Nie umrzesz

Don’t Let go (2019)

Jack pracuje w policji i nie ma rodziny. Jego najbliższymi krewnymi są brat i bratanica. Z nastoletnią Ashley jest blisko związany i traktuje ją jak własną córkę. Kiedy w domu jego brata dochodzi do masakry w której giną wszyscy z Ashley włącznie Jack marzy tylko o tym by cofnąć czas i zapobiec tragedii. Wtedy jego komórka zaczyna dzwonić. Ni mniej ni więcej dzwoni do niego jego bratanica.

„Don’t let go” ma na FW dziwne kategorie gatunkowe. Sama mogę stwierdzić, że mnie osobiście przestaje do thrillera z elementami sc-fi i tego się będę trzymać. Jego twórca zasłynął całkiem dobrym „Mean Creek” i popłuczynami po „Ring”, czyli  „Rings”. Nie mogę więc powiedzieć, że miałam wyraźne  i konkretne oczekiwania względem jego nowej produkcji.

„Don’t let go” okazał się jednak klawym filmem. Jak na porządny thriller przystało mamy tu zagadkę i nie chodzi tylko o tę czysto kryminalną- kto zabił Ashley, ale i o to jakim cudem martwa dziewczynka wydzwania do swojego wujka?

Szczęśliwie  na głupka nie trafiło, Jack jest detektywem i nie spocznie do póki nie wyprostuje wszystkich supełków. Kreacja aktorska młodej Storm Reid w roli Ahsley przydaje sprawie nieco sentymentalnego dramatyzmu, który procentuje tym, że los bohaterki nie jest nam obojętny.

Sprawa nie jest ani prosta ani oczywista. Mamy tropy, błędne tropy, twisty i niespodzianki. Akcja jest wartka, ciśnienie może podskoczyć, kolejne wydarzenia trzymają widza w napięciu. Nie ma nudy, więc film punktuje w kategorii rozrywkowej, a że nie jest też głupi to tym bardziej warto na niego zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Pokój życzeń

The Room/ Pokój (2019)

Matt i Kate kupują stary dom do remontu za miastem. Wprowadzają się do niego i wkrótce odkrywają niezwykłe właściwości jednego z pomieszczeń. Okazuje się, że mają w domu pokój, który spełnia życzenia. Bez limitu i bez konsekwencji – tak przynajmniej początkowo się wydaje. Kiedy małżonkowie opływają już w banknoty i kąpią się w strugach szampana Kate stwierdza, że zamówi sobie dziecko. I cyk, ma dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Matt odkrywa ulotność darów jakimi tak szczodrze obdarował ich los.

„The Room” to obraz, którym zainaugurowałam nowy filmowy rok. Zwykle staram się wybrać na pierwszy noworoczny rzut coś pewnego, ale tym razem stwierdziłam: A, co ma być to będzie.

Trafiłam całkiem dobrze, bo „Pokój” to dość przyjemny i sprawnie zrobiony straszak z pogranicza thrillera i filmu sci-fi. Twórcy nie mają wielkiego doświadczenia, ale wykorzystali sprawdzony motyw pod tytułem: Uważaj czego sobie życzysz, tym samym przenieśli środek ciężkości z warstwy nadprzyrodzonej na dramatyzm ludzkich wyborów i ich konsekwencji. Nie jest to produkcja szczególnie obfitująca w atrakcje, które trzeba konstruować przy pomocy komputera. Akcja nie jest szczególnie dynamiczna, ale toczy się bez nudy, swoim rytmem.

Kate i Matt opierając się na złotej zasadzie: Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby swobodnie korzystają z dobrodziejstwa jakim jest pokój życzeń i nie zastanawiają się nad pochodzeniem swojego szczęścia.

W końcu Kate dochodzi do wniosku, że rzeczy typowo materialne nie zaspokoją jej apetytu na szczęśliwość, a jako, że małżonkom nie szło zrobienie sobie dziecka tradycyjną pochwalaną przez kościół metodą;) Kate zamawia dziecko ze sprzedaży wysyłkowej ‚Pokój życzeń s-ka z o.o. ‚. Tak w ich domu pojawia się mały Shane, a mąż łapie wkurwa, bo mężczyźni jednak wolą mieć swój udział w poczęciu. Matt wychodzi. Bierze garść banknotów, które … tuż po przekroczeniu progu ich domu rozsypują się w pył. I tu jest pies pogrzebany.

Mężczyzna nie informuje żony o tym co grozi jej synkowi kiedy ta zabierze go np. na spacer. Kate przekonuje się o tym sama. Nie, Shane nie rozsypał się w pył. Stało się coś innego, ale nie powiem Wam co. Fakt faktem Matt zaczyna rozkminiać. Przypomina sobie o tym co usłyszał o poprzednim właścicielu domu…

Zagadka pokoju jest dość ciekawa. Sposób jej przedstawienia też nie budzi większych zastrzeżeń. W zasadzie wszystko jest okej, ale… ale to już było. Podobną historię mamy w „The box”, kojarzy mi się też film o dziurze w ścianie, która też miała niezwykłe zastosowanie. No i „Die Tur/ Drzwi” z Mikelsenem – to był sztos. Nie mówiąc już o całej masie produkcji mówiącej o spełnianiu nie przemyślanych życzeń jak nie szukając daleko „Wish upon”. Tak więc w tym z pozoru innowacyjnym pomyśle nie mamy wiele nowego. Ale, ale… oczywiście nie skreślam przez to „Pokoju”. To dobry film i przyjemnie się go ogląda.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Skrzypek z diabłem przystaje

The Sonata/ Sonata (2018)

Utalentowana skrzypaczka Rose Fisher dziedziczy po ojcu, muzycznym geniuszu, zabytkową posiadłość we Francji. Mimo, że Richard Marlowe zerwał z nią kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem ochoczo dziewczyna  rzuca wszystko i wyrusza tam gdzie żył i umarł jej ojciec. Na miejscu udaje jej się dowiedzieć co nieco o stylu życia i makabrycznych okolicznościach śmierci genialnego kompozytora. Znajduje też jego ostatnie dzieło, które nie zdążyło ujrzeć światła dziennego. Pełna dziwnych symboli partytura staje się obiektem dociekań Rose.

„Sonata” jest reżyserskim debiutem. Mówię o tym od razu, bo fakt ten może Wam umknąć. To, że może umknąć zdecydowanie świadczy na korzyść produkcji. Andrew Desmont, będę Cię mieć na oku.

„Sonata” to nastrojowy mystery horror z gotyckim tłem. Obiecujący klimat opowieści wyczujecie już prologu. Scena samobójczej śmierci widziana oczami ofiary. Następnie przechodzimy do etapu zapoznania z główną bohaterką i wreszcie, akcja właściwa.

Rozpoczyna się ona z chwilą przekroczenia przez Rose progu rezydencji. Dla zainteresowanych: Posiadłość Marlowe’a we Francji to w rzeczywistości łotewski zamek Cesvaine z drugiej połowy XIX wieku. Mieszkałabym.

Wnętrza robią kolosalne wrażenie i w ogromnej mierze przyczyniają się do pozytywnego odbioru samej historii. Na ten film po prostu dobrze się patrzy. I dobrze się go słucha. Choć samym tytułowa sonata skrzypcowa, gdy ją w końcu usłyszymy w całości nie robi oczekiwanego wrażenia – no, ja nie miałam WOW – to muzyka, która pobrzmiewa przez cały film to już inna sprawa. Filmowy soundtrack jest świetny i zwraca uwagę.

Na fabułę składa się głównie dochodzenie głównej bohaterki dotyczące dziwnych symboli zawartych w sonacie pozostawionej przez ojca. Tu wchodzimy w sferę paranormalną, może satanistyczną. Skojarzenie z „Dziewiątymi wrotami„, czy „Dzieckiem Rosemary” będzie jak najbardziej trafne. Generalnie twórca nie odżegnuje się od inspiracji filmami mogącymi zaliczyć się już do klasyki horroru, co odnotowuję na plus.

Nie mogę powiedzieć by główna zagadka była szczególnie oryginalna, ale nie jestem pewna czy taka miała być. Podobała mi się warstwa techniczna filmu, choć nie powiem by debiutujący reżyser uniknął wszystkich błędów. Aktorstwo też na plus, choć początkowo źle odbierałam kreację głównej bohaterki. No i jest to ostatni film nieodżałowanego autostopowicza Rutgera Hauera. W każdym razie „Sonata” jest jak najbardziej warta obejrzenia.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

67/100

W skali brutalności: 1/10

Zabij pasterza

Charlie mówi/ Charlie Says/ Charlie mówi (2018)

Od trzech lat, które zdążyły upłynąć od najsłynniejszych zbrodni w Hollywood, Leslie Van Hounten (Lulu), Patricia Krenwinkel (Katie) i Susan Atkins (Sadie) przebywają w celi śmierci. Mają tam zostać jeszcze długo, bo karę śmierci ostatecznie zmieniono na dożywocie.

Naczelnik więzienia widząc, że konieczna izolacja dziewcząt nie wpływa dobrze na ich resocjalizację, postanawia dopuścić do nich więzienną edukatorkę Karlene Faith. Kobieta regularnie spotyka się z osadzonymi dziewczynami Mansona próbując wykorzenić z ich głów nauki, za sprawą których dokonały zbrodni i trafiły za kratki.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać Wam o tym filmie, bo nie szczególnie wpisuje się gatunkowo w tematykę bloga, ale pomyślało mi się, że jakby nie patrzeć ten rok należy do publikacji, i filmowych i książkowych poświęconych sprawie Mansona. Nie chciałam więc go pomijać, zwłaszcza, że nie skupia się on ani na osoba bezpośrednich ofiar, ani na mózgu operacji, czyli Mansonie, a na jego wyznawczyniach – oprawczyniach i ofiarach jednocześnie.

Nie wiem na ile scenariusz filmu odpowiada faktycznym wydarzeniom, bo wiem jedynie, że inspiracją do niego była literatura faktu, między innymi głośnią książką „Rodzina”. Dlatego też nie mogą Wam powiedzieć, że oto w tej chwili zasiadając do seansu z „Charlie mówi” poznacie tajniki prania mózgu jakiemu zostały poddane trzy młode morderczynie, albo, że poznacie kulisy ich odsiadki. Nie mniej jednak z pewnością poznacie interesującą historię.

Film w bardzo zgrabnym ujęciu prezentuje nam charakterystyki trzech bohaterek i nierówną walkę jaką toczy ich nauczycielka by w och głowach wreszcie zaświtała logiczna myśl. Postać Karlene bardzo mi zaimponowała. Raz, że zgodziła się zająć osadzonymi budzącymi tak ogromne kontrowersje, dwa, że zrobiła to z taką empatią. Nie, nie wparowała do ich celi, nie rozsadziła po kątach, nie okładała książkami po głowach. Nawet ani razu nie powiedziała im, że są pojebane, choć takie słowa cisnęłyby się na usta każdemu kto posłuchałby odtwarzanych przez nie banialuk.

Spotkania z nauczycielką przypominają bardziej terapię, niż edukację. Zadanie Karlene jest bardzo trudne, bo jak skonfrontować kogoś z myślą, że w mgnieniu oka przesrał sobie życie w imię czegoś, co jest wytworem fantazji? Widzimy jak szala przechyla się na stronę bolesnej prawdy, choć wdrukowane przez Mansona prawidła działają jak szwajcarski zegarek mimo swojej absurdalności.

Bardzo dobre kreacje aktorskie odtwórczyń ról Lulu, Sadie i Katie sprawiają, że nie da się ich ocenić kategorycznie i jednoznacznie. Z jednej strony są to jednostki, które nie mają żadnych wyrzutów sumienia w związku z zimnokrwistą zbrodnią, z drugiej strony prezentują się jak zagubione dzieci, żyjące w świecie bajek i cały czas powtarzające: Charlie mówi.

Retrospekcje skupiające się głównie na wspomnieniach Lulu – tej, która łamie się jako pierwsza – ukazują historie początku końca. Widzimy Mansona głosiciela, widzimy Mansona niespełnionego artystę, widzimy Mansona sadystę, widzimy Mansona pasterza.

Widzimy też trzy dziewczyny, które całkowicie straciły dla niego głowę. Nie, nie będę analizować dlaczego i nie będę Wam przedstawiać własnych wniosków, bo chcę żebyście zobaczyli to sami i ułożyli w głowach po swojemu.

Film jest smutny, bo jak inaczej może być, jeśli mamy do czniania z historią bezsensownych zbrodni i zmarnowanych żyć. Zachęcam do obejrzenia Moi Drodzy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

Piękna czy bestia

Jej piękna twarz – Robyn Harding

Frances Metcalfe boi się, że ktoś dowie się kim jest i co zrobiła. Żyje cichutko, na paluszkach, trawiona przez poczucie winy. Nie wierzy, że mąż może ją kochać, bo nie jest dostatecznie atrakcyjna. Nie wierzy, że jest dobrą matką, bo ona i jej dziecko nie spotkało się z akceptacją w środowisku dzieci i rodziców z prestiżowej prywatnej szkoły. Nie utrzymuje kontaktów z rodziną, nie ma przyjaciół. Nie robi kariery.

Wtedy poznaje Kate. Kate, która ma wszystko czego brakuje Frances, a mimo to ten chodzący ideał uznał ją za wartą swojej przyjaźni. Frances uważa, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I ma rację. Kate nie jest prawdziwa, jest kimś zupełnie innym.

Nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Robyn Harding, ale po lekturze „Jej piękna twarz” przypuszczam, że się to zmieni. Książkę, która wpadła mi w ręce gatunkowo przypisałabym do thrillera psychologicznego z odrobią kryminału.

Mamy tu narrację na dwa głosy. Główna oś akcji to bieżące wydarzenia z życia Frances, jej męża i synka oraz Kate i jej rodziny, w tym nastoletniej córki Daisy. Z drugiej strony mamy tajemniczego narratora, Dj’a. Wiemy, że jest małym chłopcem, który w tragicznych okolicznościach stracił starszą siostrę. Dj, relacjonuje swoje życie po zabójstwie siostry. W miarę rozwoju wydarzeń zbliżamy się do odkrycia tego, co łączy historie Franses z opowieścią Dj’a.

„Jej piękna twarz” to opowieść o psychopacie, choć początkowo nic na to nie wskazuje. To chyba jeden z jej największych plusów. Kulisy życia z psychopatą wcale nie wyglądają tak jak moglibyście sobie wyobrażać. To historia życia naznaczonego chęcią zemsty, poczuciem winy, życia bez miłości, za to z ogromem tajemnic.

Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele jeśli idzie o szczegóły, bo zepsułabym niespodziankę. Mogę jedynie powiedzieć, że jest ciekawie. Ciekawe sylwetki bohaterów, interesujące twisty fabularne i bardzo wymowna pointa. Styl pisarki sprzyja angażowaniu się w śledzenie akcji.

Polecam? Polecam.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i s-ka

 

Kto ma wisieć

The Gallows Act 2 /Szubienica: akt 2 (2019)

Auna Rue rozpoczyna naukę w nowym liceum, którego program nastawiony jest na rozwijanie talentów teatralnych uczniów. Dziewczyna wierzy, że tam zostanie odkryta przez łowców talentów i zrobi karierę na Broodway’u jak paru innych absolwentów szkoły.

Szukając popisowego numeru, który zaprezentuje natrafia na treść utworu „Szubienica”, sztuki noszącej miano przeklętej. Własną interpretację utworu publikuje na swoim kanale. Okazuje się, że jej aktorski popis zainteresował jedną z gwiazd słynnej sztuki, Charliego. Z tym, że Charlie jest jakby… martwy.

Nie sądziłam, że ktokolwiek wpadnie na pomysł kręcenia drugiej części „Szubienicy”, ale się myliłam. O dziwo „akt 2” nie jest franczyzą. Widać nie było chętnych by ogrzać się w wątpliwym blasku sławy pierwszej „Szubienicy„;)  (Ej, komuś w ogóle podobał się ten film?)

Tak więc część drugą zafundowali nam twórcy jedynki. Nie wiem, czy jest to kontynuacja, czy bardziej próba rehabilitacji, bo tym razem duet zgodnych filmowców obrał nieco innych kierunek. Tym razem nie uderzyli w konwencję verite. Mamy do czynienia z klasyczną formą operatorską. Stabilna kamera i te sprawy. Widać budżet tym razem większy. I aktorzy też jakby bardziej aktorscy, lepsza selekcja podczas łapanki widać;)

W każdym razie, bardziej da się to oglądać i mogę powiedzieć, ze nowa „Szubienica” mozolnie dobrnęła do poziomu średniaka. Główna bohaterka jest całkiem miła dla oka, choć gust filmowy ma raczej kiepski;)

Jej historia to uparte próby zaistnienia w czym niewątpliwie pomaga jej test tytułowej „Szubienicy”. Jako, że „Szubienica” jest przeklęta, a Auna Rue nieświadomie podejmuje tak zwaną „Próbę Charliego” odbija się to na jej zdrowiu psychicznym. Auna jest prześladowana. Szuka drogi ucieczki. Czy jej się uda? Na szczęście nie. Scenariusz nie został popsuty happy end’em  i nie mówię Wam o tym by spoilerować, tylko gwoli pochwały finału. A jeśli chcecie prawdziwy spoiler to zapraszam.

SPOILER: Końcowy twist fabularny to chyba najlepsza część filmu. Nie tylko dlatego, że zaskakuje, ale stanowi też pewne wyjaśnienie. Ta, Anua, nie jest tak głupiutka bez powodu. Anua trafiła na sieć intryg pracowicie usnutych przez uczniów prestiżowej szkoły celem zdjęcia klątwy. KONIEC SPOILERA.

Czy Anua powinna się złościć o takie zakończenie swojej historii? Bynajmniej, wszak została gwiazdą, tak jak chciała;) Tak, więc ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że w przypadku chujowego filmu, sequel nie musi być tylko gorszy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:1/10

 

Światło

Lighthouse/ Latarnia (2019)

Koniec XIX wieku w Nowej Anglii. Młody Kanadyjczyk Ephraim Winslow porzuciwszy fach drwala przyjmuje posadę latarnika na małej skalistej wyspie. Jego szefem jest stary wilk morski Thomas Wake, który z surowością wprowadza młodzieńca w arkana pracy latarnika.

Przez długie cztery tygodnie obydwaj mężczyźni skazani są na swoje i tylko swoje towarzystwo. Stary nie oszczędza młodego przydzielając mu jak najbardziej niewdzięczne zajęcia, nie dopuszczając natomiast do właściwego stanowiska – strażnika światła latarni. Ephriam jest coraz bardziej sfrustrowany, a izolacja dodatkowo wzmaga nieprzyjemne odczucia.

Wyjaśniając Wam o czym traktuje najnowszy film twórczy „Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii” posłużę się słowami samego reżysera: To film o tym, że nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie.

Trzeba przyznać, że Robert Eggers ma wyśmienite poczucie humoru, choć obcując z jego twórczością bierzcie ją jak najbardziej na serio.

Nie muszę Wam chyba przypominać jak wielkie wrażenie zrobił na mnie jego poprzedni obraz. Wieści o kolejnym przyjęłam z zapalczywym entuzjazmem. Nie rozczarował mnie, choć nie wiem czy Thomas wyparł z mojego serca Tomasine;)

Obydwa filmy, choć mogą wydawać się zupełnie inne mają wiele punktów wspólnych. Mają bardzo zbliżony klimat, choć las i morze to inna bajka, ale w obydwu przypadkach mamy do czynienia z miejscami odizolowanymi, gdzie nasi bohaterzy toczą nierówną walkę z siłami natury i samym sobą.

W „Czarownicy…” mamy pierwiastek kobiecy, a w „Latarni” męski. A dalej znowu podobieństwa. Konflikt: Młodość i starość. Tradycja i rutyna kontra łamanie zasad i bunt. Stłumiona cielesność domagająca się głosu.

Z uwagi na to, że mamy tu do czynienia z teatrem dwóch aktorów, ich kreacje muszą być silne i są.

Sama historia jest prosta, można ja sprowadzić do bardzo uniwersalnego archetypu, ale jej oprawa czyni ją niebanalną. Niebanalną mimo rozlicznych odniesień do innych znanych tworów.

Wrażenia wizualne są niezrównane. Jeśli ktoś z taką namiętnością traktuje czarno-białe filmy to popadnie w zachwyt. Ja popadłam.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skali brutalności:2/10

Wyniki głosowania na najlepszy film grozy 2019

Najlepsze filmy grozy roku 2019

Witajcie w Nowym Roku! Mam nadzieję, że bawiliście się wyśmienicie w tegorocznego sylwestra. Przybywam do Was  z wynikami ankiety dotyczącej najlepszych Waszym zdaniem tegorocznych straszaków. Od połowy grudnia mogliście oddawać głosy na swoje typy. Każdy mógł oddać głos na trzy tytuły. Bardzo cieszy mnie duże zainteresowanie ankietą – po raz pierwszy w formie klikanej. A wyniki? Cóż… Oceńcie sami:

1. „Midsomar: w biały dzień” ex aequo z   „To my” (27 głosów)

Wygląda na to, że na pierwszym miejscu mamy remis. Remis dla mnie dość zaskakujący, bo nie typowałam „To my” na tegorocznego faworyta. Jeśli chodzi o „Midsomar” zgadzam się w całej rozciągłości.

2. „To. Rozdział drugi” (18 głosów)

Popularnością drugiej części Kingowskiej adaptacji zaskoczona nie jestem, ale nie przyczyniłam się do tego wyróżnienia swoim głosem.

3. „Zabawa w pochowanego” (13 głosów)

Jako ostatni na podium załapał się horror komediowy. To również nie jest mój faworyt

Po za podium znalazły się kolejno:

4. „Pet Sematery / Smętarz dla zwierzaków” (12 głosów)

5. „In tall grass / W wysokiej trawie„(10 głosów)

6. „Lighthouse / Latarnia” (9 głosów)

7. Escape room & Doctor Sleep / Doktor Sen (8 głosów)

8. Perfection / Perfekcja & Crawl/ pełzająca śmierć& Prodigy / Prodigy: Opętany & Child’s Play / Laleczka (6 głosów)

9. Polaroid & Eli & Wind/ Wiatr (5 głosów)

10. Velvet Buzzsaw & Room for the rent / Pokój do wynajęcia & Silence / Cisza & Ma (4 głosy)

11. Wilkołak & Podły, okrutny, zły & Bloodline & La influencia & Anabelle wraca do domu (3 głosy)

12.Upiorne opowieści po zmroku & Haunt / Dom strachów & The Hole i the Ground / Imposter & The Shed / Złe miejsce & Śmierć nadejdzie dziś 2 &  (2 głosy)

13. The dead don’d die / Truposze nie umierają & Animas & Ciemno, prawie noc & St Agatha / Zakon świętej Agaty & I Trapped the Devil & Topielisko. Klątwa La Llorony & Brightburn: Syn ciemności & Countdown & 0.0MHz Częstotliwość opętania & Savaha: The Sixt Finger & You might be the killer & Monument & 3 From Hell / 3 z piekła: (1 głos)

Tak zdecydowaliście. Jeśli chcecie wiedzieć to moje podium wyglądałoby nieco inaczej:

  1. Midsomar: w biały dzień
  2. Latarnia
  3. Wiatr

Wszystkim którzy wzięli udział w głosowaniu bardzo dziękuję. Jeśli przeoczyliście filmy umieszczone w zestawieniu czas nadrabiać;) A z okazji nowego roku sobie i Wam życzę jak najwięcej genialnych filmów.

 

 

 

Noc cudów

Próba sił – T. S. Tomson

Małe miasteczko Tensas w Luizjanie w przeddzień świąt Bożego Narodzenia mierzy się z zimą stulecia. Rose, niepełnosprawną staruszkę nawiedzają koszmarne sny, jej sąsiad niespodziewanie popełnia samobójstwo, a na wnuczkę napada wataha wilków. Nikt z mieszkańców nie wie, że do miasta zbliża się coś jeszcze, coś z czym wybrani będą zmuszeni zmierzyć się podejmując największą w swoim życiu próbę sił.

„To noc interesów szanowny Panie, noc interesów”

Ilekroć na polskiej scenie wydawniczej pojawia się pisarz, który podejmuje tematykę grozy machina promocji uporczywie zapewnia czytelników, że oto będą tu mieli do czynienia z polskim Stephenem Kingiem.

Ilu już takich polskich Kingów przeczytałam, nie zliczę, ale zapewnić Was mogę, że żaden z nich nawet w 30% nie zbliżył się do stylu mistrza z za oceanu. Nie twierdzę, ze powinni, ale po prostu nie odmiennie bawią mnie takie porównania z dupy. Jeśli więc teraz powiem Wam, że pojawił się u nas autor, który faktycznie pełnymi garściami czerpie z Kinga i odtwarza klimat jego powieści, to dacie mi wiarę? Pewnie nie, ale liczę, że przynajmniej zwróciłam Waszą uwagę.

Pod pseudonimem T.S. Tomson kryje się polak. Dlaczego pisze pod zagranicznym pseudonimem, dlaczego umieścił akcję powieści za oceanem, możecie dowiedzieć się z lektury wywiadu z nim. W każdym razie autor na tyle przesiąkł Kingiem, że w swojej książce mówi jego głosem, może niebrzmi to oryginalnie, ale myślę, że miłośnikom Stephena przypadnie to do gustu.

Mamy tu podobnie gawędziarski styl opowieści. Właśnie te fragmenty poświęcone przywoływanym historiom z przeszłości poszczególnych bohaterów uważam za najbardziej udane. A gdzie dobra historia, tam i ciekawy bohater. Tych tu nie zabraknie, a moją faworytką jest Rose. Rose i jej koszmary to najintensywniejsze horrorwe motywy w powieści. Bardzo żywe, wbijające się w głowę.

„Próba sił” jest przebogata w wątki, dlatego znajdziecie tu wiele niepozornych wstawek, które może nie odgrywają kluczowej roli w życiu głównych bohaterów, ale dla czytelnika będą przepysznym smaczkiem. Tu mam szczególnie na myśli wątek latarni zwanej migotką, czy pewnego amatora dzieci. Swoją drogą, spotkanie tego człowieka z pewnym wyjątkowym chłopcem uważam za najmocniejszy i najlepszy fragment dialogowy w książce. Jeśli już jesteśmy przy dialogach, muszę być uczciwa, bo to Tomsonowi zbytnio nie poszło – za wyjątkiem rozmowy pedofila z chłopcem – to była miazga.  Autor dużo lepiej radzi sobie z mową zależną, gdzie może spuścić ze smyczy swoją tendencję do rozbudowanych form językowych. Myślę, że trochę pokonała go tu ilość bohaterów, bo każda kolejna postać to swoisty styl wypowiedzi, konieczność przystosowania języka do postaci, podtrzymanie dynamiki rozmowy etc. Ciężka to sprawa kiedy do Tensas ściągają ludzie z różnych warstw społecznych o kompletnie różnych charakterach;)

Jeśli chodzi o temat przewodni książki podobał mi się. Mamy tu poniekąd watek religijny, ale tylko poniekąd. Tomson nie przegiął i nie jest zbyt biblijnie jak na mój prób tolerancji. Podobał mi się finał tej rozgrywki.

Najmocniejszym elementem książki jest chyba jej klimat. Zimny i mroczny, tak jak tygryski lubią najbardziej. Wiem, że w powieści są błędy nie wyłapane na etapie korekty, ale cóż, taka wola wydawcy by korektę robić po swojemu. A kto by się tam szczególnie pochylał nad debiutantem;) Dlatego ja na błędy litościwie oko przymykam, bo w kontekście całościowego potencjału książki nie są tak istotne.

A potencjał jest. I w pomyśle i w wykonaniu. Jak na debiut styl i język też wygląda wręcz podejrzanie dojrzale. King chyba byłby dumny z takiego wychowanka;) Powiem Wam jeszcze, że autor nadal pisze i pisze bardzo ciekawe rzeczy, więc być może „Próba sił” jest tylko próbą sił?

Moja ocena: 7+/10

Za książkę dziękuję autorowi i wydawnictwu Novae Res

*Książka objęta patronatem Biblii Horroru

Gdy Ci źle zadzwoń do Jill i zabij się

Radio silence/ Cisza na antenie (2019)

Jill Peterman jest psychologiem zajmującym się udzielaniem konsultacji słuchaczom na antenie radia. Jej audycja cieszy się dużym powodzeniem, a sama Jill jest uważana za kompetentną mimo, że jej rady ograniczają się zwykle do krótkich i dość agresywnych komend w stylu: rzuć faceta i weź się w garść.

W czasie jednej z takich rozmów słuchaczka Alexis nader dosłownie odbiera radę doktor Jill i popełnia samobójstwo. Po usłyszeniu huku wystrzału pani psycholog na pewien czas zawiesza audycję, gdy jednak decyduje się powrócić wraz z nią powraca Alexis, a przynajmniej ktoś kto się za nią podaje. Jill jest prześladowana nie tylko na antenie ale i poza nią. Zaczynają ginąć osoby z jej otoczenia.

„Cisza na antenie” to jedna z wielu produkcji telewizyjnych nakręcona przez Phelippe’a Gagona.

Jak większość tego typu filmów nie wyróżnia się wysokim poziomem. Scenariusz to dość gładka papka, która jednak gatunkowo ociera się o thriller.

Główną zagadką jest to kto prześladuje radiową gwiazdę. Scenarzysta bardzo stara się o to byśmy dali wiarę teorii, że Alexis wcale się nie zabiła i przez dłuższy czas kurczowo trzyma się tej wersji. Dla mnie ta teoria była dupna od samego początku i ani przez moment nie dałam się nabrać. Myślę, że z Wami będzie podobnie, dlatego mówię o tym otwarcie.

To co w filmie może zaskoczyć to chyba tylko fakt, jak bardzo ta sprawa została naciągnięta, bo główna niespodzianka sprowadza się do stwierdzenia: jaki ten świat mały.

Jeśli nie macie nic ciekawszego do obejrzenia- ja akurat nie miałam – to możecie sobie zerknąć na ten oto film, ale nie liczcie na nic powyżej niższej średniej.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

42/100

W skali brutalności:1/10