Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Gra edukacyjna

Battle Royale (2000)

battle royale

Niedaleka przyszłość. W Japonii panuje kryzys, który zmusza władze do podjęcia drastycznych decyzji. Z uwagi na to, że młodzież będąca przyszłością kraju coraz bardziej buntuje się i olewa edukacje rząd postanawia, że co roku będą organizowane zawody na śmierć i życie, w których wezmą udział losowo wybrane klasy. Wzajemne zabijanie się i walka o przetrwanie ma nosić znamiona gry edukacyjnej.

Japoński reżyser znany z takich rąbanek jak „Tora, Tora, Tora” dwanaście lat przed wejściem do kin amerykańskich „Igrzysk śmierci” nakręcił film o łudząco podobnej fabule. Podobnie jak w przypadku nowszego filmu obraz jest adaptacją powieści. Z resztą autorka „Igrzysk śmierci” była po cichu posądzana o plagiat.

Cóż mogę powiedzieć świeżo po seansie? Wynudziłam się porównywalnie jak w czasie oglądania „Igrzysk śmierci”. Myślałam, że będzie to jednak lepszy film, ale gotowa jestem przyznać, że jest chyba jeszcze mniej udany niż „Igrzyska…”.

Cały wyjściowy pomysł jest wzięty z kosmosu. Niby jaką wartość edukacyjną dla uczniów ma być nierówna walka o przeżycie? Z tego co się zorientowałam, nie było żadnej transmisji na żywo, więc społeczeństwo nie mogło podziwiać heroicznej walki i wyciągać pouczających wniosków. W praktyce zafundowanie bogu ducha winnym uczniakom takiej niespodzianki zaowocowałoby raczej masowym wypisaniem się ze szkół i jeszcze większym bojkotem ‚takiej edukacji’. Bardzo to naciągane.

battle royale

Przebieg całej trzy dniowej rozgrywki jest dość zbliżony do tego co mieliśmy w „Igrzyskach śmierci”. Wszyscy biegają jak szaleni, nawalają do siebie z różnego rodzaju broni.

Bohaterów „Battle…” cechuje infantylizm graniczący z debilizmem. Nie wiem, czy to kwestia uwarunkowań kulturowych, czy też taka wizja reżysera na obraz funkcjonowania nastolatków. Ilość odstrzelonych głów jest wprost proporcjonalna do ilości miłosnych wyznań i deklaracji dozgonnej przyjaźni. Raptem okazuje się, że chłopak jest gotowy oddać życie za koleżankę, z która w czasie całej edukacji nie zamienił słowa.

Miałam wrażenie, że aktorzy otwierają usta tylko po to żeby wygłosić kolejną pompatyczną bzdurę, która nie tylko nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości to jeszcze jest po prostu rozbrajająco śmieszna, zwłaszcza jeśli chodzi o okoliczności w jakiej jest wypowiadana.

battle royale

Kiedy nie osiągają wyżyn patosu chichoczą radośnie jakby dalej znajdowali się w szkolnej stołówce. W ich przypadku każdy system edukacji by chyba podniósł klęskę:)

Cała intryga jest szyta bardzo grubymi nićmi przez co fabuła jest nadziana błędami logicznymi ‚jak dobra kasza skwarkami’.

Męczyłam się oglądając ten film i jego przesłanie w żaden sposób do mnie nie trafiło.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:4

Napięcie:5

Klimat:4

Zaskoczenie:5

Oryginalność:6

To coś:4

Zabawa:2

Aktorstwo:5

Walory techniczne:3

41/100

W skali brutalności:4/10

King Kong z Roue Morgue

Murders in the Roue Morgue/ Zabójstwa przy Roue Morgue (1932)

zabójstwa przy rue morgue

Zapaliłam się do tego filmu jak szczerbaty na suchary licząc na piękną adaptację dzieła Poego. Jest to pierwsza ekranizacja jakiegokolwiek dzieła tego pisarza za jaką wzięło się studio Universal. W roli głównego czarnego charakteru, to jest doktora Mirakle, obsadzono Belle Lugossi’ego. Byłam pewna, że będzie to coś dla mnie. Niestety nie wzięłam pod uwagę, że Robert Florey, reżyser, bardzo luźno potraktuje dzieło Poego i horror uda mu się jedynie połowicznie.

Fabuła filmu mocno odbiega od fabuły opowiadania.

Akcja rozpoczyna się w momencie przybycia do Paryża szalonego naukowca doktora Mirakle, który to zajmuje się badaniami nad gorylem o imieniu Erik. Człekokształtny ma mu posłużyć za dowód na istnienie pokrewieństwa między człowiekiem a małpą. Naukowiec trudni się także drobną chałturą prezentując zgorszonej gawiedzi swojego podopiecznego w czasie karnawałowych występów. Tam też wygłasza swoje darwinistyczne teorie, dla ludzi żyjących w połowie XIX wieku będące całkowitą herezją.

Wraz z przybyciem doktorka i jego małpiszona w mieście zaczynają ginąc prostytutki. Szaleniec porywa je i wstrzykuje im gorylą krew w skutek czego nieszczęśnice umierają.

zabójstwa przy rue morgue

W filmie pominięto bardzo ważny element historii Poego. Naukowcowi nie tyle chodziło o laboratoryjne mieszanie krwi ile o bardzo ‚tradycyjne’ skrzyżowanie człowieka z małpą. Ni mniej ni więcej szuka idealnej ludzkiej partnerki do rozmnażania z jego Eryczkiem.

Śledząc dalej filmową historię dowiadujemy się, że zarówno Eryczkowi jak i doktorkowi wpada w oko niewinna i urodziwa niewiasta, Camilla. To wokół prób zwabienia jej do swojego przybytku przy Rue Morgue ogniskuje się właściwa fabuła filmu.

zabójstwa przy rue morgue

Gdyby nie to, że opowiadanie, bardzo dobre zresztą, zostało tu tak spłycone, okrojone i wypaczone to film mógłby mi się spodobać – mógłby gdybym nie znała pierwowzoru.

Klimacik jest taki, jak w horrorach z lat 30. Czarno-białe zdjęcia, makiety robiące za scenografię, których niedoskonałości maskowane są obfitą ilością mgły oraz oszczędnym oświetleniem. Stosownie pompatyczne aktorstwo. Bella nie sięga tu wyżyn swoich możliwości. Jest bardziej komiczny niż straszny, niestety.

zabójstwa przy rue morgue

Reszta bohaterów jest nad wyraz przygłupia. Sposób przedstawienia wątku kryminalnego jest tu bardziej pastiszem niż jak to było w przypadku opowiadania kolebką wszelkiej powieści detektywistycznej.

Dużym plusem były wytężone starania pokazania wyższego poziomu w końcowych scenach. Mamy tu bardzo efektownie pokazany pościg za futrzanym porywaczem łudząco przypominający sceny z King Konga.

zabójstwa przy rue morgue

Czego mi najbardziej zabrakło? Chyba jednak takiej autentycznej grozy. Tej historii, w takim kształcie nie da się brać na serio.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:6

Napięcie:7

Klimat:9

Zaskoczenie:4

Oryginalność:7

To coś:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

Zabawa:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Simon

Session 9/ Dziewiąta sesja (2001)

sesion 9

Gordon prowadzi firmę i właśnie otrzymuje duże zlecenie. Wraz z kilkoma współpracownikami ma oczyścić z azbestu budynek dawnego szpitala psychiatrycznego. Szpital psychiatryczny jako jedno z ulubionych horrorowych lokacji musi skrywać swoje mroczne tajemnice – tak też jest w tym przypadku, ale o co tak naprawdę chodzi?

sesion 9

„Dziewiąta sesja” jest filmem nakręconym za niewielkie pieniądze przez, wówczas jeszcze praktycznie nie znanego reżysera. Amatorskość tej produkcji początkowo daje po oczach jednak z czasem widz ma szansę dopatrzeć się w tym recepty na sukces filmu.

Co może przeszkadzać? Słabe aktorstwo, lekkie niedoróbki w montażu materiału i za pewne, w przypadku niektórych osób, bardzo niejednoznaczne rozwiązanie filmowej zagadki.

To co może być odczytane jako wada, w oczach innego widza może być zaletą. Początkowo i mnie drażniła bardzo oszczędna ekspresja postaci, jednak z czasem kiedy drogi interpretacji fabuły rozwidlają się ta sztywność w obejściu naszych bohaterów nie będzie narzucać kierunku interpretacji ich zachowania.

Chaotyczne prowadzenie kamery, ‚poucinane’ ujęcia sprzyjają schizolskiemu klimatowi przedstawionej sytuacji. Weźmy na ten przykład sceny prezentujące wnętrze szpitala, powolne przejazdy po odrapanych korytarzach, szybkie rzuty na ściany pomazane i obklejone zdjęciami. Z  podobnego zabiegu korzystają produkcje z serii paradokumentów, z tym że tam jest to podkręcone do tego stopnia, ze praktycznie nie widzimy już nic;) Osobiście bardziej niż same końcowe sekwencje filmu, czyli ów mocny finał, mroziły mnie właśnie ujęcia w stylu samotne krzesło na tle tej wszechobecnej ruiny. Horror był z resztą kręcony w budynku autentycznego szpitala psychiatrycznego. Klimat miażdży.

sesion 9

Tyle jeśli chodzi o formę.

Tak naprawdę nie wiemy, co jest treścią filmu. Pewne jest to, że Gordon i jego kumple trafiają do miejsca gdzie spotka ich coś średnio fajnego.

Gordon przezywa kryzys w związku z małżonką, Hank to padalec, który odbił pannę koledze z pracy Philowi, ten z kolei ma ochotę wykolegować z biznesu Gordona i pozbyć się Hanka. Dwóch ostatnich z mężczyzn to kolejno młody kuzyn Gordona i niedoszły prawnik Mike. To ten ostatni  najchętniej myszkuje po szpitalnych odpadkach i właśnie tam znajduje nagrania z sesji z pewną pacjentką.

Odtwarza kolejno dziewięć kaset rejestrujących pracę psychiatry z chorą Mary. A kim jest Mary? Pacjentką z osobowością wieloraką, z czego jedna z mieszkających w niej osób jest mordercą? A może Simon nie jest wytworem chorej psychiki lecz demonem, który opętał Mary i naszych bohaterów?

Spotkałam się z wieloma drogami interpretacji tego horroru z czego każda jest prawdopodobna. Jest to oczywiście zasługa sprawnego scenariusza, który zamiast wskazywać nam łatwe rozwiązanie mąci nam w głowie.

Żeby zdecydować o czym tak na prawdę jest „Dziewiąta sesja”, musimy dociec kim jest Simon.

Simon, który „mieszka w chorych i poranionych”.

sesion 9

SPOILER: Ja stawiam na załamanie nerwowe, które dotknęło Gordona. Facet zabija swoją żonę i kumpli, nie będąc w pełni władz umysłowych. A Simon? Simon to taka ciemna strona każdego człowieka. Kiedy człowiek słabnie władzę przejmuje taki wewnętrzny Simon, który popycha go do desperackich zachowań. KONIEC SPOILERA.

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:8

To coś:9

82/100

W skali brutalności:2/10

Woskowe ciała

House of wax/ Gabinet figur woskowych (1953)

gabinet figur woskowych

Henry Jarrod to artysta rzeźbiarz, którego ulubionym tworzywem jest wosk. Ma własne przynoszące skromne dochody muzeum figur woskowych, gdzie każde z jego dzieł ma dla niego samego wyjątkowe znaczenie. Pewnego dnia jego wspólnik postanawia podpalić przybytek Henry’ego w celu uzyskania forsy z polisy. Zrozpaczony rzeźbiarz traci wszytko i znika na jakiś czas.

gabinet figur woskowych

Tymczasem jego niewierny przyjaciel zostaje zamordowany przez okaleczone monstrum w czarnym płaszczu.

gabinet figur woskowych

Podobny los spotyka jego kochankę. Na arenie ponownie pojawia się Henry, niestety w wyniku wypadku stracił władzę w dłoniach i nogach. Otwiera nowe muzeum tym razem zamiast dostojnych figur historycznych postaci tym razem pragnie zaprezentować odwzorowanie momentu ich śmierci.

Legenda głosi, że był to pierwszy horror w 3 D. Co wydaje się dziwne z uwagi na to, że reżyser Andre de Toth był niewidomy na jedno oko, więc nie mógł swojego dzieła zobaczyć od tej strony. Żywotny Węgier dożył dziewięćdziesiątki i zmarł zanim na srebrny ekran wszedł remake jego horroru, „Dom woskowych ciał”. Może to i lepiej…

„Gabinet figur” woskowych nie ma w zasadzie nic wspólnego z dziełem z 2005 roku. Nowszy film to typowy głupkowaty slasher. Żeby podkreślić jego głupotę zaangażowano nawet Paris Hilton. Jej śmierć jest niewątpliwą zaletą tego obrazu.

Możecie kojarzyć także „Gabinet figur woskowych” („Waxwork”) z lat osiemdziesiątych, ale nie jest on uznawany za remake i słusznie.

Co się tyczy oryginału, jest to solidne stare kino z Vincentem Price’m w roli głównej. Jego osoba jest praktycznie gwarantem udanego seansu (podobnie jak Boris Karloff czy Bella Lugossi).

Widzimy na ekranie jak przeistacza się z dobrodusznego artysty w zimnego drania, który wyrzeka się swojej sztuki dla zadowolenia rządnych tanich podniet klientów.

Jak na horror jest mało straszny, natomiast trzyma w napięciu i postarano się o element zaskoczenia, więc spokojnie można go uznać za thriller. Sporo jest scen utrzymanych w duchu starych filmów grozy, jak pościg ciemną pustą ulicą za piękną, przerażoną niewiastą.

gabinet figur woskowych

Zawsze zachęcam do klasyki więc i tym razem nie będzie inaczej.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

75/100

W skali brutalności: 1/10

Sezon zemsty

Killing season/ Sezon na zabijanie (2013)

killing season

Sezonem na zabijanie można nazwać każdą toczącą się wojnę. Jak myśliwi wyruszający na zwierzynę z początkiem wyznaczonego przez władzę sezonu, tak żołnierze ruszają z karabinami na  ludzki, na których zabijanie otrzymują przyzwolenie władz. Od wojennej retrospekcji rozpoczyna się nowy film Marka Stevensa Johnsona. Reżyser nie słynie ze szczególnie ambitnego kina, więc sięgnęłam po ten obraz tylko ze względu na Roberta De Niro w obsadzie)

W owej retrospekcji widzimy oczyma jednego z bohaterów wydarzeń w Bośni i Harcegowinie w czasie działań wojennych. Jednym z bohaterów jest podstarzały amerykański weteran Ban (De Niro) drugim Serb Emil (Travolta), który zjawia się w domu Bena by dokonać zemsty.

killing season

Film ten bardzo różni się od zwyczajnej twórczości wspomnianego reżysera. „Killing season” to w zasadzie taki teatr dwóch aktorów. Emil nie chce po prostu zabić Bena, on ma plan dzięki, któremu ma nadzieję usłyszeć od zbrodniarza słowa skruchy. Chce dokonać na nim ostatniego namaszczenia i wysłuchać szczerej spowiedzi.

killing season

Ben mimo iż mocno przeżył to co zdarzyło się w czasie wojny nie uważa się za gorszego od Serba. Fabuła pokazuje, że tak naprawdę nikt tu nie jest bez winy, a wojna ze wszystkich ludzki wyciąga to co najgorsze. Widz może spróbować ocenić, który z mężczyzn jest gorszym człowiekiem, ale czy warto? Pewną rzeczą okazuje się jedynie fakt, że nie warto się mścić.

Od strony technicznej film w pełni mnie zadowolił. Co prawda nie lubię Travolty, ale jest tu prawie nie do rozpoznania: Zarośnięty jak Rumcajs, podtuczony, mówiący ze wschodnim akcentem, nie tańcuje, tyłkiem nie kręci. De Niro jak zwykle świetny choć osobiście uważam, ze rola Bena nie była dla niego szczególnym wyzwaniem. Czasy aktorskich wyzwań ma już dawno za sobą, a chętnie zobaczyłabym go w filmie, w którym reżyser wyciśnie ze staruszka ostatnie soki.

killing season

Dla niektórych widzów film może być nazbyt monotonny. Żadnych efektów, nie bardzo spektakularne pojedynki. Ja lubię takie oszczędne historie. Mam wtedy wrażenie, że reżyser na prawdę chciał coś powiedzieć, nie tylko pokazać szybko zmieniające się obrazki, układające się jako-tako w jakąś mizerną fabułę.

„Killing season” nie jest przeintelektualizowany, czy bełkotliwy. Opowiada bardzo prostą historię w prosty sposób i to jest jego zaletą.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Napięcie:8

Klimat:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:3/10

Historia podwójnego nieboszczyka

Wyszedł z domu i nie wrócił – Iwona Mejza

wyszedł z domu i nie wrócił

Kolejny leniwy i senny letni dzień w Oświęcimskiej komendzie policji przerywa wieść o dwóch trupach znalezionych- ha, nieoczekiwanie- w grobowcu na cmentarzu. Nie było w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że grób powinien być pusty, a tu proszę, dwóch nieboszczyków upchniętych do jednej trumny. Sympatyczni policjanci nieprzywykli do takich ekscytujących zagadek będą musieli rozwikłać tajemnicę ‚podwójnego nieboszczyka’.

Iwona Mejza debiutowała kryminałem „Wszystkie grzechy nieboszczyka”. „Wyszedł z domu i nie wrócił” to jej nowa powieść,  również wyda nakładem wydawnictwa Oficynka.

Ta książka kierowana jest raczej do wielbicieli kryminałów w stylu Joanny Chmielowskiej.

Zabawnie napisany, całkowicie niegroźny, niezbyt angażujący. Nie uświadczymy tu serii brutalnych zdarzeń, a cała intryga jest całkiem niewinna. Nawet trupy nikogo nie wystraszą, a ich śmierci nie towarzyszą żadne fajerwerki.

Mamy tu motyw nierozwiązanej sprawy z przeszłości i mnóstwo lekkostrawnych wątków pobocznych.

Jeśli miałabym określić tą historię jednym słowem byłoby to określenie ‚ugrzeczniony’. Bohaterzy są grzeczni, nawet morderca. Nikt nie przeklina, nie spożywa substancji zakazanych, nawet nikt nie pali. Policjancie siedzą sobie w komendzie jak pączki w maśle.

Napisana jest w dobrym stylu, tu nie mogę się do niczego przyczepić. Oprawa graficzna okładki pozostawia niestety wiele do życzenia. Osobiście wycięłabym z niej tego kiepsko graficznie obrobionego pana o wyglądzie małomiasteczkowego alfonsa i zostawiła sam widok osnutego mgłą cmentarza i kapliczki. Obecnie wygląda to dość tandetnie.

Przyjemna lektura na raz. Poprawna. Jedna z tych książek, które szybko się czyta i szybko się o nich zapomina.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Oficynka

http://www.oficynka.pl/


Moja ocena:

5+/10

Ostatni człowiek

Omega Man/ Człowiek Omega (1971)

omega man

„Jestem legendą” Mathesona jest jedną z najchętniej ekranizowanych powieści w obrębie gatunku grozo-podobnego (thriller sci-fi). Ja osobiście oglądałam tylko dwie. Tą, o której będzie dziś i „Jestem legendą” z 2007 roku. Jeśli chodzi o ekranizacje to najbardziej ciekawi mnie wersja z Vincentem Price’m z 1964 roku. Wypadałoby też zapoznać się z wersją papierową tej historii, ale póki co jeszcze jej nie upolowałam.

omega man

Bohaterem „Człowieka Omegi” Borisa Segala z 1971 roku jest naukowiec lekarz Robert Neville, który w świecie po wybuchu epidemii wiedzie samotne życie w swoim pilnie strzeżonym domu. Mężczyzna żyje w permanentnym poczuciu zagrożenia, gdyż każdej nocy może paść ofiarą czegoś w rodzaju sekty zarażonych, których organizmy przeszły coś na kształt mutacji.

omega man

Jeśli pamiętacie „Jestem legendą” z 2007 wiecie, że w tej wersji filmu ludzie ci przypominali nieco inteligentniejszą  i szybszą wersję zombie. Tu prezentują się bardziej ludzko. Rozmawiają, knują, palą książki i wszytko to co może kojarzyć się z haniebną ich zdaniem przeszłością ludzkości.

Nie ma psa, nad którym mogłabym się użalić, szybko pojawia się za to kobieta. Lisa wypisz wymaluj wygląda jak żeńska wersja Winnfield’a z „Pulp Fiction”.

omega man

omega man

Nie będę nikogo zachęcać do obejrzenia tego filmu. Fabuła, dialogi i nawet aktorstwo było w miarę okej. Niestety film pogrążyła muzyka. Tak niedopasowanej muzyki filmowej dawno nie spotkałam. Jakieś hity disco, czy coś w tym rodzaju. Nie wiem do prawdy co to było.

Drugą sprawą jest sposób przestawiania scen pościgów i ucieczek – istne kino akcji w całej swojej naiwności i przesadzie. Jakaś pomyłka i masakra.

Mimo iż pomysł z fanatyczną sektą Matthiasa podobał mi się bardziej niż kolejna odsłona zombizmu, to niestety nie zamaskowało to niesmaku jaki wzbudziła we mnie realizacja całego pomysłu.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:5

Zabawa:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:4

Zaskoczenie:4

Oryginalność:6

To coś:4

Napięcie:4

50/100

W skali brutalności:1/10

Dowody wiary

Stigmata/ Stygmaty (1999)

stygmaty

W roku 1999 powstały przynajmniej dwa dobre horrory religijne. Pierwszym są oczywiście „Dziewiąte wrota, drugi to „Stygmaty”. Może te odwrócone szóstki tak działały filmowcom na wyobraźnię?

„Stygmaty” opowiadają historię młodej, rozrywkowej fryzjerki Frankie- aktorkę możecie kojarzyć chociażby z trzeciej odsłony przygód Freddiego Krugera. Dziewczyna otrzymuje od matki paczkę z suwenirem z jej wycieczki do Rio. Prezentem jest różaniec, który jeden z ‚wiernych’ zakosił martwemu księdzu. Księdzu, którego zwłoki zostały uznane za ‚cudowne’ i których cudowność bada amerykański ksiądz naukowiec Andrew. Kiedy Frankie zaczyna doznawać dziwnych omamów, a na jej ciele pojawiają się rany drogi klechy i fryzjerki krzyżują się by wbić włócznie w kamienne serce kościoła katolickiego.

stygmaty

Horrory religijne mają to do siebie, że mają bardzo konkretne przesłania. Wyznaczają wyraźną granicę pomiędzy dobrem i złem. Zło oczywiście stoi po stronie diabła i satanistów, a dobro po stronie boga i chrześcijan. Stygmaty niejako przełamują ten ścisły schemat, bo mimo iż, owszem chrześcijanie są tu posłańcami dobra, a diabeł czyha na ich duszyczki, to w tym filmie diabeł niejako zasiada po prawicy pana.

stygmaty

Fabuła filmu dotyczy tematu bardzo aktualnego i ponadczasowego: Czy kościół nie jest czasem tylko instytucją, która posiada ogromną władzę? Czy biskupi i inni wysoko postawieni członkowie Watykanu nie traktują dogmatów religii bardzo wybiórczo? Czy nie przeinaczają słów biblii? Nie nadinterpretują symboli? Taki celibat np. Ksiądz Andew bohater „Stygmatów” przyznaje, że to dla niego spory problem, ale musi być, bo takie jest słowo boże… A to słowo to, to tak naprawdę Watykański dekret z XIII wieku, który zabraniając duchownym zakładania rodzin ratuje majątki kościelne, które mogli by dziedziczyć ich potomkowie.

W „Stygmatach” pojawia się motyw domniemanej ewangelii Chrystusowej, spisanej przez samego Jezusa, która w bardzo określony sposób pokazuje ideę chrześcijaństwa. Nie jest ona na rękę zwierzchnikom kościoła, więc jest ukrywana. Nasza bohaterka z nieznanych przyczyn posiada wiedzę na temat treści owej ewangelii.

‚Objawienia’ jakich doznaje są gwoździem programu. Mamy w filmie sporo mocnych momentów, chociażby biczowanko w metrze, jednak największą zaleta filmu jest wciągająca fabuła.

stygmaty

stygmaty

To dobry, sprawnie zrobiony film jednak należy pamiętać, że jest to tylko film, więc nie ma co się nadmiernie ekscytować jego treścią – mam tu na myśli zarówno nabożną wiarę w jego treść jak i bulwersowanie się nią i nazywanie herezją.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Napięcie:7

Klimat:8

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:6

Oryginalność:7

To coś:8

74/100

W skali brutalności: 2/10

Garść cudów

Miracles/ Cuda (2003) – sezon 1

miracles

Tak się składa, że obecnie ‚walczę’ z piątym już sezonem „Z Archiwum X”. Jak przewalczę to coś niecoś napiszę, a póki co mam dla Was inną ofertę.

Mało znany serial „Miracles” doczekał się tylko jednego sezonu. Czemu? Pojęcia bladego nie mam, bo twórcy (wymieniać tego stada z nazwisk nie będę) odwalili kawał dobrej roboty.

Fabuła serialu dotyczy tytułowych cudów.

Młody ‚świecki’ demonolog Paul Callan ( w tej roli diabelnie śliczny Skeet Urlich) pracuje dla kościoła katolickiego i we współpracy z ‚Ojczulkiem’ bada kolejne zjawiska, w których mogą uczestniczyć siły nadprzyrodzone- boskie tudzież diabelskie.

miracles

W czasie badania jednej ze spraw sam doświadcza cudu. Na tapecie pojawia się dość podejrzany, ale sympatyczny przywódca organizacji Sodalitias Querito, z którym to wytrącony z równowagi Paul zaczyna współpracę porzucając kościelna sforę. 

Początkowo sądziłam, że będzie to serial jednoznacznie obstawający po któreś ze stron. Jednak nie wszystkie drogi prowadzą tu do boga, co bardzo mi się uśmiecha. Nie wiemy tak naprawdę, czy organizacja szuka boga, czy diabła. Kolejne cuda i inne dziwaczne zjawiska nie dają jednoznacznych odpowiedzi, co sprawia, że cała historia jest owiana gęstą mgłą tajemnicy.

miracles

W trzynastu odcinka poznamy historię reinkarnacji, nawiedzonego domu, który wyciąga z człowieka to co najgorsze, umierającego chłopca uzdrowiciela i wiele wiele innych z czego moim faworytem był odcinek z cudem w samolocie- niezwykle intrygująca historia.

miracles

Od strony czysto technicznej wszytko wypada bardzo zgrabnie. Dobre aktorstwo, bez jaśniejących gwiazdek, świetna klimatyczna muzyka, dobre zdjęcia i nie najgorsze efekty- nie ma ich co prawda dużo. Wszytko jest na swoim miejscu z wyjątkiem tego, że tak szybko się kończy:( Ja odczuwałam dotkliwy niedosyt. Moim zdaniem serial mroczniejszy od chociażby „Archiwum X”. Jeśli jeszcze nie widzieliście to gorąco polecam. Ja ze swojej strony składam dzięki Bagiennikowi, który mi go polecił.

miracles

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:9

80/100

W skali brutalności:1/10

Kto tu straszy?

Duchy polskich miast i zamków – Witold Vargas, Paweł Zych

duchy polskich miast i zamków

„Duchy polskich miast i zamków” to swoisty leksykon duchów w eleganckiej oprawie. Spotkamy w nim wszystkie znane i nieznane opowieści o naszych narodowych upiorach grasujących w dużych i małych miastach. Książka jest na tyle obszerna, że nikt nie powinien czuć się pominięty. Ja swoją mieścinę znalazłam, co mnie ogromnie ucieszyło.

Wszystkie miasta i miasteczka uszeregowane są w kolejności alfabetycznej z podziałem na województwa, więc łatwo jest się tu odnaleźć.

Każdej stronicy towarzyszy ilustracja – wszystkie w klimacie przypominają tą z okładki. Zawsze widzimy na nich ducha, z któregoś z wymienionych miast.

Legendy nie są omawiane szczegółowo, ale dla bardziej zainteresowanych konkretną historią mamy rozliczne przypisy do bibliografii liczącej ponad dwieście tytułów.

Duchów, zjaw, upiorów jest tu co niemiara. Od księżniczek, przez bezgłowych rycerzy po zwykłych szarych mieszkańców, nie opuszczających swoich włości nawet po śmierci. We wstępie do książki autorzy dokonali stosownego podziału wszystkich ‚bohaterów’.

Paweł Zych i Witold Vargas wydali już wcześniej podobne dzieło, „Bestiariusz Słowiański” będący leksykonem legend słowiańskich. Nie miałam okazji go przeczytać nad czym ubolewam.

Książka „Duchy polskich miast i zamków” może służyć zarówno jako literatura czysto rozrywkowa, dla fanów opowieści o duchach, oraz jako dzieło fachowe, mające swoją wartość merytoryczną.

Moim zdaniem książka jest dobrze przygotowana pod względem treści oraz bardzo ładnie wydana.

Lektura na listopad jak znalazł:)

Moja ocena: 9/10

 

Za książkę bardzo dziękuję, wydawnictwu Bosz:

wydawnictwo bosz