Zainspiruj się i zabij

Recenzja premierowa

Inspiracja – Adrian Bednarek

Młody chłopak, Oskar Blajer wybiera się na pogrzeb brutalnie zamordowanej nastolatki. Szuka inspiracji do kolejnego opowiadania kryminalnego jakie z zamiłowaniem pisze. To tam poznaje Luizę Ostrowską, córkę miejscowego złotnika. Młodzi zakochują się w sobie podczas, gdy całe miasto żyje w atmosferze lęku przed kolejnym atakiem seryjnego mordercy. Wrodzony instynkt Oskara sprawia, że trafia na trop sprawcy. Nawet w raju można dostrzec diabła, jeśli dobrze się przyjrzeć.

„Inspiracja” to już ósma powieść Adriana Bednarka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Novaeres. Trzeba przyznać, że autor nie próżnuje i cały czas stara się dostarczać swoim czytelnikom krwawej rozrywki.

„Inspiracja” stanowi pierwszą część trylogii. Na ten moment trylogii, choć jak znam Adriana to nie należy tego traktować jako ostateczne domknięcie serii;) Kolejne części „Obsesja” i „Fascynacja” już leżą na biurku wydawcy.

Każdy kto zna i lubi twórczość autora wie, czego się po nim spodziewać. „Inspiracja” nie odbiega stylem od poprzednich powieści. Jest więc krwawo i dynamicznie.

Jako że jest to dopiero początek serii swego rodzaju preludium dla historii bohatera autor mógł poświęcić znacznie więcej czasu na jego sportretowanie.

Oskara poznajmy jako poczciwego, odpowiedzialnego 23 latka. Zakochanego bez pamięci w pięknej dziewczynie. Oskar ma pasję, która są zagadki kryminalne. Ta pasja nie wzięła się znikąd, młody chłopak miał w swoim życiu okazję znaleźć się tak blisko krwawego psychopaty jak niewielu ludzi.

Teraz, kiedy jego życie odzyskało względną równowagę historia się powtarza. Oskar trafia na trop. Tu mamy okazję przyjrzeć się poczynaniom naiwnego chłopca, który myśli, że chwyci za gardło groźnego przestępce, jednocześnie wijąc miłosne gniazdko z dziewczyną marzeń i zyskując literacką sławę. W konsekwentnie budowanej intrydze znajdzie się miejsce na niespodziankę i katastrofalne odwrócenie ról, a Moi Drodzy, to dopiero początek. Wszystko co mogło pójść nie tak, indzie nie tak.

 Czy wyobraźnia autora mogła stworzyć kogoś przewyższającego szaleństwem dotychczas wykreowanych przez niego antybohaterów? Wierzcie mi, że tak. Aby się o tym przekonać koniecznie musicie sięgnąć po kontynuację „Inspiracji” – „Obsesję”

Moja ocena: 8/10

*Książka objęta patronatem medialnym Biblii Horroru

Oto Wasz dom

Vivarium (2019)

Młode narzeczeństwo, Gemma i Tom szukają wspólnego gniazdka. W tym celu udają się na osiedle domów jednorodzinnych. Miejsce przyprawia o dreszcze, chłodem surowością i minimalizmem. Przypomina bardziej makietę niż miejsce do życia. Kiedy oprowadzający ich po domu numer 9 agent nieruchomości stwierdza, że jest to idealne miejsce dla młodych rodzin, Gemma i Tom już wiedzą, że nie chcą do owego grona rodzin należeć. Wsiadają do auta i odjeżdżają. A przynajmniej próbują odjechać. Kolejne pętle wokół osiedla utwierdzają ich w przekonaniu, że z tego miejsca nie ma wyjścia. Wszystkie drogi prowadzą do domu numer 9, ich domu.

„Vivarium” to thriller, może nawet horror, sci-fi stanowiący dość bezpośrednią metaforę błędnego koła życia.

„Vivarium” nie bez powodu zrymowało mi się z ‚akwarium’.

Naszym bohaterom przychodzi egzystować na wydzielonej przestrzeni, w której zostają umieszczeni wbrew swojej woli. Ktoś dostarcza im niezbędne do przetrwania fanty. Po kilku dniach spędzonych na bezowocnych próbach wydostania się z osiedla pod ich drzwi podrzucone zostaje dziecko. Niemowlę. Ich zadaniem jest go wychowanie. Chłopiec rośnie wyjątkowo szybko, wręcz z dnia na dzień, ale jego dziwność zdecydowanie oddziela go od przeciętnego dziecka. Bardziej przypomina małego robota idealnie wpisując się tym w sztuczność otoczenia osiedla. Mimo tego Gemma przywiązuje się do niego i wypełnia narzuconą misję bycia matką.

Bohaterzy są obserwowani, ale tak naprawdę nie wiedzą kto kontroluje ich sytuację. Kto sprawił, że się w niej znaleźli? Oszczędny w formie obraz bije po oczach swoim podskórnym znaczeniem. Przypadek Gemmy i Toma to migawka z życia przeciętnej pary. Znajdują dom, gdzie wychowują dziecko. Żyją według narzuconego przez uzus społeczny scenariusza. Bez możliwości ucieczki, oderwania się od schematu. Pojawienie się dziecka oddala od siebie parę, konflikty dążeń pojawiają się w miarę rozwoju relacji. Przetrwanie staje się celem samym w sobie. Oto błędne koło życia, gdzie największe znaczenie ma brak znaczenia.

Muszę przyznać, że to bardzo udana produkcja. Groza bazuje tu na jednym z głównych lęków współczesnego człowieka: lęku przed brakiem sensu życia. A także lęku przed brakiem wolnej woli decydowania o swoich poczynaniach, wreszcie lęku przed impasem, brakiem perspektywy na zmianę, rozwój. Lękiem młodych ludzi wchodzących w dorosłe życie niczym w pułapkę.

Symboliczny jest tu też numer mieszkania: 9. Przyjrzyjcie się tej cyfrze. Podążając wzrokiem od jej początku tak zwanego ogonka trafiamy do koła z którego już nie ma wyjścia. Wszystko w tym filmie wydaje się przemyślane i mimo skrajnego minimalizmu w formie są tu obecne fragmenty mogące zszokować widza, a z pewnością mogące sprawić, że groza sytuacji dwójki bohaterów stanie się mu wyjątkowo bliska.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności:1/10

Niedorzeczna historia

Paskudna historia – Bernard Miner

Nastoletni Henry w paskudnych okolicznościach traci dziewczynę. Noemi  zostaje zamordowana, a jej zwłoki wyrzucają na brzeg fale oceanu. Chłopak zmuszony jest dźwigać ciężar żałoby jednocześnie mierząc się ze swoją zagadkową przeszłością skrzętnie ukrywaną przez adopcyjne matki.

Dużo słyszałam o „Paskudnej historii”, dużo dobrego. Korzystając z okazji chętnie po nią sięgnęłam nie mając wcześniej do czynienia z jej autorem. Efekt mojego pierwszego spotkania z Minner’em jest taki, że znowu stanę w kontrze dla większości czytelników.

Nie mogę powiedzieć, by książka zupełnie mi się nie podobała. Ale najbardziej podobała mi się w początkowej partii. Podobała mi się postać narratora, zafascynowanego orkami, wrażliwego nastolatka. Obraz jego życia w małej wyspiarskiej społeczności i to jak przedstawiał jej rzeczywistość. Chwyciła mnie zbrodnia, chwyciła mnie tajemnica. Chwyciła mnie bezwzględność obyczajów. Wsiąkłam w jej klimat, rozsmakowałam się, tymczasem autor zafundował mi szybkie wynurzenie i poprawił ciosem w potylicę.

Podczas gdy wszytko zmierzało do może niezbyt skomplikowanego, ale poprawnego zakończenia, autor stwierdził: o nie, musi być twist totalny. I zrobił twist totalny. Z tym, że tym samym przekreślił wszystko, solidne fundamenty zastąpił chwiejną instalacją splecioną z niedorzeczności. Zamachał różdżką i wyczarował zupełnie nową rzeczywistość.

Wielu czytelników twierdzi, że właśnie ta wartka, niespodziewana akcja u finiszu jest najmocniejsza stroną książki. A tymczasem ja poczułam się zrobiona w trąbę, jakbym była świadkiem niezbyt udanej magicznej sztuczki. Takiej, która bazuje na nadziei magika, że we właściwym momencie odwrócę głowę, a on zastąpi jedną talię kart drugą.  Nie kupuję uzasadnień w stylu: u wariatów wszystko możliwe. Nie, nie wszytko Wariat, choćby nie wiem jak zwariowany nie nagnie rzeczywistości widzianej oczami innej osoby.

Dla mnie finałowe rozwiązanie było zupełnie nieprzemyślanym aktem desperacji, który z paskudnej historii zrobił historię niedorzeczną.

Moja ocena: 5+/10

Utopieni

Underwater/ Głębia strachu (2020)

Na dnie Oceanu spokojnego w obrębie Rowu Mariańskiego załoga podwodnej platformy wiertniczej, wraz z grupą naukowców przebywa już od blisko miesiąca. Wśród nich jest inżynier Norah Price, która w ostatnim czasie straciła ukochanego.

Pewnego dnia dochodzi do trzęsienia ziemi. Pozostawiona na dnie oceanu załoga, zamknięta w hermetycznym ‚statku’ próbuje zapanować na sytuacją, która coraz bardziej wymyka się z pod kontroli. Wygląda na to, że wstrząs nie tylko naruszył ich bezpieczny schron, ale obudził coś co spoczywało we wnętrzu skorupy ziemskiej.

Tegoroczna „Głębia strachu” promowana była na kasowy hit. Ekipa filmowców złożona z najlepszych z pomocą gwiazdorskiej obsady wyraźnie szykowała się na zdetronizowanie „Obcego”. Podobieństw, odniesień, prób naśladowania wspomnianego już klasyka znajdziemy w „Głębi…” co nie miara, ale zupełni nie oznacza to, że wysiłki twórców zaowocowały sukcesem.

Film nie spodobał mi się już od pierwszych scen. Zostałam wrzucona w epicentrum akcji, bez żadnego wstępu, choćby próby zbudowania atmosfery.  Widziałam biegających jak w ukropie bohaterów pośród zamieszania, w którym ciężko odnaleźć się tak z marszu.

Nie było mowy o zarysowaniu charakterystyk kolejnych postaci, tak by można było ich zapamiętać zanim zginą. A giną, kolejno w dość przewidywalnym schemacie.

Filmowy budżet zaowocował przepychem w scenografii, impetem w efektach. Wrażenia wizualne są tu chyba jedynym plusem. No, dobra, muzyka też jest okej.

Gdy szeregi załogi rzedną mamy okazję przyjrzeć się odrobinę tym którzy zostali. Tu na pierwszym planie zblazowana Kristen Stewart w wojskowym szyku. Nie pomogła w odbijaniu się od dna.

Tak naprawdę jedyną sceną którą zapamiętałam, którą uznałam za wartą uwagi był występ podwodnej maszkary u progu finału. Owa przedziwna forma życia stanowiła idealne odwzorowanie Pradawnego. Jako że jestem miłośniczką Lovecrafta wydałam z siebie krótkie „Wow”. I to było jedyne wow jeśli chodzi o ten film, szkoda.

Wyszło mdło, jakoś tak nieuważnie, nie ciekawie, wtórnie.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

 

Piękna Greta

La morte ha sorriso all’assasino/ Śmierć uśmiecha się do mordercy (1973)

Początek XX wieku. Pod pałacem rodziny von Ravensbruck rozbija się kareta wioząca młodą kobietę. Anonimowa piękność okazuje się być zdrowa na ciele, jednak konsekwencją wypadku jest całkowita amnezja. Z naszyjnika zawieszonego na szyi kobiety doktor von Ravenbruck odczytuje, że prawdopodobnie ma ona na imię Greta.

Piękna Greta dochodzi do siebie pod troskliwą opieką mieszkańców pałacu. Wkrótce rozkochuje w sobie zarówno doktora jak i jego żonę, Evę. Poryw namiętności doprowadza tę drugą do karygodnego czynu, zaś czyn ten pociąga konsekwencje w postaci ukazania prawdziwej tożsamości tajemniczej Grety.

Kiedy tylko zobaczyłam na ekranie nazwisko: Klaus Kinski aż zapiałam z zachwytu. Tak, myślę, to będzie nielicho odjebane dzieło. Finalnie okazuje się jednak, że aktor choć odgrywa istotną rolę w całej historii to z ekranu znika dość szybko.

Nie mniej jednak nadal jest to dzieło wykręconego Włocha, który uwielbiał go obsadzać w swoich produkcjach. A produkcje te… cóż są nie mniej odjechane, co kreacje Kinskiego. Jeśli jesteście fanami horrorów i jeszcze nie mieliście styczności z twórczością Joe D’Amato to koniecznie musicie jej choć liznąć. I myślę, że „Śmierć uśmiecha się do mordercy” na początek będzie akuratne. Nie radziłabym zaczynać od „Ludożercy„, czy „Buio Omega” bo to będzie trauma;)

Akcja „Śmierć uśmiecha się do mordercy” rozgrywa się na początku ubiegłego wieku. Piękne damy wciśnięte w gorsety, pałacowe piwnice i dworskie nieobyczajne obyczaje.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, ale też nie przypomina klasycznej i prostej opowieści grozy. Mamy tu wątki kazirodcze, lesbijskie, trochę nekrofilii, zamurowanie żywcem, wyjątkowo drapieżnego kota i wyjątkowo odpychającą charakteryzację. Znajdzie się coś dla fanów gore, ale nie tyle co zwykle u D’Amato.

Sama bawiłam się przednio, przyjmując bez sprzeciwu wszystkie typowe dla starego włoskiego horroru zagrania. Kwestia przyzwyczajenia i wyrobienia sobie tolerancji. Jeśli i Wy jesteście do tego skłonni macie szansę dobrze barwić się w czasie seansu z filmem całkiem różnym od współczesnego kina.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie: 6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 3/10

Nowa książka Adriana Bednarka

Łapcie okładkę nowej powieści Adriana Bednarka ( z odciśniętym piętnem Biblii Horroru:).

Dnia 31 maja premierę będzie mieć długo oczekiwana powieść lubianego autora, który od czasu debiutu nie ustaje w staraniach by swoim czytelnikom dostarczać krwawej rozrywki.

Adrian Bednarek swoją „Inspiracją” rozpoczyna nowy cykl powieści, których bohaterem jest Oskar Blajer. Oskar poszukiwał pisarskiej inspiracji, a znalazł? Miłość, zbrodnie, szaleństwo. Zapowiada się przepysznie. Ja już czytałam, mam nadzieję, że podzieliście moją opinię.

Recenzja coming soon.

Frankenstein na Brooklynie

Depraved/ Zdeprawowani (2019)

Młody zdolny chirurg próbuje sobie radzić z powojenną traumą. Pracuje w izolacji w swoim laboratorium na Nowojorskim Brooklinie. Wspiera go przyjaciel Polidoii pracujący dla koncernu farmaceutycznego. Henry’emu w końcu udaje się powołać do życia swoje dzieło: Adama. Człowieka, który powstał z martwych.

Trzeba przyznać, że filmowe platformy internetowe dbają o nas w tym trudnym czasie. Zaczynam się nie wyrabiać z relacjonowaniem Wam kolejnych obejrzanych produkcji, ale nie mogłam pozwolić by film taki jak „Depraved” uszedł Waszej uwadze przez moje zaniedbanie.

Jego reżyserem jest z pewnością Wam znany Lary Fessenden, twórca tyle doświadczony co zdolny. W przypadku „Depraved” postawił na niełatwy pojedynek z klasyką.

Pamiętacie ostatni film o Viktorze Frankensteinie? Wiem, woleli byście nie pamiętać;)

Fessenden nie tyle postarał się o zekranizowanie klasycznej powieści Mary Shelley ile stworzył na jej kanwie własny film z autorskim scenariuszem. I nie chodzi tu o jakieś tanie wariacje i udziwnienia, lecz o stworzenie nowego bohatera na starym archetypie.

„Zdeprawowani” to historia na wskroś współczesna. Henry może i nie jest typowym szalonym naukowcem z kompleksem boga, ale chce wykonać boska robotę i naprawić to co zepsuł człowiek. Naprawiając Alexa, powołuje do życia Adama.

Adam wzorem potwora Frankensteina przeżywa te same rozterki. Zagubienie, niezrozumienie, samotność przy jednoczesnym poczuciu osaczenia. Podobnie jak Viktor Hery stara się pochylić nad losem stworzonej przez siebie istoty, ale na drodze stoi mu nie tylko własny lęk, niszcząca trauma i zalążki obłędu, ale i pazerny kumple Polidorii. Ciekawym zabiegiem jest użycie tu właśnie tego nazwiska, nie wydaje się Wam? Chyba kojarzycie Johna Williama Polidorii i jego znajomość z Mary Shelley.

W zasadzie wszystko podobało mi się w tym filmie i nie mogę znaleźć na niego haka wartego wspomnienia. Warsztat aktorski, zdjęcia, muzyka. Wszystko gra zgodnie z rytmem ciekawej opowieści.

Ta uwspółcześniona historia doktora Frankensteina i jego potwora zdecydowanie zasługuje na uwagę. Da się wykorzystać klasykę i nie zrobić z niej pożałowania godnej pokraki. Da się.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła: 8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś: 8

70/100

W skali brutalności: 2/10

Chore sąsiadów sny

Oczy pełne szumu – Dawid Kain

Ania, pracowita studentka filozofii po zakończonej sukcesem sesji i zakończonym fiaskiem związku dogorywa przed telewizorem w swoim mieszkanku na krakowskim osiedlu. Jej spokojną agonię przerywa kumpel, który przynosi nowe wieści o ex i nowy program telewizyjny. Dzięki Pawłowi dziewczyna odkryje dark tv, emitującą na żywca relacje z sąsiednich domów. Kiedy Ty patrzysz w otchłań, otchłań patrzy na ciebie.

Dawid Kain, przewinął się w moim czytelniczym półświatku parę lat temu. Przemknął z jednym opowiadaniem w zbiorze „Halloween” i tyle go widziałam. Kompletnie nie pamiętam o czym tam pisał, ale z jakiegoś powodu zanotowałam sobie w głowie by przyjrzeć się jego literackiemu przypadkowi i o oto jest. „Oczy pełne szumu” to przeredagowane wznowienie powieści „Prawy, lewy, złamany” od wydawnictwa IX.

Literacki przypadek Kain’a określany jest jako bizarro fiction. Nie wiem jak mam wam wytłumaczyć czym ów dość młody jeszcze gatunek jest. Ma wspólny pierwiastek z weird fiction, bo bazuje na fantastyce, nie rzadko tej mrocznej i lubi dziwność. Dodajcie do tego jeszcze czarny humor, groteskę, ciemną satyrę i absurd wygotujcie na bulionie z surrealizmu i macie bizarro fiction.

Wszystkie z wymienionych pasują jak ulał do „Oczu pełnych szumu”. Świat przedstawiony powieści może Wam się mile skojarzyć z serią „Czarne lustro„, bo jest swego rodzaju mroczną satyrą na technologię. W tym konkretnym przypadku rzecz traktuje o nieśmiertelnym medium telewizji.

Wyobraźcie sobie sytuacje w której odkrywacie, że bez własnej woli bierzecie udział w reality show. Takim, bez scenariusza. A może ze scenariuszem? Scenariuszem zrodzonym w najmroczniejszych zakamarkach Waszej podświadomości. Widzicie coś, co może być tylko sennym koszmarem z Waszym udziałem, a jednak to Wam się nie śni.

Porąbane reality show, to tylko część tej historii, bo nagle gdzieś na drugim końcu Waszego osiedla młodemu uspawanemu chłopaczkowi niebo upada na głowę. Niebo, które jest telewizyjnym szumem. Gdzie indziej, Wasz pożałowania godny exik dostaje cios w potylicę, bo musiał usiąść przed ekranem, ktoś musiał mu wyświetlić film by dotarło do niego jakim członkiem jest. Jest jeszcze czarny kot i biały kot.

Oto miszmasz, oto szum, który przyjdzie Wam odbierać jeśli zechcecie wejrzeć w twórczość Dawida Kaina. Chyba się polubimy.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu IX

Jest King- jest groza

Jest krew – Stephen King

Stephen King słynie zarówno z opasłych dzieł, jak i mini powieści, czy opowiadań. „Cztery pory roku”, „Czwarta po północy”, „Czarna bezgwiezdna noc” te zbiory zawierają krótsze utwory Kinga. W tym roku do tego zestawu dołączył „Jest krew”.

Średniej grubości książka zawiera w sobie cztery utwory. Najdłuższy z nich – tytułowy „Jest krew” nawiązuje do niedawno wydanego „Outsidera„, oraz trylogii zapoczątkowanej powieścią „Pan Mercedes”. Jak przyznaje sam autor, narodziła się z tęsknoty za postacią Holly Gibney występującej we wspomnianych dziełach. Szczęśliwie Holly jest postacią, którą sama bardzo polubiłam i mimo, że same wymienione wyżej dzieła nie wywarły na mnie rewelacyjnego wrażenia ten powrót bohaterki przyjęłam z zaciekawieniem. Fabuła mini powieści odwołuje się do znanego dziennikarskiego powiedzenia: Jest krew są czołówki, a głównym antybohaterem, z którym przyjdzie zmierzyć się Holly jest właśnie dziennikarz- wyjątkowo złakniony krwi.

Jeśli chodzi o ramy czasowe, jest kontynuacją wydarzeń z „Outsidera”. Można powiedzieć, że autor postanowił sprawdzić jak Holly radzi sobie po traumatycznych wydarzeniach w Teksasie. Stawia na jej drodze kolejne zawodowe wyzwanie i każe się konfrontować z tym co zadawało się jest już za nią. Czytelnicy, którzy podobnie jak ja są dość świeżo po lekturze „Outsidera” mogą tę historię odczytać jako ‚dodatkowy rozdział’, albo ‚epilog’. King nie pokazał tu jednak wiele nowego, raczej pełnił pewne informacje, dodał pięć groszy i zafundował czytelnikowi mały flash back wydarzeń z „Outsidera”. Wyszło okej, ale ponownie bez rewelacji. Moja ocena: 6/10

Zaczęłam od środka i co teraz? Pierwszą historią zawartą w zbiorze stanowi „Telefon Pana Harrigana”. Opowieść bardzo w stylu Kinga. Traktuje o znajomości dorastającego Craiga z sędziwym biznesemenem przebywającym na emeryturze w dobrze znanym fanom między innymi „Ciała” – Harlow. Chłopak można rzec zaprzyjaźnia się ze staruszkiem, dla którego pracował. Przez większą część historii nie dzieje się nic wielkiego. Przełomem jest pojawienie się na tapecie tytułowego telefonu. Nowoczesny gadżet staje się ogniwem nadnaturalnych wydarzeń do jakich dochodzi po śmierci tytułowego Pana Harrigana. Bardzo przyjemna historia, przypominająca ‚dawnego Kinga’. Groza jest tu dość subtelnie przemycona. Mój numer dwa w zbiorze. Moja ocena: 7/10

„Życie Chucka”, to druga z min powieści i jak dla mnie najsłabsza. Mimo świetnego motywu głównego, jakoś nie mogłam się w tę historię zaangażować. Błądziłam po stronach, zastanawiając się czy ta historia w ogóle dokądś zmierza, aż w końcu dotarłam tam, gdzie prowadził mnie autor. Do tajemniczego pokoju na strychu domu dziadka głównego bohatera. Oceniając sam pomysł zdecydowanie postawiłabym „Życie Chucka” na podium. Pointa tej opowieści jest doprawdy miażdżąca, ale sama droga prowadząca do jej odkrycia nie przyniosła mi już takiej satysfakcji. Moja ocena: 5/10

Ostatnia minipowieść to czarny koń zbioru. „Szczur” podobnie jak „Telefon…” budzi skojarzenie ze złotym okresem w twórczości autora. Powraca jeden z ulubionych typów bohaterów Kinga – pisarz. Co więcej pisarz ogarnięty pisarską niemocą. Nie jest w stanie dokończyć żadnej powieści, a jako znawca literatury, wykładowca akademicki wierzy, że żadne krótsze formy nie zapewnią mu takiej pozycji jak powieść. Znajdziemy tu przestrzeń na rozliczne dywagacje na temat tego jak przebiega twórczy proces powstawania książki, które zaserwowane są w iście analitycznym stylu. King nawiązuje tu do kilku utworów, przemyca znane motywy, choćby te baśniowe, okraszając to psychozą podobną doświadczeniom Jacka Torrance’a w hotelu Panorama. Myślę, że „Szczur” jest metaforą kosztów jakie musi ponieść każdy kto chce coś stworzyć. Top topów w „Jest krew”. Moja ocena: 8/10

Jestem zadowolona. Ten zbiór Kingowskich miniatur przypomniał mi za co lubię tego autora. Było sentymentalnie, melancholijnie, ze szczyptą grozy. Mimo, że nadal czekam na powrót mistrza w wielkim stylu, to zdecydowanie mogę uznać tę pozycję za pewien przedsmak tego co jeszcze mam nadzieję przeczytać.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

Mały pajączek

Itsy Bitsy (2019)

Kara Spenser, samotna matka dwójki dzieci podejmuje pracę jako domowa pielęgniarka u sędziwego archeologa. Wkrótce po wprowadzeniu się do jego okazałego domostwa kobieta i jej bliscy stają się świadkami włamania. W wyniku tego wydarzenia jeden z okazów jakie były w posiadaniu archeologa został zniszczony dając początek serii makabrycznych wydarzeń.

Chyba każdy z miłośników horrorów miał do czynienia z przynajmniej jednym animmal attack. Niektórzy doceniają formułę tego podgatunku grozy, inni kręcą nosem z powodu małej wiarygodności przedstawionych tam wydarzeń.

Obiektami czujnej uwagi filmowych twórców są przede wszystkim zwierzęta drapieżne, jednoznacznie kojarzące się z zagrożeniem. Prawda jednak jest taka, że przy dużych zasobach wyobraźni nawet z ryjówki da się zrobić ludożercę;)

Jednym z ulubionych zwierzęcych antagonistów są pająki. Spora część naszego społeczeństwa odczuwa irracjonalny lęk nawet przed malutkimi zupełnie niegroźnymi pajączkami. Jednym ze szlagierowych filmów tego rodzaju jest słynna „Arachnofobia„, tytułem nawiązująca do wspomnianej ludzkiej fobii. To właśnie nieszczęśnicy cierpiący na arachnofobię są główną grupą docelową odbiorców tej produkcji. Szczęśliwie nie zaliczam się do tego grona, dlatego też horrory z pająkami w rolach potworów łatwiej są wstanie mnie rozbawić aniżeli przestraszyć.

„Itsy Bitsy” swoim tytułem nawiązujący do dziecięcej rymowanki o nieszczęśliwym pajączku uporczywie zmywanym z rynny przez deszcz, raczej mnie w arachnofobię nie wpędzi.

Co mnie w tej produkcji szczególnie uderzyło to ogromny rozrzut pomiędzy poważną warstwą dramatyczną ukazującą codzienne życie Spencerów, a wręcz komicznie rozrysowaną sferą paranormal.

Jakoś mi to nie grało i trąciło brakiem konsekwencji w narracji. Niby scenariusz stara się być poważny, ale brak staranności, chociażby śladowego wysiłku w zbudowanie klimatu stricte horrorowego kładzie cały projekt na łopatki.

Jedyna nadzieja w tym, że potencjalny widz mocno boi się pająków. Wizualizacje antybohatera, nie da się ukryć, idą trochę w stronę kina klasy B, ale nie jest jeszcze do szczętu pokracznie. Mogło być gorzej. I chyba to zdanie doskonale odzwierciedla moje odczucia względem całości: Mogło być gorzej.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność: 3

To coś:3

41/100

W skali brutalności: 2/10