Miesięczne archiwum: Marzec 2013

U Anieli na urodzinach

Gdzie diabeł mówi dobranoc (2012)

gdzie diabeł mówi dobranoc recenzja

Film dorwałam dzięki uprzejmości Bagiennika, który napisał o nim na swoim blogu.

„Gdzie diabeł mówi dobranoc” to kolejna amatorska próba wtargnięcia na arenę grozy naszych rodaków.

Film jest bardzo krótki, trawa jakieś 50 minut i muszę przyznać, że przez ten czas nie nudziłam się oglądając go. Amatorskość produkcji widać przede wszystkim w aktorstwie, momentami bardzo drętwym i bardzo sztucznym- na szczęście tą kwestie ratują bardzo zabawne dialogi rozpisane przez reżysera i autora scenariusza Michała Wieliszewskiego.

Pod względem realizacji jest całkiem przyzwoicie. Zarówno sposób prowadzenia kamery jak i montaż jest na całkiem dobrym poziomie i nie zalatuje totalną amatorszczyzną. Co się tyczy fabuły…. No cóż….

gdzie diabeł mówi dobranoc recenzja

Czwórka młodych ludzi z solenizantką Anielą na czele rusza na jakieś zadupie gdzie ma odbyć się impreza urodzinowa szczęśliwej solenizantką. Po drodze młodzi rozmawiają sobie o grasujących w okolicy bardzo niebezpiecznych wyznawcach kultu szatana. Młodzi niezbyt rozgarnięci ludzie będą mieli okazje sprawdzić prawdziwość tej legendy na własnej skórze, bo oto szybko się okaże że rządni krwi sataniści już na nich czekają. Brzmi to jak opis podręcznikowego slashera i z takim właśnie filmem mamy tu do czynienia.

gdzie diabeł mówi dobranoc recenzja

Tak jak wspomniałam pod względem walorów technicznych kuleje tylko aktorstwo, ale można się do tego przyzwyczaić, przymknąć oko, potraktować jako element komediowy, podobnie jak dialogi.

Fabułą to głównie bieganina po lesie, szarpanina i trochę blond rozpaczy. Scenarzyści wysilili się jednak na tyle, że upchnęli tu dwa ciekawe zwroty akcji. Ciekawe ale nie szczególnie zaskakujące dla starego horrorowego wyjadacza.

Ogólnie pomysł fajny, przyjemny, nieźle zrealizowany. Warto się zapoznać, bo nasi rodacy kręcący amatorskie produkcje filmowe sporo mogą jeszcze w naszym kinie namieszać i może wreszcie rozbujać trochę polską arenę grozy.

gdzie diabeł mówi dobranoc recenzja

Ocenę dam wyższą niż obiektywnie powinnam, bo po pierwsze jest to film amatorski po drugie… polski:)

Film do obejrzenia na youtube.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Zaskoczenie:7

Oryginalność:5

Zabawa:8

Aktorstwo:4

Dialogi:9

Zdjęcia:8

To coś:7

60/100

Muzyka w horrorach

NAJLEPSZE SOUNDTRACKI Z HORRORÓW I THRILLERÓW part 1

Dziś będzie o muzyce filmowej w horrorach. Nie da się zaprzeczyć, że jest ona równie ważna jak inne elementy filmowe. Jeden dobry soundtrack może przesadzić o sukcesie filmu.

(Kolejność wymienianych ścieżek jest przypadkowa)

 

1.Jerry Goldsmith „Ave satani” z filmu „Omen” 1976


2. Krzysztof Komeda „kołysanka” z filmu „Dziecko Rosemary” z 1964 roku w wykonaniu Mii Farrow


3. Georges Auric „O Willow Wally”  z filmu „w kleszczach lęku” z 1961r w wykonaniu Isly Carmen


4. Chris Bouchard, Adam Langston, Sebastian Smith, „Jess’s song” z filmu „Dead wood” z 2007 roku


5. Christopher Young „The unvited” z filmu „Nieproszeni goście” z 2009 roku


6. Angelo Badalamenti & Dolores O’Riordan „Angels go to heaven” z filmu „Evileno” z 2004 roku


7. Krzysztof Penderecki, Bela Bartók „The shining main theme” z filmu „Lśnienie” z 1980 roku


8. Marlin Manson „Resident evil main theme” z filmu „Resident evil” z 2002 roku


9. John Carpenter „Halloween main theme” z filmu „Halloween” z 1978 roku


10. Charles Bernstein „1,2, Freddy coming for you” z filmu „Koszmar z ulicy wiązów z 1984

 

Na dziś tyle:) Każda z dziesięciu wymienionych piosenek jest warta wysłuchania, część z nich jest zapewne dobrze znana fanom filmów grozy. Linki do youtube kryją się w tytułach.

Więcej klimatycznej muzyki następnym razem. Oczywiście wszelkie sugestie będą mile widziane🙂

 

kobieta wiolonczela

Nie ma to jak rodzinka

Mum & Dad/ Mamusia i tatuś (2008)

mum & dad recenzja

Teraz coś dla fanów mocno porytego torture porn:)

Gdzieś w Angli w bliskim sąsiedztwie lotniska mieszka sobie rodzina. Kochająca mama, jeszcze mocniej kochający tata i dwoje dorastających dzieci Birdy i Albert. Birdy jest bardzo wygadana, nadaje dużo i najczęściej bez sensu, w przeciwieństwie do Alberta, który milczy jak zaklęty strzelając dokoła przerażonymi oczyma. Do ich domu trafia Lena. Polka pracowała na lotnisku jako sprzątaczka tam poznała Brdy a później Alberta. Rozgadana Birdy postanawia dać dziewczynie schronienie na noc gdy ta nie zdąży na autobus. Na początek…

Lena- zajebiście typowo polskie imię- tak na marginesie, wyjechała do Anglii za chlebem jak nie jeden z naszych rodaków. Skonfliktowana ze swoją rodziną chciała zacząć życie od nowa. A rodzina Birdy chętnie przygarnia nowych członków rodziny. A jakże! Dla każdego znajdzie się miejsce, zwłaszcza dla takiego aniołka jak Lenka. Lenka jednak nie jest do tego ochoczo nastawiona trzeba więc użyć przemocy…

mum & dad recenzja

„Mamusia i tatuś” produkcja angielska w reżyserii Stevena Shella to tak jak wspomniałam na początku horroru typu torture porn. Nie każdy coś takiego lubi. Ja lubię- od czasu, do czasu.

Film ten przekonał mnie do siebie przede wszystkim ciekawym obrazem popierdolonego stada. Początkowo może się wydawać, że mamy tu do czynienia z typowym Fritzlowskim modelem rodziny:) Birdy jako posłuszna córka sprowadza tatusiowi nowe dzieci żeby ten mógł je ruchać, gnębić i zabijać. Znamienna jest scena w której obrzydliwy, tłusty tatuś wali pozostałość jednej z ofiar- pozostałość to jest wycięty fragment waginy:) Scena obrzydliwa do granic możliwości. Szybko jednak okazuje się, że mamusi również niczego nie brakuje. Kobieta jest równie niewyżyta jak jej małżonek, choć inaczej okazuje swoja seksualną drapieżność. Lena szybko staje się jej obiektem seksualnym. Wycina jej na plecach skrzydełka i nazywa Angel. Robi też inne ciekawe rzeczy, ale to przemilczę. Lena szybko poznaje panujące reguły w domu i opracowuje plan, który pomoże jej się stamtąd wydostać. Bystra dziewczyna, trzeba jej przyznać, szybko skumała co robić by przeżyć i jak poprawić do momentu ucieczki swoją sytuację.

mum & dad recenzja

Relacje rodziców z dziećmi są mocno popieprzone. Birdy tak mocno wchłonęła ten chory rodzinny schemat, że zrobi wszystko by przypodobać się rodzicom, by nie być ofiarą. Biedy Albert jest jeszcze na etapie rozdarcia pomiędzy tym co mu się wydaje słuszne i tym co serwują mu rodzice.

Film nie jest głupi, czy naiwny jak większość torture porn gdzie na prawdę nie ma przestrzeni do namysłu, bohaterowie podzieleni są jasno na dobrych i złych. W nielicznych tylko przypadkach mamy do czynienia z czymś takim jak w „Mum & dad”, że oprawca jest także ofiarą.

Dla fanów krwawych scen i obrazów prezentujących wszelkie wynaturzenie znajdzie się tu wiele rzeczy, nad którymi można się pozachwycać. Dużym plusem jest to, że nasza pierwszoplanowa ofiara nie drażni idiotycznym zachowaniem- dumna byłam ze swej domniemanej rodaczki:)

mum & dad recenzja

Moja ocena:

straszność: 9

Fabuła:8

Klimat:5

Zaskoczenie:6

Zdjęcia:7

Aktorstwo:8

Zabawa:7

Oryginalność:6

To coś:7

Dialogi:7

70/100

Romantyzm nieśmiertelny

Strzyga i inne opowieści niesamowite –

Andrzej Sarwa

strzyga i inne opowiesci niesamowite recenzja

Jeśli lubicie klimat opowieści w stylu „Ballad i romansów” i innych romantycznych utworów czerpiących z bogactwa polskiego folkloru to jest to książka dla Was.

Na ten tytuł trafiłam zupełnie przypadkiem. Poczytałam pogrzebałam, okazało się, że Andrzej Sarwa to pisarz współczesny, autor ponad setki książek. Urodzony w Sandomierzu i to właśnie o nim najczęściej piszący. „Opowieści niesamowite” składają się z trzech średniej długości opowiadań. Pierwsze z nich to „Strzyga”. Historia młodej dziewczyny, która kilka wiosen spędza przykuta chorobą do łóżka, aż pewnego dnia tuż po wielkiej nocy budzi się… w trumnie. Najdziwniejsze jest to, że właśnie odzyskała władzę we wszystkich członkach. Była zupełnie zdrowa. Jak do tego doszło? Czyżby umarła? Ale skoro umarła to czemu czuje boleśnie swoje swoje ciało, które domaga się pokarmu, marźnie i czuje ból w krzyżu? Akcja opowieści dzieje się w XXVI wieku właśnie w Sandomierzu. Wydarzenie zostało opisane przez tamtejszego księdza, fragmenty jego sprawozdania zostały wykorzystane w opowiadaniu Sarwy.

Druga historia jest dość krótka i powiem szczerze najsłabsza ze wszystkich. Jest to opowieść pewnego mężczyzny który w latach swej młodości doświadczył czegoś czego nikt nie mógł i nawet nie chciała wyjaśniać. Tragiczne i tajemnicze wydarzenia w wyniku których zginęła jego małżonka a on został dotkliwie ranny miały miejsce tytułowej „Jesiennej nocy”. Opisane wydarzenia miały miejsce tuż po drugiej wojnie światowej i stanowią zapis relacji „pokrzywdzonego” którą spisał autor.

Ostanie opowiadanie jest najdłuższe i moim zdaniem najbardziej interesujące. Akcja osadzona jest w czasach współczesnych. Tytułowi Jakub i Małgorzata to para kochanków. Kochanków niezwykłych, bo w swej relacji nie posuwających się nigdy dalej niż zwykły pocałunek. Wszystko za sprawą Jakuba, który tak pechowo się złożyło miał żonę i dzieci, których nie chciał opuścić. Nie chciał też ranić ukochanej Małgorzaty dlatego ich związek wyglądał tak a nie inaczej. Pewnego dnia Jakub i Małgorzata postanowili się rozstać. nadal bardzo się kochali ale patrząc realnie ich miłość nie miała szans na spełnienie. Jakub dalej żył z żoną, Małgorzata znalazła męża, urodziła dzieci. Pewnego dnia po kilkunastu latach do jej drzwi niespodziewanie zapukał dawny kochanek…

Najbardziej ujmujący w tym zbiorze opowiadań jest styl pisarski Sarwy, pięknie stylizowany w zależności od okresu w jakim miały miejsce opisywane wydarzenia. Język Sarwy jest bardzo dojrzały i dopracowany. Nie nadużywa kwiecistych metafor czy patetycznych opisów. Pisze pięknie ale przystępnie.

Zarówno w formie jak i w treści jego opowiadań widać echa epoki romantyzmu. Z miejsca klimat skojarzył mi się z Mickiewiczowskimi Balladami. „Jakub i Małgorzata” do złudzenia przypomina historię Karusi z „Romantyczności”. Wydarzenia takie jak te opisane w „Tajemnicy jesiennej nocy” i w „Strzydze” wielokrotnie można było spotkać w tekstach romantyków.

Czemu wcześniej nie słyszałam o tym autorze? Doprawdy nie wiem…


Moja ocena:  9/10

Lot na łysą górę

Haxan/ Czarownice (1922)

czarownice recenzja

„Czarownice” niemy film Bejamina Christensena o kilkadziesiąt lat  wyprzedził swoją epokę. W swoich czasach nie spotkał się z uznaniem widzów, natrafił na protesty krwiożerczych katolików, aż w końcu wbito w niego sztylet cenzury. Spokojnie można powiedzieć, że mamy tu do czynienia chyba z pierwszym horrorem- dokumentem. Nie jest to nic w stylu „Paranormal Activity” of course. Trochę przypomina współczesne fabularyzowane dokumenty o zjawiskach paranormalnych, gdzie najpierw wprowadzamy widza w konsternacje, lekki szok, a na koniec stwierdzamy, że to wszystko bujda podając naukowe wytłumaczenie tych zjawisk. W przypadku czarownic- ich dziwnego zachowania i szeroko w filmie zobrazowanych objawów mamy do czynienia z uzasadnieniem medycznym, ściślej psychiatrycznym. Nic innego drodzy państwo a histeria trawi biedne kobiety:)- tak modna w zeszłym stuleciu.

czarownice recenzja

Film zaczyna się od wykładu wprowadzającego dzięki, któremu poznajemy dzieje wszelkiego zababobonu. Wszytko to przy użyciu „ciekawych” prezentacji. Ciekawych z tego względu, że włożono w nie dużo wysiłku, widzimy makiety świata oczami starożytnych pod kątem ich wierzeń, żadne tam komputerowe wykresiki, wszytko ręcznie odmalowane i posklejane.

Kiedy już zapoznamy się z tą przyznam odważną tezą przechodzimy do fabuły właściwej. Christensen nakręcił swój film w oparciu o książkę „Malleus Maleficarum” napisana w XXIV wieku, która jest niczym innym jak przewodnikiem dla inkwizytorów.

czarownice recenzja

Aktorzy odgrywają tu role kapłanów inkwizycji, czarownic i ich ofiar.

Poznamy kilka bardzo interesujących historii o czarownicach, ich domniemanej działalności i o tym w jaki sposób się z nimi rozprawiano- przyznam, że w tamtych czasach obraz ten musiał budzić szok.

Od strony technicznej nie budzi moich zastrzeżeń- wręcz przeciwnie- mam słabość do witrażowych zdjęć.

Kilka, a nawet kilkanaście nakładanych na siebie negatywów robi lepsze wrażenie niż współczesne efekty komputerowe. Do tego dobrze znane z „Furmana śmierci” oświetlenie punktowe dodaje obrazowi niesamowitego klimatu.

czarownice recenzja

Duże wrażenie robi również scenografia, szkoda że mało, który współczesny twórca ma tyle zapału, żeby  z taką starannie klecić miniatury gotyckich kościołów a nawet całych średniowiecznych miast. Film z resztą bardzo dużo kosztował, nie tylko jak na tamte czasy. Efekt jest wspaniały i nadal uważam, że gdyby współczesnym twórcom zabrać kopmy to wreszcie zaczęli by robić porządne filmy:)

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:9

Klimat:10

Zdjęcia:10

Zabawa:7

Dialogi:5

Oryginalność:10

To coś:10

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:5

80/100

Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy

Para entrar a vivir/ Apartament (2006)

apartament recenzja

Clara i jej narzeczony Mario planują zakup nowego mieszkania. Mężczyzna natrafia na wyjątkowo atrakcyjnie wyglądające ogłoszenie i  namawia swoją pannę do bliższego zapoznania się z ofertą. Tak oto młodzi trafiają do zapomnianej przez świat dzielnicy Madrytu, gdzie już oczekuje  na nich rozentuzjazmowana pośredniczka. W strugach deszczu wkraczają do budynku, ni to bloku, ni to kamienicy, gdzie czeka ich obraz nędzy i rozpaczy. Starsza pani nachalnie wciska im zapuszczony apartamencik, nie chcąc nawet słyszeć słowa sprzeciwu. Gdy Clara i Mario są już zdecydowani grzecznie odmówić kupna spostrzegają, że czy tego chcą czy nie, już są lokatorami obskurnego domostwa…

apartament recenzja

apartament recenzja

Film został wydany w ramach serii „Películas para no dormir”- Filmów, które nie dadzą ci zasnąć. Wspominałam już o tym hiszpańskim odpowiedniku „Masters of horror” przy okazji wpisu o horrorze „Pokój dziecięcy.

Jego reżyserem, a także jednym ze scenarzystów jest nie kto inny jak twórca osławionej serii „Rec”, horrorów „Ciemność, „Delikatna” i thrillera „Słodkich snów. Zaraz po del Toro jest moim faworytem jeśli chodzi o hiszpańskie kino grozy.

„Apartament” oscyluje wokół podgatunku torture pornsurvival horror, nie zabraknie mocnych, krwawych scen więc można by to od biedy podciągnąć też pod gore.

Najmocniejszym punktem filmu jest towarzyszące widzowi napięcie. Niemal od początku do końca śledzimy niesamowicie wartką akcję. Dla człowieka, który zaznajomiony jest z wątkiem „psychopata vs biedne ofiary” wie, że będzie trochę przewidywalnie. Wie, że świra trzeba zabić kilkakrotnie, kilkakrotnie upewnić się, że zdechł i jeszcze mieć oczy i uszy szeroko otwarte bo nie wiadomo kto jest swój a kto wróg, nie warto wracać się do lochu tortur nawet z najbardziej szlachetnych pobudek, trzeba walić świra w łeb i spieprzać jak najdalej:)

No cóż, pomimo iż mamy tu do czynienia z daleko posuniętą przewidywalnością film ogląda się bardzo dobrze i nawet można mieć nadzieję, że z pojedynku z psycholem ofiarowate ofiary wyjdą cało.

apartament recenzja

apartament recenzja

Nie mogę tu za bardzo naświetlić kwestii mordercy, bo to spory spoiler by był ale rzec mogę, że sprawa jest ciekawa, morderca brawurowo kopnięty w czerep i dostarczy widzowi sporo rozrywki. Aktorstwo jest takie sobie, ale oczywiście jak to często bywa pierwsze skrzypce gra świr i świr gra bardzo dobrze i przekonująco.

Bez stresu można po ten film sięgnąć:)

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:7

Klimat:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Dialogi:6

Aktorstwo:7

Zdjęcia:7

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

Ja zabiłam dla ciebie, ty zabij dla mnie

Kill for me/ Zabij dla mnie (2013)

zabij dla mnie recenzja

Amanda, w tej roli Katie Cassidy, której wręcz nie znoszę, opłakuje zaginięcie swojej przyjaciółki- współlokatorki. Daje się jednak namówić drugiej z koleżanek by z przyczyn ekonomicznych wynajęła pokój zaginionej Natalie chętnej, sympatycznej Hailey (Tracy Spridakos). Hailey się wprowadza i zaprzyjaźnia z Amandą. Amanda m jednak pewien problem (pomijając zniknięcie przyjaciółki) jej ex facet uporczywie nęka ją i nachodzi. Pewnego pięknego dnia jego poczynania zmuszają Hailey do zdecydowanej interwencji w obronie Amandy. Chłopak umiera, jego zwłoki zostają zakopane w lesie nieopodal farmy ojca Hailey, a dziewczęta oddają się tym czasem lesbijskim igraszkom:) W końcu dla Amandy przychodzi dzień by spłacić dług wdzięczności wobec przyjaciółki :„Ja zabiłam dla ciebie, Ty zabij dla mnie”.

zabij dla mnie recenzja

„Zabij dla mnie” to obraz twórcy „Resetu”–  Mnie osobiście tamtej film się podobał, ale na FB ocena biedną.

Do filmu nie podeszłam z wielkim entuzjazmem, a to wszystko z powodu obsadzonej w głównej roli Katie Cassidy- nie lubię jej i koniec. Partnerująca jej Tracy Spridiakos wypada o niebo lepiej, ale to też pewnie kwestia tego, że jej postać jest dużo bardziej złożona i ciekawa. Amanda to ofiara swojego ex, ofiara intrygi, później kolejnej intrygi, i ups: prawie ofiara morderstwa. No ofiara- co ciekawego może być w byciu ofiara? 🙂

Hailey to autorka intrygi, chcąca pozbyć się ze swego życia pewnej osoby. Do tego celu chce wykorzystać Amandę. Kiedy wsadzenie jej ręki w majtki okazuje się niewystarczającym argumentem by przekonać ją do współpracy, Hailey ucieka się do pospolitego szantażu.

zabij dla mnie recenzja

Cóż począć? Biedna Amanda godzi się pokornie na wszystko. Ale co dalej? Film z gatunku thriller nie obejdzie się bez przynajmniej jednego zwrotu akcji. Powinien być on zaskakujący i nieoczekiwany. W przypadku tej historii raczej tak bym tego nie określiła, ale doceniam wysiłek twórców, bo zaraz za pierwszym zwrotem akcji biegnie kolejny. Zakończenie miało być domknięciem fabuły, wszystko się wyjaśnia w jednej chwili. Trochę to naciągane, ale czemu nie. 

Moja ocena:

Straszność/ Napięcie: 6

Fabuła:7

Klimat:5

Aktorstwo: 6

Dialogi:7

Zdjęcia:6

Oryginalność:4

To coś:5

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

58/100

Żywe zło

Evil dead/ Martwe zło (1981)

evil dead recenzja

Z bojaźnią  drżeniem podchodzę do tego wpisu, bo jak napisać w miarę obiektywną recenzję filmu uznawanego za absolutny hit, klasyk kina grozy i najbardziej przerażający horror wszechczasów?? Wystarczająco długo odwlekałam umieszczenie tego wpisu, czas wywiesić białą flagę i zrobić swoje.

Zacznę pokojowo i ostrożnie, bo od opisu fabuły:

Ash ( w tej roli kumpel reżysera, zaciągnięty przed obiektyw kamery ze względu na swoje walory estetyczne- Bruce Cambell) wraz kilkorgiem przyjaciół wybiera się na kilkudniowy wypad do domku w górach. Tam młodzi ludzie napotykają tytułowe martwe zło. Puki martwe jest ok, ale gdy odżyje… A ożyje za sprawą tajemniczej księgi i nagrania, które młodzi wygrzebują z piwnicy. Akcja właściwa rozpoczyna się w momencie gdy jedna z dziewcząt zaczyna wykazywać wszelkie znane i nieznane nam objawy opętania. Dalej mamy kaskadę niewytłumaczalnych i przerażających zdarzeń aż do eskalacji paranoi, grozy i obrzydliwości.

evil dead recenzja

Już od pierwszych scen Sam Raimi zadbał o zbudowanie doskonałego klimatu. Oto widzimy grupę znajomych zmierzających w nieznane krętą drogą. Częściowo te pierwsze wydarzenia obserwujemy z punktu widzenia nieznanej siły sunącej przez las. Ciśnienie nam rośnie, gdy widzimy jak zbliża się do auta bohaterów, gdy ci beztrosko gawędzą.

Zło nie atakuje od razu. To był taki mały wstępik. Akcja rozwija się stopniowo, groza dozowana jest w sposób bardzo wyważony. Gdy rozkręca się na dobre jest naprawdę strasznie. Pierwszą znaczącą w tej kwestii sceną jest pościg po lesie. Detale scen z morderczymi pnączami drzew atakującymi bohaterkę pozostawiają wiele do życzenia- pod względem technicznym oczywiście, ale jest całkiem dobrze. Wszystkie sceny przemocy są z resztą bardzo mocne, trochę tu Raimi ociera się o estetykę Fulci, którą bardzo lubię- widać on także.

evil dead recenzja

Młodzi bohaterowie za sprawą tajemniczej księgi i nagrania budzą przyczajone zło i ono sprawia, że po kolei padają ofiarą opętania. Sceny ukazujące właśnie ten wątek są na prawdę, na prawdę fajne. Trochę nawet skojarzyły mi się z egzorcystą. Fajną sprawą jest, że siły zła ukazują się w każdeje ze swych ofiar w trochę inny sposób. Podobały mi się zarówno chichoty jak i „kołysanki” i wymachiwania siekierą. Na pewno Raimi ukazał nam tu dużo fajnych pomysłów na ukazanie tego motywu, szkoda, że współcześni twórcy tak „sztywno” do tej sprawy podchodzą i wszystkie filmowe opętania naszych czasów są kserem jednego i tego samego schematu. Wiele bym mogła przytoczyć scen, które zrobiły na mnie duże wrażenie, zaskoczyły dobrym pomysłem i niezłym wykonaniem.

evil dead recenzja

Oglądałam sporo filmów z lat ’80 posługujących się estetyką gore, dziejących się w mrocznych osnutych mgłą lasach, ale żaden nie stworzył takiego klimatu. „Evil dead” w przeciwieństwie do innych produkcji naśladujących schemat młodzi w lesie kontra zło- w takiej czy innej formie- nie umiały zachować tak wyważonego balansu między grozą a groteską. Zawsze czegoś było więcej i najczęściej niestety groteski. Klimat „Evil dead” nie pozwala za bardzo się rozchichotać:)

Niestety są też mankamenty i teraz do nich przejdę: Przede wszystkim bardzo niedbały sposób prowadzenia kamery szczególnie rzucający się w oczy w momentach gdy akcja zwalniała, bohaterzy sobie rozmawiają i widz mógł się temu przyjrzeć. Drażniło mnie to mocno. Drugą rzeczą jest muzyka. Momentami kiepsko synchronizowana z obrazem, z wydarzeniami, momentami zbyt głośna, zbyt krzykliwa zbyt rozpraszająca. Wiem, że miało to podnieść poziom grozy, ale niestety w moim przypadku odniosło efekt odwrotny.

Bardzo jestem ciekawa remaka. Mam nadzieję, że te dwie wspomniane przeze mnie rzeczy będą poprawione, oby tylko nie kosztem klimatu:)Nadzieja w tym, że za produkcje remake odpowiada reżyser oryginału, mam nadzieję, że on i pozostali twórcy podejdą z szacunkiem do dzieła 19 letniego (wtedy) Raimiego i mając do dyspozycji dużo większy budżet i lepsze możliwości techniczne nie uśmiercą „Martwego zła”.

evil dead recenzja

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:9

Klimat:10!

Aktorstwo:7

Dialogi:7

Zdjęcia:6

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Oryginalność:10

To coś:10

84/100

Stare, dobre Zombie

Night of the Living Dead/ Noc żywych trupów (1968)

noc żywych trupów recenzja

„Noc żywych trupów” była debiutem obecnie jednego z najbardziej cenionych reżyserów kina grozy. Kultowy film o zombiakach został nakręcony za 100 tysięcy funtów. Bardziej dla zabawy niż w oczekiwaniu na sukces. Zombiaki doczekały się niekończącej się liczby kontynuacji i remaków- sama, szczerze, za tym nie nadążam. Najnowszy z filmów Romero o tej tematyce mieliśmy okazję obejrzeć w 2009 roku i były to całkiem udane „Kroniki żywych trupów”.

Romero może się wydawać reżyserem jednego wątku, bo większość jego filmów, przynajmniej tych bardziej znanych czyni z Zombie głównych bohaterów. Sama jednak miałam okazję zapoznać się z bardzo udaną produkcją tego Pana, która dla odmiany opowiadała o chłopcu o „skłonnościach wampirycznych”- „Martin”. Dopatrzyłam się tam nie tylko świetnego klimatu grozy, ale też większego zamysłu na prezentacje wątków obyczajowych. Ta niepoprawność polityczna tkwiła widać w Romero od zawsze, bo z podobną sprawą mamy do czynienia w „Nocy żywych trupów”. Szok prawda? Czego to egzaltowana smarkata może się dopatrzyć w klasycznym gore🙂

noc żywych trupów recenzja

Barbra i jej brat Johnny doświadczają ataku zombiaka na cmentarzu dokąd przybyli złożyć kwiaty na grobie tatusia. Panience udaje się uciec przed dziwnym stworem i schronić na pobliskiej farmie. Jej brat nie miał już tyle szczęścia. Wkrótce w kryjówce Barbry pojawia się czarnoskóry uciekinier. Chciałam napisać, że od tej pory wspólnie dzielnie odpierają ataki hordy wygłodniałych żywych trupów, niestety Barbry nie można posądzać o zachowanie zimnej krwi. Biedaczka doznaje głębokiego szoku i snuje się po domu jakby sama była zombie. Jej zachowanie bywało źródłem moich niepohamowanych wybuchów śmiechu.

Dla uzyskania pełnego przekroju społeczeństwa amerykańskiego do domu zostają dopuszczeni również: młoda ckliwie rozkochana para oraz trzy osobowa rodzina z patriarchalnym, egocentrycznym ojcem rodziny na czele, matką dopatrującą się ratunku w mediach i pokąsaną córunią- kultowa już postać, umieszczona na plakacie filmowym.

noc żywych trupów recenzja

Próby stworzenia bezpiecznego miejsca, a później próby ucieczki z niego były przedstawione w sposób porównywalny do działań bohaterów „Zabójczych ryjówek”🙂 Z tym, że w miedzy czasie bohaterzy nie zajmowali się durnymi dyskusjami i popijaniem procentów, lecz prezentowali widzowi coś w rodzaju głębszej analizy zachowania grupy w sytuacji zagrożenia.

Romero bardzo niestereotypowo obsadził czarnoskórego mężczyznę w roli bohatera pozytywnego, jedyne w zasadzie ogarniętego członka tej wesołej gromady. Z wzorcowego amerykańskiego ojca rodziny zrobił buca, który utopił by czarnucha w łyżce wody- a że nie ma wody, to się go wypchnie zombiakom na pożarcie. Matka tej samej rodziny, trochę głupiutka, ale sympatyczna kobieta nie będąca w stanie podjąć walki z własnym krwiożerczym dzieckiem- zawsze w takich sytuacjach wchodzimy na strefę tabu, obecnie robienie z dzieci morderców jest bardzo na topie, ale w latach 60 XX wieku to musiał być niezły odpał.

Wszystko to dziej się na bardzo oszczędnym obszarowo terenie, robi się nieco klaustrofobicznie.

Jeśli mam wspomnieć o efektach to pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy to całkiem niewinna charakteryzacja zombiaków – ot taki trochę bladziutki, rączyny chude wyciągnięte przed siebie, coś tak gulgocze pod nosem.

noc żywych trupów recenzja

Sceny walki z nimi również jawiły mi się jak jakieś pieszczoty z małym kotkiem. Mocniejsze sceny można na korytarzu w pierwszej z brzegu podstawówce zobaczyć- nie czepiam się tylko stwierdzam fakt- nie przeszkadzało mi to szczególnie i tak. Momentami było „dość” brutalnie, ale nie na tyle jak się spodziewałam. Znajdzie się jednak kilka dobrych scen gore- podobała mi się np. scena z jelitkami- przeurocza.

Zakończenie filmu dość smutne. SPOILER: Jedyny ocalały zostaje zastrzelony przez bezmózgich policjantów walących z dubeltówek do wszystkiego co się rusza. KONIEC SPOILERA.

Potwierdza moją teorię o tym, że Romero chciał dać lekki prztyczek w nos obyczajowości amerykańskiej. Bo co też tu w wielkim skrócie mamy: Mamy bezmózgi rząd, który bez namysłu zestrzelił nad ziemią silnie napromieniowana satelitę co zaskutkowało epidemią żywych trupów. Mamy dalej niemniej bezmózgie zombie pożerające wszystko co napotka, które jawi mi się nieco jako metafora amerykańskiego konsumpcjonizmu. Na koniec mamy znowuż bezmózgie siły zbrojne, które bezrefleksyjnie eliminują to co napotkają, twierdząc, że ratują sytuację.

Podsumowując film wart uwagi. Osobiście spodziewałam się więcej brutalności a mniej myślenia, ale suma sumarum uważam, to dużą zaletę obrazu.


Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:10

Zaskoczenie:8

Aktorstwo:7

Zabawa:8

Oryginalność:8

To coś:10

Dialogi:7

Zdjęcia:8

81/100

Dziwne dzieci

Insensibiles/ Niewrażliwi (2012)

niewrażliwi recenzja

Ostatnio o samych starociach piszę, ale nie dziwcie się- im nowsza produkcja tym bardziej mnie rozczarowuje:(

Dziś będzie o filmie z kategorii thriller/ fantasty, koprodukcji Francji, Hiszpanii  Portugalii. O dziwo nowym, bo z 2012 r. i o dziwo bardzo udanym:)

Obraz nieco skojarzył mi się z twórczością Guillermo del Toro.

Fabuła filmu toczy się dwutorowo, w dwóch wymiarach czasowych: współczesność, tu głównym bohaterem jest lekarz pracoholik, który w tragicznym wypadku stracił żonę. Udało się jednak uratować jego synka- żona była w 6 miesiącu ciąży. U mężczyzny zdiagnozowano białaczkę, pozbawiony chęci do życia po namowie przyjaciółki decyduje się poprosić swoich rodziców o to by, któreś z nich zostało dawcą szpiku…

niewrażliwi recenzja

Inne wydarzenia toczą się w czasach gdy Hiszpania była ogarnięta wojną domową (lata ’30 XX wieku). W owych niespokojnych czasach dr. Carscedo przyszło zmierzyć się z niespotykanym zjawiskiem: do placówki, nad którą sprawuje piecze trafia grupa niezwykłych dzieci. Dzieci, które nie znają bólu. W ten sposób pozbawione są tak typowego dla ludzi instynktu, który pozwala nam przetrwać i uczyć się. Dzieci podpalają się, wyrywają sobie paznokcie, zjadają fragmenty własnego ciała, gdy są głodne i o zgrozo namawiają do tego normalne dzieci, co zwykle kończy się tragedią.

niewrażliwi recenzja

Nie wiedząc co począć dr. Carscedo decyduje się odizolować dzieci, wtedy młoda pielęgniarka wpada na pomysł by zasięgnąć rady u niemieckiego profesora Holtzmanna. Lekarz z entuzjazmem odkrywa tajemnice dziwnej choroby, stara się jak może pomóc dzieciom i nie boi się ich jak większość personelu. Wszystko  już zmierza w dobrym kierunku gdy w placówce pojawiają się faszyści…

niewrażliwi recenzja

Wie, wiem, prawie cały film tu streściłam, ale inaczej się nie da czasami:)

Film rozpoczyna się od brawurowej prezentacji zdolności jednego z dzieci. Już pierwsza scena robi wrażenie. Dalej śledzimy rozwój nie koniecznie fantastycznych- jak by na to wskazywał gatunek filmu- wydarzeń. Są bardziej dramatyczne i przerażające, tudzież dołujące. Nalepka fantasty została przypięta filmowi zapewne z uwagi na niezwykła chorobę na jaką cierpiały dzieciaki. Ale czy to znowu taka fantastyka? Sama miałam okazję zetknąć się z chłopcem, który cierpiał na taka niewrażliwość. Choroba została u niego zdiagnozowana, o zgrozo, dopiero w czwartej klasie- jak on przeżył? Widać nie wpadał na takie genialne pomysły jak dzieci z filmu.

Jak wynika z dostępnych m informacji film jest debiutem zarówno reżysera jak i scenarzysty. Trzeba przyznać niezwykle udanym.

Film mam bardzo fajny, mroczny i smutny za razem klimat- taka typowy dla Hiszpanów, nie zabraknie też typowo Francuskiej brutalności.

niewrażliwi recenzja

Za nastrojowe zdjęcia dopowiada Alejandro Martinez, którego sposób filmowania pokochałam od czasów gdy zobaczyłam jego dzieło „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, dobrze sprawdził się także w „Wyspie zaginionych”. Spokojna nie mniej nastrojowa muzyka to już dzieło Szweda od „Pozwól mi wejść”.

Świetny, oryginalny pomysł i dokonała realizacja. Film smutny, nieco straszny. Dobrze zagrany- szczególnie kreacja małego Benita robi wrażenie- mały chłopiec w masce jak dla Lectera🙂

Moja ocena:

Straszność: 8

Fabuła:9

Klimat:10

Zaskoczenie:6

Zdjęcia:9

Aktorstwo:8

Dialogi:7

Zabawa:8

Oryginalność:8

To coś:8

81/100