Żmija jest wśród Was

Żmijowisko – Sezon 1 (2019)

Arek, jego żona Kamila, nastoletnia córka Ada i synek Igor spędzają rodzinne wakacje nad jeziorem w agroturystyce zwanej Żmijowiskiem. Bawią się w towarzystwie znajomych z czasów studenckich.

Po jednej z nocy spędzonej na mocno zakrapianej imprezie Duszyńscy odkrywają, że ich córka, Ada zniknęła. Szeroko zakrojone poszukiwania nie zdają się na wiele. W rok po zaginięciu piętnastoletniej Ady Duszyńskiej jej ojciec, Arek wraca w miejsce, gdzie wszystko się zaczęło.

„Żmijowisko” to nowy serial Canal + w reżyserii Łukasza Palkowskiego. Tak więc, Ci, którzy zastanawiają się dlaczego jeszcze nie kręci się nowy sezon „Belfra„, mają odpowiedź;)

Scenariusz oparto na powieści Wojciecha Chmielarza, którego twórczością chyba muszę się zainteresować, bo historia, którą przedstawiają tu twórcy serialu, wskazuje, że możemy się z panem Chmielarzem polubić. Warto dodać, że książka „Żmijowisko” kategoryzowana jest jako thriller psychologiczny, zaś serial reklamowany jako kryminał. Moim zdaniem to co widziałam stanowi kompilację tych gatunków.

Bardzo przyjemne okoliczności przyrody- Mazury po raz kolejny w serialu Palkowskiego. Czyste jezioro i las. Z dala od cywilizacji i może się wydawać wielkiego świata i jego okropności.

Akcja toczy się dwutorowo, bo jednocześnie poznajemy teraźniejszość, w której od zaginięcia nastoletniej Ady upłynął rok, a jej ojciec powraca na Mazury z kolejną porcja plakatów o zaginionej i retrospekcji, w której przywoływane się wydarzenia z przed roku…

Do Żmijowiska zjeżdża grupa trzydziestoparolatków. Na czele Duszyńscy: Paweł „Weź nie pytaj” Domagała w roli Arka, nisko opłacanego agenta nieruchomości i jego ładna acz marudna żona Kamila. Między małżonkami mocno zgrzyta, bo Kamila jest sfrustrowana, a Arek chyba kapuje, że jest jego żoną tylko dlatego, że niefortunnie zaliczyli wpadkę.

Jeśli o wpadce mowa, to wpadka ma już naście lat i snuje się po agroturystyce ze zblazowaną miną, marząc o obozie żeglarskim w objęciach niejakiego Marcina. Jest poważnie strapiona faktem, że podczas gdy ona zmuszona jest obserwować tańce godowe seniorów- rodzice i spółka- ktoś inny stawia żagiel Marcinkowi. Jest jeszcze mały Igorek, który służy jako pretekst do odesłania Arka w czeluście klaustrofobicznej chatki by matka rodzicielka Igora mogła jeszcze trochę pożyć. Pożyć,  a jakże najlepiej w czułym uścisku z dawną miłością w osobie przystojnego Roberta.

Robert to samiec alfa w tym stadzie i choć przywozi ze sobą swoją samicę to i tak każda misia jego. A porpos Misi, Michalina rozwódka, przyjrzyjcie się jej dobrze, bo jej niewinne kurestwo odegra w głównej tragedii większą rolę niż moglibyście przypuszczać. Jest jeszcze jakaś para no name’ów, którzy robią bardziej za tło.

W bieżącej, teraźniejszej akcji mocno przyglądamy się poczynaniom rodziny właścicieli agroturystyki. Tu też jest ciekawie. Nastoletni syn potentatów turystyki, który przed rokiem smalił cholewki do Ady zaprzyjaźnia się z mocno wykręconą Sabinką. Sabinka to z kolei córka ‚człowieka z miasta’, który planuje wielkie biznesy w Żmijowisku. Typ podejrzany ukrywa się pod maską Czarka Pazury.

Główną zagadką serialu są oczywiście okoliczności zniknięcia nastolatki. Tropów jest sporo, ale chyba, nikt z widzów nie wpadnie na finalne jej rozwiązanie. Głupia ja nie wpadłam. Choć wiedziałam, że różowa bluza nie pojawia się tu bez powodu, coś i dzwoniło, ale nie wiedziałam w którym kościele;)

Serial pokonałam w dwa wieczory, bo liczy zaledwie siedem odcinków, i choć przypuszczam, że większość z Was podochodzi niechętnie do rodzimych produkcji, a polskie seriale kojarzą się głównie z gładkimi papkami to Palkowski zmienia trendy i myślę, że warto zainwestować swój czas i odwiedzić „Żmijowisko”.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma tu nic dobrego

Empty rooms/ Puste pokoje (2010)

Maddie po odejściu od partnera kupuje dom za kusząco niską cenę. Wprowadza się do niego wraz ze swoim adopcyjnym synem i pragnie rozpocząć nowe życie. Nowy dom robi pierwsze złe wrażenie na chłopcu jednak Maddie zrzuca jego reakcje na karb autyzmu, na który cierpi chłopiec. Wkrótce sama zaczyna doświadczać dziwnych doznań, aż w końcu zła atmosfera domu przeradza się we frontalny atak.

Nie wiem co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten film. Tytuł „Empty rooms” swoją prostotą robił dużo lepsze wrażenie niż kolejne ‚egzorcyzmy’, ‚opętania’, ‚nawiedzenia’… ‚takiego a takiego’ w domu ‚takim a takim’. Niestety wszelkie dobro związane z tą produkcją kończy się na tytule. Dodatkowo film jest tak zły, że najwyraźniej zakończył dalsze próby debiutującego reżysera, działania w tejże roli, bo po „Empty rooms” nie wypuścił już nic więcej.

Oczywiście jest to kolejny film o nawiedzonym domu z lekką nutką paranoi, co też jest częstym wątkiem. W tym wszystkim scenariusz nie jest może najgorszy, bo nie można mu zarzuć braku konsekwencji, jakiejś rażącej głupoty czy tego typu spraw. Jest do bólu prosto, ale to jest do przeżycia. Niestety mankamenty realizacyjne to już inna para kaloszy. Aktorstwo lekko powyżej dna, zaś technologia kręcenia – od obrazu po dźwięk – puka o dno od spodu…

Wprost ciężko na to patrzeć i tego słuchać. Zupełna amatorka, brak polotu, brak podstawowych umiejętności i możliwości technicznych. „Empty rooms” nie ma w sobie nawet najmniejszego pierwiastka, który mogłabym pochwalić, więc nie pozostaje mi nic innego jak odwieźć Was od pomysłu seansu z nim. Ratuj się kto może.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:1

Aktorstwo:3

Oryginalność:2

To coś:1

24/100

W skali brutalności: 1/10

T.S. Tomson – wywiad z autorem „Próby sił”

„Tworzę nowe światy”

Tak jak wspominałam Wasze konkursowe pytania wybrane przez Tomasza trafiły do wywiadu. A więc, zapraszam do czytania

Biblia Horroru: „Próba sił” to Twój debiut na rynku wydawniczym. Jak czuje się człowiek, który wydaje pierwszą powieść?

T.S. Tomson: Wciąż nie do końca dowierzam w to, że wkrótce pojawi się moja książka. Czuję wiele emocji, od stresu przez ekscytację po dumę, jednak to stres chyba bierze górę.

B.H: Podobno pisarzem się nie zostaje, pisarzem trzeba się urodzić. Zawsze chciałeś pisać książki, czy zacząłeś tworzyć pod wpływem impulsu?

T.S.T:To był impuls.Dużo czytałem, ale nigdy nie wyobrażałem sobie, że napiszę książkę. Szczerze powiedziawszy- nie miałem nawet takich marzeń.  Nie widziałem siebie jako pisarza.

Pierwszy taki impuls, który powinien był dać mi do myślenia, to konkurs na opowiadanie anglojęzyczne w liceum. Był to konkurs wojewódzki wielu szkół. Zająłem wtedy pierwsze miejsce. Pamiętam, że było to opowiadanie o starej kobiecie siedzącej nocą na ulicy, niestety nic więcej sobie nie przypomnę. Oczywiście opowiadanie było horrorem . Ucieszyłem się, poczułem dumę, ale moja nauczycielka podcięła mi wtedy chyba skrzydła, bo nie dostałem od niej ani słowa pochwały. Oznajmiła mi tylko fakt, że zająłem pierwsze miejsce, wręczyła nagrody i tyle. Nigdy później niczego już nie napisałem aż do „Próby sił”.

B.H: Wielu aspirujących twórców poprzestaje na pisaniu do szuflady. Co sprawiło, że postanowiłeś przedstawić „Próbę sił” czytelnikom?

T.S.T: Wiesz, ja ogólnie nie jestem zwolennikiem chowania swojej twórczości do szuflady, chociaż to chyba inny temat. Co do „Próby sił”, fakt jest taki, że po napisaniu dwóch rozdziałów uznałem, że to co napisałem to nic specjalnego. Byłem przekonany, że takie coś napisać może każdy. Zapisałem plik, folder zaszyfrowałem i wrzuciłem do jakiegoś folderu na dysk. Chciałem mieć pamiątkę. I tak minęło pięć lat, przez ten czas nie pisałem kompletnie nic. Po tych pięciu latach przeglądałem komputer nocą i odgrzebałem ten zapomniany folder. Bałem się otwierać plik podpisany już wtedy „próba sił”, ale jednak, kliknąłem dwa razy! I…Spodobało mi się to co przeczytałem. Czytałem ten tekst jako w zasadzie coś nowego, bo go kompletnie nie pamiętałem. Wiem, że zabrzmi to nieskromnie ( a z natury jestem skromny aż za bardzo, choć nie wyglądam haha) ale byłem pod wrażeniem. Więc wysłałem kilka stron do Taty i mojej ówczesnej menagerki (posiadałem wtedy restaurację sushi) i poszedłem spać, zapominając o temacie.

Nazajutrz obudził mnie SMS.  Tata odpisał coś w stylu „zaje….. ,to nowy King”? Zastanawiałem się, czy śmieje się ze mnie czy pyta naprawdę. Odpisałem mu, że to ja. Wtedy on zaczął się zastanawiać, czy to ja nie śmieję się z niego.  Chwilę musiałem go przekonywać, że to naprawdę tekst mojego autorstwa, aż w końcu powiedział „w takim razie musisz napisać całą książkę, jesteś pisarzem”. Pamiętam, jak ogromną dawkę motywacji mi to dało. To było piękne uczucie, uskrzydlające wręcz, tym bardziej, że Ania odpisała, że moja wiadomość ją obudziła o czwartej rano i tak się zaczytała, że całkiem przebudziła czytając do końca. Mówiła, że wciągnęło ją bez reszty, a to było tylko kilka kartek, napisanych kiedyś w zasadzie bez większego namysłu.

Następnie tekst powędrował jeszcze do paru znajomych, którzy także byli pod wrażeniem. Jednak wiesz- choć widziałem, że ich reakcje były prawdziwe, potrzebowałem takiego solidnego potwierdzenia. To wtedy tekst wysłałem do „Biblii Horroru”. Zapytałem, czy ocenisz te kilkanaście stron. Odpowiedź była surowa, ale takiej potrzebowałem.Odpisałaś: „Mogę ocenić, ale ostrzegam, że jeśli mi się nie spodoba, napiszę Ci o tym”. Wziąłem głęboki oddech i pomyślałem- ok, niech będzie, najwyżej zajmę się czymś innym.

Wyczekiwałem zwrotnej wiadomości, która w końcu nadeszła. Z mocno bijącym sercem odczytałem ją i do teraz pamiętam, jak odetchnąłem głęboko. Opinia była bardzo pozytywna. To był ostateczny sygnał, by zabrać się do pracy. Ruszyłem pełną parą. Ostatecznie byłem tak mocno zmotywowany i uświadczony na tamten moment o swoim talencie, że nie myślałem w ogóle, by to co napisze schować przed światem.

B.H: Akcja twojej powieści toczy się za oceanem. Czemu ryzykowałeś zapuszczając się na nieznany teren i właśnie tam osadzając akcje swojej powieści?

T.S.T: To ciekawe pytanie. Od najmłodszych lat przesiąkałem Kingiem. Kocham także kino, a ściślej pisząc- kino zagraniczne made in USA. To stąd trafiłem na „Biblię Horroru”. Szukałem miejsca,w którym ktoś odwalał by brudną robotę i recenzował filmy tak, bym mógł wybierać tylko te dobre. Jestem wzrokowcem, patrząc na filmy często zapamiętuję wszystkie miejsca co pozwalało mi sobie je wyobrażać w głowie. Wątpię, by ktoś po przeczytaniu „Próby sił” mógł by mi zarzucić coś w związku z lokacjami i ich opisem. Są one na tyle neutralne, że nie powinny stanowić jakiegoś większego problemu. W mojej książce skupiłem się tak naprawdę na innych jej aspektach. I szczerze pisząc, wątpię, bym kiedykolwiek miał napisać coś w naszych ojczystych realiach. To mnie nie rusza, póki co, ale kto wie co przyszłość pokaże.

B.H: Wspominałeś, że Twoim literackim wzorem jest Stephen King. Jak jego twórczość wpłynęła na Twój własny warsztat?

T.S.T: Tak, to właśnie twórczość tego autora jest ze mną od najmłodszych lat. Często próbowałem od niego odpoczywać między kolejnymi powieściami, ale to jednak jego styl narracji, opisy i historie mnie fascynują i są bezkonkurencyjne jak dla mnie, toteż szybko powracałem do jego prozy. Choć tak, wiem- nie jest to pisarz bez wad i zdaję sobie z tego sprawę. Bardzo ważną książką dla mnie był jego poradnik „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Pamiętam, że czytając go kiwałem głową co chwilę. Czułem go i rozumiałem, co chce przekazać. King napisał, że ciężko nie naśladować swojego ulubionego pisarza, że zawsze czerpiemy od kogoś i myślę, że to prawda. Mimo to starałem się choć trochę wyrobić własny styl.Czy się spodoba i zostanie dobrze odebrany przez czytelników, to największe pytanie, jakie sobie zadaję.

B.H: Stephen King w swoim „Pamiętniku rzemieślnika” wspomina, że każdy pisarz aby nosić to miano musi napisać minimum 10 stron dziennie, nie ważne czy dobrych czy złych. Jak wyglądał proces twórczy u Ciebie?

T.S.T: Wiem. Zawsze, gdy nie napiszę nic w danym dniu (a staje się to zbyt często) to przypominam sobie jego słowa. Niestety, u mnie wygląda to inaczej. Nie chodzi o wenę, bo wydaje mi się, że z nią większych problemów nie mam, chodzi o brak czasu i często problemy zdrowotne. W każdym razie wiem, że wielu pisarzy pisze dużo, ale też często kasują wiele stron, czasem i całe powieści, które zaczęli. Mi się to zdarzyło tylko raz, w przypadku „Próby sił”. Poza tym niemal całą tę powieść napisałem „jednym tchem”. Tak samo mam teraz z dwoma kolejnymi powieściami, nad którymi pracuję. Więc reasumując- może nie piszę tak często jak powinienem, ale jak już coś piszę, to staram się tak przykładać, bym nie musiał nic kasować. Aha i zapomniał bym, rzuciłem palenie co obecnie znacznie wpłynęło na mój proces twórczy (negatywnie, niestety).

B.H: Każdy pisarz okrada swoje życie osobiste, wykorzystuje wątki, motywy, historie, inspiruje się ludźmi ze swojego otoczenia i sobą samym. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

T.S.T: Tak, to prawda. O ile „Próbę sił” pisałem, jakbym odtwarzał film w głowie, tak trochę inaczej już podchodzę do swoich następnych tekstów. Ogólnie wplątuje do tekstu swoje obserwacje, doświadczenia, ale większość mojej twórczości bierze się gdzieś z głębi mojego mrocznego umysłu. Siadam do klawiatury, zaczynam pisać i nie wiem skąd to się w zasadzie bierze. Jakkolwiek dziwnie to brzmi. Czasami zastanawiam się, czy ja przypadkiem nie przepisuję myśli kogoś innego, kto żyje we mnie.

B.H: Goethe powiedział, że ktoś kto nie spodziewa się miliona czytelników nie powinien napisać ani jednej linijki. Czy myślałeś o tym jak zostanie odebrana Twoja powieść?

T.S.T: Oczywiście, bardzo często o tym myślę. To znaczy wiesz, swoje marzenia odłożyłem w czasie. Wiem, że to nie jest łatwy rynek i nawet wielkie talenty często nie są w stanie się przebić. Zdradzę Ci sekret- nie czuję się jak pisarz. Wciąż uważam, że nie napisałem nic szczególnego choć ci co czytali, twierdzą odwrotnie. I to mnie głównie napędza. Brakuje mi na tym polu pewności siebie, choć staram się myśleć pozytywnie i wierzyć w siebie. Do tego wszystkiego „Próba sił” jest dość osobistą, niemal intymną książką. Czuję, jakby wkrótce na światło dzienne miała wyjść cząstka mojej duszy. Całkiem naga i bezbronna, otwarta na krytykę. Reasumując, nie spodziewam się miliona czytelników, ale po cichu gdzieś tam wierzę, że to marzenie jest w moim zasięgu.

Piotr G: Czy byłeś prześladowany w dzieciństwie przez jakieś złe moce,stwory,może typa z maczeta? Skąd takie chore, krwawe pomysły?

T.S.T: Kiedyś spotkała mnie dziwna sytuacja. Miałem coś koło 20 lat. Była noc, obudziłem się i poszedłem po tabletki przeciwbólowe do swojej szafki w salonie. Ponieważ dobrze znałem mieszkanie, nie zapalałem światła. Otworzyłem szafkę i poczułem dziwny niepokój. Wtedy nie wiem, dlaczego, ale pomyślałem, że jeśli włączę światło w salonie, a ono się nie zapali, to znaczy, że śnię.  Podszedłem do włącznika i światło się nie zapaliło. Wtedy poczułem jeszcze większy lęk. Poszedłem do sypialni, usiadłem na łóżku i zacisnąłem z całej siły powieki pragnąc się obudzić. Do tej pory pamiętam to straszne uczucie: nagle objęło mnie jakby czyste zło. Jakaś czarna aura otuliła mnie z każdej strony. Jakby demon chciał wejść w moje ciało. Panicznie się bałem. Do dzisiaj twierdzę, że to było zło w czystej postaci. W końcu się obudziłem, czując jeszcze ten strach w sobie i do dzisiaj go czuję myśląc o tym. Natomiast nie- nigdy innej sytuacji nie miałem, prócz podróży poza ciało, jakich dopuszczałem się czasem do niedawna.

Co do chorych, krwawych pomysłów- rodzą się w mojej głowie same. Nie wiem, gdzie mają źródło. Chyba nie chcę wiedzieć, haha.

Kinga J: Jakie jest Twoje wykształcenie? Czy wybór szkoły/studiów podejmowany był z myślą o zostaniu pisarzem?

T.S.T: Mam wykształcenie średnie. Podjąłem studia prawnicze, niestety w 3 roku doznałem poważnych komplikacji zdrowotnych i musiałem je przerwać. Do 30 roku życia nie miałem pojęcia, że kiedykolwiek napiszę książkę i że będę miał jakieś plany związane z karierą pisarską.

Kinga J: Jak wygląda życie pisarza? Piszesz w określonych dniach, godzinach czy czekasz na natchnienie? Piszesz w domu czy biurze?

T.S.T: Oj, to właśnie ekstra pytanie. Cóż, problem jest taki, że choć schlebia mi określenie mojej osoby jako „pisarza” to jednak jestem realistą i nie uważam się za takowego. Wydaje mi się, że jedna książka nie czyni ze mnie pisarza… Myślę, że to czytelnicy tworzą pisarzy. Ale co do pisania- moim marzeniem byłoby pisać zawsze o określonej porze. Kiedy kończyłem „Próbę sił”pisałem tylko nocą, zaczynałem koło 22 kończąc o 1 / 2 w nocy. Natomiast marzę o pisaniu w porach 9.00-13.00. 4 godziny, jak nakazuje Mistrz, Pan S.King. Kiedyś pisałem w swoim biurze, teraz wolę mój pokój zrobiony tylko pod pisanie. I nie chce być nieskromny, ale mam często natchnienie, bardziej brakuje mi niestety czasu, co boli.

Kinga J.: Czy oprócz literatury masz jeszcze jakieś inne zainteresowania?

T.S.T: Tak, sporo! Lubię fotografię, kocham słuchać jak i tworzyć muzykę. To hobby porzuciłem z braku czasu, ale zawsze marzyłem o zostaniu producentem muzycznym. Odkąd rzuciłem palenie lubię także sport, różny. Ja ogólnie wiele rzeczy lubię robić w życiu.

Kinga J: Czy oprócz pisania pracujesz gdzieś jeszcze?

T.S.T: Tak, mam firmę budowlaną. Oprócz tego wynajmuję mieszkania.

Kinga J: Co najbardziej motywuje Cię do pisania?

T.S.T: Gdy dostałem swój pierwszy egzemplarz książki, poczułem się dumny z siebie. Chce poczuć więcej tej dumy. Chce być lepszy, chciałbym mieć swoich czytelników którzy będą odwiedzać moje stworzone światy.

Kinga J: Jacy autorzy, z wyjątkiem S.Kinga są dla Ciebie największą inspiracją? Podaj proszę tytuły ulubionych pozycji książkowych.

T.S.T: Chyba nie czerpię już od żadnego innego autora. Ulubione książki: King:  Miasteczko Salem, Bastion, Czarna bezgwiezdna noc, Lśnienie Inne: Złodziejka książek, Jestem legendą, Pieśń Lodu i Ognia.

Kinga J: Masz swojego ulubionego bohatera literackiego?

T.S.T: Kocham postać Tyriona z Pieśni Lodu i Ognia czyli Gry o Tron Jestem fanem tej serii! Serialu jak i książek. W ogóle tam było sporo zajebistych postaci. Drugie miejsce ma Jaimie Lannister!:)

Kinga J: Masz jakieś motto życiowe, którym się kierujesz? Ulubiony cytat z książki?

T.S.T: Mam kilka mott życiowych, ale głównie- nie czyń drugiemu co Tobie nie miłe. Chociaż, to chyba nie motto. Cytat z książki owszem- „- Idź więc, są światy inne niż ten.”. Chyba wiecie, czyj to?:)

Kinga J: Czy jest jakaś książka, która wywarła na Ciebie tak duże wrażenie, że wracasz do niej lub wiesz, że zapamiętasz do końca życia? Która w jakiś sposób na Ciebie wpłynęła?

T.S.T:Tak. To definitywnie ‘Bastion’ S. Kinga. Czytałem ją trzy razy i myślę, że jeszcze tam wrócę. Ja ogólnie kocham klimaty post apo. Chłonę każdy film i książkę w tych tematach!

Kinga J: Jakie uczucia towarzyszyły Ci po ukończeniu pisania pierwszej w życiu książki? Jak uczciłeś ten sukces?

T.S.T: Odetchnąłem z ulgą. To była ciężka przeprawa z końcówką, ale czułem dumę. W sumie tego sukcesu jeszcze jakoś nie świętowałem, dopiero w dniu kiedy wydawca zgłosił chęć do wydania książki uznałem za pierwszy mały sukces. Pojechaliśmy na sushi z tatą i jego żoną. Kocham sushi tak btw.:)

Kinga J: Czy planujesz w przyszłości napisać książkę z innego gatunku literackiego?

T.S.T: Coś tam myślałem, ale póki co interesuje mnie groza. Kiedyś zacząłem pisać thriller erotyczny, może wrócę do tematu.

Kinga J: Jaki jest Twój stosunek do zwierząt?

T.S.T: Lubię zwierzaki. Psy i koty po równo. Niebawem mam się przeprowadzić do domu, planujemy tam z dziewczyną mały zwierzyniec.

Kinga J: Masz jakieś „złote rady” dla początkujących pisarzy?

T.S.T: Tak jak napisałem, nie wiem, czy mogę nazwać się jeszcze pisarzem. Przynajmniej na razie. Choć nie ukrywam- schlebia mi to pytanie!:) Jeśli czytelnicy uczynią mnie pisarzem, na pewno kilka rad Wam dam.

Rafał P: Jako, że też marzę o zostaniu zawodowym pisarzem, chciałbym zapytać o kwestie techniczne Twojej pracy. Jakich programów do pisania i gromadzenia notatek używasz? Notatki robisz elektronicznie czy tradycyjnie? Czy i w jaki sposób planujesz kolejne rozdziały?

T.S.T: Ekstra pytanie! Używam tylko i wyłącznie maca pro. Proces u mnie wygląda następująco, piszę w iA Writer w trybie nocnym.Lubię ten program, tryb nocny plus czcionka maszyny do pisania sprawia, że czuję się tam dobrze. Po skończeniu kilku rozdziałów całość przenoszę do Worda i tam porządkuję wstępnie czyli patrzę na rozpiętość rozdziałów, sprawdzam błędy itd. Potem zapisuje i dalej piszę w iA Writer. Ogólnie lubię mieć porządek w tekście, kiedy piszę. Piszę w ciszy, tylko w przerwach słuchając muzyk, przeważnie nocą. To dla mnie obecnie najlepsza pora. Co do notatek, używam ich mało, ale jeśli już, wszystko zapisuje w notatniku w telefonie. Co do planowania rozdziałów, staram się jakoś bardzo nie planować. Delikatnie sprawdzam grunt, gdzie ta opowieść chce pójść. Ciężko mi to wytłumaczyć. Moi bohaterowie sami mi pomagają. To chyba nazywa się wena?:) Powodzenia Ci życzę!

B.H: Skoro już trafiłeś na blog o horrorach muszę zadać Ci to pytanie… Ulubiony film grozy?

T.S.T: Ostatnim razem zdołał mnie dość fajnie przerazić film pt „Wizyta”. Uwielbiam „Labirynt Fauna”, „Sierociniec”, i „Zejście”.

B.H: Wierzysz w duchy?

T.S.T: Często myślę nad tym. Wydaje mi się, że istnieje jakiś rodzaj energii, której nie pojmujemy. Chyba jestem skłonny wierzyć w to, ze dusze wędrują. Duchy, złe moce, nawiedzenia- nie zaprzeczam istnienia tych rzeczy.

Dziękuję Tomkowi, że tak dzielnie znosił kolejne przesłuchania dzięki czemu udało nam się stworzyć tak wyczerpujący wywiad:)

A Was Moi drodzy zachęcam do lektury „Próby sił”, którą Biblia Horroru objęła patronatem.

Wyniki konkursu

WYNIKI KONKURSU PATRONACKIEGO

Drodzy Parafianie, dziś spieszę do Was z wynikami konkursu patronackiego, który ogłosiłam w połowie listopada. Waszym zadaniem było między innymi wymyślenie pytania, które stanie się częścią wywiadu z debiutującym autorem. Miały być trzy nagrody książkowe, ale będą cztery, bo Mikołaj bogaty;) . Powieści T. S. Tomson’a  „Próba sił” powędrują do:

1. Piotra G.

2. Jacka G.

3. Rafała P.

4. Kingi J.

W imieniu swoim i autora dziękuję wszystkim za udział i mam nadzieję, że po przeczytaniu książek podzielicie się z gromadą swoimi wrażeniami;)

A całość wywiadu z autorem opublikuję jutro, czekajcie, bo warto;)

Najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

Amityville Horror – Jay Anson

Jest grudzień 1975 roku. Rodzina Lutz, Katie, jej dzieci z pierwszego małżeństwa i mąż George wprowadzają się do nowego domu w Amityville przy Ocean Avenue 112. Dobili świetnego interesuje nie zrażeni krwawą historią posiadłości. Niestety ich amerykański sen zmienia się w koszmar, gdy dom okazuje się nawiedzony.

Tak, Moi Drodzy, przed Wami pierwsze polskie wydanie książki o nawiedzonym domu Amityville znanym na całym świecie głównie za sprawą serii filmowych horrorów.

Nie wiem jak to się stało, że do tej pory żaden polski wydawca nie zdecydował się na przetłumaczenie książki i przedstawienie jej polskim czytelnikom. Na szczęście jest Vesper, na Vesper zawsze można liczyć. Wydana w twardej oprawie książka, przyciąga okładką i tradycyjnie uzupełniona jest o ilustracje, mroczne ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Prezentuje się świetnie i myślę, że nawet bez stosownej rekomendacji każdy fan horrorów będzie chciał mieć ją na swojej półce.

Osobiście byłam szalenie ciekawa zawartości. Moim głównym pytaniem było na ile książkowy oryginał  różni się od ekranizacji i jej remake’u? I tu szok pierwszy: Jody jest chłopcem. Tak więc – różnice są.

Książka powstała na podstawi relacji rodziny Lutz, spisanej przez pisarza Jay’a Andsona, który jak szybko zorientujecie się czytając wstęp wydawał się gorąco wierzyć słowom bohaterów. Myślę też, że sporo dodał tam od siebie, żeby uatrakcyjnić historię i tak w dwa lata po krótkim, bo zaledwie 28 dniowym, pobycie Lutzów na Long Island po raz pierwszy wydano „The Amityville Horror”.

Gdy już przebrnęłam przez wstęp, który bardziej mnie zniechęcił niż uwiarygodnił sprawę, miałam obawę, że książka przyjmie postać czegoś w rodzaju literatury faktu ze skrzętnie wyliczonymi emanacjami zjawisk nadprzyrodzonych i bez jakiejkolwiek fabuły. Okazało się, że jest inaczej co jest niewątpliwym plusem książki. Czyta się ją ot, jak powieść, gdzie mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i zakończenie. Znajdzie się przestrzeń na stworzenie portretów psychologicznych bohaterów, na zbudowanie napięcia i klimatu. Język jest przystępny.

Oczywiście dla większości czytelników, którzy jak mniemam znają już tą historię za sprawą filmów nie będzie aż takiego wow, jak u zupełnych neofitów, nie mniej jednak nadal uważam, że dla fanów grozy jest to pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Ostatnia impreza

Die letzte Party deines Lebens aka Party Hard die young (2018)

Grupa absolwentów liceum bawi się wspólnie na kilkudniowej imprezie muzycznej w Chorwacji. Wśród nich są Julia i Jessika przyjaciółki planujące wspólne studia. Niestety jedna z nich postanawia się wyłamać i bez uprzedzenia drugiej zmienia założenia. Pomiędzy dziewczynami dochodzi do kłótni w wyniku, której rozdzielają się podczas popijawy. Nazajutrz ani Julia ani jej przyjaciele nie mogą znaleźć Jessiki. Nikt z nich nie rezygnuje jednak z dalszej zabawy, tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby z klasy Julii.

To dopiero głośny film. I nie mam tu na myśli sławy i popularności, tylko wrażenia czysto sensoryczne. Nieustannie hucząca muzyka taneczna to znak sygnalny tej historii. Młodzi bohaterzy austriackiego horroru bawią się i giną w rytm Gigi d’agostino.

Już chyba jesteście w stanie stwierdzić, że nie jest to produkcja skierowana do fanów nastrojówek. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z teen slasherem, który jednak ma niewiele wspólnego z estetyką klasyki tego podgatunku. To horror na wskroś współczesny mimo, że jego szkielet fabularny trąci myszką, bo żadne novum tu nie następuje.

Bohaterzy to grupa rozbawionych, kipiących młodością ludzi. Przez większość akcji są pijani albo skacowani. Jak w każdym podręcznikowym slasherze pojawia się jakiś Zły Pan, który psuje im zabawę.

Tożsamość owego niegodziwca jest skrzętnie ukrywana przed widzem. Scenarzysta jest na tyle ostrożny, że nie daje nam choćby małej wskazówki, coby nie zepsuć w sumie dość oczywistego finału. Pisząc oczywisty nie mam tu na myśli łatwy do odgadnięcia, bo jak wspomniałam tropów brak- chyba, że tych mylnych – chodzi mi raczej o typowość rozwiązania tej zagadki. Tak, jest sztampowo slasherowa. Jest umoralniająca pointa i wszytko zgodnie z podręcznikiem.

Dla fanów dynamicznych zgonów jest tu sporo dobrego, więc pod tym względem film się sprawdza. Myślę, też, że za sprawą tej zalety zjedna sobie jakąś tam rzesze fanów. Jak dla mnie może być.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

56/10

W skali brutalności:2/10

Bajki nie dla dzieci

Upiorne opowieści po zmroku – Alvin Schwartz

Z czym Wam się kojarzy tytuł „Upiorne opowieści po zmroku”? Z historyjkami opartymi na lokalnych legendach? Z bajkami dla dzieci? Z bajkami z dreszczykiem? Jakkolwiek jest  każde z tych skojarzeń jest trafne.

Książka, o której dziś mowa, jest w zasadzie pierwszym tomem , trzytomowej serii książek. Pierwszy z nich, który doczekał się właśnie polskiego wydania, po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1981 roku.

Historie opatrzone ilustracjami Stephena Gammela wydano w Ameryce i to z amerykańskiego folkloru czerpią w największej mierze, choć ciężko tak to kategoryzować w przypadku kraju osadników;) Zrobiły dużo szumu, głównie w uwagi na grupę odbiorców- dzieci. Czy dzieci powinny czytać takie potworności? Patrzeć na potworne obrazki? Alvin Schwartz stwierdził, że a jakże i wydał jeszcze dwa tomy. Podobno istnieje też wersja ocenzurowana, ale nie ją mam dziś w ręku.

Być może niektórzy z Was już zaznajomili się z tytułem za pomocą filmu, który ostatnio gościł w kinach i który to powstał w oparciu o książkę. Na ile film trzyma się pierwowzoru, nie wiem, bo jeszcze go nie widziałam, ale za to mogę Wam co nieco powiedzieć o książce.

Książka jak na swoje sto parę stron liczy aż 29 historii, więc możecie się domyślać, że są raczej krótkie. Opowieści podzielono w zależności od hym… od przeznaczenia? Chyba o to szło.

Pierwszy cykl to „Aaaach”, czyli okrzyk zaskoczenia, przynależny dla historii z zaskakującym zakończeniem. „Usłyszał kroki na schodach” to typowe ghost story o duchach czających się w zakamarkach domu. „Zjedzą twoje oczy, zjedzą twój nos” może wskazywać na makabreskę, ale to raczej zbiór różnych dziwów. „Inne zagrożenia” to opowiadania oparte na miejskich legendach, Krwawa Mery i tym podobne tematy. Na koniec znowu mamy „Aaaach”, ale tym razem nie chodzi o zaskoczenie tylko bardziej hym… obrzydzenie? To najbardziej makabryczny rozdział, najbardziej ‚nie dla dzieci’.

Z uwagi na objętość książki, którą dodatkowo skracają przypisy, ilustracje no i spory wstęp ze wskazaniami ‚jak straszyć, można ją łyknąć w jeden wieczór, tak przed snem. Myślę, że będzie to przyjemna lektura, taki powrót do krainy dzieciństwa, bo nikt nie potrafi się tak pięknie bać jak dzieci.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Tylko krew

Bloodline (2018)

Evan Cole jest szczęśliwym mężem, świeżo upieczonym ojcem i szkolnym psychologiem na co dzień zajmującym się udzielaniem wsparcia nastolatkom mierzącym się z różnymi problemami. Każdy dzień pracy upływa mu na słuchaniu nie rzadko zatrważających zwierzeń.

Evan czuje się coraz mocniej sfrustrowany tym, że w wielu sytuacjach nie jest w stanie pomóc podopiecznym, nie bez podjęcia radykalnych kroków. Pewnego dnia po wysłuchaniu kolejnego wyznania nie wytrzymuje i postanawia osobiście rozliczyć się z winowajcą krzywdzącym dziecko.

Tytuł „Bloodline” z pewnością wzbudził przyjemne skojarzenia u fanów twórczości zespołu „Slayer”;) Wbrew temu, na co może wskazywać ów tytuł jest to film raczej umiarkowanie krwawy. Oczywiście sceny śmierci są tu obecne i stanowią główny wątek fabuły, ale nie spodziewajcie się rzek krwi.

Gatunkowo obraz przystaje bardziej do psycho thrillera z seryjnym zabójcą w roli głównej aniżeli slashera, czy filmu gore, lub torture porn. Głównie za sprawą naszego bohatera-antybohatera.

Nie małym zaskoczeniem była dla mnie twarz odtwórcy roli głównej. Co Stifler robi w horrorze?;) Ano gra i gra bardzo dobrze, Moi Drodzy. Widząc go z poważną, posępną miną, całą swoją postawą okazujący profesjonalizm była pod dużym wrażeniem. Debiutujący reżyser najwyraźniej pozwolił mu wyjść po za pudełko i dobrze zrobił.

Początek filmu w żaden sposób nie zapowiada jakie licho siedzi w Evanie. Jest przybity, trochę wyzuty z emocji, ale bardziej odbierałam to jako objaw zawodowego wypalenia niż rys socjopatyczny. Z drugiej strony, czy Evan jest socjopatą?

Śledząc drogę jaka doprowadziła Evana do vendetty, którą ostatecznie odprawia, wcale mu się nie dziwiłam. To kwestia osobistych doświadczeń zawodowych, ale miałam ochotę poklepać go po ramieniu i powiedzieć: Stary, wiem co czujesz.

Evan nie zabijał dla przyjemności, choć z drugiej strony udział w spełnieniu czyjejś karmy, dopełnienie sprawiedliwości, musiało mu sprawiać frajdę, a może tylko ulgę?

W każdym razie bohater „Bloodline” nie jest typowym mordercą. Nie bez udziału w całej sytuacji był jego żona, niezbyt szczęśliwa młoda mama i jej teściowa, tak, nazwijmy ją ‚mamą Stiflera’. Mama Stiflera wymiata.

Sceny śmierci ofiar też wypadają dobrze, może dlatego, że Evan nie ogranicza się do samego zabijania;). Tak więc, film jak najbardziej nice i spokojnie możecie obaczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne: 8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:/2/10

Ze śniegiem wracam

Zimowe nawiedzenie – Dan Simmons

Dale Stewart po tym jak jego życie prywatne i zawodowe legło w gruzach popada w depresję. Nie chce już żyć, ale wychodzi cało z samobójczej próby. Jednak jego psychika jest w strzępkach, a on czuje, że musi się cofnąć bo stoi o krok od przepaści.

Cofa się aż do krainy dzieciństwa, małego miasteczka w Ilinois, gdzie pewnego lata doszło do serii niewytłumaczalnych wydarzeń. Pisarz postanawia na nowo skonfrontować się z przeszłością. Nadchodzi zima gdy Dale Stewart wraca do Elm Haven.

Tak, „Zimowe nawiedzenie” jest kontynuacją „Letniej nocy”, mimo, że pomiędzy publikacjami obydwu książek pojawiły się jeszcze dwa tytuły powiązane z tematem.

Jeśli pamiętacie „Letnią noc” pamiętacie też Dale’a. Dale wraca do miasteczka i lokuje się na farmie niegdyś należącej do rodziny jego nieżyjącego przyjaciela, Dune’a.

W recenzji „Letniej nocy” wspominałam, że był on moim ulubionym bohaterem i bardzo odżałowałam jego śmierć, to też z radością przyjęłam fakt, że Dune nie umarł tak do końca;) Dune Mc Bride, który przecież chciał zostać pisarzem, jest narratorem „Zimowego nawiedzenia”.

„Zimowe nawiedzenie”, choć tytuł dość jednoznacznie wskazuje nam gatunek do jakiego należałoby przypisać powieść ma w sobie tyle samo horroru co powieści psychologicznej.

Być może dlatego, miłośnicy „Letniej nocy” byli nieco rozczarowani, bo jeśli chodzi o wartkość akcji jest zdecydowanie bardziej stonowana. Grzebanie w zatartych wspomnieniach, umartwianie nad obecnym stanem rzeczy, kiepskie widoki na przyszłość. Nie brzmi wesoło, ale czy Dan Simmoms pisze wesołe historie? No nie. Mnie „Zimowe nawiedzenie” bardzo przypadło do gustu.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Co gryzie Jennifer

Gnaw/ Apartament 2012 (2017)

Jennifer po rozstaniu z agresywnym mężem wynajmuje skromne mieszkanie w nieciekawej dzielnicy. Próbuje odzyskać spokój jednak żyje w ciągłym lęku przed swoim ex. Nieustające lamenty jakie słyszy z mieszkania sąsiadki również nie dają jej spokoju. W końcu Jennifer decyduje się wyciągnąć do kobiety pomocą dłoń, jednak jest już za późno – sąsiadka popełnia samobójstwo, co jest kolejnym traumatycznym przeżyciem dla bohaterki.

Od tego momentu stan psychiczny Jennifer jeszcze się pogarsza co ma też odzwierciedlenie w zdrowi fizycznym. Każdej nocy na jej ciele pojawiają się ślady po ugryzieniach, których pochodzenia nikt nie jest w stanie stwierdzić.

„Gnaw”,produkcja hiszpańsko- amerykańska oscyluje wokół psycho thrillerabody horroru. Te dwa podgatunki są jednymi z moich ulubionych i fakt, że weszły w koalicję za sprawą filmu Haylar’a Garci bardzo mnie cieszy. Finalnie mamy tu do czynienia z czymś jeszcze, ale nie chcę Was naprowadzać na ten trop, bo popsuję niespodziankę.

„Gnaw” szybko mnie zaangażował w opowiadaną historię. Dużo czasu poświęcono na zarysowanie warstwy dramatycznej, czyli przedstawienie sytuacji życiowej Jennifer, co stanowi punkt wyjścia dla wszystkich filmowych wydarzeń. Dzięki temu jej los nie był mi obojętny.

Najmocniejszym, moim zdaniem, elementem fabuły jest wątek przypadłości bohaterki. Plamy na jej ciele, kojarzące się z jakość nieprzyjemną chorobą zakaźną, albo zażywaniem twardych narkotyków to punkt zapalny w całej historii.

Najpierw podobne objawy widzimy bowiem u sąsiadki Jennifer. Widzimy jak cierpiąca kobieta jest mijana z obojętnością, a nawet gorzej. Widzimy jak patrzy na nią Jennifer. To samo spotka ją samą i to już wkrótce.

Bez skuteczne poszukiwanie pomocy, podejrzenia jakie są kierowane w jej stronę i ostracyzm z jakim spotyka się w czasie rozmowy o pracę. Wszystko to wpędza ją w poczucie paranoi. 

We wszelkiego rodzaju body horrorach środek ciężkości zwykle spoczywający na jakimś zewnętrznym antybohaterze przesuwany jest na osobę bohatera, na jego własne ciało, tak jakby ono było wrogiem, ono chciało zabić naszego bohatera. Dokąd można uciec od samego siebie? Jak się bronić? Body horrory żerują na naszym lęku przed chorobami, nie boją się wizualizować najgorszego i na tym polega ich siła. Muszę stwierdzić, że nie spotkałam dotąd filmu z tego gatunku, który nie zrobiłby na mnie wrażenia.

Wątek typowy dla body horroru, wątek paranoid thrillera to nie wszystko co oferuje scenariusz, bo nieoczekiwany – przynajmniej przeze mnie zwrot akcji otwiera inną perspektywę.

Czy warto było zbaczać w tym kierunku ocenicie sami. Ja jestem z tego filmu całkiem zadowolona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:2/10