Fantazje się spełniają

Fantasy Island/ Wyspa fantazji (2020)

Grupa kwestionariuszowo wyselekcjonowanych młodych ludzi trafia na rajską wyspę. Wyspa owa posiada niezwykłą właściwość- urzeczywistnia każdą fantazję. W ten sposób każda z zaproszonych przez tajemniczego właściciela miejsca, pana Roarke, może doświadczyć spełnienia największych pragnień. Gdy fantazja staje się faktem po raz kolejny potwierdza się stare porzekadło: uważaj o czym marzysz…

Szumnie reklamowany nowy obraz twórcy udanego “Cry wolf” i niezłego “Prawda czy wyzwanie” mogę zaliczyć do kategorii: obejrzeć, zapomnieć.

Produkcja stanowi kompilację gatunków od komedii po horror, znajdując miejsce na sci -fi, akcje, sensację, przygodę, film wojenny, a nawet melodramat. Jest tu wszystko. Mokre marzenie filmowego twórcy o nakręceniu jedno obrazu, który zaspokoi wszystkie gusta. Czy “Wyspa fantazji” spełniła fantazję Jeffa Wadlow’a o kasowym sukcesie? Oj, nie. Zadowoleni widzowie są w zdecydowanej mniejszości i ja ich grona zdecydowanie nie zasilę.

Fabuła filmu, jak już wspomniałam skupia się na grupie bohaterów. Malory nieśmiało aspiruje do roli frontmenki, ale nie mamy tu tak naprawdę do czynienia z wyraźnym głównym bohaterem.

Po kolei przechodzimy od jednej spełnionej fantazji do drugiej, począwszy od tych najmniej wyszukanych – impra pełna wszelkich uciech ziemskich, przez wojenny survival, chęć dokonania zemsty za licealne krzywdy, po naprawienie dawnych błędów. U progu finału posilono się na jakiś taki niemrawy twist fabularny, ale nie wpłynął on jakoś szczególnie pozytywie na całość.

Jest komediowo, sensacyjnie, ckliwie, i straszno. Wszystko na raz, wszystko w jednym. Podźwignięcie takiego kolosa wątków i gatunków nie było łatwe i nawet nie dziwi mnie fakt, że średnio się to udało.

Estetyka wykonania stawia na blichtr i przepych. Kolorowe jarmarki, plastikowa wydmuszka pozbawiona rys naturalizmu. Niby patrzy się na to przyjemnie, ale bez emocji. Wszystko jest zbyt sztuczne i wycackane by można było pomyśleć, że ma się do czynienia z żywymi ludźmi, a nie dajmy na to fermą simów. Akcja pędząca na łeb na szyje, co może być zaletą, bo nie ma czasu na analizę sytuacji. Efekt takowej raczej nie byłby pozytywny.

Nic mnie w tym filmie nie ruszyło toteż polecić go z czystym sumieniem nie mogę, ale odradzać też nie będę. Może ktoś znajdzie w tym rozrywkę.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Guwernantka w kleszczach lęku

The Turning/ Guwernantka (2020)

Młoda nauczycielka Kate, rezygnuje z posady by podjąć się pracy w charakterze guwernantki małej Flory. Dziewczynka jest jedną z dwójki osieroconego rodzeństwa Fairchildów i od odejścia poprzedniej nauczycielki  w okazałej posiadłości mieszka tylko z gosposią, panią Grose. Jej brat Miles przebywa w szkole z internatem. Kate bardzo przypada do gustu nowa rola, ale szybko zaczyna czuć się nieswojo, do czego mocno przyczynia się nieoczekiwane wydalenie ze szkoły Miles’a i jego powrót do domu.

Oto mamy kolejną filmową wariację na temat powieści Henry’ego Jamesa “W kleszczach lęku”. Tym razem znana większości fanów grozy historia skrywa się pod tytułem “The Turning”, w polskiej wersji “Guwernantka”.

Film Florii Sigismodii dość swobodnie podchodzi do swojego pierwowzoru. Całkowicie pomija postać wuja, który jakby nie patrzeć stanowił ważny element układanki składającej się na sytuację guwernantki.

Ciężar odpowiedzialności za jej stan psychiczny przenosi na Milesa, który w tej ekranizacji jawi się jeszcze mroczniej. Akcja jest uwspółcześniona, domostwo mimo swojego zabytkowego charakteru nie jest posępną gotycką siedzibą, raczej lekko podupadającym, ale nadal pełnym przepychu domostwem z własną historią i oczywiście ‘trupami w szafie’.

Kate bardzo szybko nabiera przekonania, że owe trupy z szafy bardzo aktywnie uczestniczą w życiu domowników. Wzorem swoich poprzedniczek także ta młoda guwernantka gorąco wierzy, że duchy zmarłych lokatorów, złe duchy mają szkodliwy wpływ na dzieci. Ich dziwne zachowania zaczyna przypisywać czemuś na kształt opętania. Ta teoria bardziej zwraca jej uwagę niż wcześniejsze domysły na temat traumatycznych przeżyć dzieci, samotności i dość swobodnego wychowania.

Całość prezentuje się ciekawie, ale nie ma tu miejsc na fabularne niespodzianki. Uwspółcześnienie akcji muszę przyznać nieco odarło tą historię z jej naturalnego klimatu. Nie mam natomiast żadnych zarzutów względem obsady. Dzieciaki grają na medal. Mała Brooklynn Price wraz Finnem Wolfhardem to jedni z lepszych filmowych Flor i Milesów jakich widziałam w tych rolach.

Film jak najbardziej do obejrzenia, bez większych zachwytów, ale na cięgi jakie zbiera w sieci też nie zasłużył.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 4

50/100

W skali brutalności:1/10

To coś: 6

Pomówmy o psychopatach

Rozmowy z psychopatami – Christopher Berry-Dee

“Rozmowy z psychopatami” to kolejna po “Rozmowach z seryjnymi mordercami” publikacja autorstwa kryminologa śledczego, który po latach pracy z najgroźniejszymi kryminalistami postanowił podzielić się swoimi refleksjami z laikami, nami czytelnikami.

Jeśli pamiętacie moją recenzję poprzedniej książki Christophera Berry -Dee wiecie, że mimo ogólnej oceny in plus trochę sobie ponarzekałam. Głownie chodziło mi o mały pierwiastek tytułowych rozmów w “Rozmowach…”. Mając świadomość tej przypadłości pierwszej publikacji kryminologa do drugiej nastawiłam się już inaczej. Odniosło to pozytywny skutek, bo książka spodobała mi się bardziej. Oczywiście wynika to nie tylko z redukcji oczekiwań, po prostu znalazłam tu więcej dla siebie.

Pomijając pierwsze 25 stron ‘samochwałek’ autora to znalazłam tu rozdziały oparte na naukowej analizie psychopatii jako zjawiska. Wiele z tych naukowych smaczków już znałam, ale wchodziły one w obszar moich zainteresowań to też czytałam z ciekawością to, co zawierały rozdziały “Psychopatia”, “O bestiach i bestialstwie”, “Psychopatia, lista cech diagnostycznych…”, “Początki” i “Agresywny narcyzm”. 

Dopiero na stronie 79 zaczynamy spotkania z konkretnymi przypadkami. Peleton otwiera Oscar Pistorious, słynny paraolimpijczyk, który zastrzelił swoją piękną narzeczoną. Dalej mamy Harolda Shipmana, czyli lekarza uśmiercającego swoich oddanych pacjentów, Melanie Mc Guire, czyli femme fatale i morderczynie męża – Tu wyłonił się bardzo ciekawy obraz relacji Melanie z Christpherem, flirtu wręcz bym powiedziała – Dalej Michael Rose, Kenneth Bianchi, powtórka z Shawcrossa, John Cannan, Mig Mac i John Robinson.

Tak jak “Rozmowy z seryjnymi…” skupiały się w dużej mierze na przedstawieniu modus operandi, śledztwa  i oczywiście korespondencji, czy spotkań z zabójcami, tak “Rozmowy z psychopatami” to bardziej grząski grunt dociekań psychologicznych. Przedstawiając każdego z owych zbrodniarzy autor wskazuje u niego cechy czyniące go psychopatą. Posiłkuje się przy tym fragmentami korespondencji i wywiadów. Znowu jest ich moim zdaniem nieproporcjonalnie mało, ale chyba jednak więcej niż w przypadku poprzedniej książki. Więcej jest też prywaty…

Niestety, autor miejscami mocno przegina, wykorzystuje każdy moment dla podkreślenia swoich zasług w dziedzinie kryminologii, przytacza rozliczne pochwały pod swoim adresem, zdarza mu się z lekceważeniem odnosić do osiągnięć kolegów po fachu oraz przemycać za dużo osobistych wycieczek – “jestem potomkiem astrologa królowej Elżbiety I”- litości.  Tak to jest gdy pisanie o narcyzmie wejdzie komuś za mocno;).  Jakby się nad ty dłużej zastanowić, to pewne cechy osobnicze Berry -Dee pozwoliły mu w wielu przypadkach nawiązać nić porozumienia z ludźmi z którymi raczej nikt nie chciałby obcować – a już na pewno nie wymieniać uprzejmych uwag na temat malowania farbami olejnymi – więc może po prostu to klucz do sukcesu. 

Książka zawiera też dużo powtórzeń. Nie policzyłam ile razy wspominał o latających słoniach. Nie mniej jednak i podkreślam to z pełną świadomością, nie jest to książka nie warta zachodu. Dużo ciekawych informacji sprawia, że można przymknąć oko na pewne specyficzne naleciałości, albo po prostu pośmiać się z nich i pójść dalej. Jestem bardzo ciekawa w którą stronę pójdzie kolejna publikacja, czyli “Rozmowy z seryjnymi morderczyniami”.

Moja ocena: 6+/10

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Klątwa krwi

Jedna krew – Stefan Darda

Wieńczysław zwany przez bliskich Wieńczykiem po przeprowadzce z Nowej Żernicy do Ustrzyk Dolnych bardzo tęskni za swoją wujeczną siostrą Moniką- dla bliskich Niką. Pewnej nocy wśród podniesionych głosów rodziców dowiaduje się, że Nika umarła, przejechana na wiejskiej drodze przez Ziła. Dziwne okoliczności śmierci nastolatki, a także niecodzienny finał jej pochówku jasno wskazuje, że po bieszczadzkiej wsi krąży klątwa, klątwa jednej krwi. Ta myśl wzrasta wraz z Wieńczykiem aż w końcu jako już dorosły mężczyzna będzie zmuszony się z nią zmierzyć.

Myślę, że podobnie jak w moim przypadku inni miłośnicy pióra Stefana Dardy rozpoznają w “Jednej krwi” wydane w 2014 opowiadanie “Nika”. Zawierało się ono w zbiorze “Opowiem Ci mroczną historię” i jeśli chodzi o mój osobisty odbiór było jednym z lepszych zawartych tam utworów. Przypuszczam, że i sam autor darzył je szczególnym sentymentem stąd postarał się o rozwinięcie tej opowieści. Chociaż może nie tyle rozwinięcie, bo w książce zawarta jest całość opowiadania bez większych zmian, co dopisanie dalszych fragmentów.

Tak więc można powiedzieć,że Darda ma obecnie przypływ na pisanie kontynuacji – weźmy chociażby niedawno wydany w dwóch tomach  “Nowy dom na wyrębach”. Mogę powiedzieć, że jestem z jego twórczością dość na bieżąco i już od czasu lektury “Zabij mnie tato” zauważyłam twórczą tendencję do odchodzenia od klimatu starosłowiańskiej grozy na rzecz thrillera z wątkami obyczajowymi czy kryminalnymi. Analizując to co Darda zrobił w “Jednej krwi” dostrzegam kompilację obydwu trendów: mamy thriller zbudowany na motywie ludowego wierzenia. Więc dla każdego coś miłego, pod warunkiem, że lubi się tego rodzaju mieszanki.

Co mnie najbardziej w tej powieści zaskoczyło to kreacja głównego bohatera. Wieść gminna niesie, że nie spotkał się on z sympatią czytelników, którzy odebrali go jako irytującego. Dla mnie jeśli chodzi o Dardę jest to bohater przełomowy. Może wyszło to przypadkiem z powodu dość dużej rozpiętości czasowej w jakiej powstała “Nika” i dziecięca wersja Wieńczyka oraz “Jedna krew” i dorosły Wieńczysław, ale mamy tu do czynienia ze świetną ewolucją postaci. Straumatyzowany chłopiec pielęgnujący w sobie żal do rodziców wyrasta na człowieka ogarniętego obsesją poznania prawdy o wydarzeniach z dnia pogrzebu siostry, niecofającego się przed niczym by położyć kres klątwie i odzyskać Nikę – jakim by nie było jej nowe wcielenie.To chyba najbardziej złożona pod względem psychologicznym postać jaką stworzył Darda. Ja to kupuję.

Jest w tej powieści pewien chaos, który autor stara się okiełznać dokładnie datując wydarzenia rozgrywające się w rozległej przestrzeni czasowej, ale rozumiem, że nie dla wszystkich to było wystarczająco klarowne. Mnie ta historia zaangażowała i myślę, że ani przez moment się nie pogubiłam. Bardzo spodobał mi się motyw wampirycznej klątwy i rodzinnych tajemnic ukrywanych od pokoleń w Bieszczadzkiej wsi. 

Jeśli chodzi o mój osobisty odbiór to uważam powrót “Niki” za dużo bardziej udany niż powrót “Domu na wyrębach”, jednak to co mi się marzy i to a co czekam ze strony Stefana Dardy to coś zupełnie świeżego. Odpowiadając na pytanie z ig: nie, nie zanosi się by “Jedna krew” była wydana w dwóch tomach.

Moja ocena:6/10

Dziękuję wydawnictwu Videograf

Stalker na drodze

Bumperkleef/ Morderczy prześladowca (2019)

Hans, jego żona Diana i dwie córeczki Robin i Milou wyruszają w drogę na przyjęcie urodzinowe schorowanego ojca Hansa. Chcą dotrzeć na czas toteż Hans dociska gazu bagatelizując kodeks drogowy i dobre obyczaje. Swoim zachowaniem przykuwa uwagę kierowcy białej furgonetki, Ed’a, który spotkawszy się z Hansem i jego rodziną na stacji benzynowej wytyka mężczyźnie nieodpowiedzialne zachowanie. Jak by tego było mało obrywa się też żonie Hansa za karmienie córek fast foodami. Hans nie przyjmuje krytyki i ani myśli przeprosić Eda. Tym samym podpisuje na swoją rodzinę wyrok, bo Ed, samozwańczy stróż porządku postanawia ukarać go w dotkliwy sposób.

“Morderczy prześladowca” to film jak znalazł na czas wakacyjnych podróży. Holenderski reżyser wygraża nim palcem wszystkim piratom drogowym pokazując, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak. Antybohaterem tego obrazu jest prześladowca rodziny, Ed, ale ciężko mi sobie wyobrazić by Hans stanowił tu idealną przeciwwagę i podręcznikową ofiarę wzbudzającą współczucie. Zarówno egotyczny Hans jak i jego marudna żona i dwie rozbestwione córeczki mogą działać widzowi na nerwy.

Tuż przed konfrontacją z Edem widzimy jak Hans w roli mentora objaśnia córom swoją wyższość nad innymi kierowcami nie szczędząc przy tym obraźliwych sugestii pod adresem innych użytkowników ruchu. Zblazowana żonka korzysta z każdej okazji do podjęcia z mężem potyczki słownej, zaś dwie dziewczynki ze zwierzęcym zapałem walczą o tablet. Matka roku sama łamie ustalone rodzicielskie zasady dla chwili spokoju od rozwrzeszczanych córek. Piękny obraz rodzinnej podróży, ale cóż: kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień. Tu z pojawia się Ed, z gorliwością polityka prawicy nie cofnie się przed niczym by ukarać każde odstępstwo od wyznawanych przez niego reguł. Początkowo oczekuje tylko przeprosin, nie otrzymując ich za radością przystępuje do krucjaty.

Wcale nie musi spychać samochodu rodziny z ulicy, strzelać do nich, ani rozstawiać na drodze pułapek. Jak każdy stalker stawia przede wszystkim na zaszczucie ofiary samą swoją obecnością. Gdy Hansowi puszczają nerwy Ed wie że już jest wygrany i może wytoczyć cięższe działa. Panika rodziców, histeria dzieci, kolejne nielogiczne działania podejmowane pod wpływem emocji – na to składa się akcja “Morderczego prześladowcy”.

Film zdecydowanie ma szansę podnieść ciśnienie, trzyma w napięciu, jest dynamiczny jak na film ‘w drodze’ przystało.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10