Wywiad z Joanną Łańcucką

Wywiad z pisarką Joanną Łańcucką

Za mną kolejny Oficynkowy wywiad tym razem z pisarką debiutującą.

Pani Joanna Łańcucka w tym roku opublikowała swoją pierwszą i miejmy nadzieję nie ostatnią powieść, która ogromnie mi się spodobała.

joanna Łańcucka stara słaboniowa  spiekładuchy recenzja

Co mnie niezmiernie ucieszyło, Pani Joanna okazała się czytelniczką mojego bloga jeszcze w czasach gdy raczkował, a Pani Joanna dopiero poszukiwała wydawcy dla swojej Starej Słaboniowej i Spiekła duchów“. Idąc śladem moich recenzji dla Oficynki trafiła właśnie do swojego wydawcy:)Tak, więc jak twierdzi autorka, moja mała biblia horroru miała swój mały wkład w publikacje. Świat jest cholernie mały- jak się okazuje:)

Wywiad podobnie jak w przypadku Pani Katarzyny Rogińskiej przeprowadziłam drogą elektroniczną.

Joanna Łańcucka – urodzona w Skierniewicach, wychowana w małej wsi na wschodzie Polski. Z zawodu plastyczka realizująca się głównie w malarstwie olejnym. Z lubością zajmuje się czytaniem, pisaniem oraz haftem artystycznym. Obecnie mieszka i tworzy w Krakowie.


B.H: Skąd wziął się u Pani pomysł, żeby napisać powieść opartą na ludowych podaniach?

J.Ł: To splot wielu czynników. Kiedyś przypadkiem trafiłam na postać Kozła, o którym dowiedziałam się, że w europejskiej, ale też polskiej mitologii był jednym z uosobień diabła. Jego służkami i towarzyszkami był zaś czarownice, z którymi ów Kozieł spotykał się na sabatach i razem wyprawiali najdziksze swawole.

Zainspirowało mnie to bardzo pierwotne przedstawienie wysłannika piekieł, w którym dominuje zwierzęcy pierwiastek i niepohamowana chuć oraz chęć czynienia zła powodowana wyłącznie radością patrzenia na ludzkie cierpienie.

Z innej strony przywędrowała do mnie stara kobieta i wieś, którą pamiętałam z dzieciństwa, a którą zapragnęłam opisać przez prosty, ludzki sentyment do miejsca, w którym się wychowałam, i które już właściwie nie istnieje. Bo choć akcja mojej książki rozpoczyna się zaledwie 35 lat temu to zmiany w świecie postępują tak szybko, że to co było 30 czy nawet 20 lat temu, wydaje się teraz prehistorią.

Pomyślałam, że uczynienie antagonistami właśnie takie wiejskiej, mądrej baby i przepełnionego złem Kozła może być interesujące. Idąc tym tropem, po prostu musiałam odnieść się do polskich wierzeń ludowych, które są przecież tak bogate, inspirujące i pełne fantastycznych stworzeń.

Dopiero po wydaniu książki  i zapoznaniu się z opiniami czytelników, dotarło do mnie, że właściwie w polskiej literaturze współczesnej wątek związany z wierzeniami słowiańskimi niemal nie istnieje.


B.H: Z not na Pani temat wyczytałam, iż wychowała się Pani na wsi, gdzieś na wschodzie Polski. Czy w związku z tym okolica, jaką opisała Pani jest wiernym odwzorowaniem autentycznego miejsca, czy raczej tworem wyobraźni?

J.Ł: Pamiętam nawet, że w swojej recenzji „Starej Słaboniowej…” , miała Pani pewne wątpliwości czy na pewno była to wieś na wschodzie Polski bo Pani przypomina ona raczej wieś na Mazowszu. Tłumaczę to sobie tym, że województwo mazowieckie graniczy, a nawet mocno się wrzyna w ścianę wschodnią więc wpływy językowe, czy obyczajowe mogą być  w tym rejonie dość podobne. Ale cieszę się, że moje doświadczenia ze wsi wschodniej, przywołują wspomnienia niekoniecznie związane z konkretnym miejscem na mapie. Myślę, że polska wieś to raczej stan umysłu 😉

Wracając do Pani pytania – widziałam ostatnio krótki wywiad z Jerzym Stuhrem, gdzie mówił m.i.n. o tym jak tworzy swoje filmowe historie. Powiedział, że 1/3 to własne doświadczenia i przemyślenia, 1/3 to doświadczenia innych ludzi, jakieś zasłyszane opowieści, a 1/3 to praca wyobraźni. I pod tym się podpisuję.

Dokładnie w taki sam sposób wymyślam swoje opowieści, bohaterów i miejsca, w których umieszczam akcję, czyli w tym wypadku „wieś Capówkę pode Chmielowem”, która jest podobna do wszystkich innych małych wiosek na wschodzie Polski, a jednocześnie wcale takiej wioski nie ma.


B.H: Co, lub też kto, zainspirował Panią do stworzenia postaci Teofili Słaboń?

J.Ł: Można powiedzieć, że moją inspiracją była po prostu archetypiczna wiejska baba. Taka co to się ją widzi czasem jak w chustce na głowie, wełnianym serdaku i długiej spódnicy jedzie rowerem do sklepu po chleb, albo ciągnie wodę ze studni. Doświadczona, sprytna, trochę szorstka w obejściu, nierozerwalnie związana z naturą i rytmem pór roku, które wyznaczają jej życie.
Teofila posiada jednak cechy, które w rzeczywistości na pewno nie zostałyby zaakceptowane przez wiejską społeczność: jest trochę buntowniczką, ceni niezależność do tego stopnia, że godzi się na egzystowanie na marginesie, a przed wszystkim jest na bakier z prawem kościelnym i religią w ogóle, co na wsi byłoby kiedyś po prostu nie do przyjęcia.


B.H:Przeczytałam na stronie syndykatu zbrodni w bibliotece, że określiła Pani swoją bohaterkę mianem antybohaterki. Dlaczego? Osobiście odniosłam wrażenie, że Teofila jest jak najbardziej pozytywną postacią. Swoistym symbolem ludowej mądrości.

J.Ł: Antybohaterką nazwałam ją dlatego, że na pewno nie jest typem bohaterki popularnej w dzisiejszych czasach. Obecnie ceni się raczej bohaterów wiecznie młodych, plastikowo pięknych i posiadających niesamowite supermoce.

Słaboniowa zaś jest stara, zmęczona życiem i nieco zgorzkniała, a jej supermoce są jednak dość ograniczone i bazują bardziej na wieloletnim doświadczeniu i znajomości życia oraz ziół, niż na strzelaniu z czarodziejskiej różdżki.
Nie jest też Słaboniowa uroczą, słodką staruszką. Ma swoje wady, bywa obrażalska i gburowata, a walka ze złem czasem przesłania jej uczucia innych ludzi.
No i, co by nie mówić, Słaboniowa jednak jest wiedźmą i mimo, że teraz walczy ze złem, kiedyś sama je czyniła.


B.H:Opisy nadprzyrodzonych zdarzeń, jakie stworzyła Pani na kartkach powieści wydały mi się takie… żywe.  Czy tworząc swoje historie opierała się Pani właśnie na takich opowieściach przekazywanych z ust do ust, zasłyszanych może kiedyś w dzieciństwie, czy raczej szperała Pani w oficjalnie opublikowanych materiałach na dany temat?

J.Ł: Bardzo się cieszę, że udało mi się choć na chwilę ożywić postaci, które już właściwie nie istnieją w naszej kulturze. Gdy byłam dzieckiem, nikt mi nie opowiadał podobnych historii, a rozmowy dorosłych dotyczyły zupełnie zwykłych, codziennych spraw. Za to zapadły mi w pamięć książki dla dzieci, które wtedy czytałam, np. „Klechdy domowe” lub opowiadania fantastyczne, które odnosiły się czasem właśnie do wątków z wierzeń ludowych.

Żeby napisać „Starą Słaboniową” grzebałam oczywiście w materiałach dotyczących interesującego mnie tematu, ale tylko o tyle, o ile zapładniało to moją wyobraźnię. Postacie z wierzeń ludowych traktowałam jako wyjściową do stworzenia historii, które choć przez chwilę wydawałyby się prawdopodobne; zależało mi również na stworzeniu świata, w którym miałyby one rację bytu.


B.H: Pani powieść, choć napisana z wielkim humorem ostatecznie okazała się bardzo smutna. Opisała pani wiele dramatycznych historii a zakończenie- smutny koniec starego Daciuka, który nigdy nie doczekał się na przyjazd rodziny, przeprowadzka Słaboniowej do miasta, samotna śmierć Mruczka doprowadziły mnie do płaczu. Czy takie zakończenie Pani powieści powinno powinno zostać odczytane, jako symboliczne pożegnanie współczesnego człowieka z tradycją? Niejakie zrzeczenie się własnych korzeni?

J.Ł: Tak, wieś to nie tylko zapach świeżo skoszonej trawy i piękne widoki, ale też ludzkie dramaty. Śmierć i samotność dotyczy nas wszystkich i mimo, że trudno jest się z tym pogodzić, nie można przed tym uciec.

Gdy kończyłam książkę, miałam poczucie, że to jest smutne zakończenie, i zastanawiałam się czy to dobrze pozostawiać czytelnika w takim stanie ducha. Teraz myślę, że zrobiłam słusznie bo nie uciekłam przed sprawami, które mnie samą przerażają, a jednocześnie są istotne dla każdego człowieka.

Można to zakończenie odczytywać tak jak Pani je odczytała. Na pewno jest to jakiś wyraz poddania się czasowi, temu, że świat tak błyskawicznie się teraz zmienia obyczajowo i technologicznie, że trudno to objąć rozumem. Wszystko pędzi na złamanie karku i my też musimy pędzić chociaż trochę. Jeżeli ja podchodzę do tego z pewną rezygnacją to co dopiero stara Słaboniowa.

A jeżeli chodzi o Mruczka, którego los zmartwił nie tylko Panią (miałam na ten temat sygnały również od innych czytelników), to jak na kota żył naprawdę długo, bo co najmniej 35 lat:), choć sądzę, że o wiele dłużej. A poza tym w przyrodzie i na wsi zwierzęta mają taki zwyczaj, że kiedy czują, że niedługo umrą to starają się ukryć i umrzeć w samotności. To tylko nam się wydaje, że cierpią z tego powodu; one są na śmierć przygotowane o wiele lepiej od nas – ludzi; nie boją się jej ani z nią nie walczą.


B.H: Zawodowo zajmuje się Pani raczej inną dziedziną sztuki, czy w związku z tym znajdzie Pani czas i chęci na napisanie kolejnej powieści? Może w podobnym klimacie?

J.Ł: Myślę o pisaniu dość poważnie i na pewno znajdę czas na napisanie kolejnej książki. Ale ważniejsza jest chęć i przeświadczenie o tym, że ma się coś ciekawego do powiedzenia. A mi się wydaje, że mam jeszcze w zanadrzu kilka ciekawych historii i bardzo chcę je zapisać.

Myślę, że klimat kolejnej książki będzie trochę inny, ale historia, którą zamierzam opowiedzieć na pewno będzie podszyta grozą i będzie dotyczyć ciemnych stron człowieka.


B.H:Goethe powiedział kiedyś, że ktoś, kto nie spodziewa się miliona czytelników w życiu nie powinien napisać ani jednej linijki. Czy pisząc „Starą Słaboniową…” spodziewała się Pani tak entuzjastycznego przyjęcia? (muszę przyznać, że nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią na temat Pani książki, co jak najbardziej popieram)

J.Ł: Na pewno każdy debiutant marzy o entuzjastycznym przyjęciu. I ja marzyłam o tysiącach czytelników, ale trudno czegokolwiek się spodziewać na bardzo trudnym polskim rynku wydawniczym, zwłaszcza przy niewielkim nakładzie i bez takich możliwości reklamowych, jakie mają duże wydawnictwa i znane nazwiska; choć oczywiście Oficynka, która jest malutkim wydawnictwem, robi co może, aby promować swoich autorów jak najlepiej.
Trzeba jednak pamiętać, że popularność czy ocena książki nie zależy tylko i li od jej rzeczywistej wartości, ale przede wszystkim od „opakowania” i pieniędzy jakie włoży się w jej marketing.
Ciepłe, niejednokrotnie entuzjastyczne przyjęcie mojej pierwszej książki przez czytelników – którzy są wszak w tym wszystkim najważniejsi  – bardzo mnie ucieszyło i trochę zaskoczyło. Tak  pozytywny start bardzo dopinguje do dalszej pracy i daje nadzieję na przyszłość.

Postaram się zasłużyć na mój pierwszy milion czytelników :).

joanna Łańcucka stara słaboniowa  spiekładuchy recenzja


Ja ze swojej strony zachęcam wszystkich amatorów dobrej książki do zapoznania się ze Starą Słaboniową:)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Publikując komentarz akceptujesz Politykę prywatności.