Miesięczne archiwum: Luty 2013

„Zrobili\u015bmy to dla \u015bmiechu”

Smiley (2012)

smiley recenzja

Dwie młode studentki,blond włosa i niewinna jak stokrotka Ashley i sprowadzająca ją na manowce czarnowłosa Proxy wybywają razem na imprezę organizowaną przez użytkowników czat stronki celującej w złośliwym naigrywaniu się przy całkowitej anonimowości.

Tam dziewczyny są świadkami popisu kolesia, który na video-chacie wysyła jakiejś lasce wiadomość składającą się z trzykrotnie powtórzonych słów: Zrobiłem to dla śmiechu. W chwile później za plecami owej rozmówczyni pojawia się straszliwa morda bez oczu za to z szerokim uśmiechem i wbija biedaczce- tu i tam- nóż. Laska pada martwa.

Wrażliwa Ashley nie może o tym zapomnieć, więc przez dalszą część filmu będziemy obserwować poczynania dziewczyny mające na celu rozwikłanie tajemnicy morderstw na czacie, których dokonuje tytułowy Smiley.

Dawno nie widziałam tak żałosnej rzeczy. Zapowiadał się całkiem niezły shlasher, gdzie morderca dzięki dobrodziejstwie technologi informacyjnych grasuje i bezlitośnie zabija, jak niegdyś legendarna Bloody Mary, po trzykrotnym wezwaniu.

smiley recenzja

Wysiłki twórcy Michaela J. Gallanghera by tradycyjny slasher oparty na miejskiej legendzie upchnąć w ramy współczesnego teen horroru skończyły się fiaskiem. Nie dlatego, że pomysł był zły- może niezbyt lotny, bo to w końcu slasher, ale nie był najgorszy.

Główną bohaterkę z jej dziwaczna ekspresją można by było żywcem wstawić do strasznego filmu i nawet nie trzeba było przejaskrawiać jej zachowań. Z resztą cała obsada kwalifikuje się do wymiany. Skąd on wziął takie beztalencia??

Scenariusz dziurawy jak szwajcarski ser, z masą luk i błędów. Zerowy poziom napięcia. Chyba, że za napięcie można uznać moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu by główna bohaterka poniosła śmierć.

smiley recenzja

Przyznać jednak muszę, że w drugiej połowie filmu dzieje się trochę lepiej. Może dlatego, że zwiększono tępo akcji i nie mogłam już tak dokładnie przyglądać się tej porażce.

Zakończenie jest całkiem ciekawe- w porównaniu z poziomem całego filmu. Nie mniej jednak męczyłam się oglądając go. Nie mogłam nawet pocieszyć oka obrazami krwawych mordów, bo mimo iż trupy są, to tak jakby ich nie pokazują.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:4

Klimat:3

Zdjęcia:5

Zabawa:3

Dialogi:3

Zaskoczenie:7

Oryginalność:6

To coś:3

Aktorstwo:3

41/100

Robak w głowie

The Bug/ Robak (2006)

robak recenzja

Agnes, mocno nadgryziona zębem nałogu, kelnerka mieszka w zrujnowanym motelu gdzieś na pustkowiu w Stanach Zjednoczonych. Boryka się z poważnymi problemami osobistymi. Jej synek zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, mąż, agresywny alkoholik właśnie wyszedł z ciupy i liczy na ciepłe powitanie w małżeńskim łożu. Pewnego dnia kobieta poznaje intrygującego mężczyznę Petera. Facet bardzo różni się od dotychczasowych partnerów kobiety. Rozpoczynają romans. Zaraz po pierwszej wspólnej nocy w mieszkaniu Agnes pojawia się pierwszy robak.

robak recenzja

Peter twierdzi, że padł ofiarą barbarzyńskiego wojskowego eksperymentu. Robaki, coś na kształt mszycy żyją w jego krwi.

Co do tego, że robaki żyją wyłącznie w głowie Petera nie ma większych wątpliwości.

Przez większą część filmu śledzimy zatem rozwój psychozy Petera, która co i rusz rozbudowuje system swoich urojeń, w końcu Agnes staje się ich integralną częścią. Kobieta, tak jak wspomniałam ma poważne problemy osobiste, po za tym wciąga i pali w niewyobrażalnych ilościach, do tego jej skłonność do wchodzenia w bliskie i bardzo toksyczne relacje z wykolejonymi mężczyznami sprawia że pada ofiarą tak zwanego obłędu udzielonego. To oczywiście moja teoria.

robak recenzja

Obserwowanie rozwoju sytuacji może zadziwiać czy  nawet szokować widza. Raczej nie powieje grozą, ale to tez kwestia tego co kogo przeraża. Obydwoje aktorów Ashley Judd i Michael Shannon wypadają bardzo przekonująco w swoich rolach. Dawno nie widziałam tam wiarygodnie zagranego szaleństwa. Film kierowany jest przede wszystkim do fanów schizolskich historii.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:6

Zabawa:7

Dialogi:7

Aktorstwo:8

Zdjęcia:7

Oryginalność:7

To coś:6

Zaskoczenie:5

65/100

Hitchcock po raz czwarty

Rebecca/ Rebeka (1940)

rebeka recenzja

Jeszcze jedno świetne dzieło Hitchcocka. Podobnie jak „Ptaki” będące filmową adaptacją powieści Daphne du Maurier. Tych dwóch obrazów nie należy jednak ze sobą porównywać. Jak wspominałam kiedyś wielką fanką „Ptaków” nie jestem. Sprawa zupełnie inaczej ma się w przypadku „Rebeki” historii niezwykle mrocznej, tajemniczej i wciągającej.

Młoda, skromna i naiwna dziewczyna pracująca jako dama do towarzystwa pewnej bogatej starszej pani W czasie wspólnej podróży  poznaje zamożnego wdowca Maxima de Winter. Zakochuje się w nim bez pamięci. Mężczyzna zdaje się odwzajemniać jej zainteresowanie, oświadcza się jej i czyni ją nową Panią de Winter. Zabiera swojego „kopciuszka” do pałacu, czyli posiadłości Manderley.

rebeka recenzja

Tam młodej żonie przyjdzie zmierzyć się z nieskończoną ilością tajemnic. Siatka intryg i sekretów rozciąga się nad całym Manberley.

Duch tragiczniej zmarłej pierwszej żony Maxima nie pozwala zaznać jej szczęścia.Nie mamy tu jednak do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi i tego typu rzeczami. Manderlay wydaje się być opętane przez wspomnienie o pięknej Rebece. Maxim jest wobec nowej żony daleki i oschły, nadal żyje przeszłością nie mogąc wymazać z pamięci obrazu pierwszej żony. Podobnie jest ze wszystkimi ludźmi, których znała Rebeka.

Naiwne dziewczę chcąc nie chcąc odkryje kim była Rebeka, co się z nią stało i jakie piętno odcisnęła na całym Manderlay.

Aktorka wcielająca się w postać nowej pani de Winter, Joan Fontain, w niczym nie przypomina ślicznotek Hitcchocka. Jej uroda jest mocno przeciętna. To mnie  zaskoczyło. Aktorsko stoi jednak na bardzo wysokim poziomie. Świetnie wcieliła się w postać „kopciuszka”. Wypłoszona, przygarbiona, strzelająca przerażonymi oczyma po kątach wielkiego domu de Winterów. Stanowiła idealny kontrast dla widma Rebeki, której z resztą ani razu nie ujrzymy w filmie – Co jeszcze bardziej podkręca wyobraźnię widza i sprawia, że kobieta-cud jest jeszcze bardziej niedostępna dla zwykłych śmiertelników.

Film Hitchcocka jest nie tylko thrillerem ze świetnie zbudowanym suspensem, ale i melodramatem historią mającą coś z opowieści Poego, np. „Ligei”. Spodobał mi się już ob pierwszych scen.

„Ostatniej nocy śniłam, że znów jestem w Manberlay. Stałam przed żelazną bramą, której nie mogłam otworzyć. Nagle jak to we śnie, dzięki nad naturalnej mocy przeniknęłam przez przeszkodę jakbym była duchem (…)Kręta ścieżka doprowadziła mnie do tajemniczego i cichego domostwa (…) księżyc potrafi płatać figle i nagle wydawało mi się, że w oknach pojawiło się światło (…)”

rebeka recenzja

Od tych słów, którym towarzysza powolne, długie ujęcia kamery prowadzące nas aż do murów posiadłości rozpoczyna się film. Hitchcock od początku buduje niesamowity klimat tej opowieści. Jest mroczno i mglisto, bo jak wiadomo w mroku i we mgle najlepiej ukryć wszelkie tajemnice.

rebeka recenzja

A tajemnic jak wspomniałam nie brakuje. Hitchcock pomimo dość wolnego tępa filmu nie zapomniał o wstawieniu kilku niezaprzeczalnie mocnych zwrotów akcji. Nie można tu mówić o dużym zaskoczeniu, al fabuła znacznie zmienia tor. Nie zabraknie też inteligentnych i dowcipnych dialogów.

Jeśli chodzi o filmowych bohaterów to obok zabiedzonego kopciuszka i mrocznego wdowca mamy jeszcze upiorną służącą, wielką przyjaciółkę byłej pani domu, w tej roli Judith Anderson- niesamowita aktorka. Wprowadza ona swoją osobą sporo zamieszania i nieco psychodeliczną grozę.

rebeka recenzja

Scenografia niestety bije po oczach sztucznością, zwłaszcza w scenach plenerowych, jednak w wersji czarno-białej filmu dodaje mu teatralnego uroku.

Film jak zazwyczaj polecam fanom starego kina.

Moja ocena:

Straszność:7

Klimat:10

Fabuła:7

Zdjęcia:7

Aktorstwo:7

Zabawa:7

Dialogi:9

Zaskoczenie:6

Oryginalność:6

To coś:8

74/100

Przejażdżka z mordercą, czyli Masters of horror, part 2

Pick me up/ Autostopowiczka (2006) – Masters of horror, sezon 1 odc 9

autostopowiczka recenzja

„Autostopowiczka” to kolejny z filmów wydanych w ramach serii mistrzowie horroru.

Reżyserem tego 60 minutowego horroru jest Larry Cohen, który dał się poznać jako scenarzysta wielu ciekawych obrazów, między innymi „Maniakalny glina”, „Telefon”, „Sadysta”, „A jednak żyje” Mniej już zabłysnął jako reżyser, jednak w świecie horroru na pewno zajmuje ważne miejsce.

autostopowiczka recenzja

Na autostradzie, gdzieś po środku niczego psuje się autobus. Część pasażerów decyduje się na dalszą podróż stopem, inni warują dzielnie przy zepsutym autobusie nie chcąc ryzykować spotkania z jakimś przejezdnym psycholem. Pech chce, że na tejże trasie zagęszczenie seryjnych morderców jest nieprzeciętnie duże i oto podróżnym przyjdzie zmierzyć się nie z jednym sodomitom a z dwoma. dwóch niezależnie działających morderców spotyka się na tej samej trasie i teraz przyjdzie im walczyć o dostępne  „zasoby ludzkie”.

autostopowiczka recenzja

autostopowiczka recenzja

Film ma żartobliwy wydźwięk. Blisko mu do czarnej komedii. Sam pomysł z jednej strony wydaje się absurdalny, ale z drugiej strony, dlaczego nie? W końcu w tej chwili w samych Stanach działa 35 aktywnych seryjnych zabójców, dlaczego nie mieli by się „zwąchać”? Same charakterystyki dwóch zbrodniarzy mają komediowe zabarwienie. Bez wątpienia są szaleni i źli, ale nie przeszkadza im to w byciu zabawnymi. Ich wzajemne potyczki mogą wywołać u wiza uśmiech. Nie zabraknie w filmie kilku krwawych scena jednak wszystko to bardziej skłania się do groteski niż grozy. Z ciekawości można obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:5

Klimat:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:8

Zdjęcia:6

Oryginalność:6

To coś:5

Aktorstwo:5

Dialogi:5

55/100

Śmierć łowców duchów

Death of the ghost hunter/ W pogoni za złem (2007)

w pogoni za złem recenzja

Carter Simms, łowczyni duchów, zostaje poproszona o zbadanie sprawy nawiedzonego domu. Seath Mastrson właściciel domu utrzymuje iż w posiadłości, którą odziedziczył po wuju (?) straszy. Carter w raz ze swoim kamerzystą i dziennikarką, która pragnie zrobić o Carter reportaż ruszają do domu Mastersona by spędzić tam trzy dni i trzy noce. Carter niechętnie przyjmuje do ekipy jeszcze jedną osobę, Mary Young, młodą członkinie kościoła fundamentalistów, która ma czuwać nad pracą łowców duchów by ci nie „zbeszcześcili pamięci” zmarłych członków rodziny Mastersonów.

w pogoni za złem recenzja

Obraz fanatyzmu religijnego to wymarzony filmowy motyw. Właśnie z głównie z tym mamy do czynienia w „W pogoni za złem”.

W domu Mastersonów w roku 1982 doszło do tragedii. Wszyscy: Ojciec  rodziny i pastor Peter, jego żona Mary Beth i ich dzieci zostają znalezieni martwi. Wszystko wskazuje na to, że szanowna małżonka wymordowała bliskich i palnęła sobie w łeb. Lokalna społeczność kręci na taką wersję wydarzeń noskiem, bo przecież to grzech śmiertelny i taka bogobojna osoba jak Mary Beth nie dopuściła by się takiego czynu. Jak było na prawdę- dowiemy się w swoim czasie.

w pogoni za złem recenzja

„W pogoni za złem” to film niskobudżetowy kręcony w konwencji paradokumentu. Aktorstwo jest drętwe, wali amatorszczyzną na kilometr, ale można się do tego z czasem przyzwyczaić. Jakość nakręconego obrazu również pozostawia wiele do życzenia, ale to akurat dodaje dokumentowi wiarygodności.

Coś takiego było w stylu prowadzenia kamery, że momentalnie budziło moje zaciekawienie.

Największym sprzymierzeńcem grozy w filmie była muzyka. Pojedyncze, przeciągnięte uderzenia w klawisze, dawały naprawdę piorunujący efekt. Minimalizm znowu okazał się recepta na sukces. Jeżeli dodamy do tego jeszcze złowieszcze, niezrozumiałe szepty, które równie często jak muzyka pojawiały się w filmie, to mamy wzór do naśladowania dla innych filmowców.

Tyle, chyba jeśli chodzi o sprawy czysto techniczne.

Teraz o fabule. Jak wspomniałam, pojawia się  tu mój ulubiony motyw fanatyków religijnych. Moim skromnym zdaniem takie osoby są bardziej niebezpieczne niż czciciele szatana. Nie chce się tu niepotrzebne rozwodzić nad tematem, ale sprawa wygląda tak, że religijnym rygoryzmem można uzasadnić każdą zbrodnie, każde zboczenie i poprzeć za pomocą religii najbardziej durną teorię. W filmie nie zabraknie bohaterów czerpiących z tego dobrodziejstwa pełnymi garściami.

w pogoni za złem recenzja

Dzięki takiemu wątkowi przewodniemu film odróżnia się od typowych ghost story. W filmie pojawia się kilka elementów, od których autentycznie włos jeży się na głowie. Chociażby dziwne znalezisko z szafy pastora i odkrycie jego zastosowania. Zachowania Mery Young również mogą zbudzić sporą dozę niepokoju. A same duchy- cóż tu również mamy do czynienia z prostotą formy, co nie znaczy, że się to nie sprawdza.

w pogoni za złem recenzja

Wg. mnie naprawdę kawał dobrego filmu.

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:8

Klimat:9

Zaskoczenie:8

Aktorstwo:4

Zdjęcia:7

Dialogi:5

Oryginalność:7

To coś:7

Zabawa:7

71/100

Who is Mama?

Mama (2013)

mama recenzja

Jeffrey z nieznanych nikomu przyczyn zabija swoich współpracowników oraz żonę i uprowadza córki, roczną Liliy i pięcioletnią Viktorię.

Roztrzęsiony mężczyzna w końcu powoduje wypadek samochodowy i ląduje z córkami na drzewie, gdzieś w leśnej głuszy. Udaje im się jednak przeżyć i znajdują schronienie w opuszczonej chacie…

Właśnie tam, po pięciu latach prywatni detektywi wynajęci przez brata Jeffa, Lucasa, odnajdują dwie kompletnie zdziczałe, małe istotki. Po ich ojcu nie ma śladu.

mama recenzja

Lucas, któremu bardzo zależało na znalezieniu zaginionych przygarnia wraz ze swoją dziewczyną, Annabel dwie bratanice. Z pomocą przychodzi mu psychiatra, doktor Dreyfuss, który zauważa, że po za sporą regresją  rozwoju Viktorii i Liliy dzieje się z nimi coś jeszcze. Tu na arenę wkracza tytułowa Mama. Mama pojawia się w opowieściach Viktorii, jednak nie sposób dowiedzieć się kim ona jest, ani czego chce od dziewczynek.

Jest to najnowszy thriller Guliermo del Toro. Reżyserem de facto jest Andres Muschietti (ktokolwiek to jest?) jednak to nazwisko producenta jest głównym motorem napędowym promocji tego obrazu.

mama recenzja

Wybrałam się wczoraj do kina na seans z „Mamą” i nie mogę powiedzieć żebym tego żałowała.  Wiadomo, oglądanie horroru w kinie ma swoje minusy, choćby fakt, że zawsze na sali kinowej mogą się trafić jacyś idioci. Doświadczenie mnie nauczyło, że zawsze znajdzie się grupa debilnie chichoczących wyrostków, którzy właśnie za pomocą donośnych komentarzy i salw śmiechu próbują sobie rozładować napięcie. A momentów napięcia, czy typowych dla horrorów scary shots, gdzie jakiś przerażający twór wyskakuje z ciemnego kąta, w „Mamie” nie brakuje. Nie wiem jaki efekt dadzą na małym ekranie, ale na dużym robiły wrażenie.

Jeśli chodzi o poziom grozy to jest tu całkiem fajnie.

Problemy zaczynają się w momencie, gdy bliżej poznajemy tytułową Mamę. Jej historia jest bardzo banalna, a sam wygląd- gdy wreszcie ujrzymy dokładnie jej oblicze- jest dość żałosny i oczywiście wygenerowany komputerowo, w dodatku dość niestarannie.

Napięcie w filmie jest zbudowane bardzo sprawnie, klimat jest na swoim miejscu. Niektóre momenty, tak jak wspomniałam, naprawdę mogą przestraszyć. Kreacje dwóch małych dziewczynek bardzo dobrze zagrane.

mama recenzja

 Same zachowania małych bohaterek, Viktorii i Lily, mogą wzbudzić niepokój: Łażenie na czworaka, jedzenie motyli, zabawy z niewidzialną istotą i tworzenie dziwacznych rysunków.

Za muzykę filmową odpowiadał Fernando Valzguez, który przysłużył się klimatowi nie jednego horroru i tym razem też odwalił kawał dobrej roboty. Muzyka doskonale zsynchronizowana jest z obrazem, podkreślająca wagę poszczególnych wydarzeń, podkręcająca tragizm niektórych sytuacji.

Jak to często u mnie bywa, nie podobało mi się zakończenie. Końcówka filmu jest niestety nazbyt melodramatyczna. Sama scena na klifie, sposób montażu tych ostatnich scen i nawał komputerowych efektów popsuł mi nastrój.

mama recenzja

Film nie spełnił w pełni moich oczekiwań. Historia okazała się nazbyt tendencyjna i niezaskakująca. Jeśli ktoś jest fanem hiszpańskich horrorów to może mu tu trochę zabraknąć hiszpańskiego ducha, bo film zrobiony jest ewidentnie na modłę amerykańską, przez co bardziej przypomina powiedzmy „The Ring” niż na przykład „Sierociniec”.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:6

Klimat:7

Zdjęcia:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Dialogi:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

Morderstwa na Dolnym Śląsku

Zapora – Hubert Hender

zapora huber hender

Zapora na jeziorze Pilichowickim jest jednym z największych tego typu obiektów w Polsce. Jest też bardzo stara, bo zbudowano ją na samym początku dwudziestego wieku. Jeżeli przyjrzymy się zdjęciom owej budowli nie dopatrzymy się niczego niezwykłego jednak właśnie ta, nie inna zapora stała się miejscem akcji dla debiutanckiej powieści Huberta Hendera.

Dwóch policjantów, Gawłowski i Iwanowicz, stają przed trudnym zadaniem rozwikłania sprawy wyjątkowo okrutnego morderstwa kobiety, mieszkanki wsi Pilichowice. Nieludzko zmasakrowane zwłoki znaleziono nieopodal wodnej zapory-  dumy i chluby regionu. Bardzo szybko okazuje się, że nie było to incydentalne wydarzenie, bo oto z dnia na dzień liczba trupów wzrasta. W małej wsi grasuje seryjny zabójca, aby poznać jego motywy policjanci będą musieli „cofnąć się” do roku 1902.

Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się  w oczy na początku lektury to silne starania autora, aby zbudować odpowiedni klimat wokół straszliwych wydarzeń. Większość tragicznych zdarzeń jak i całe śledztwo dzieje się na tle rozległych lasów Dolnego Śląska, pod osłoną nocy, na terenach osnutych mgłą przy akompaniamencie dudniących kropel nieustającego deszczu. Klimat i realia opowieści, dobór miejsca to zdecydowanie najmocniejszy punkt utworu. Ciekawa jest też sama historia zapory choć moim skromnym zdaniem, autor nie wykorzystał jej do końca.

Mimo iż książkę czytało mi się przyjemnie i szybko to nie jestem nią zachwycona. Młodemu autorowi naprawdę przydałby się ktoś, kto w trakcie pisania, czy korekty, stał by nad nim pilnował i w odpowiednich momentach walił ołówkiem po ramieniu mówiąc: pisz staranniej, myśl o tym co piszesz, bo niestety Hubert Hender bardzo często zapominał o pilnowaniu realizmu sytuacyjnego, związku przyczynowo skutkowym i dbałości o ważne  szczegóły.

Podam w tym miejscu kilka przykładów: Sprawa precyzyjnego określania, to pierwsza rzecz. W powieści mamy dwóch głównych bohaterów, których poczynania, rozmyślania i reakcje na zaistniałą sytuacje śledzimy równorzędnie, w zasadzie dwutorowo aż do wyłonienia się mniej więcej w połowie powieści nieśmiałego prowodyra, Iwanowicza. Autor często zaczynał nowy akapit, rozpisywał się na temat rozległych, żeby nie rzec rozlazłych przemyśleń bohatera ani słowem nie wspominając kogo dotyczą. Pisał: On, mężczyzna, a czytelnik czytał półtorej strony tegoż myślowego wywodu ,czy też opisu aktualnych zajęć bohatera nie wiedząc kogo dotyczą.

Sprawa czasu akcji, a dokładniej pory roku. Zauważyłam, że wielokrotnie autor gubił się troszeczkę i raz opisywał nam krajobraz jesienny :drzewa pozbawione liści ułatwiające widoczność, raz wspominał o tym, że prognozy na temat deszczowego lata zawsze się sprawdzają. To co w końcu mamy lato czy późną jesień? – znowu autor czegoś nie dopilnował i podkopał nam realizm.

I najważniejsza najbardziej rażąca rzecz: obraz śledztwa. W takich powieściach nie wypada oczekiwać zaskakująco bystrych policjantów, którzy w ciągu godziny potrafią rozwikłać najbardziej zawiłą sprawę, jednak z samej lektury kryminałów widzimy, że obowiązują pewne procedury i na pewne rzeczy trzeba zwracać uwagę, gdy prowadzi się śledztwo.

Co więc uczynił Hender, że mnie tak zjeżył? Na przykład totalnie olał tożsamość trzeciej ofiary. Iwanowicz i Gawłowski wielokrotnie dyskutują namiętnie o szukaniu powiązania pomiędzy ofiarami podczas gdy po znalezieniu trzeciej z nich nie padł nawet śladowy sygnał mówiący o jej tożsamości, albo o tym, że trzeba ją zidentyfikować. Znaleźli mężczyznę wywieźli do kostnicy i zaczęli biadolić, że nic się nie zgadza.

Gdyby dwie pierwsze ofiary nie zostały zidentyfikowane przez świadków to pewnie Gawłowskiemu i Iwanowiczowi nie przyszło by do głowy, że warto by poznać nazwisko nieszczęśnika. Nie wiem jak autor mógł tak istotną rzecz po prostu olać, zwłaszcza, że tak ja wspomniałam wielokrotnie biadolili o szukaniu powiązań. Jak można szukać powiązań jak nie wie się, kogo z kim? Nie wiem, czy inni czytelnicy zwrócili na to uwagę, czy nie. Ja tak, wielokrotnie wracałam do fragmentu znalezienia trzecich zwłok, myśląc może po prostu mój umysł przysnął i coś pominęłam. Nie. Do samego końca nie wiemy kim był trzeci mężczyzna. Może też trzeba było się domyślić jak we fragmentach kiedy autor opisuje rozważania „On’ego/ mężczyzny”?

Na rozważania, puste dyskusje, ciągłe powtarzanie w licznych dialogach jakie to wszystko straszne i nieludzkie i jacy są przerażeni autor nie szczędził stron. Aż momentami byłam tym zmęczona.

Nieporadność funkcjonariuszy, nieporadność autora w trzymaniu w ryzach swojej historii nie była miła w odbiorze.

Autor powinien też popracować nad konstrukcją postaci. Dwaj główni bohaterzy to mężczyźni „bez twarzy”. W powieściach, gdzie najważniejszym wątkiem jest śledztwo kryminalne wątki obyczajowe nie są mile widziane, ale Hender mógł rzucić o każdym z nich po jednym kąsku, coś co by sprawiło, że nabraliby wyrazu i dalii się zapamiętać czytelnikowi.

Wato zaznaczy, że jest to debiut literacki. Huber- oceniając po zdjęciu- jest młodym mężczyzną, więc ma jeszcze czas się rozwinąć. Stylistycznie i językowo radził sobie całkiem sprawnie więc, rozwijając swój warsztat powinien się skupić na uważniejszym budowaniu fabuły powieści, bo to jednak razi.

Moja ocena: 5-/10

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Oficynka

http://www.oficynka.pl/


Magia kina, czyli masters of horror part. 1

Cigarette burns (2005) – Masters of horror, sezon 1, odcinek 1

cigarette burns recenzja

Namyślałam się długo w jakiej formie zrecenzować serie Master of horror. Początkowo myślałam o poświęceniu jednego wpisu na jeden sezon, tak jak to zrobiłam w przypadku „American horror story”, jednak doszłam do wniosku, że pomysł ten sprawdził się w przypadku „American horror story”, bo ten serial pomimo iż porusza różne watki to są one jednak ze sobą połączone w jedną całość wątku głównego. Tak nie jest w przypadku serii „Mistrzowie horroru”.

Każdy z 13 odcinków, każdego z dwóch sezonów, to zupełnie inny, 60 minutowy film, poruszający odrębne historie, stworzony przez różnych twórców.

Jak więc to podsumować w jednym wpisie?

W przypadku tej produkcji mamy do czynienia z bardzo nierównym poziomem poszczególnych filmów. Dużo jest klasycznego gore, ale nie zabraknie ghost story, horrorów komediowych. Są filmy żałośnie słabe jak i zadziwiająco dobre. Poszczególnych odcinków nie będę opisywać w kolejności emisji w TV, bo nie ma to większego znaczenia. Z resztą ani razu nie udało mi się obejrzeć tego serialu w telewizji. Filmy w formie dvd były do nabycia z magazynem „Mistrzowie horroru” stąd też mogłam się z nimi zapoznać.

„Mistrzowie horroru” rozpoczynają się na prawdę mocnym uderzeniem. „Cigarette burns” to obraz – bez wątpienia mistrza gatunku – Johna Carpentera. Jest to film ukazujący magię i potęgę kina. Mówi jak mocno dany twór filmowy potrafi wpłynąć na jego autora i na widzów. Początkowo tytuł filmu kompletnie nic mi o nim nie powiedział. Musiałam pogrzebać i dowiedzieć się czym są owe Cigarette Burns. Jest to termin, którym posługują się kinooperatorzy. Oznacza on małe plamki, jakby oparzenia, pojawiające się w rogu taśmy filmowej zwiastujące konieczność zmiany rolki. Carpener nadał im jednak znaczenie symboliczne i właśnie o tym jest jego film.

cigarette burns recenzja

Łowca filmów – tych zapomnianych, tych trudno dostępnych- otrzymuje zlecenie od prywatnego kolekcjonera. Ma za zadanie odnaleźć „Le Fin Absolute du Monde” – podobno najstraszniejszy film wszechczasów, który tuż po premierze został wycofany, wszystkie taśmy z nim zostały zniszczone, a reżyser przepadł bez wieści. Kirby rozpoczyna śledztwo, które doprowadzi go na samo dno piekła, pogrąży w obłędzie i kto wie, może zabije?

cigarette burns recenzja

Siłą tego obrazu jest jego sugestywność. Mroczne zdjęcia pełne cieni, przesyt surrealistycznych tworów podkręca wyobraźnie widza, która cały czas jest atakowana nowymi, jeszcze bardziej pokręconymi elementami dziwnej schizolskiej układanki.

cigarette burns recenzja

Film nieco przypominał mi inny obraz reżysera „W paszczy szaleństwa” – z uwagi na temat obsesji na punkcie utworu – jednak jeśli chodzi o ilość brutalnych scen, niewyjaśnionych zdarzeń to tu Carpenter przeszedł samego siebie, a w końcu do czynienia mamy z zaledwie 60 minutowym filmem!

Okazuje się, że Cigarette Burns są niczym wrota do piekła. Wychodzą z nich największe koszmary widza i wkraczają do świata realnego. Wydają się tylko krwawą halucynacją jednak są jak najbardziej prawdziwe.

cigarette burns recenzja

Moja ocena:

Straszność:10

Fabuła:8

Klimat:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Zdjęcia:10

Aktorstwo:7

Dialogi:7

Oryginalność:8

To „coś”:8

80/100

Droga z piekła do piekła

La Senda / Droga (2012)

droga recenzja

„Droga” to kolejny hiszpański noworodek. Cieszę, się, że coraz więcej filmów z tego kraju tak szybko i sprawnie do nas dociera. Reżyser horroru „28 tygodni później” tym razem zaprezentował widzom thriller psychologiczny. Film bardzo odmienny od wspomnianego horroru. Stonowany, spokojny, nastawiony na budowanie klimatu obłędu. Obłęd, szaleństwo, studium rozwoju choroby psychicznej jest głównym tematem ‚Drogi”.

droga recenzja

Głównym bohaterem obrazu jest szachowy mistrz Raul. Facet przechodzi coś w stylu silnego psychicznego załamania co czkawką odbija się na jego pożyciu z żoną Ana oraz relacji z synem Nico. Rodzina postanawia dać sobie ostania szansę. Wynajmują na okres świąt domek na odludziu, gdzie będą mieli szanse, jak sądzą, podreperować swoje relacje. To również próba dla Raula, który za wszelka cenę chce udowodnić żonie, że wszystko z nim w porządku. Niestety bardzo się myli.

Początkowo obserwujemy tylko drobne przesłanki rodzącej się paranoi z czasem jest coraz gorzej. Facet staje się  bardzo nadwrażliwy na otoczenie. Wydaje mu się, że wszyscy przeciw niemu knują. Syn zmawia się z kukiełką, żona przygruchała sobie Pana Stolarza. 

droga recenzja

Film jest skonstruowany w taki sposób, że bez wątpienia widzimy, że facet ma schizofrenie i to już dość dobrze zaawansowaną, jednak nie możemy odgadnąć, które z przedstawionych wydarzeń miały miejsce, a które są projekcją chorego umysłu. Perspektywę sprawnie wypacza nam punkt widzenia głównego bohatera. Mimo wszystko pewność co do jego choroby, ewidentność zaburzenia trochę psuje film tym osobom, które wolałby żyć w niepewności.

Nie mniej jednak uważam, że hiszpański twórca bardzo dobrze poradził sobie z wiarygodnym przedstawieniem sytuacji. Stworzył też fajny intrygujący klimat i sprawnie zamknął całą kompozycję łącząc ze sobą zdarzenia z początku i zakończenia filmu. Lubię takie chwyty, bo utwierdzają  mnie to w przekonaniu, że to, co przed chwila oglądałam ma sens i cała fabuła zmierzała do z góry ustalonego punktu. Był w tym pomysł i był on dokładnie realizowany. Jeśli chodzi o filmy podobne do „Drogi” to nasuwa mi się skojarzenie z „Barricade”, tam mamy sytuacje dość podobną jednak realizacja pomysłu jest znacznie gorsza i mniej wciągająca.

droga recenzja

Ta jak wspomniałam na wstępie: to film stonowany i spokojny, na pewno znajdą się tacy, którzy uznają go za nudny, ale jak zwykle to kwestia tego co się oczekuje. Ja z założenia jestem fanka schizolskich opowiastek i klimatu hiszpańskiego kina więc mnie film przypadł do gustu.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Zaskoczenie:8

Zabawa:6

Dialogi:6

aktorstwo:6

Zdjęcia:7

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

Matematyka to zło, part 2.

Cube 2: Hypercube/ Cube 2 (2002)

cube 2 recnzja

Pisałam niedawno o pierwszej części tegoż filmu, której reżyserem był Vincenzo Natali. Sukces owego filmu sprawił iż nasz rodak Andrzej Sekuła postanowił zmajstrować kontynuacji historii morderczego sześcianu. Odpowiadał za reżyserie oraz za zdjęcia.

Przyznam, że druga odsłona filmu podobała mi się bardziej niż pierwsza. To rzadkość. Może to sentyment do rodaka, a może efekt pierwszeństwa, bo jak to u mnie zazwyczaj bywa, oglądanie serii zaczęłam od dupy strony.

Obydwa filmy sporo się od siebie różnią choć pomysł wyjściowy jest podobny, bo oto do nowego sześcianu, tym razem tessekratu- czyli sześcianu w czterech wymiarach – cokolwiek to oznacza- trafia osiem osób; Opiekuńcza psychoterapeutka Kate, inżynier Jerry, projektant gier komputerowych Max, prawniczka Julia, detektyw Davies, niewidoma dziewczyna Sasha i najzabawniejsza z grupy staruszka z altzheimerem Pani Paley.

cube 2 recnzja

cube 2 recnzja

Wszyscy oni, podobnie jak było to z bohaterami jedynki, stanowią dziwną mieszankę osobowości. Tym razem dobrani zostali nie pod kontem umiejętności, czy cech osobowościowych, czy też przypadku –  jak uważają niektórzy, lecz z uwagi na wiedzę i powiązania z koncernem zbrojeniowym. Logika nakazuje podejrzewać iż to koncern jest twórcą hypecube’a, ale dlaczego ci ludzie tam trafili?

cube 2 recnzja

W porównaniu z „Cube” z 1999 roku w nowszej produkcji mamy nieco inną estetykę, inny „wystrój” sześcianu. Duże, białe i bardziej nowoczesne pomieszczenia  robiły bardziej złowrogi wrażenie niż pokoje z pierwszej części- przynajmniej na mnie. Bardziej pomysłowe były pułapki, dużo więcej morderczych nowinek technicznych i ciekawsze, bardziej pokomplikowane relacje między bohaterami.

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:9

Klimat:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Dialogi:8

Zdjęcia:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

77/100

 

A tak BTW u Buffy jest nowy konkurs z książkowymi nagrodami. Zadaniem internautów jest rozpoznanie na podstawie zdjęć tytułów horror’owych klasyków:

 

konkurs buffy