu nic nowego, a mimo to  autorce nie może odmówić entuzjazmu neofity.

Główną siłą napędową tej historii są emocje jakie wzbudza w czytelniku. U mnie dominowała złość, ale przygnębienie solidnie walczyło o palmę pierwszeństwa. Nie mogło też obyć się bez potknięcia o psychologie, a gdzie psychologia tam zwykle znamiona obłędu. Nasz bohater- narrator mocno fiksuje się wokół tematu śmierci dziewczynki. W pewnym momentach miałam wręcz wrażenie, że dąży on do udowodnienia, że za całe zło jakie spadło na świat odpowiada ta sama osoba, która bez skrupułów zabiła dziecko. Tak, to my wszyscy ją zabiliśmy. Mamy więc pełen rozstrzał dociekań od kwestii politycznych do filozoficznych – jest ciekawie. Z uwagi na brak jednego konkretnego gatunku, do którego zdecydowanie można by przypisać powieść ma ona szansę znaleźć szerokie grono zadowolonych czytelników.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy

Monument (2018)

Grupa młodych ludzi ma odbywać praktyki studenckie w hotelu. Zaprawieni już w drodze, na miejsce przybywają w doskonałych humorach. Te jednak szybko psuje menadżerka hotelu, która od progu uświadamia ich jak ciężka harówka ich czeka. Studenci wykonują swoją pracę, w tym niedorzeczne obowiązki, których celu nie rozumieją. Wydaje się, że stopniowo tracą przy tym rozum i kontakt z rzeczywistością.

Tak, tak, Moi Drodzy, polski film. Mało tego „Monument” to film dyplomowy studentów łódzkiej filmówki. I horror. A przynajmniej coś w podobie;) Polecali mi go już czytelnicy bloga, co przywraca mi wiarę w to, że nie jestem ostatnią, która daje szansę polskiej grozie.

Gdy tylko … ‚wypłynął’ – you know what I meen😉 – od razu musiałam go obadać. Obadałam. Diagnoza? Zajebistostość.

Przez 99% czasu trwania mojego seansu z nim nie miałam bladego pojęcia o co w nim chodzi. Czułam się jak głup, co nie wie co poeta miał na myśli a przecież powinien, bo przecież wiersze czyta.

Oglądałam więc angażując wszystkie komórki mózgowe, ale moje starania nie poszły na marne, bo finał tej historii wyjaśnia już wszystko. Tym, którym nadal mają wątpliwości zaprezentuję moją interpretacje w spoilerze, ale teraz nie czas na to.

Groza w filmie „Monument” ma wymiar metafizyczny, choć fabularne kontury – niejasne póki nie zobaczycie finału – mogą na to nie wskazywać. Mnie ten obraz skojarzył się  „Karnawałem dusz”, choć tam jest zdecydowanie mniej przyziemności, z którą styka się „Monument”.

Z początku jest całkiem zwyczajnie. Grupa rozbawionych studentów wpada w łapska menadżerki esesmanki, która traktuje ich jak osadzonych  a nie praktykujących hotelarską sztukę. Młodzi są wyczerpani, wkurwieni i wykorzystują nieliczne okazję swobody by zrzucić więzienne uniformy.

Sceny z całkiem normalnych czynności i luźnych rozmów z czasem zaczynają przeplatać się z coraz większą porcją nonsensów, które każą podważyć rzeczywistość świata przedstawionego.

W końcu mamy jeden wielki odlot i siedem grzechów głównych. Nasi bohaterowie zachowują się jak spuszczeni ze smyczy, a każdy z nich praktykuje własnego zajoba. Anemiczna cukrzyczka karmi po piwnicach szczury, dwóch kumpli zmienia barwy narodowe na tęczę, a ostrzyżona na pazia kujonka… Ano właśnie… W tym całym szaleństwie największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie scena rozmowy owej studentki z menadżerką.

Technicznie film wypada… no, nieźle. Nie czepiam się, podobała mi się kolorystyka zdjęć, a trochę niechlujne prowadzenie kamery odnotowałam na plus jako punkt na rzecz naturalizmu.

A teraz, o co w tym wszystkim chodziło? w przedmowie do filmu słyszymy, małe ostrzeżenie. Sprawiło ono, że nie spodziewałam się takie w gruncie rzeczy prostego wyjaśnienia.

SPOILER: Hotel jest czymś w rodzaju miejsca przejściowego ,gdzie wyemigrowała przedśmiertna świadomość naszych studentów. Zachowanie menadżerki to coś w rodzaju sądu nad duszami. Szczególnie w rozmowie z kujonką widoczne jest, że jej celem jest wyciągnięcie z bohaterów najgorszych cech i rozliczenie z nich. Tak, oni nie żyją. Zginęli w wypadku w drodze na miejsce. Przeżył jeden chłopak, którego nie ma w hotelu. Innych jest umierający, ale jeszcze nie martwy. Dlatego odczuwa fizyczne dolegliwości. Im są gorsze tym bliżej jest śmierci. Scena finałowa, te krzyki, podrygi, to coś w rodzaju rytuału śmierci, wokół niego, to moment jego śmierci. Sam tytułowy monument to po prostu… grób. KONIEC SPOILERA.

Tak to widzę. Bardzo chętnie posłucham o Waszych interpretacjach, bo nieomylna nie jestem i choć taka wersja wydarzeń wydaje mi się dość ewidentna to mogę się mylić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:9

71/100

W skali brutalności:1/10

Podwodny berek

47 Meters Down: Uncaged/ Podwodna pułapka: Labirynt śmierci (2019)

Nastoletnia Mia, jej przyszywana siostra Sasha i dwie koleżanki odkrywają zatoczkę, z której mogą dostać się do zatopionego starożytnego miasta. Wystarczy trochę zanurkować… Dziewczyny zgarniają sprzęt przeznaczony dla zawodowców mających zbadać zbadać znalezisko i schodzą pod wodę gdzie rozciąga się podwodny labirynt. Niestety zatopione miasto ma swoich lokatorów i nie chodzi wcale o starożytne duchy, ale o kilka rekinów.

Jak to bywa z sequelami niezłych filmów, większość widzów się na to łapie. Ja dałam się złowić, zwłaszcza, że za kolejną odsłonę  „47 meters down” odpowiadają ci sami twórcy. W takich przypadkach istnieje nadzieja na podtrzymanie poziomu oryginału bardziej niż wówczas, gdy dochodzi do sytuacji, że twórcy wcale nie mają chęci na kontynuowanie wątku, a pomysł chwyta ktoś kto chce po prostu zarobić.

Wątek dwóch uwięzionych pod wodą dziewcząt, które poznaliśmy w 2016 roku w przypadku sequelu został podkręcony. Tam mieliśmy dwie bohaterki, tu mamy cztery.  Tam mieliśmy jednego żarłacza białego, tu kilka rekinów. Tam dziewczyny były uwięzione na bardzo niewielkiej, zamkniętej  przestrzeni, tu mają do dyspozycji cały tytułowy labirynt, po którym mogą się ganiać z rekinami. Czeka też na nie więcej niebezpieczeństw, więc kwestia ograniczonych zapasów tlenu, które była największym zmartwieniem w oryginalne, schodzi na dalszy plan. Może tlenu też mają pod dostatkiem?

Z tego wynika, że wszystkiego jest więcej i wszystko jest bardziej. Emocje towarzyszące obserwacji podwodnego survivalu też powinny być większe, bo i nastoletnie bohaterki są bardziej skłonne do paniki.

Niestety. O ile w pierwszej „Podwodnej pułapce”, coś jednak zobaczyłam, o tyle w przypadku kontynuacji kompletnie nic. Chyba zostałam sensorycznie zbombardowana przez ten cały nadmiar, bo innego wytłumaczenia nie widzę.

Mogłabym powiedzieć, że druga część jest mniej prawdopodobna od jedynki, ale kto się dopatruje w tego typu filmach realizmu? No, nie ja. W każdym razie jedyną rozrywką dla mnie w czasie seansu było odgadywanie dalszych kroków scenarzysty. „No, a teraz ojciec ginie”, „Azjatka nie żyje, to teraz musi odnaleźć się siostra”. Dobrze, że chociaż miałam do kogo pokomentować, bo tak to fiasko całkowite. Mamy wartką akcję, nie powiem, że nie, ale całkowicie przewidywalną przez co nie można mówić o napięciu jakie powinna przecież wzbudzać obserwacja czyjejś walki o przetrwanie. Technicznie jest nieźle, jest ładnie, ale to wszytko co jestem skłonna pochwalić.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności: 2/10

Co jest, Doktorku?

Doctor Sleep/ Doktor Sen (2019)

Mały Danny Torrance, nie jest już małym Dannym. Jest facetem w średnim wieku i wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że równia pochyła po której lata temu stoczył się jego ojciec, szalony Jack Torrance, będzie też jego udziałem.

Ze szponów alkoholowego nałogu dużego Danny’ego wyrywa pewne wydarzenie. Można powiedzieć, że doszedł do ściany, albo osiągnął dno. Zmierzając przed siebie spotyka człowieka, który wyciąga do niego pomocną dłoń. Danny się ogarnia, zaczyna pracę w hospicjum. Wtedy w jego życie wkracza lśniące dziecko. Dorastająca Abra wzywa na oślep pomocy. Do jej domu zbliżają się ludzie-nieludzie, chcący nakarmić się jej lśnieniem, tak jak zrobili to z innym dzieckiem i robili od wielu, wielu lat.

literacką wersją kontynuacji „Lśnienia” Stephena Kinga miałam do czynienia już ładnych parę lat temu. Ku mojemu zaskoczeniu dość mi się spodobała, choć może nie jestem miłośniczką sequeli, czy filmowych czy książkowych, tą uznałam za w jakiś sposób uzasadnioną. Widać, że King miał w tej materii coś jeszcze do powiedzenia i nie chodziło tylko zarobek.

Wkrótce po ukazaniu się powieści „Doktor sen” rozpoczęto pierwsze przymiarki do ekranizacji. Napisano scenariusz, wytypowano reżysera. Ostatecznie film powstał jednak na podstawie pomysłu i w reżyserskim wykonaniu bardzo solidnego Mike Flanagana. Tak, jest to jeden z niewielu współczesnych reżyserów, który trzyma się na topie i zachowuje poziom, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Każdy kto wie, jak poważnie konfliktowa okazała się filmowa wersja „Lśnienia”, której dokonał Stanley Kubrick zdaje sobie pewnie sprawę z tego, że przełożenie na ekran kontynuacji tej historii będzie zadaniem karkołomnym. Stephen King jeszcze nad grobem Kubricka ciosał nad nim kołki za to, jak przedstawił w swoim filmie jego autorską historię.

Jeśli czytaliście „Doktora…” z pewnością zwróciliście uwagę nad przedmowę od autora, w której dobitnie podkreśla, że pisze kontynuację „Lśnienia” w swojej i tylko w swojej wersji. Mike Flanagan musiał jednak podejść do sprawy kompleksowo. I powiem Wam, że wybrnął z tej kałabanii po mistrzowsku. Ukłonił się ładnie mistrzowi grozy i wykorzystał sympatię widzów do ekranizacji Kubricka.

Jak więc nakręcić kontynuacje jednocześnie dwóch utworów, których zakończenia zasadniczo się różnią? SPOILER: Finał filmowego „Doktora…” rozgrywa się w hotelu Panorama- tak tym samym, który poszedł z dymem w książkowej wersji „Lśnienia”. Ocalał jednak w wizji Kubricka. Dlatego też filmowy Dan robi to co w książkowej wersji zrobił jego ojciec- puszcza Panoramę z dymem. Prawda, że sprytnie? KONIEC SPOILERA. Reżyser „Doktora…” uszanował wersję Kubricka dzięki czemu mógł z niej czerpać pełnymi garściami zarzucając widza retrospekcjami. Zrobił też to, czego Kubrick nie zrobił i może dzięki temu trochę obłaskawił Kinga?

Retrospekcje z udziałem starego Jacka Torrance’a- z nowym aktorem- nie do końca ukazują go w takim świetle w jakim widział go Kubrick. Jest bardziej złamanym życiem człowiekiem, który był łakomym kąskiem dla duchów Panoramy niż szalonym pijakiem- czyli Flangan ukazał go w tych fragmentach tak jak chciał King.

Czy mi jako, powiedzmy, zatwardziałej zwolenniczce team Kubrick to przeszkadzało? Zupełnie nie. Pamiętajmy, że dla małego przerażonego  Danny’ego jakim był w „Lśnieniu” ojciec faktycznie mógł jawić się w ten sposób – jako okrutnik, monstrum, po latach zaś gdy poniekąd podzielił jego los, przeszedł się w jego butach, wpadł w to samo gówno, mógł go widzieć zupełnie inaczej – tak jak chciał King. Koło się zamyka. Ten chwyt tylko dowodzi zmyślności reżysera „Doktora…”

Lecimy dalej. Pomijając kwestię finału scenariusz filmu dość mocno trzyma się książki, wiadomo, że na taśmie filmowej nie udało się upchnąć wszystkiego, ale w przypadku ekranizacji chyba nie ma co traktować skrótów jako rażących zmian. Jeśli komuś podobała się więc książka film też powinien skonsumować ze smakiem.

Aktorstwo jest dobre, choć jakbym miała być upierdliwa to wcielająca się w postać Abry młoda aktorka trochę raziła mnie sztywnością ruchów, natomiast bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa Rose. W książce wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, ale jest to zmiana na plus. No i Evan McGregor, który przyznam – gdy zobaczyłam go na trailerze zupełnie nie pasował mi na Danny’ego – zrobił dobrą robotę. W swojej kreacji skupił się na ukazaniu dramatyzmu sytuacji postaci. Widział ten ciężar na jego barkach i dzięki temu angażowałam się w jego rozterki.

Technicznie film też wypada bardzo dobrze, ale nie ma co się dziwić patrząc na budżet. Bardzo podobały mi się na nowo nakręcone sceny ze starego „Lśnienia” to jak silnie obraz starał się odtworzyć klimat. Efekty, choć nie był ich znowu tak wiele, uderzały w te same tony. Nie mogę jednak odżałować,  że nie pojawiły się znienawidzone przez Kinga rzeki krwi;)

Reasumując, film przyjemny, ale raczej dla wąskiej grupy odbiorców- fanów Kinga. Choć z drugiej strony, czy ta grupa jest wąska? Miłośnicy grozy w pełnej klasie mogą być nieco rozczarowani, bo nie ma tu zbyt wiele typowo horrorowych zagrań, narracja jest raczej nieśpieszna i mocno obyczajowa.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie;6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności:1/10

Urodzeni włamywacze

The Villains (2019)

Mickey i Jules napadają na stację benzynową. Zgarnęli gotówkę, ale o paliwie do auta już nie pomyśleli. Nie mogąc się dostać na wymarzoną Florydę utknęli w środku leśnej drogi. Niczym oaza na pustyni przed ich oczyma ukazuje się … skrzynka pocztowa co oznacza, że gdzieś w najbliższej okolicy musi stać dom. Para zakochanych złodziei włamuje się do pustego domu. Przeszukując go w poszukiwaniu kluczyków do auta właścicieli, a w końcu benzyny trafiają do piwnicy, gdzie dokonują szczególnego odkrycia.

„Villains” to film duetu twórców, którzy sami stworzyli do niego scenariusz. Pomysł na film opiera się na archetypie obrazów pokroju „Boni i Clyde’a”. Ich bohaterami są młodzi, zakochani i zdemoralizowani. Tak też jawi nam się Jules i Mickey, choć napad w dziecięcych maskach nie jest może szczytem deprawacji i zgrozy.

Młodzi są więc antybohaterami do chwili gdy poznajemy właściwych antybohaterów. To przewrotny chwyt, który jednak był już stosowany, ukazuje nam on starą, złota zasadę, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Włamywacze okazują się bowiem całkiem niewinni w konfrontacji z właścicielami domu. Gdy ci nieoczekiwanie powracają nakrywając na miejscu Mickey’a i Jules, widzimy małżonków w średnim wieku. Uprzejmą panią domu i stanowczego acz spokojnego pana domu. Jednak pamiętajcie o piwnicy. Młodzi włamywacze znaleźli tam coś co zadaje kłam wizerunkowi uczciwych domowników.

Tak więc sytuacja się odwraca i Ci, których mogliśmy typować na wykolejonych i złych stają się ofiarami jeszcze bardziej wykolejonych i złych. Jules okazuje się nie tylko ładna i szalona, ale też troskliwa i współczująca. Micke’a też jakoś łatwiej rozgrzeszyć.A tak BTW rolę dziewczyny wciela się znana z „Coś za mną chodzi” Maika Monroe, za to Mickey to nikt inny jak Pennyvise:) Tak moi drodzy, to ten sam aktor.

Film utrzymany jest w klimacie czarnej komedii, bardziej aniżeli thrilleru jako takiego. Oczywiście cechy tego drugiego są tu jak najbardziej obecne, ale wszystkie wydarzenia, kreacje bohaterów mają jednak silnie komediowe zabarwienie, które rzuca się w oczy bardziej niż maleńki pierwiastek grozy całej sytuacji. Co więcej jest to humor udany, więc nawet jeśli główny szkielet fabularny nie zrobi na Was szczególnego wrażenia to i tak macie szansę zakończyć seans z zadowoloną miną.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

to coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10