Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Obudź ducha

The Quiet Ones/ Uśpieni (2014)

uśpieni

W latach 70 dwudziestego wieku grupa Kanadyjskich naukowców postanowiła przeprowadzić badanie mające udowodnić, że duchy jako zjawisko paranormalne w rzeczywistości są wytworem ludzkiej wyobraźni. Przy odpowiednim skupieniu, pobudzeniu wyobraźni, grupa osób może doprowadzić do zmaterializowania się siły, która ma świadomość i własną historię, tak jak wszystkie inne duchy, które rzekomo nawiedzają nasz świat.

Efekt eksperymentu był niejednoznaczny, ale wzbudził w środowisku parapsychologów zamieszanie na tyle duże, że blisko czterdzieści lat później reżyser filmów grozy, John Pogue we współpracy z trzema scenarzystami nakręciła obraz inspirowany tą właśnie historią.

uśpieni

uśpieni

Gdy tylko obejrzałam pierwsze trailery „Uśpionych” od razu skreśliłam tytuł z listy dobrze zapowiadających się tegorocznych produkcji. Pierwszą rzeczą, która mnie zniechęciła to fakt iż stanowi kolejną próbę zrobienia ghost story w konwencji paradokumentu. Nuda i wtórność. Ostatni z filmów reżysera także był paradokumentem, w dodatku remake słynnego REC’a. Wcześniej twórca nakręcił takie horrory jak „Sekta”, czy „Statek widmo”. Z czego ten ostatni, o il pamiętam, był całkiem niezły.

„Uśpieni” starają się łączyć podejście found footage z obrazem kręconym klasycznie, to nieco ratuje sytuację, bo kamera nie lata bez sensu po ścianach przez cały czas, a jedynie chwilami:) Nie mniej jednak amatorska kamera z roku na rok napawa mnie coraz większą odrazą.

Sam pomysł wykorzystania autentycznej historii zazwyczaj się sprawdza, ale wszytko zależy od tego, jak zostanie wykorzystana. Nie znam szczegółów pracy doktora Owena i spółki, ale historia „Uśpionych” jest zbyt mocno naciągana by można było w nią uwierzyć nawet przy ogromie dobrej woli.

Głównym bohaterem filmu jest naukowiec, Profesor Joseph Coupland, który przekonuje do swojego pomysłu trojkę studentów, w tym Briana kamerzystę oraz Kirby i Toma. Gwoździem programu jest jednak kto inny. Jane, dziewiętnastoletnia pacjentka ze zdiagnozowaną schizofrenią, którą za swoje odpały, w tym te o naturze parapsychicznej, obwinia alternatywną osobowość, Evey. Evey żyje w Jane i sprawia, że dziewczyna nie może normalnie funkcjonować i stanowi zagrożenie dla siebie i innych.

uśpieni

Profesor jest przekonany, że potrafi ją wyleczyć jeśli tylko Jane uwierzy, że sama stworzyła w swojej psychice Evey i potrafi ją unicestwić. W miarę trwania eksperymentu pojawiają się podejrzenia, że chodzi o coś więcej niż chorobę psychiczną, może opętanie?

Im dalej w las, tym więcej grzybów. Natłok pomysłów i wątków jest chyba wprost proporcjonalny do liczby osób, które oficjalnie zajmowały się scenariuszem. Wygląda to tak, jakby każdy dorzucił coś od siebie, tu poltergeist, tu opętanie przez demona, tu sekta, tu choroba psychiczna, tu reinkarnacja…  Wrażenie chaosu jest murowane.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie są one stopniowo wykluczane w miarę jak postępuje fabuła. Za każdym zakrętem czeka nowość i raźno maszeruje pod rękę z wcześniej wysnutymi teoriami. Nie sposób tego ogarnąć, próżno szukać w tym sensu.

W pewnym momencie było mi bardzo żal Jane, na której głowę spadły te wszystkie nieszczęścia. Mała mimo nadzwyczaj destruktywnych zachowań nie budziła we mnie lęku.

Rola Olivii Cook, znanej z „Motel Bates” przypadła mi do gustu w zasadzie jako jedyny element tej produkcji. Wygląda doprawdy żałośnie i jeśli takie było założenie scenariusza – w co śmiem wątpić – to w pełni się udało.

uśpieni

Jej postać była całkiem ciekawa na samym początku seansu, ale w miarę jak przekombinowano fabułę traciła swoją siłę przekonywania.

Jak wspominała główny przedmiot mający budzić lęk, czyli nadprzyrodzone zdolności Jane w żaden sposób nie sprawdzają się jako straszak. Czemu?

Nie wiem, może dlatego, że zawsze w pogotowi czekała kolejna bzdurna teoria, tudzież Brian kamerzysta w roli rycerzyka swoją protekcjonalnością podkreślający żałosność tej postaci? Może jump kamery, były za mało jump?

Wrażenie po seansie raczej mizerne, ale tego właśnie się spodziewałam. Film średni.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:4

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 1/10

Zabij go jeszcze raz

100 Feet/ Domowe piekło (2008)

domowe pieklo

Marnie Watson wyrokiem sądu zostaje skazana na odsiadkę za zamordowanie, jakkolwiek w obronie własnej, swojego męża policjanta, Mike’a.

Ostatni rok wyroku ma odsiedzieć w areszcie domowym, nie mogąc oddalić się więcej jak sto stóp od zainstalowanego tam nadajnika. Kobieta cieszy się pozorną wolnością w czterech ścianach domu i pragnąc nic więcej niż święty spokój.

Co prawda doskwiera jej samotność, bo z łatką morderczyni raczej nie ma szansy zostać królową balu. Wypinają się na nią rodzina, przyjaciele i sąsiedzi. Dodatkowo jeden z policjantów, niegdyś przyjaciel jej i partner jej martwego męża, Shanks inwigiluje ją i dokucza, w żaden sposób nie mogąc pogodzić się z faktem, iż jego kumpel był zwykłym psycholem.

Dzielna kobieta znosiłaby to, gdyby nie interwencja z zaświatów. Duch męża dalej krąży po ich wspólnym, niegdyś, domu i jak za ‚starych dobrych czasów’ spuszcza jej łomot i usiłuje uśmiercić.

domowe pieklo

Horror jest  kojarzony jako gatunek czysto rozrywkowy. Ma bawić strasząc i nie wiele ponadto. Nie wiem jak wy, ale bardzo wielu widzów wychodzi z takiego właśnie założenia. Twórcy tego gatunku starają się jednak przemycić do swoich filmów nutkę powagi, chcą poruszać ważne kwestie, bodaj otrzeć się o problemy społeczne.

Tak też jest w przypadku Erica Red’a. Ostatni z filmów twórcy takich hiciorów jak, „Autostopowicz„, czy mniej znanego, ale całkiem niezłego „Body parts„, porusza problem przemocy domowej, oraz piętna, jakie społeczeństwo odciska na tych, którzy dopuszczają się zbrodni morderstwa – albo raczej na tych, którzy zostają za nią oficjalnie obwinieni.

Mąż skurwysyn zostaje zabity, ale to nie koniec piekła dla kobiety, która latami znosiła maltretowanie z przyzwoleniem władz, w dodatku z rąk osoby będącej stróżem prawa. Marnie nijak nie może odciąć się od tragicznej przeszłości, bo w imię starej zasady ghost story kto był za życia palantem, po śmierci jest jeszcze groźniejszym palantem. Mike zaczyna objawiać swoją fizyczną obecność w domu żony. Początkowo rzuca w nią talerzami, spycha ze schodów, czy nie pozwala skutecznie zamalować plamy krwi, jaką po sobie pozostawił. Z czasem, gdy kobieta stara się go przepędzić, pozbywając się wszystkich śladów jego bytności w domu, on staje się jeszcze bardziej agresywny.

domowe pieklo

Marnie przeżywa dokładnie to samo, co za jego życia. Chciała go wykluczyć, więc on postanowił ją zabić. Uwięziona na sto stóp od nadajnika ma dość małe pole manewru, a jakakolwiek pomoc z zewnątrz jest nie możliwa, o czym przekonuje się, gdy duch załatwia jej małego kochana (Fani „Plotkary” baczność, przed Wami zmaltretowany Chuck Bass).

domowe pieklo

Scenariusz filmu jest więc całkiem zgrabny. Jednak znacznie ciekawiej byłby, gdyby twórca tak dobitnie nie podkreślał faktu, że mamy tu tylko jedną drogę interpretacji: duch. Czy nie było by fajniej, gdyby obecność Mike nie manifestowała się tak dosłownie? Gdyby widz miał szansę pomyśleć: Hę… a może lasce odwala, bo ma wyrzuty sumienia?

Na myślenie nie ma tu czasu, nie ma takiej możliwości, bo zmora przyjmuje kształt człowieka i w czasie wielkiego BUM ogłasza swoje zamiary. Pomijając fakt, że obraz ducha przedstawia się tandetnie, to jeszcze nie zabraknie tu durnych scen, jak rzucanie w ducha obrączką w celu jego eksterminacji. Zbliżenie na pierścionek, otoczony płomieniami wywołał u mnie drwiący uśmiech i zaczęłam wypatrywać Goluma, który go pochwyci.

domowe pieklo

domowe pieklo

Sceny finałowe są bardzo źle zrobione natomiast sam epilog poprawił mi nieco nastrój. SPOILER: Już myślałam, że cudem ocalony Shanks odejdzie pod rękę z Marnie prosto na komisariat, albo co tam, od razu do prokuratury, gdzie poświadczy, że oto miał do czynienia z duchem, a Marnie jest biedną ofiarą. To by było duże przegięcie. Zamiast tego dzielna kobieta ucieka w siną dal z  kotem na ręku, a policja stwierdza iż zginęła w pożarze. Ciekawe skąd wytrzasnęli jej spalone truchło? Ale mniejsza o to. Grunt, że kot i jego pańcia odjechali busem w stronę słońca.  KONIEC SPOILERA.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:7

Walory techniczne:5

Oryginalność:7

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

To coś:7

64/100

W skali brutalności: 2/10

Zwierz

Animal (2014)

animal

Grupa przyjaciół, Alissa, jej brat, guru survivalu Jeff, jej chłopak Matt, jej przyjaciółka i jednocześnie dziewczyna brata, Mandy ‚sexy chick’ oraz wyrzucony poza nawias kumpel gej, Sean, wyruszają do malowniczego Holland Creek by… pospacerować po lesie.

Ich plan działania od początku był dla mnie nie jasny, ale cała historia i tak sprowadza się do tego, by spacerowicze spotkali na swojej drodze dziwne zmutowane zwierze, podobne zupełnie do niczego. Zwierzę to zapędza ekipę do leśnej chaty, gdzie wcześniej zabunkrowali się inni nieszczęśnicy. Reszta fabuły to próba przetrwania.

„Animal” raczej nie doczeka się pochlebnych opinii, i nawet mi go trochę szkoda, bo wcale nie jest bardziej idiotyczny niż większość jego pokroju produkcji. Ot mamy jakieś dziwne zwierzę, które żyje w lesie i żyw się turystami.

animal

Jego wygląd jest eh… nie chciałam używać określenia żałosny, ale cały czas to właśnie ono plącze mi się po głowie. Nikt z twórców nie miał pomysłu jak straszydło powinno wyglądać i wyszła trochę takk przerośnięta bezwłosa wiewiórka.

Postaci osób, którym przyjdzie zmierzyć się z wiewiórem również nie wybiegają ponad standard. Jest bystra Aliissa, jest słodka Mady, jest dzielny Jeff, jest zakochany Matt i jest chudy, zabawny, gej.

Ekipa do której dołączają w chacie (przynajmniej ci, którzy do niej dotrą)  to z kolei opanowany Carl, jego histeryczna żona Vicky i Doug, któremu przypadła rola zimnego skurwysyna nieustannie kombinującemu, kogo by tu podstawić bestii w ramach przynęty.

animal

Nie mogę powiedzieć żeby film zaskakiwał czymkolwiek po za zadziwiająco poprawną realizacją. Nawet aktorstwo jest przyzwoite i choć bestia wygląda tak jak wygląda, to spełnia mimo wszytko swoją rolę.

Niezłe zdjęcia, choć jak na animal atack prezentują trochę za mało wywleczonych, na wpół skonsumowanych flaków. Wszystko trąci pewną naiwnością, a zachowania protagonistów, wybitnie skojarzyły mi się z przygodami przyjaciół „Scooby Doo”. Co z kolei nie okazało się wcale idiotycznym tropem, bo jedna ze scenarzystek pracowała właśnie przy tej bajce. Reżyser obrazu wybił się, choć nie wiem, czy można mówić tu o wybiciu, po tym jak swój krótkometrażowy horror przerobił na pełny film – mowa tu o „Husk”.

Słowem podsumowania mogę powiedzieć, że film wcale nie prezentuje się tak źle jak się spodziewałam, więc jeśli ktoś ma ochotę na coś lekko strawnego to może skonsumować „Animal”.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Oryginalność:3

To coś:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:5

55/100

W skali brutalności: 2/10

Ciemna woda

Honogurai mizu no soko kara/Dark Wather (2002)

&

Dark Water – Fatum (2005)

dark water

dark water

Hido Nakata to japoński reżyser, który sprawił, że oczy całego świata grozy zwróciły się ku kraju kwitnącej wiśni. Azjatyckie horrory zaczęły płynąć do Europy nie przerwaną falą dając widzom możliwość zapoznania się z zupełnie inną filmową poetyką, grozą zupełnie innego rodzaju niż to do czego przywykli Europejczycy, a także Amerykanie. Reżyserzy ze Stanów Zjednoczonych szybko podchwycili skośne motywy, czyli chociażby typowy dla Nakaty motyw nawiedzonej metropolii, elektroniki wykorzystywanej przez mściwe duchy i tak zaczęły powstawać amerykańskie remake. Powstawały wręcz maniakalnie. Praktycznie każdy bardziej popularny wśród widzów azjatycki obraz doczekał się swojego amerykańskiego odpowiednika. Można za to opluć jadem tych, którzy nie do końca rozumiejąc azjatycką mentalność i podejście do straszenia zabrali się do przeróbek, ale fakt jest taki, że nie każdy przyswaja skośne kino i dla takich właśnie osób dobitne i łopatologiczne scenariusze remake są szansą na udany seans.

Osobiście przyjmuję te produkcje ze stoickim spokojem. Kiwam z aprobatą głowom i dla oryginałów i dla remake. Nie jest to łatwe jeśli nie rozgraniczy się tych produkcji pod względem różnych potrzeb różnych widzów. Wrzućmy je do jednego worka i postawny znak równości, a gwarantuje, że się ze sobą pogryzą.

Zacznę od produkcji oryginalnej. Reżyserem obrazu jest wyżej wspomniany Nakata. Za podstawę scenariusza, którego jest współtwórcą znowu posłużyła powieść Koji Suzuki.

dark water

Fabuła filmu stanowi historię rozwódki, która walczy z mężem o opiekę nad córką. Kobieta nie jest w najlepszej sytuacji finansowej toteż postanawia tanim kosztem wynająć obskurne mieszkanko w mało prestiżowej dzielnicy Tokio. Na kiepski wystrój można by przymknąć oko jednak cały budynek zdradza objawy nawiedzenia. Są one ledwie zasygnalizowane, oparte raczej o odczucia niż o wydarzenia. Coś jest w tym upiornym bloku.

dark water

Wrażenie grozy rośnie wraz z plamą wilgoci na suficie mieszkania Yoshimi. Po raz kolejny zagrożenie łączone jest z rzeczą prozaiczną- wodą. Aż strach odkręcać kran.

dark water

Bohaterka chcąc uchronić córkę przez złowrogą siłą dociera do smutnej prawdy o losie pewnej lokatorki, malej dziewczynki w żółtym płaszczyku przeciwdeszczowym.

W porównaniu z amerykańskim remake, o którym więcej za chwilę „Dark Water” z 2002 roku wypada dużo subtelniej. Zarówno sama historia głównej bohaterki jak i wydarzenia związane z historią ducha nie są tak wyklarowane. Wielu rzeczy trzeba się domyślić, wiele można wytłumaczyć po swojemu, ewidentnie ta swobodna przestrzeń jest całkowicie zagrabiona i wypełniona w filmie produkcji Amerykańskiej.

„Dark water- fatum” powstało w trzy lata później z błogosławieństwem i czynnym udziałem twórcy oryginału. Pewnie dlatego udało się tej produkcji zachować część klimatu z pierwowzoru.

Akcja filmu przenosi się za ocean do Nowego Jorku, gdzie kolejna młoda rozwódka boryka się z ex mężem i problemami finansowymi. Wprowadza się do nieciekawego budynku w nieciekawej dzielnicy, gdzie w strugach nie przerwanie padającego deszczu będzie się starać poukładać swoje życie. Podobnie jak to było w oryginalnej historii jej córeczka, Ceci znajduje na dachu budynku dziewczęcy plecaczek, zaś matka z niepokojem obserwuje rozrastającą się na suficie plamę wilgoci.

dark water

dark water

Od tego momentu fabuły obydwu filmów zaczynają się rozjeżdżać. Nie dlatego, że amerykański twórca zaplanował sobie inną przyszłość dla swoich bohaterek. On po prostu w zupełnie inny sposób operuje wątkami nawiedzenia.

Dorzuca więcej oczywistości, wyraźniej rysuje przed widzem charakter i problemy głównej bohaterki, wprowadza na arenę bardziej charakterystycznych bohaterów drugoplanowych i wreszcie wyrzuca na blat historię dziewczynki w żółtym płaszczyku. Klaruje, tłumaczy, objaśnia, wskazuje palcem.

Obydwa filmy opowiadają o tym samym, ale w zupełnie inny sposób, każdemu według potrzeb. Fabuły, szczególnie historia nieszczęsnego ducha nie wydają się szczególnie oryginalne – nie dla tych, którzy znają starsze produkcje Nakaty. Mnie w obydwu filmach najbardziej interesował klimat. Ponure miasto, goszczące smutnych bohaterów, stojących w strugach deszczu.

dark water

Moja ocena:

Dark Water (2002): 7/10

Dark Water-Fatum (2005): 7+/10


W skali brutalności:0/10

Człowiek człowiekowi kostmitą – po raz kolejny

Invasion of the Body Snatchers/

Inwazja łowców ciał (1978)

inwazja łowców ciał

„Inwazja łowców ciał” w reżyserii Philipa Kaufmana z 1978 roku jest pierwszym remake „Inwazji porywaczy ciał” z 1956 roku , tudzież drugą ekranizacją powieści Jacka Finney „Inwazja porywaczy ciał”.

Jak na drugie podejście do tematu przebiegłego ataku obcej formy życia na mieszkańców ziemi utrzymuje dobry poziom. W moim przypadku nadal wolę pierwszą ekranizację tej historii, zaś drugie miejsce oddaje najmłodszemu remake „Inwazja” z 2007 roku. Zamierzam dać szansę także filmowi z lat 90. Ostatni seans na pewno rozstrzygnie komu w moim skromnym mniemaniu należy się palma pierwszeństwa.

Miałam ogromną ochotę na „Inwazję łowców ciał”. Udział Donalda Sutherlanda jest praktycznie gwarantem udanego obrazu toteż miałam wobec niego pewne oczekiwania, które spokojnie mogę powiedzieć zostały spełnione.

inwazja łowców ciał

Od pierwszej ekranizacji różnią go przede wszystkim czas trwania. Nowszy film jest dłuższy o bite pół godziny, co z kolei wpływa na sposób prowadzenia fabuły. „Inwazja łowców ciał” jest zdecydowanie bardziej rozbudowana fabularnie, dłuższy wstęp, dłuższe zakończenie i nieco więcej elementów w środku.

Główny bohater, w którego wciela się Donald nie jest psychiatrą, jak to było w przypadku najstarszego i najnowszego filmu, lecz naukowcem pracującym w Amerykańskim departamencie zdrowia.

W tym samym miejscu pracuje także jego koleżanka Elizabeth, która jako pierwsza z bohaterów doświadcza niezwykłego zjawiska. Po tym jak przynosi do domu nie znany jej dotąd kwiat stwierdza nazajutrz, że jej narzeczony jest… inny. Schemat powtarza się w wielu przypadkach w całych stanach. Tajemnicza roślina rozprzestrzenia się a wraz z jej przyrostem coraz więcej ludzi zmienia się w zimnych i wypranych z emocji.

inwazja łowców ciał

Akcja pierwszej ekranizacji toczyła się w małym miasteczku na południu, natomiast Kaufman postawił na metropolię. Paranoja jaka ogarnia San Francisco doskonale współgra z szaleństwem rodzącym się w głowach poszczególnych protagonistów.

inwazja łowców ciał

inwazja łowców ciał

Elizabeth nie łatwo jest znaleźć osoby, które dadzą wiarę jej relacjom ze zmiany jaka dokonała się w jej narzeczonym.

Przełomem okazuje się moment, w którym bohaterzy stają się naocznymi świadkami ‚przeobrażenia’. Matthew wykreowany przez Sutherlanda odnajduje swojego przyjaciela Jacka, a raczej jego klona w trakcie formowania. Minimalistyczne aczkolwiek bardzo udane efekty sprawiają, że scena ta robi piorunujące wrażenie.

inwazja łowców ciał

Drugim mocnym akcentem jest już odnalezienie formującego się kolna Elizabeth. Od tego momentu akcja znacznie przyspiesza, aż w końcu ujrzymy także jak roślina tworzy nie jeden a kilka ulepszony wersji głównego bohatera, Matthew.

Jestem zdecydowanie na tak, dla drugiej ekranizacji „Inwazji porywaczy ciał”. Zmiany jakie wprowadzono w fabule oceniam na plus, jednak to, co najbardziej podobało się w obrazie Kaufmana to wszechobecna paranoja.

inwazja łowców ciał

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

Walory techniczne:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Alicja postrach zombi, part 2

Alicja i lustro zombi – Gena Showalter

alicja i lustro zombi

Niedawno na polskim rynku wydawniczym pojawiła się druga część powieści z cyklu „Kroniki białego królika”. Jakiś czas temu pisałam tu o pierwszej części przygód jasnowłosej nastolatki Alicji Bell.

Pomimo budzącego grozę określenia ‚zombi’ w tytule z powieścią grozy seria o Alicji nie ma wiele wspólnego. Tak jak pisałam wcześniej jest to zmierzchopodobny romans w świecie bogatym w zjawiska paranormalne.

W pierwszej części „Kronik…” czytelnicy zapoznali się z postacią dzielnej dziewczyny, która straciwszy rodzinę znajduje bratnią duszę w osobie przystojnego Cole’a.

Ich kwitnąca znajomość ubarwiona zostaje zjawiskami nie z tej ziemi, bowiem zarówno Cole, jak  Ali posiadają zdolności widzenia tego co jest niedostrzegalne dla większości śmiertelników. Widzą zombi. Zombie w odsłonie Showalter to nie gnijące trupy lecz istoty bardziej duchowe, zaś ich celem jest uśmiercanie pozbawianie dusz niewinnych ludzi. Ali wraz z Cole’m i jego przyjaciółmi podejmuje nierówną walkę z hordami dziwnych stworów.

Część druga jest kontynuacją przygód młodych bohaterów.

„Alicja i lustro zombi” rozwija wątki, które dotąd budziły wątpliwości. Dowiadujemy się więcej na temat natury przeciwników Alicji, natomiast Ci, którzy nie czytali pierwszej części mogą liczyć na autorkę, która pokrótce zaznacza, co takiego działo się w przeszłości.

Bohaterzy nadal toczą walki jednak autorka znacznie więcej uwagi poświęca romansowi Alicji i Cole’a, dorzucają na dokładkę perypetie innych par. Obraz sielanki zakochanych sukcesywnie okraszany jest drobnymi dramatami. Skoro jesteśmy szczęśliwi to teraz czas się rozstać.

alicja i lustro zombi

Pisarka często wkłada w usta swoich nastoletnich bohaterów słowa pełne patosu. Tacy bohaterzy rzucający mordercze spojrzenia jednocześnie zmieniający się w zakochane misie, gdy wybranka tudzież wybranie pojawia się na horyzoncie zdecydowanie przypadną do gustu małoletniej publiczności.

Pieczołowicie podkreślana jest ich wyjątkowość, wyższość nad resztą świata mimo iż ich problemy przynajmniej te, na których skupia się autorka są zupełnie przeciętne: Chcą iść ze sobą do łóżka, ale nie mają kondoma. Huśtawki nastrojów zakochanych nastolatków są ukazane dobitnie i wiarygodnie, ale dla cynika po dwudziestce to już nieco za dużo do przyjęcia, toteż przez większą część lektury chichotałam jak oszalała w momentach mających wzbudzić napięcie albo wzruszenie.

Jeśli będę miała okazję przeczytać następne części to liczę na większy przyrost akcji związanych z tytułowym wątkiem, ambitniejsze intrygi i mniej tej rozmazującej się na niemal każdej stronie romantycznej sraczki:)

Natomiast wszystkim fanom romansów paranormalnych polecam gorąco, bo to to, czego Wam trzeba.

(Jeszcze jedno pytanie, co się stało z twarzą Alicji na okładce tej książki? Wygląda jak terminator w peruce z kapeluszem doklejonym w paincie)

Moja ocena: 4/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Mira:

http://harlequin.pl/mira

Najlepszy gościniec na wschodzie europy

Hostel I-III (2005-2011)

hostel

hostel

hostel

Seria „Hostel” przebojem wdarłam się do kin budząc w widzach przeróżne uczucia. Część osób kocha filmy z tej serii za bezkompromisową brutalność, będącą wizytówką torture porngore, inni obojętni na mocne wrażenia wizualne widzą w nich tylko denną, niewymagającą myślenia fabułę i przewidywalny schemat scenariuszy.

Eli Roth, człowiek orkiestra, aktor grający u Tarantino, producent horrorów, scenarzysta i reżyser zanim nakręcił pierwszy „Hostel” zasłynął slasheremŚmiertelna gorączka„. Już wtedy można było stwierdzić, że bardziej niż pasjonująca fabuła interesuje go ukazanie potworności.

„Hostel” jest tego potwierdzeniem.

Tarantino wspierał go jako producent i ostatecznie „Hostel” wypłynął na szerokie wody w roku 2005.

Fabuła pierwszego filmu stanowi historię trzech młodych gości podróżujących po europie. Paxton i Josh to studenci z Amerykańskiego college’u, zaś Oli to Islandczyk, który przyłącza się do nich w trakcie podróży po Europie.

hostel

Jak na durnych turystów przystało nie interesują ich zabytki europy tylko alkohol i cipki. Jako że z tymi ostatnimi słabo im się powodzi łatwo dają się namówić amsterdamskiemu znajomemu na wypad na wschód Europy. Nie grzeszą inteligencją toteż argument mówiący o tym, że na Słowacji roi się od wygłodniałych panienek, bo męska część populacji zginęła na wojnie ruszają tam z wywieszonymi penisami. Lokują się w poleconym przez znajomego hostelu, gdzie zostają przyjęci lepiej niż się spodziewali. Gołe panie rzucają się na nich niemal od progu przez co panowie tracą resztki rozumu.

hostel

Załatwieni dragami tudzież zwabieni podstępem, wszyscy, prędzej, czy później lądują w opuszczonej fabryce, gdzie obrotni Słowacy organizują nietypowe rozrywki dla zamożnych członków ‚klubu łowieckiego’. Zabawa polega na zabijaniu. Każdy kto ma odpowiednią ilość pieniędzy i chartu ducha może zamówić sobie prywatną ofiarę do zamęczenia.

hostel

Schemat nielegalnej organizacji powtarza się we wszystkich trzech częściach „Hostelu”.

Pierwszy z filmów nie szczególnie przypadł mi do gustu. Eli Roth stworzył w swoim scenariuszu bohaterów, którym osobiście życzyłam śmierci. Banda przygłupów, którym sperma zalała mózgi – ostatecznie samo byli sobie winni. Tak, podła jestem. Nie przypadła mi też do gustu obsada aktorska.

hostel

Nie da się jednak ukryć, że film ma coś w sobie. To coś to brutalność. Kiedy już napatrzymy się na cycki wreszcie zaczyna się coś dziać. Eli Roth zadbał o stosowne wyeksponowanie wszelkich flaków i odciętych części ciała. Daje też szansę jednemu z bohaterów na wydostanie się z fabryki co zapewnia dobrze utrzymujące się napięcie.

Tak czy siak, zdecydowanie wolę „Hostel II”.

W  pierwszym seqelu „Hostelu” poznajemy dwie piękne panie. Głupiutką blondynkę i ostrożną brunetkę. To one staną się głównymi bohaterkami. Szybko dołącza do nich jeszcze jedna turystka, rażąca brzydotą i głupotą. Piękne panie i brzydula w czasie kursu malarskiego w Rzymie poznają modelkę Axelle, która zwabia dziewczyny do spa na Słowacji.

hostel

Trzy ofiary i ich oprawczyni meldują się w znanym z pierwszej części „Hostelu”.

Tak jak wspomniałam, brunetka Beth nie cierpi na deficyt inteligencji toteż dostrzega drobne sygnały mówiące o potencjalnych zagrożeniach. Nie można tego samego powiedzieć o blondynce Whitney, która na widok pierwszego lepszego faceta ściąga majtki przez głowę i naiwnej brzyduli Lornie, która jest rekordzistka jeśli chodzi o nieostrożność.

W tym samym czasie śledzimy poczynania dwóch biznesmanów ze Stanów. Przebojowy Todd namawia swojego mniej ogarniętego kolegę Stuarta na wstąpienie do ‚klubu łowieckiego’. Stuart choć oponuje zgadza się zabić kogoś dla rozrywki, zwłaszcza że ‚zakupiona’ dla niego przez Todda ofiara bardzo przypomina jego małżonkę, a nic nie sprawiłoby mu większej uciechy niż jej zamordowanie.

Poznajemy sposób w jaki prowadzone są licytacje w klubie łowieckim, widzimy jak dobrze ułożeni ludzie sukcesu z całego świata walczą ze sobą o możliwość zabicia kogoś dla zabawy. Rozwinięcie wątku organizacji oceniam jak najbardziej na plus.

hostel

Dalszy przebieg akcji jest w pewnym stopniu przewidywalny, jednak ciekawiej obserwowało mi się Todda i Stuarta w akcji niż jakiś anonimowych świrusów. Todd było doprawdy przezabawny kiedy zabrał się za swoją blondynkę;) Pojedynek między Beth i Stuartem to już nieco inna bajka nie mniej jednak zachowanie postaci oprawcy było dość specyficzne, zaś sam finał tej historii był dosyć niespodziewany i mocny, tak mocny.

Porównując obydwa „Hostele” nie da się nie zauważyć, że część druga jest bardziej przewrotna i posiada więcej czarnego humoru. W obydwu obrazach Eli Roth używa wątków zaczerpniętych z innych filmów, których prawdopodobnie jest fanem.

hostel

W dwójce jest to bardziej czytelne. Chociażby scena z kanibalem stołującym w fabryce. Aktor wcielający się w tą postać oprawcy jest znanym twórcom włoskiego kina kanibalistycznego. Aktorka wcielająca się w postać nauczycielki rysunku znana jest natomiast z ról we włoskim giallo.

hostel

Teraz czas na seqel numer dwa. Dzieło całkowicie odrębne, odwracające się plecami do wszystkiego, co było dobre w poprzednich „Hostelach”. Ba, nie ma tam nawet hostelu, jest za to luksusowe kasyno… w Las Vegas.

Eli Roth nie miał już z nim nic wspólnego. Scenarzysta obrazu znany jest głównie z seqeli kasowych produkcji, dodam, nie udanych seqeli. Natomiast reżyser częściej zajmował się aktorstwem.

Film powiela ulubiony schemat amerykańskich komedii mianowicie wieczór kawalerski w Nevadzie. Trzech kumpli, w tym pan młody, ruszają do Las Vegas żeby się zabawić. Niefortunnie lądują w chciwych łapskach ‚klubu łowieckiego’, podobnie jak dwoje turystów, tadam… ze wschodniej europy. Tu role oprawców i ofiar się zdecydowanie odwróciły. Dodam jeszcze, że scenarzysta zafundował widzom dość… żałosny twist czyniąc z jednej z ofiar oprawce.

hostel

Dobrodziejstwo scenariusza specjalisty od seqeli nie uznaje nie uzasadnionej przemocy jaka była wizytówką poprzednich części. Tu mamy intrygę pewnego zawistnego człowieka. To ostateczne wypięcie dupy na to co prezentowało założenie fabuły filmów Rotha. Cóż, twórcy poświecili klimat na rzecz bardziej złożonej fabuły. Bardziej złożonej, ale na pewno nie oryginalnej.

Jakby Wam jeszcze było mało, w 2011 roku powstała także  Bollywoodzka wersja „Hostelu”. Ciekawe, czy tańczą?

Słowem podsumowania, nie jestem wielką fanką tej serii. Doceniam jednak wizję Rotha, ostatecznie jej jakość mogą potwierdzić rozliczne produkcje bazujące na schemacie „Hostelu”.

Moja ocena:

Hostel: 6/10

Hostel II: 7/10

Hostel III: 3/10

 

W skali brutalności:8/10

Szalony dom

Rose Red/ Czerwona róża (2002)

rose red

Joyce Reardon, specjalizująca się w parapsychologii Pani naukowiec i wykładowca uniwersytecki od lat marzy o zbadaniu największego skupiska niezwykłych wydarzeń jakie mieści się w Seatlle, domu Rimbauerów zwanym „Czerwoną różą”.

Dom nosi miano miejsca przeklętego, nawiedzonego, od lat ginęli tam w niewyjaśnionych okolicznościach ludzie, w tym, mieszkańcy domu. Od dłuższego czasu dom stoi zamknięty, jego spadkobierca planuje jego wyburzenie, jednak Joyce po raz ostatni pragnie obudzić duchy domu i na własne oczy przekonać się, że w „Czerwonej róży” straszy.

rose red

Jest bardzo zdeterminowana. Z własnej kieszeni organizuje eksperyment, do którego zaprasza ludzi posiadających nadprzyrodzone zdolności.

Na piedestał wyniesiona jest tu autystyczna nastolatka Annie, która posiada zdolności telekinetyczne i telepatyczne równe Kingowskiej „Carrie„. Annie przybywa do czerwonej róży wraz ze starszą siostrą.

Do ekipy Pani naukowiec należą także spadkobierca domu Steve, teoretycznie nie władający żadnymi siłami, po za urokiem osobistym, Telepata Nick, jasnowidząca Pam odgadująca przeszłość po dotknięciu danego przedmiotu, medium i jasnowidz czytający przyszłość Emery, Kathy specjalizująca się w piśmie automatycznym oraz Victor, który… eh nie pamiętam;)

Wszyscy spotykają się w „Czerwonej róży” by być świadkami spektaklu, jaki wystawią dla nich duchy domu.

rose red

Scenariusz miniserialu, trwającego grubo ponad dwieście minut, wyszedł z pod pióra Stephena Kinga.  Historia inspirowana była powieścią „Z dziennika Ellen Rimbauer”, autorstwa pisarza ukrywającego się pod pseudonimem Joyce Reardon opisującej wydarzenia z przed „Czerwonej róży” . Sama powieść wydaje mi się ubarwioną wersją historii domu Winchesterów. Punktem wspólnym jest tu na pewno historia nieco obłąkanej właścicielki domu, która za radą medium rozbudowuje swoją upiorną chałupę, aby w ten sposób uniknąć śmierci.

Bardzo widoczne są także nawiązania do powieści Shirley Jackson „Nawiedzony„, a także do innych mniej znanych, ale bardzo klasycznych opowieści o duchach nawiedzonego domu.

Po Lśnieniu w wersji miniserialowej, którą wyprodukował i stworzył King mam jakiś wstręt do jego scenariuszy. Facet ma manie rozwlekania fabuły, pieczołowitego podkreślania wszystkich elementów.

Efekt jest taki, że dopiero w drugim ‚odcinku’ miniserialu „Czerwona róża”, czyli po jakiejś godzinie trafiamy wreszcie do nawiedzonego domu. Jeśli po drodze nie pomrzemy ze starości doczekamy się akcji właściwej.

Wcześniej dokładnie poznajemy naszych bohaterów. King skupia się tu na Annie, która do złudzenia przypomina jego „Carrie”, nawet akcja z kamieniami spadającymi na dom sąsiadów dziewczynki jest niemal identyczna jak ta, którą opisywał w swojej debiutanckiej powieści.

Fragmenty z Annie są dość ciekawe, mimo tej widocznej kalki. Bardzo podobała mi się sama postać jak i kreacja aktorska w wykonaniu Kimberly Brown. Annie nie wiele mówi, za to często uśmiecha się tajemniczo, jakby doskonale wiedziała do czego zmierzaj wydarzenia w „Czerwonej róży”. Joyce ma na jej punkcie obsesje, wierzy, że mała jest kluczem do rozwikłania tajemnicy domu, sposobem na obudzenie upiorów.

rose red

Sama Joyce wykreowana przez aktorkę której nie trawię, mianowicie, Nancy Travis, jest postacią, która w trakcie seansu przechodzi coś na kształt metamorfozy. Z poważnego naukowca zmienia się w nawiedzone babsko, które ostro świruje i z czasem nie obchodzi ją już nic za wyjątkiem feralnego domu i jego mocy. Nie użala się nad losem tych członków swojej ekipy którzy stracą życie a w końcu także i nad własnym.

Najbardziej tajemniczą karta z talli jest dziedzic czerwonej róży, wnuk Ellen Rimbauer, Steve. Pozornie nic nie może, a jednak!

Po za Joyce szansę na wzbudzenie największej antypatii u widzów ma maminsynek Emery, który przez większość filmu pluje jadem na pozostałych bohaterów. Bardzo polubiłam za to Nicka, bystrego faceta, który lubił rzucać sarkastyczne uwagi.

Rozpisałam się tyle na temat bohaterów, bo w przypadku tej historii lwia część fabuły jest poświęcona nie na prezentację zjawisk paranormalnych tylko właśnie na interakcje pomiędzy zgromadzonymi. Czasami miałam lekkie wrażenie, jakbym oglądała nagranie z castingu na debila roku a nie film grozy;)

Zjawiska nadprzyrodzone jakich doświadczają bohaterzy w „Czerwonej róży” są dość pomysłowe. Wszytko opiera się na schemacie labiryntu. Jak powiedział Steve jednego dnia naliczysz w domu 80 pokoi następnego 95. Układ pomieszczeń i korytarzy również się zmienia, toteż cała fabuła filmu sprowadza się do błądzenia po domostwie i przyległym ogrodzie. Duchy domu podstępem starają się zwabić protagonistów w pułapki.

rose red

Jak na miniserial muszę przyznać ze realizacja projektu jest całkiem przyzwoita, dość ciekawe efekty, nie najgorsze aktorstwo, świetna muzyka tylko, na boga, nie dało się go trochę skrócić???

Element komediowy: Stepehen King jako dostawca pizzy;)

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:7

Klimat:7

Zaskoczenie: 5

Zabawa:6

Napięcie:6

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

63/100

W skali brutalności: 1/10

Rozstrzygnięcie konkursu

Rozstrzygnięcie konkursu „Piękna para, morderca i ofiara”

Moi drodzy, miesiąc temu ogłosiłam konkurs, w którym dzięki wydawnictwom Novae Res i Oficyna mieliście okazję zgarnąć dwie nagrody książkowe. Konkurs polegał na sparowani morderców i ofiar znanych z filmów grozy. Oto poprawne odpowiedzi:

1-

2E

3C

4K

5I

6G

7A

8F

9B

10H

11D

12J

 

Nagrody w postaci książek „Teufel” i „Pamiętnik diabła” powędrują do

Dominika Jankowskiego i Ahmeda Ibn Fahldan.

Jutro skontaktuję się mailowo z laureatami.

 

Bardzo dziękuję wszytkim za udział i zapraszam ponownie, za jakiś czas.

Nun liebe Kinder gebt fein Acht

Lilja 4-ever (2002)

Lilja 4 ever

Planowałam napisać dziś o „Czerwonej Róży”, którą męczyłam wczoraj na dwie raty w ramach bożociałowego umartwienia, ale „Lilja 4-ever” zbyt długo chodzi mi po głowie i w końcu muszę się z Wami ‚nią’ podzielić.

Zacznę od tego, że nie jest to horror. Nie jest to thriller. Nie jest to kryminał, ani Sci-fi. Całkowicie odbiega o tematyki bloga, ale napiszę o niej w ramach ‚odskoczni’ od tematu tak jak to było w przypadku „Niebiańskich stworzeń” i „Księgi Diny„.

Fabuła filmu to historia szesnastoletniej Lilji, która mieszka na ponurych blokowiskach w Estonii.

Opowieść rozpoczyna się optymistycznym akcentem, bo oto Lilja wraz z mamą i jej nowym narzeczonym ma przeprowadzić się do Ameryki. Jej serce płonie z radości, do chwili, gdy matka serwuje jej kubeł zimnej wody oświadczając, że na razie wyjedzie bez niej. Oczywiście zarzeka się, że to tylko tymczasowe, będzie wysyłać pieniądze, a wkrótce także wymarzony bilet do Stanów. Widz wie, że to nie prawda.

Lilja 4 ever

Dalsze losy nastolatki to upadek i klęska. Głód, chłód, samotność. Lilja jest twarda, nadal marzy o przeprowadzce do lepszego miejsca, o miłości i opiece. Pewien rycerz w lśniącej zbroi ma jej to zapewnić. Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią jej, że to wszytko ułuda, Lilja goni za swoim marzeniem i w efekcie ląduje na dnie piekła.

Lukas Moodyson to szwedzki reżyser, z którego twórczością zapoznałam się, ho ho, dawno, przy okazji seansu z „Fucking Amal”. Obydwa jego filmy dzieją się w świecie młodych ludzki, ich bohaterzy marzą o lepszym życiu, o wolności. O ile „Fucking Amal” nie jest jakimś hardkorem to „Lilja 4ever” miażdży.

Z każdą kolejną sceną w tym filmie, z każdym kolejnym wydarzeniem w życiu bohaterki widz opada coraz niżej i niżej. Spadek nastroju jest tu gwarantowany. To film niesamowicie dramatyczny, drastyczny, mocny. Ma bardzo niewesołe przesłanie, ale już sama obserwacja ponurych kadrów może przygnębić. Obraz świata przedstawionego jest bezlitosny. Zastanawiałam się, jak można mieć tak w życiu przesrane? Jak jednego człowieka w tak krótkim czasie może spotkać tyle złego? Jak jedna biedna dusz może znieść tak wiele?

Lilja, fantastycznie wykreowana przez Oksanę Akinshinę, to dziecko pełne nadziei. (Zdolności aktorskie młodej Rosjanki to jakiś fenomen, zwłaszcza, że reżyser nie miał nawet jak się z nią dogadać, bo dziewczyna ani po szwedzku, ani po angielsku…)Matka łamie jej serce w momencie, gdy zostawia ją jako zbędny balas w drodze do lepszego świata. Scena pożegnania jest uh… wprowadza w bardzo określony stan ducha. Na pewno jest to wściekłość, jak ta baba tak mogła? Na pewno jest to współczucie. Tylko ktoś z deficytem empatii nie użali się nad tym dzieckiem.

Lilja 4 ever

Dalej następuje seria kolejnych dramatycznych wydarzeń, bo nie minie wiele czasu nim Lilja będzie zmuszona sprzedawać dupę na ulicy by mieć co jeść.

Lilja 4 ever

Dziewczyna pociesza się w gronie znajomych, równie przegranych jak ona. Szczególną uwagę zwraca tu czternastoletni Vołodia.

Lilja 4 ever

Lilja uśmiecha się przez łzy, czasem musi wspomóc się klejem, żeby poczuć się lepiej. Cały czas ma nadzieję. Jest zdeterminowana. Wtedy niczym diabeł z pudełka wyskakuje słodki Andriej. Oferuje Lilji to, o czym marzy, pieniądze i opiekę, uczciwą pracę w bogatym kraju.

Lilja 4 ever

Czy Lilja wyjedzie w środku zimy zbierać warzywa w Szwecji? Oczywiście. Jej naiwność w pewnym momencie zaczęła budzić we mnie wkurwienie, ale z drugiej strony, nie mając nic nie możesz już nic stracić. I przez dłuższy czas tak jest. Lilja jest dzielna, każdej nocy zalicza ją tabun facetów, za co zostaje wynagradzana zestawem happy meal z McDonaldsa i na powrót wrzucana do mieszkania, do którego klucz ma tylko jej sutener. A gdzie podział się Andriej? Pewnie dalej poluje w smutnych blokowiskach Estoni na koleją naiwną.

Lilja nie chce się poddać. Gdy jest sama odwiedza ją duch jej przyjaciela Vołodii, który tuż po jej wyjeździe popełnił samobójstwo.

Walczy, ale jak długo można?

Lilja 4 ever

Szwedzki reżyser jest bezlitosny, ciśnie przed widza obrazy, które mogą wpędzić w depresje.

Język jego filmu jest równie przygnębiający jak jego treść. Obraz jest szary, do tego muzyka Rammstein podkręcająca wszystkie wrażenia swoją intensywnością. Mein Hertz brennt” już zawsze będzie mi się kojarzyć z Lilją biegnącą wiaduktem.

To jak Lukas drwi ze swojej bohaterki i jej nadziei za pomocą drobnych rekwizytów, jak zestaw z amerykańskiej jadłodajni wprawiło mnie w przekonanie, że jest istnym skurczybykiem. „Masz tu swój amerykański sen”.

Obrazek z aniołem przeprowadzającym dziecko po niepewnej jakości moście, który Lilja pakuje ze sobą za każdym razem gdy jej „serce płonie” z nadziei na lepsze jutro, też w pewnym momencie zdaje się być kolejnym złym znakiem. Dokładnie w momencie gdy Lilja wbiega na swoją niepewną kładkę, wiadukt w obcym kraju.

Jeśli macie możliwość, to obejrzyjcie. Gwarantuję, że długo nie będziecie mieć porównywalnego doła jak po seansie z nim:)

Wyniki konkursu opublikuję wieczorem, tak koło 19.00, więc jeszcze do 18.00 macie czas żeby nadsyłać odpowiedzi.