Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Lola Cię pokocha

Loved ones (2009)

loved ones

Nastoletni Brent to chmurny młodzieniec, który paląc trawkę i słuchając heavy metalu radzi sobie z z traumą jaką był dla niego wypadek samochodowy, w którym zginął jego tata. Pogrążona w depresji matka po cichu obwinia za to syna nie mniej jednak szaleje z niepokoju gdy pewnego dnia Brent znika. Jak się okazuje nie jest to przypadek odosobniony, bo w małym australijskim miasteczku często znikają młodzi, przystojni chłopcy.

To nie jest kolejny teen slasher – To Wam mogę ogłosić już na wstępie.

Ten horror w istocie bazuje na wielu konwencjach. Od ostrego torture porn po czarną komediethriller psychologiczny z bardzo wprawnym portretem chorego oprawcy. Dzieje się w świecie nastolatek, w dodatek akcja osadzona jest w dniu szkolnego balu, ale nie spodziewajcie się świra z siekierą, który będzie rąbał młodych jurnych oraz słodkie i niewinne w ramach standardowego schematu.

Kto będzie sprawcą tragedii możecie domyślić się dość szybko. I sądzę, że większość świata będzie takim rozwiązaniem fabularnym usatysfakcjonowana.

Już na początku seansu zerkałam podejrzliwie na dziecinnie wyglądającą Lolę, która zalotnie zerka na Brenta, nawet w chwili gdy ten oddaje się rozpuście ze swoją laską;)

Postać Loli to mistrzostwo świata. Szalone kobiety są moimi faworytkami pośród wszelkich złoczyńców. A ‚różowa księżniczka’ jak najbardziej wpisuje się w ten typ bohaterki.

loved ones

Twórca filmu wpadł na pomysł by z przeciętnej nastolatki, która w różowym kajeciku wkleja zdjęcia swojej sympatii zrobić totalnie odjechaną świruskę. Lola to bez wątpienia wizjonerka jeśli chodzi o relacje damsko-męskie.

loved ones

Cały obraz balansuje między grozą i groteską. Wszytko jest tu jakby… nie na miejscu, po zniekształcane i po naciągane do granic możliwości.

Wszystko w tym filmie jest jaskrawe niczym różowa sukienka naszej księżniczki. Kadry są bardzo wyraziste i ostre, muzyka potrafi wepchnąć się na pierwszy plan.

A fabuła, czego tu nie ma… Po za fajnie ukazaną psychologią, a może raczej psychopatologią, ucieszymy oko licznymi nieoszczędzającymi widza scenami tortur. Jest wątek kazirodczy, jest nawet kanibalizm.

loved ones

Jest to horror raczej mało popularny, prawdopodobnie z racji swojej niestandardowości i dziwności. To obraz skierowany do fanów porytych filmów, serio, ostrzegam😉

Moja ocena:

Straszność:9

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:10

Walory techniczne:8

Oryginalność:8

Aktorstwo:8

To coś:8

84/100

W skali brutalności:6/10

Łowcy grobów

Grave Encounters (2011) & Grave Encounters 2 (2012)

grave ecounters

grave encounters

Cały szum i zamieszanie wokół „Łowców grobów” przeszły jakby obok mnie. Dopiero zabierając się do majstrowania tego wpisu, sprawdzając w sieci kilka rzeczy, dotarło do mnie jak silne emocje wzbudziła w widzach ta produkcja.

Pierwsza część filmu ‚Braci Vicious’, czyli dwóch kupli z forum o kręceniu filmów, Stuarta Ortiza i Colina Minihana, swoją premierę miała w pierwszej połowie 2011 roku.

Do narodzin scenariusza przysłużyła się fascynacja obydwu panów popularnymi produkcjami telewizyjnymi o łowcach duchów. Dlatego też „Grave…” opowiada o ekipie dokumentalistów, którzy kręcąc swoje groteskowe show trafiają do opuszczonego szpitala psychiatrycznego Collingwood.

grave encounters

Jest to film stylizowany na dokument, mamy więc kręcenie z rączki i kilka kamer nieruchomych dających jako-taki obraz.

Bohaterzy to dość schematyczne stado. Przewodzi mu główny prezenter show, Lance Preston, typowy goguś karierowicz. W stadzie znajdzie się nerwowy czarnoskóry TJ, Sasha – ładne, zgrabne dziewczę, które umie bardzo głośnio krzyczeć, Pan Medium Huston – taki amerykański odpowiednik wszystkich ‚wrożbitów Maciejów’ – oraz kamerzysta Matt, którego zbytnio nie zdążymy poznać, bo jako pierwszy zniknie w niejasnych okolicznościach.

grave encounters

Ekipa zostaje zamknięcia w Collingwood na noc, przez dozorce obiektu, który uprzednio opowie widzom wiele barwnych historii na temat szpitala i grasujących tam duchów. Dość powiedzieć, że początek horroru jest bardziej nastawiony na rozbawienie widza niż jego przerażenie. Właściwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy dozorca nie wraca po ekipę…

Zanim zacznie się to, czego najbardziej w paradokumentach nie lubię, czyli obłąkańcza bieganina i strzelanie obiektywem kamery po ścianach, pojawiają się wątki dość interesujące. Chociażby element czegoś na kształt pętli czasowej, w jaką wpadają nasi bohaterzy. Godziny w Collingwood płyną inaczej, a spodziewany świt prędko nie nadejdzie.

Drugim wątkiem są przemieszczające się pokoje i korytarze, przez co i my widzowie i bohaterzy show mamy wrażenie, że olbrzymi obiekt cały czas się rozrasta. Nie nazwałabym tych elementów szczególnie oryginalnymi, jednak ukazane są zgrabnie i robią bardzo dobre wrażenie.

W między czasie, a czasu mamy sporo, doświadczymy kilku jump scenek, z udziałem lokatorów szpitala, które jednak w moim przypadku nie zrobiły aż takiego wrażenia.

grave encounters

grave encounters

Obraz ratuje to, że fabuła cały czas się rozwija i pojawiają się nowe elementy zagadki związanej z nawiedzonym budynkiem. Szpital ma bardzo konkretne zamiary wobec swoich gości, co w fajny sposób zdradza wielki powrót zaginionego kamerzysty Matta. Finał horroru jest mocny, choć na mój gust za bardzo rozwleczony.

Już w rok po premierze „Grave encounters” doczekaliśmy się kontynuacji filmu. Przyjęłam tą informację ze zdziwieniem, bo na serio nie zdawałam obie sprawy z tego, że film odniósł duży sukces. Szczerze, to bym go o to nie podejrzewała;)

Jak na kontynuację „Grave…2” jest dość niestandardowo zrobiona. Twórcy wykorzystali to, iż wielu widzów nabrało się na to, że film jest autentyczny. Pociągnięto ten wątek i w kontynuacji posługując się formułą „meta horroru”, czyli filmu o filmie, jak to było w przypadku „Ludzkiej stonogi 2”, czy „Nowego koszmaru Wesa Cravena”, usnuto historię grupki studentów szkoły filmowej, którzy uwierzyli w autentyczność nagrania z jedynki.

grave encounters

Bohaterzy, schematem bardzo zbliżeni do protagonistów z pierwszej części, odnajdują szpital, w którym kręcony był film i robiąc własny dokument pragną udowodnić autentyczność „Grave encounters”.

Kontynuacja wydała mi się dość wymuszona, choć doceniam pomysł „meta horroru”. Jeśli komuś spodobała się pierwsza odsłona serii to i w drugiej zdecydowanie znajdzie coś dla siebie.

grave encounters

Nie jetem amatorką konwencji verite, o czym wspominałam już wiele razy.

Moje pierwsze podejście do „Grave…” było zdecydowanie bardziej bolesne, teraz odświeżając film byłam już niejako pogodzona z losem, więc udało mi się wyłapać kilka pozytywów i w miarę możliwości cieszyć oko tym, co widzę.

W moich oczach ta historia, mimo iż dość banalna zyskałaby więcej, gdyby nie pseudoamatorskie kręcenie i ta szopka z hasłem „zapis autentycznych wydarzeń”.

Dla zainteresowanych powiem, że obydwa filmy kręcone były w dość popularnym wśród filmowców starym szpitalu w Kolumbii Brytyjskiej. Kręcono tam wiele filmów, także horrorów („Zabójcze ciało”, „Z Archiwum X”, „Halloween 2” etc.)  i jakoś wszyscy wyszli z tego cało. O szpitalu krąży kilka mrocznych opowieści i zostały one wykorzystane w „Grave encounters”.

Moja ocena:

Grave encounters:6+/10

Grave encounters:5/10

W skali brutalności (obydwa filmy):4/10

Dziewczyny to nic więcej jak tylko kłopoty

The Woman in the window/ Kobieta w oknie (1944)

kobieta w oknie

Profesor psychologii Richard Wanley przebywa w Nowym Jorku z dala od ukochanej żony i dzieci. Dni upływają mu na wykładach wieczory zaś spędza w klubie z dwoma przyjaciółmi, lekarzem i prokuratorem. Wszyscy trzej Panowie w średnim wieku z zachwytem obserwują portret damy umieszczony na wystawie. Pewnego wieczora Richard spotyka ową damę ze snów na ulicy, idą razem na drinka, kobieta zaprasza go do siebie… od tego tylko krok do wspólnego morderstwa.

kobieta w oknie

Wspomniałam, że uwielbiam postaci kobiece w filmach noir, wspaniałe, eleganckie kobiety fatalne, które zawsze wciągają bogu ducha winnych mężczyzn w niebezpieczne sytuacje. Taką kobietą jest także Alice Reed zagrana przez Joan Bennett- możecie ją kojarzyć z „Suspirii”. Alice nie jest co prawda wyrachowaną wywłoką nie mniej jednak pakuje sztywniackiego profesorka w nie lada kłopoty.

Ona jest piękna, on zauroczony. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten trzeci…

Obraz Fritza Lannga, który już o 1919 roku działał w świecie filmu kręcąc obrazy ekspresjonistyczne, mówi o lęku przed ‚przygodą’. Trzej mężczyźni rozmawiają o tym jak niebezpieczne są dla ich spokoju ducha niekontrolowane sytuacje, po czym jeden z nich z uśmiechem na ustach pcha się właśnie w taką przygodę. To jeszcze nie wszytko. Po ukryciu zwłok Richard jest przekonany o swoim bezpieczeństwie jednak kolega prokurator bezceremonialnie i zupełnie przypadkowo oświeca go na temat tego, jak faktycznie mają się sprawy.

kobieta w oknie

Ten stary obraz jest perełką dla fanów starych kryminałów. Świetnie jest tu pokazana cała historia ze strony sprawców, jak i śledczych. Wyróżnia się dużą dbałością o szczegóły i przekonującymi kreacjami głównych bohaterów. Samo zakończenie to taki ukłon w stronę Freuda, nie każdemu się podoba, nie mniej jednak zaskakuje i jest dobrze wykonane.

kobieta w oknie

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Aktorstwo:10

Walory techniczne:9

Zaskoczenie:10

Zabawa:8

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:1/10

Zgon poprzedniego lata

Ruedoo ron nan chan tai/ Last summer (2013)

last summer

Pierwsza część tej historii rozpoczyna się w chwili gdy Joy i Meen, dwie najlepsze przyjaciółki wybierają się na plaże z dwoma kumplami. Wieczorem wszyscy wspólnie się upijają, co kończy się zgonem Joy. Zwłoki dziewczyny okazują się niezwykle kłopotliwe. Chłopcy starają się ich pozbyć na różne sposoby, ale duch Joy skutecznie utrudnia im działanie.

last summer

Mniej więcej po 28 minutach film płynnie przechodzi w ciąg dalszy historii jednocześnie kończąc wątek zwłok Joy. Tym razem główna bohaterką jest Meen, a nie Singh i jego kumpel. Po śmierci Joy, Meen niejako wchodzi na jej miejsce w szkolnej hierarchii. Zdobywa stypendium, cieszy się popularnością wśród rówieśników. Niestety ktoś uporczywie przypomina jej o nieczystym sumieniu.

last summer

Ostatnia historia dotyczy krewnych Joy i tego jak oni radzą sobie po jej śmierci. Tym razem to brat będzie widywał ducha siostry, zaś matka poczyni refleksje na temat swojego udziału w nieszczęściu jakie spotkało jej córkę.

last summer

Miałam pewne oczekiwania względem tego obrazu, ale jak to często bywa, moje nadzieje okazały się płonne. Azjaci ostatnimi czasy wpadli w manię kręcenia noweli filmowych. Jak dotąd nie spotkałam ani jednej w pełni udanej produkcji robionej przez nich w ten sposób. A oglądałam ich sporo choć nie bardzo chciało mi się o nich pisać.

„Last summer” choć łączy go wątek śmierci Joy również składa się z trzech historii. Szczerze mówiąc wolałabym tradycyjne ujęcie tematu. Wszystkie historie krążą wokół śmierci nastolatki i jej przyczyn, ale takie poniekąd skakanie po tematach wybija z rytmu. Każda z ‚nowel’ ma mocne zakończenie, jednak jest ono jakby puszczane w niepamięć w kolejnej opowieści.

Tajlandzki reżyser nie ma zbyt dużego dorobku filmowego, co niestety widać po jakości „Last summer”. Momentami mocno przegina z przerostem dramatyzmu na metr kwadratowy fabuły. Nadmiernie wygładza komputerowo poszczególne ujęcia, sceny z pojawianiem się ducha, czy też inne ‚mocne momenty’ wypadają tandetnie i sztucznie na ekranie.

Na tle innych państw azjatyckich i ich horrorowych dokonań Tajlandia wypada dość słabo. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie horroru ich produkcji, który by mi się szczególnie spodobał. Liczyłam, że będzie nim „Last summer”. Póki co, w mojej osobistej statystyce prym wiedzie Korea Południowa i do filmów ich produkcji najbardziej zachęcam, jeśli chodzi o skośne kino.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:5

49/100

W skali brutalności: 2/10

Strzygi, zmory i upiory

Bestiariusz Słowiański – Paweł Zych, Witold Vargas

bestariusz słowianski

„Bestiariusz Słowiański” to pierwsza książka z serii Legendarz, która ukazała się nakładem wydawnictwa Bosz. Podobnie jak recenzowane już „Duchy polskich miast i zamków” jest wynikiem współpracy dwóch autorów.

Bestiariusz to leksykon wszelkich znanych, lecz często zapomnianych postaci z legend czasów przedchrześcijańskich. Jak już kiedyś wspomniałam nasza polska ziemia wydała obfite plony jeśli chodzi o wszelkie postaci nadprzyrodzone. Wszystkie, a jeśli nie wszystkie, to dużą ich część spotkamy na kartach Bestiariusza.

Jest to książka skierowana do laików, którzy chcieliby w przystępny sposób zapoznać się z wierzeniami naszych przodków. Wszystkie stworki uszeregowane są w kolejności alfabetycznej i opatrzone stosownymi ilustracjami.

bestariusz słowianski

Notki są krótkie, ale treściwe. Zawierają nie tylko gołe fakty na temat grasujących na słowiańszczyźnie istot, lecz  także odwołania do czasów współczesnych, w których też spotkać można ślady bytności poszczególnych bestii. Tak jak napisałam są przystępne w formie, czasem żartobliwe, czasem starają się wzbudzić strach.

Ciekawostek znajdziemy tu co niemiara. Słowiańska mitologia wydaje się bogatsza nawet od greckiej, bardziej popularnej.

Z książki dowiemy się co nasi przodkowie robili gdy w ich włościach zagościła bieda, bo bieda to nie tylko brak majątku, bieda to demon, którego można się pozbyć.

Jak rozpoznać czarownice, co szczególnie mnie rozbawiło, czarownica bowiem wyróżnia się tym, że pije alkohol jednym łykiem, czego nigdy nie czynią poczciwe niewiasty.

Skąd brały się zarazy, dlaczego nie wolno pracować w polu w samo południe, co dzieje się z nienarodzonymi dziećmi, jak uniknąć kaca, dlaczego niektóre noworodki beczą przez całe noce, a inne śpią spokojnie, co zrobić z krnąbrnym nastolatkiem i wiele wiele innych swoistych ludowych mądrości mających odzwierciedlenie w mitach.

bestariusz słowianski

Moja ocena:9/10

Miłość w czasach kryzysu

Empty (2011)

empty

Dell i Piper wracają z leśnej głuszy do cywilizacji. Szybko orientują się, że w czasie ich nieobecności sporo się zmieniło… Katastrofalny w skutkach kryzys paliwowy ogarnął całą Amerykę, a nasi bohaterzy muszą na resztce benzyny dotrzeć do jakiegoś bezpiecznego miejsca.

empty

Nie zrażajcie się ocenami tego filmu na portalach filmowych. On na serio nie jest taki chujowy, żeby ocenić go na 2,8:)

Do gatunku horror trafił niejako przez pomyłkę. Historia jest dość dramatyczna, a zachowania naszych bohaterów momentami dorównują głupotą horrorwym protagonistom, to jednak nie nazwałabym go ot np. survival horrorem.

 Po za łatką horroru „Empty” przypięto również łatkę sci-fi. Tak jakby wizja kryzysu paliwowego, która byłaby całkiem realna w Ameryce, gdyby nie ich misje pokojowe, była abstrakcją na miarę UFO.

Mamy więc już dwie grupy rozczarowanych widzów: Tych, którzy oczekiwali krwawego post apokaliptycznego horroru i tych, którzy oczekiwali spektakularnej katastrofy w stylu sci-fi.

empty

Ostatnim gatunkiem i w zasadzie jedynym pasującym jest dramat. I tego się trzymajmy.

Film jest produkcją na wpół amatorską, nie planuje się polskiej premiery, co nie znaczy, ze obejrzenie go jest misją awykonalną:)

A myślę, że warto po niego sięgnąć z tego względu, że historia, przynajmniej w moim przypadku, mocno wciąga.

Sytuacja w jakiej znajdują się nasi bohaterzy nie jest jakąś abstrakcją w tylu inwazji zombie, a jednak czyhające na nich zagrożenia wcale nie są mniejsze.

Ludzie pozbawieni paliwa wariują. Nie można dojechać do pracy, nie można dostarczy towarów do sklepów, nie można dostarczyć materiałów do produkcji, nie można pojechać do szpitala, nie można liczyć na przyjazd policyjnego radiowozu. Dochodzi do grabieży, morderstw, gwałtów. Ci, którzy zdołali zgromadzić zapasy żerują na tych, którzy zostali z niczym. W tym wszystkim tkwi dwoje młodych ludzi.

Piper to ładna dziewczyna, ukochana córunia bogatego tatusia. Poraża naiwnością. Jej chłopak, Dell, to pogardzający miejską dżunglą prostolinijny facet, który wpada w panikę na myśl o tym, że jego los może leżeć w rękach innych ludzi. Między młodymi dochodzi do licznych spięć. Widać, że totalnie do siebie nie pasują, a kompletny brak porozumienia między nimi może rozdrażnić widza. Sądzę, że to celowy zabieg, bo gdyby nie ten mocno wyeksponowany konflikt światopoglądowy trudno byłoby znaleźć pretekst to wprowadzenia bohaterów w sytuacje patową. Poniekąd bohaterzy symbolizują dwa przeciwstawne obozy. Piper to symbol konsumpcjonizmu, natomiast Dellowi marzy się życie w stylu amiszów.

empty

„Empty” utrzymane jest w konwencji kina drogi, nasi bohaterzy prawie nieustannie są w ruchu, ciągle coś im się przydarza, więc mimo dość spokojnego – spokojnego jak na okoliczności- nastroju filmu nikt nie powinien usnąć z nudów.

Duży plus za dobry finał.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

Zostań moją dziewczyną

Deadgirl/ Martwa dziewczyna (2008)

deadgirl

Dwóch licealistów, Ricky i JT wybierają się na wagary do opuszczonego szpitala. Tam radośnie swawolą pośród ruin popijając mikroskopijne piwka. Zwiedzając przybytek trafiają do piwnicy gdzie znajdują przykutą do łóżka nagą dziewczynę, piękną ‚jak z okładki magazynu’.

Każdy z chłopaczków ma własny pomysł na to co zrobić z nieoczekiwanym znaleziskiem. O tym czy wygra empatia, czy zezwierzęcenie zdecyduje odwiecznie prawo silniejszego.

deadgirl

Horror „Martwa dziewczyna” ma nie najlepsze noty. Trudno się temu dziwić, gdyż jest to film mało efektowny, amatorski. Po za tym nie ma w sobie typowych dla współczesnego kina grozy elementów.

Nie jest straszny w dosłownym tego słowa znaczeniu. Krwawe sceny pojawiają się z rzadka jak na reprezentanta podgatunku zombie movie. Nie uświadczymy tu jump scenek ani jakiegoś przeszytego upiornością klimatu.

Gdyby to ode mnie zależało uznałabym go bardziej za dramat z elementem horroru, niż horror jako taki.

Twórcy filmu, owszem, sięgają po znanego bohatera tego rodzaju produkcji, mam tu na myśli zombie, ale nie robią tego po to, żeby po chwili zaprezentować nam chordy umarlaków wylegających na zniszczone ulice metropolii, tylko by ukazać ‚rolę’ zombie z zupełnie nowego punktu widzenia.

„Martwa dziewczyna” to film o braku tego, co można nazwać kręgosłupem moralnym. O tym jak oprawca staje się oprawcą i dlaczego ofiara jest ofiarą.

Wymarzona ofiara to ofiara milcząca, ofiara bezwolna, ofiara, którą już ktoś wcześniej upodlił, a jej obecne położenie jest żyznym gruntem dla rozwoju dalszej patologii.

deadgirl

A oprawca? Oprawcom może być każdy. Nie trzeba spełniać jakiś szczególnych kryteriów. Czasem wystarczy wtłoczyć pierwszego lepszego łepka w rolę pana i władcy, a wylezie z niego najgorszy okrutnik i dewiant.

Może „Martwa dziewczyna” nie jest jakimś ambitnym kinem, ale wyraźnie wyróżnia się pod względem morału z pośród innych reprezentantów gatunku.

Nie bazuje na ogranych chwytach, nie przeraża tym, co budzi lęk w oczywisty sposób, jak duch czający się w ciemności, czy postać psychopaty z siekierą. Przeraża przypadkowością zła, które może spotkać każdego. Każdy może być oprawcą, i każdy może być ofiarą.

deadgirl

deadgirl

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:9

To coś:9

Zaskoczenie:6

73/100

Steven ma ostre szczęki

Jaws/ Szczęki (1975)

jaws

Martin Brody przybywa wraz z żoną i dziećmi na wyspę Amity, gdzie ma objąć stanowisko szeryfa. Początkowo wydaje mu się, że praca ta nie będzie stanowić dużego wyzwania, jednak szybko, bo już na początku letniego sezonu okaże się, że nadciągające do Amity sfory turystów są narażone na atak rekina ludojada. Olbrzymi siedmiometrowy  żarłacz biały urządził sobie w okolicy plaż Amity szwedzki stół i nie wyniesie się stamtąd dopóki nie zeżere wszystkiego.

jaws

„Szczęki” to film po nakręceniu, którego Steven Spielberg zaczął być podejrzewany o to, że jest geniuszem kina. Co prawda nie zgarnął Oscara, ani Złotego Globa za reżyserie- wyróżnienie tego typu przypadło np. muzyce – ale brawura i poświęcenie z jakim kręcone były „Szczęki” zadziwił wszystkich. Nie chciałbym zbytnio rozwodzić się nad problemami natury technicznej jakie napotykała produkcja, ale sposób w jaki były rozwiązywane dowodzi niezwykłej pomysłowości i zdeterminowaniu.

jaws

Scenariusz „Szczęk”, wielokrotnie przerabiany przez tuziny, osób zaangażowanych w produkcje powstał na bazie powieści, do której napisania zainspirowały pewnego dziennikarza prawdziwe wydarzenia. Fabuła filmu nieco odbiega od książkowego pierwowzoru. Wiele rzeczy zostało wyciętych, ja nad tym nie ubolewam, bo odstrzelono chociażby wątek romansu.

Zawsze uważałam „Szczęki” za najbardziej niegrzeczny film Spielberga. W wieku 25 lat, jeszcze przed założeniem własnej rodziny i zdobyciem tytułu króla Hollywood, Steven nie był tak poprawny politycznie i nie upychał gdzie się da powiewającej amerykańskiej flagi, a jego bohaterzy nie byli tak słodkopierdzący.

W przeciwieństwie do „Poltergeista„- tak, wiem, że niby to nie film Stevena, tylko Hoppera, ale już pisałam co o tym myślę – „Szczęki” naprawdę umiejętnie podnoszą ciśnienie. Mamy tu nadgryzione zwłoki, pływające głowy, rekinią paszcze, gdzie na zębiskach widać jeszcze ślady ludzkiej tkanki. Mamy szereg ujęć kręconych jakby z perspektywy morskiego zabójcy obserwującego ofiary, rewelacyjną choć prostą muzykę, która zawsze kojarzyć się będzie z nadpływającą rekinią płetwą i ogromnym cieniem na wodzie.

jaws

Są pełne napięcia momenty starcia na morzu maleńkiego kutra „Orca”  z trzytonowym rekinem i doskonale odzwierciedlony na twarzach naszych bohaterów lęk przed śmiercią.

jaws

Nawet po tylu latach „Szczęki” robią wrażenie. I nie wiem jak wy, ja osobiście wolę patrzeć na mechanicznego Bruce’a, który swoją drogą ciągle się zacinał, niż na wygenerowane komputerowo rekiny współczesnego kina.

jaws

(W oczy rzuciła mi się jeszcze jedna rzecz: Obserwując amerykańską plażę oczyma Spielberga zauważyłam przewagę mało atrakcyjnych pań o rozmiarach, które mogą kojarzyć się z innym morskim olbrzymem. Wyobrażacie sobie coś takiego we współczesnych horrorach? W żadnej nowej produkcji nie zobaczymy na plaży kobiety-walenia. W żadnej!)

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:9

Zaskoczenie:4

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Oryginalność:9

To coś:9

Aktorstwo:8

81/100

W skali brutalności:5/10

Diabelska grota

Ahi va el diablo/ Nadchodzi diabeł (2012)

nadchodzi diabeł

Nowa propozycja hiszpańskojęzyczna tym razem aż zza oceanu. Adrian Garcia Bogliano znany mi jest z horroru „Zimny pot„, o który pisałam już dawno temu.

Mogę stwierdzić, że od tamtej pory dosyć się poprawił.

Jego nowy obraz, „Nadchodzi diabeł”, rozpoczyna się od kilku sekwencji scen łóżkowych. Najpierw para lesbijek, później małżeństwo w średnim wieku zabawiające się w samochodzie. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy przez omyłkę nie ściągnęłam meksykańskiego porno:) Jeśli to miało na celu zainteresowanie widza to odniosło w moim przypadku efekt odwrotny.

nadchodzi diabeł

Szczęśliwie okazuje się, że fabuła nie ogranicza się do cycków i zabaw cyckami, bo po mniej więcej piętnastu minutach rozpoczyna się właściwa akcja.

Para, którą poznaliśmy obserwując ich zabawy w samochodzie gubi na pustkowiu swoje dzieci. Sara i Adolfo zapuszczają się dalej niż powinni i nie wracają na czas do miejsca, gdzie czekają rodzice. Starzy wpadają w panikę, jednak następnego dnia dziatki zostają bezpiecznie odstawione do domu przez funkcjonariusza policji.

Okazuje się, że dzieci spędziły noc w grocie, którą miejscowi uważają za miejsce przeklęte. Wtedy moi drodzy, matka Sary i Adolfa zaczyna zauważać niepokojące zachowania dzieci, zaś wizyta u psychologa utwierdzi ją o wielkiej krzywdzie jakiej doświadczyły maluchy. Tak przynajmniej sądzi;)

nadchodzi diabeł

Dziwne to meksykańskie kino. Po za porno wstawkami upychanymi z dużą desperacją znismaczyło mnie prowadzenie kamery, jakieś dziwne wyrzuty zbliżeń, nie bardzo wiadomo po co i na co.

Z czasem przestałam jednak zwracać na to uwagę i nawet do cycków przywykłam, bo fabuła, z którą nie wiązałam wielkich nadziei okazała się wciągająca, a wokół przedstawionych wydarzeń zaczął kiełkować złowrogi klimat.

nadchodzi diabeł

Punktem kulminacyjnym są bardzo interesujące sceny rozmowy matki z przyjaciółką, która na jedną noc miała zająć się dziećmi. To się udało. Moment ten stanowi też zwrot akcji, dla tych widzów, którzy nie zorientowali się wcześniej, że wstępne założenia są wątpliwe.

nadchodzi diabeł

Wiele należałoby w tym filmie doszlifować, bo potencjał ma- nie powiem, ale nie sądzę, aby mógł wzbudzić pełny zachwyt.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:3

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:4/10

O czym szumi wiatr

Na wietrze diabeł przyjechał – Katarzyna Mlek

na wietrze diabeł przyjechał

Zbyszek to młody inżynier budownictwa, który karierę zawodową rozpoczyna od nadzoru budowy kościoła w małej beskidzkiej wiosce. Tam poznaje księdza Bubę, który jako pierwszy wtajemnicza go w niezwykłe i tajemnicze wydarzenia mające miejsce w Lalikach.

na wietrze diabeł przyjechał

Nowa powieść Katarzyny Mlek osadzona jest w baśniowym świecie pełnym bohaterów góralskiego folkloru. Składa się sześciu opowieści, które można traktować zarówno jako osobne opowiadania, jak i kolejne rozdziały tej samej historii.

Pierwsza z nich zatytułowana „O księdzu co się wiatru nie kłaniał” to początek przygód Zbyszka w Laikach, jego pierwsze spotkanie z ekscentrycznym księdzem, oraz jego zagorzałym wrogiem – iście diabelskim wiatrem, który nawiedza wieś mieszając ludziom w głowach i czyniąc szkody materialne.

Nasz bohater na własnej skórze przekona się, że góralskie legendy o złym wpływie halnego nie są wyssane z palca. To właśnie w tym momencie zakochuje się w Beskidach i postanawia tam pozostać, by kontynuować dzieło księdza Buby.To najdłuższa z opowieści zawartych w książce.

Kolejne historie składają się z opowieści poszczególnych mieszkańców Lalików,  z czego każda jest dowodem na niezwykłości tego miejsca.

Druga historia, czy też drugi rozdział, traktuje o starym Pyszczu, niegdyś najsłynniejszym lokalnym myśliwym, dziś lekko zdemenciałym dziadku, który całymi dniami przesiaduje ze swoim wiernym psem na ławeczce i raczy rozmową każdego, kto się napatoczy. Bożydar Pyszcz opowiada Zbyszkowi o zdarzeniu ze swej młodości, kiedy to oko w oko spotkał legendarnego Króla Gór – białego jelenia z srebrną aureolą nad porożem. Każdy myśliwy ma szanse go spotkać, zaś spotkanie to będzie sprawdzianem dla jego myśliwskiego etosu.

Trzecia opowieść, mój absolutny faworyt w ‚zbiorze’ nosi tytuł: „O człowieku, co konia pokochał”. Historie pokrewieństwa dusz zwierząt i ludzi zawsze wyciskają ze mnie łzy, toteż popłakałam sobie trochę nad historią Heńka i jego konia, Łobuza, który okazał się istotą nie zwyklejszą niż jednorożce, czy skrzydlate pegazy.

„O Janku co do drzew się przytulał” może kojarzyć się z romantyczną balladą. Rzecz jest o młodzieńcu, którego zgubiła chęć miłosnego spełnienia z leśną nimfą.

Dwie ostatnie opowieści to domknięcie historii Lalików i jej mieszkańców. Finału powieści zdradzać nie będę, dość powiedzieć, że jest optymistyczny.

„Na wietrze diabeł przyjechał” to powieść, której autorka czerpie z tego co najbliższe – nasz ludowy folklor. Bardzo mnie to cieszy i ogromnie się podoba:)

 

Jedyny minus jakiego dopatrzyłam się w powieści Katarzyny Mlek, to to, że jest taka króciutka. Oczywiście czekam na następne książki.

Zapomnij patrząc na słońce” dosłownie miażdży swoją historią – tylko dla odważnych, natomiast „Na wietrze diabeł przyjechał” może spodobać się każdemu, kto gustuje w klimatycznych gawędach.

Podobnie jak w swojej poprzedniej powieści autorka posługuje się tu symboliką. Chociażby postać jelenia, której znaczenie mitologiczne sięga jeszcze czasów Sumerów, jako symbol naturalnej równowagi energetycznej i siły, która pozwala osiągnąć cel bez uciekania się do przemocy.

Podobnie jak starych klechdach każda z opowieści niesie za sobą morał i pokazuje bliskość niezwykłego świata, który przenika do tego, co uważamy za realne. Przypomina zapomniane legendy.

Ogromnie dziękuję Pani Katarzynie Mlek za „zaproszenie do skosztowania beskidzkich smaków”.

na wietrze diabeł przyjechał

Dla zainteresowanych powiem, że Laliki istnieją naprawdę. Nie wiem, czy diabeł zajeżdża do ich mieszkańców na wietrze, ale mam straszną ochotę to sprawdzić.

Moja ocena: 9/10