Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Wilkołaki z Nowego Jorku

RECENZJA KONKURSOWA AUTORSTWA KOPRA:

Wolfen/ Wilkołaki (1981)

wolfen

Rok 1981 w kinie grozy okazał się rokiem wilkołaków. Premierę wówczas miały zarówno „Skowyt” Joego Dante, jak i „Amerykański wilkołak w Londynie” Johna Landisa. Oba wykorzystując najlepsze jak na tamte lata efekty animatroniczne, ukazały nowe oblicza likantropów, które wreszcie przestały tu wyglądać jak facet z nadmiernym owłosieniem twarzy (a taki obraz znajdziemy jeszcze w pochodzącej z tego samego roku komedii „Full Moon High”) i dorobiły się pysków prawdziwych bestii.

Oprócz tych dwóch dzieł, ukazał się wówczas jeszcze jeden niesłusznie zapomniany dziś horror, który podszedł do tematyki z kompletnie odmiennej strony. To „Wolfen” w reżyserii Michaela Wadleigha.

Film ten jest ekranizacją zupełnie przyzwoitej powieści Whitleya Striebera, która co ciekawe wydana została także w naszym kraju. Choć polski tytuł mógłby sugerować klasyczne podejście do tematu, wilkołaki w „Wilkołakach” to trochę nie do końca wilkołaki. Przynajmniej nie takie co to w dzień ukrywają się pod postacią pozornie zwyczajnych ludzi a umierają tylko od srebrnej kuli.

Strieber po pierwsze podszedł do tematu od strony, można by rzec, naukowej, a po drugie zamiast do wywodzących się z Europy legend odwołał się do mitów północnoamerykańskich Indian. W efekcie tego powstała dość oryginalna koncepcja wilkołaków.

wolfen

Sama historia zbudowana jest na zasadzie policyjnego thrillera z paroma nieodzownymi dla tego typu opowieści schematami i kliszami.

Mamy zatem doświadczonego gliniarza „po przejściach”, który wraz z młodszą, całkiem atrakcyjną koleżanką, próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw w ubogiej dzielnicy Nowego Jorku. Za sprawą specyficznego filmowania z perspektywy zabójców, widz od początku domyśla się, że sprawcami nie są ludzie, tylko „coś innego”, co główni bohaterowie odkryją oczywiście później.

Tytułowe wilkołaki w pełnej krasie zaprezentują się praktycznie dopiero w końcówce i tu niektórzy widzowie przeżyją pewnie małe rozczarowanie ich wyglądem. Zastosowane przez twórców rozwiązanie pozwoliło pewnie zmieścić się w budżecie i obejść się bez speców do F/X. Choć wielu może się ono nie podobać, uważam że w kontekście akurat tego filmu był to lepszy pomysł, niż potencjalnie niedoskonałe efekty specjalne, które w wielu filmach z tamtego okresu dziś mocno trącą już myszką.

Mimo że skrót fabuły może zwiastować ciekawe i ekscytujące kino, niestety reżyserowi nie do końca się ono udało. Tempo „Wilkołaków” jest nieco niemrawe, w niektórych momentach zwyczajnie brakuje napięcia czy grozy, a Wadleigh zbyt dużo uwagi poświęca potomkom Indian, kosztem tytułowych stworów.

W ogóle w porównaniu do literackiego pierwowzoru, filmowy „Wolfen” strasznie upraszcza nie tylko wygląd wilkołaków, ale ich świat i sferę przeżyć wewnętrznych. O ile Strieber potrafił w książce praktycznie całe rozdziały opisywać z ich punktu widzenia, o tyle filmowcy ograniczają się do paru specyficznych ujęć.

Ponadto naukowa otoczka z powieści zostaje tutaj wepchnięta w mgiełkę tajemnicy i niedopowiedzenia, tak jakby reżyser uznał, że jednak woli pozostawić wilkołaki przynajmniej troszeczkę w sferze mitu.

wolfen

Mimo tego wszystkiego, „Wolfen” nie tylko może, ale i powinien choć po części spodobać się ceniącym w horrorze coś ponad straszenie, czy dużą ilość krwi. Film już od pierwszych kadrów urzeka zdjęciami tworzącymi niezwykły klimat.

Filmowcy na scenerię akcji wybrali fantastycznie prezentujące się w kadrach zapuszczone, przeznaczone do rozbiórki tereny nowojorskiego Bronxu (dziś wyglądające już zupełnie inaczej) na czele ze zrujnowanym kościołem wyłaniającym się z dymu na napisach początkowych. Spore wrażenie robią także ujęcia mostu Manhattan Bridge, na którego szczyt filaru wejść musi główny bohater. W ogóle film to taka mała wycieczka po Nowym Jorku, bo oprócz wspomnianych miejsc odwiedzimy jeszcze Most Brooklyński, Manhattan, Central Park a finał rozegra się na słynnej Wall Street.

To jednak nie walory turystyczno-krajoznawcze sprawiają, że „Wolfen” zaznaczył się czymś pośród filmów grozy. Wymyślona przez Streibera koncepcja wilkołaków nie przyjęła się w kinie i nie miała większego wpływu na kolejne dzieła o likantropach, ale kto wie jak bez filmu Michaela Wadleigha wyglądałyby takie klasyki jak „Predator”, czy „Aliens”. Ten pierwszy zaczerpnął z „Wolfen” sposób filmowania „oczami nieludzkiego zabójcy”. Co prawda wilkołaki nie stosują termowizji, ale wykorzystane przez filmowców sztuczki wizualne dają podobny efekt odrealnienia, wspomagany także udziwnionym wówczas dźwiękiem. Natomiast przy „Obcych: Decydujące Starcie” kompozytor James Horner mając mało czasu na stworzenie ścieżki dźwiękowej postanowił wykorzystać swoje wcześniejsze pomysły i sięgnął do bardzo dobrej, a mało znanej i niedocenianej kompozycji z „Wolfen” właśnie. Znakomita muzyka z finałowej konfrontacji z wilkołakami w niewiele zmienionej aranżacji stała się jednym z najbardziej pamiętnych muzycznych motywów „Aliens”.

wolfen

wolfen

Myślę, że to całkiem nieźle, jak na film którego reżyser de facto nie dokończył, bo zwolniono go tuż po zakończeniu zdjęć, nim zasiadł przy stole montażowym. Perypetii przy „Wolfen” było zresztą więcej, ale mimo wszystko, przy skromnym budżecie i bez żadnych gwiazd w obsadzie udało się nakręcić całkiem oryginalny horror, który choć pod pewnymi względami może delikatnie rozczarowywać i nie do końca wykorzystuje potencjał  opowiadanej historii, to jednak ma w sobie coś. Coś, co sprawiło, że mimo niedoskonałości, wracałem do niego kilka razy i chyba nawet za każdym razem potrafiłem go trochę bardziej docenić.

Moja ocena:
Straszność: 6
Fabuła: 7
Klimat: 8
Napięcie: 5
Zaskoczenie: 6
Zabawa: 5
Aktorstwo: 7
Walory techniczne: 7
Oryginalność: 8
To coś: 8
67/100
W skali brutalności: 5/10

KOPER

Zabij Kristy, a zabijesz boga

Kristy (2014)

kristy

Justine, młoda studentka postanawia spędzić świąteczny weekend w akademiku. Jej chłopak, koleżanka i wszyscy studenci opuszczają teren kampusu. Justine jest sama. W czasie wizyty w sklepie napotyka dziwną, ostentacyjnie manifestującą do niej swoją niechęć zakapturzoną dziewczynę w podobnym wieku, która uparcie zwraca się do niej ‘Kristy’.

Okazuje się, że słowna potyczka zachęci dziwaczkę do ataku na Justine, bo wkrótce po tym jak dziewczyna wraca do akademika, ‘zakapturzona’ wkracza na tern kampusu w asyście zamaskowanych kumpli. Nie inaczej, jak planują pozbawienie życia Justine.

“Imię Kristy z łacińskiego oznacza zwolenniczkę Chrystusa. Zabijcie Kristy, a zabijecie boga.”

Już w pierwszych minutach filmu, zanim jeszcze w kadrze pojawi się protagonistka, poznajemy zamiary grupy sadystów, którzy mordują młode dziewczyny.

“Kristy jest piękna, czysta, błogosławiona. Znajdźcie, prześladujcie, pogrążcie w strachu…”

Wiemy zatem o co chodzi ‘zakapturzonej’ i jej towarzyszom. Poznając Justine widzimy, że na pierwszy rzut oka może pasować do profilu ofiar grupy. Cóż więc nam pozostaje? Śledzić rozwój fabuły, która pobiegnie dobrze znanym torem konwencji home invasion.

kristy

Scenariusz autorstwa Anthony’ego Jawinskiego odarty jest z jakiegokolwiek elementu zaskoczenia. Migawki we wstępie do filmu obnażają zamiary i przyczyny działań grupy polującej na kolejne ‘Kristy’. Spotkanie ‘zakapturzonej’ i Justine jest czytelną zapowiedzią ataku, a dalsze wydarzenia są jasną konsekwencją wdrożonego planu.

kristy

Pod wieloma względami można powiedzieć, że scenariusz jest do dupy. Mamy zaszczutą ofiarę,  zachowującą się jak ofiara i podkładają się oprawcom. Działania sprawców, sceny w jakiś sposób mogące zostać uznane za drastyczne są skrzętnie ukrywane przed okiem kamery. Film w sam raz dla strachliwych.

Część filmu poświęcona polowaniom na Justine, jest jeszcze znośna fabularnie, gorzej zaczyna się dziać w drugiej połowie, ale nie będę Wam zdradzać szczegółów. Ten film i tak jest wystarczająco przewidywalny.

Zarówno aktorstwo jak i realizacja, tj. zdjęcia, muzyka… prezentują dość wysoki poziom. Nie ma się do czego przyczepić. Ashley Green, w roli ‘zakapturzonej’ jest bardzo dobra, szkoda, że nie ma większego pola manewru. Odtwórczyni roli Justine, Haley Bennestt jest stosownie słodka i typowa, jak na ofiarę.

kristy

Cóż więcej mogę powiedzieć? Film jest mocno przeciętny. Scenariusz pozbawiony jest jakichkolwiek mocniejszych elementów, które przybliżyłyby obraz do wymogów gatunku grozy. Natomiast doceniam pomysł na ‘zgrupowanie morderców’. Przyczyny ich działań, wyszukiwanie dziewcząt, które mogłoby się wydawać mają w życiu lepiej i eliminowanie ich w imię walki z bożym błogosławieństwem, jest całkiem niezły.

kristy

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

61/100

W skali brutalności:1/10

Domniemanie niewinności

Devil’s Knot (2013)

devils knot

Nowy film Atoma Egoyan’a, którego możecie pamiętać z thrilleraChloe” opowiada historię trzech młodych skazańców oskarżonych o rytualne morderstwo dokonane na trzech ośmiolatkach z Arkansas w latach 90.

Tę głośną sprawę wielu z widzów miało okazje poznać dzięki rozlicznym filmom dokumentalnym, a także książce napisanej przez jednego z oskarżonych. Teraz, w dwadzieścia lat od od tych wydarzeń powstał filmowy scenariusz, który stara się przybliżyć zagmatwaną historię, która do dziś nie została do końca wyjaśniona.

devils knot

Akcję filmu otwiera scena zaginięcia trzech chłopców. Obraz skupia się szczególnie na jednym z nich, Stevie’m, który wraz z kolegami wychodzi na rowerową przejażdżkę by już z niej nie powrócić. Dzień po zniknięciu chłopców ich ciała zostają wyłowione z mętnej wody w pobliskim lesie. Związani, zgwałceni, zamordowani. Trop szybko pada na trójkę nastolatków, metalowców, którzy to mieliby zajmować się czarną magią, kultem szatana i w konsekwencji składaniem ofiar z ludzi. Dla władz sprawa jest prosta, ale w rzeczywistości wszytko się rozmija.

devils knot

“Devils Knot” stara się ukazać meandry śledztwa i procesu sądowego.

Słynna “Trójka z West Mephis” przez wielu nazywana jest kozłami ofiarnymi, zaś przez innych manipulantami, którzy dzięki rozgłosowi zyskali bardzo wiele, to jedni z głównych bohaterów filmu. Nie jedyni, bo obraz tylko częściowo skupia się na postaciach oskarżonych. Ważną rolę odgrywają też postaci bliskich ofiar. Pam Hobbs, matka Steviego, w którą wciela się Rese Witherspon, czy prywatny detektyw Ron Lax (Colin Firth), który jako jedyny wydaje się mieć wątpliwości względem sprawy.

devils knot

Pierwsza połowa filmu jest w miarę neutralna jeśli chodzi o opinię na temat domniemania winy oskarżonych jednak im dalej w las, tym bardziej film staje się stronniczy. Nie do końca można mieć o to pretensję, bo w roku 2011 sprawa niejako się rozstrzygnęła i na tym bazuje filmowy scenariusz. Szczęśliwie, a może nieszczęśliwie, jeśli weźmiemy pod uwagę iż jest to autentycznie rozgrywający się dramat niepewności, w filmie nic nie jest do końca jasne. Poznajemy wiele tropów, po za tym który został oficjalnie zaaprobowany w roku 1994.

devils knot

Na pewno nie można temu filmowi odmówić napięcia, typowego dla thrillera czy dobrego dramatu sądowego. Cała sprawa jest na tyle złożona, że obraz nie może nudzić, nie może nie budzić emocji. Pod względem realizacji jest niemal wzorowy. Dobry scenariusz, dobre aktorstwo, wszystko to sprawnie oprawione. Jeśli macie ochotę na coś, intrygującego, nie strasznego, to polecam.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:0/10

Duszę sprzedam tanio

At the devils door (2014)

at the devils door

“At the devils door”, czy też “Home” to nowy film Nicolasa McCarthy’ego twórcy dość intrygującego horroru “Nadprzyrodzony pakt” nakręconego dwa lata temu.

W nowym filmie twórcy znowuż mamy wątek paktu, innego rodzaju niż ten występujący w starszej produkcji, ale jednak.

Cech wspólnych między obydwoma filmami jest zresztą sporo, ale o tym później.

Pakt, którego zawarcia będziemy świadkami w pierwszych minutach filmu dotyczy sprzedania duszy. Młoda dziewczyna sprzedaje swoją duszę wujowi nowo poznanego ukochanego za bodajże pięćset baksów. Dziwnie wyglądający wuj/szaman początkowo sprawdza, czy panna przypadnie do gustu władcy piekła, gdy ten okazuje zainteresowanie dziewczyna wypowiada sakralne ‘tak,’ czyli podaje diabłu swoje imię i od tego zaczyna się jej przygoda. Czym się kończy zdradzić nie mogę.

at the devils door

at the devils door

at the devils door

Po mniej więcej kwadransie przechodzimy do następnego wątku. Poznajemy dobijającą do trzydziestki panią agent sprzedającą nieruchomości, która dostaje zlecenie sprzedania pewnego domu. Dom jest dość kłopotliwy, kobieta widuje w nim postać młodej dziewczyny, prawdopodobnie córkę właścicieli, która uciekła od nich. Powoli w sprawę zostaje zamieszana siostra agentki, Vera i to nią diabeł najsilniej zaczyna się interesować.

Uff… wypocenie logicznego streszczenia tej fabuły, które nie zdradza jej największych meandrów to nie lada wyczyn.

Scenariusz “At the devils door” jest nieźle pogmatwany, jest w nim sporo wątków, których połączenie mimo iż jest możliwe to ciężko odnaleźć się w tym chaosie.

Mamy tu w zasadzie trzy główne bohaterki i jednego antybohatera, diabła. Diabeł nie wykłada kawy na ławę, wiemy o nim jedynie tyle, że chce w kimś zamieszkać. Z czasem dowiadujemy się więcej na temat środków jakich musi użyć by osiągnąć cel, ale wszystko w swoim czasie.

Jeśli miałabym wymienić jedną główna cechę tego obrazu powiedziałabym ‘długi’. Ale to bardzo subiektywne wrażenie, bo seans trwa raptem dziewięćdziesiąt minut. Czemu więc wydawał mi się niekończącą się opowieścią? Może nie byłam w formie, a może to wina mnogości elementów, wątków, które urywają się by za chwile powrócić i ogólnego rozciągnięcia fabuły w czasie.

Fabuła prowadzona jest w sposób dość oryginalny, bo nie pozwala ona zbytnio przywiązać się do żadnego z bohaterów. Nie jest to typowa opowieść, gdzie można wyłonić wątek przewodni i w prosty sposób usystematyzować sobie kolejne wydarzenia i związki pomiędzy nimi. To daje szanse na zwroty akcji i można rzecz, zaskakujące momenty, ale także wywołuje wrażenie chaosu.

Jako horror z wątkiem religijnym, który przede wszystkim ma na celu wystraszyć sprawdza się dość dobrze. Diabeł jest tu dość skromną postacią, ale stale obecną. Pojawi się kilka szybszych ujęć, mocniejszych momentów, typowych dla tego podgatunku ale nie wypadających bardzo tendencyjnie w kontekście całej fabularnej budowli. Mimo wyświechtanego tematu nie można nazwać tego obrazu schematycznym.

at the devils door

Podobne, niejednoznaczne odczucia miałam po seansie z “Nadprzyrodzonym paktem”. Widoczna jest amatorskość w realizacji obydwu produkcji, ale zapewnia ona dość świeże i oryginalne spojrzenie. Poszczególne ujęcia, oświetlenie, montaż, aktorstwo itp. na pewno nie jest profesjonale w taki sposób jakiego oczekuje się od produkcji kinowych, ale nie można rzecz, że nie ma w tym pomysłu, metody na opowiadanie historii.

Chyba muszę przemyśleć, czy ten film mi się podobał bardzo, czy tylko średnio:)

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:6

To coś:7

Oryginalność:8

67/100

W skali brutalności:1/10

W domu szaleńców

RECENZJA  ZWYCIĘŻCZYNI  KONKURSU ST _ASKA:

MadHouse / Dom szaleńców (2004)

madhouse

Absolwent psychiatrii, Clark, by zakończyć edukację na uniwersytecie podejmuje staż w klinice leczenia zaburzeń psychicznych Cunnigham Hall. Sara, której powierzono zadanie oprowadzenia mężczyzny po szpitalu, zabiera go do piwnicy, gdzie za pilnie strzeżonymi przez ochroniarza drzwiami przetrzymywani są najniebezpieczniejsi pacjenci. Właśnie ta część obiektu nazywana jest przez pracowników Cunnigham „Madhouse”. Wizyta w podziemiach kończy się nieprzyjemnym incydentem – Clark zostaje zraniony przez jednego z chorych. W jakiś czas po rozpoczęciu przez głównego bohatera pracy, na terenie placówki zostaje zamordowana siostra przełożona. Clark, który chce rozwiązać zagadkę śmierci kobiety, a także kolejnych osób, powoli poznaje tajemnice skrywane w murach szpitala.

madhouse

„Madhouse” stanowi debiut reżyserski Williama Butlera, który przed 2004 rokiem rozwijał się artystycznie jako aktor. Z kinem grozy zapoznał się wtedy całkiem nieźle, bowiem jego chyba największym aktorskim osiągnięciem była jedna z głównych ról w remake’u „Nocy żywych trupów” w reżyserii Toma Saviniego. Wystąpił także w siódmej części „Piątku trzynastego” a także w trzeciej odsłonie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Trzeba przyznać, że dotychczasowe doświadczenia Butlera w dziedzinie horroru pozwoliły mu na nakręcenie całkiem przyzwoitego straszaka.

Czegóż to w „Madhouse nie zobaczymy? Wątek przewodni młodego lekarza rozpoczynającego pracę w nowym miejscu, wątek morderstw popełnianych na terytorium szpitala, wątek ducha małego chłopca pojawiającego się nocą w klinice, wątek zbiegłego przed laty pacjenta, a w końcu wątek miłosny. Całkiem tego sporo, prawda? Początkowo może się wydawać, że taka mnogość motywów zadziałała na niekorzyść obrazu Butlera. W pierwszych parunastu minutach wprowadzane są bowiem one wszystkie naraz, zdaje się, że bez żadnego pomysłu na inteligentne rozłożenie tych informacji w czasie. Nie da się ukryć, że taki chaos budzi jedynie rozdrażnienie widza i zniechęca do kontynuowania seansu. Dalej jest jednak dużo lepiej. Historia staje się bardziej uporządkowana a wszystkie wątki w dalszej części umiejętnie prowadzone są aż do finału, który zgrabnie je łączy i wyjaśnia ich wzajemne powiązania. Sam z resztą pomysł na rozwiązanie zagadki, choć może nie nowatorski, to usatysfakcjonuje na pewno sporą grupę widzów.

Głównym atutem omawianej produkcji jest zbudowany przez twórców klimat. Dużo w tym zakresie na pewno „Madhouse” zawdzięcza umiejscowieniu akcji. Szpitale psychiatryczne wielu ludziom wydają się same w sobie niepokojące i bazując na tym twórcy postanowili tę awersję wykorzystać i zintensyfikować wszystkimi możliwymi sposobami. I udaje im się to niemal bezbłędnie. Zarówno scenografia, jak i zdjęcia skąpanych w półmroku korytarzy zapuszczonego szpitala w ujęciach nocnych przechadzek bohaterów robią niesamowite wrażenie. Na szczególną uwagę zasługuje oprawa dźwiękowa tych scen. Klimatyczna muzyka w połączeniu z ciągłym odgłosem szeptów oraz krzyków pacjentów szpitala potrafi zmrozić krew w żyłach. Co ciekawe, nacisk w „Madhouse” położony jest właśnie na te elementy, nie zaś na spektakularne sceny mordów. Tych w obrazie jest niewiele, a największe wrażenie robi iście groteskowe zabójstwo (silnie wzorowanej na postaci siostry Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem”) siostry przełożonej.

madhouse

Sceny śmierci pozostałych ofiar potraktowane zostały raczej po macoszemu.

Główną rolę w produkcji Butlera odgrywa znany z kultowego „Blair Witch Project” Joshua Leonard, partneruje mu śliczna Jordan Ladd. Sprawiają oni, że aktorstwo nie jest najmocniejszym punktem „Madhouse”. Ladd, choć starała się jak mogła, nie dała rady zaprezentować przyzwoitego poziomu gry. Postać przez nią kreowana od początku do końca trąci sztucznością. Może młodziutka aktorka, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafiła się z nią utożsamić. Joshua Leonard natomiast chyba nawet się nie starał, większą część omawianego filmu odgrywa na jednej minie, także o jakiejkolwiek modulacji głosu widz może zapomnieć.

Choć „Madhouse” nie jest pozbawiony wad, w ostatecznym rozrachunku są one przyćmione przez niesamowity klimat, utrzymujący się przez cały czas trwania filmu, a także całkiem zgrabnie napisaną, ciekawą i zaskakującą historię. A wydaje się, że właśnie takimi cechami powinien się odznaczać dobry horror.


Moja ocena:

Straszność: 7

Klimat: 9

Napięcie: 7

Zaskoczenie: 7

Walory techniczne: 7

Oryginalność: 6

To coś: 7

Aktorstwo: 3

Fabuła: 7

Zabawa: 7

67/100

W skali brutalności: 1/10

St _aska

Wyniki konkursu 12

Mamy zwycięzce!

konkurs

Miesiąc temu na blogu ogłosiłam konkurs na recenzję książki, lub filmu grozy. Ciężko było mi wyłonić zwycięzce. Kilka recenzji bardzo przypadło mi do gustu, ale nagrodzić mogę tylko jedną. Ostatecznie nagroda powędruje do ST ASKA, która napisała recenzję horroru “MadHouse”. Recenzję czytelniczki opublikuję we wpisie ‘powyżej’. Jeśli inni konkursowicze nie strzelą na mnie focha to z chęcią wrzucę na stronę także recenzje Kopra i Agnieszki:) Cóż, następnym razem będę musiała zorganizować większą pulę nagród;)

Do Aśki wysyłam dwutomową powieść Piotra Klupy “Pan na Wisiołach” ufundowaną przez wydawnictwo Videograf.

Wszystkim bardzo dziękuję za udział i oczywiście zapraszam ponownie.

Ogłoszenie parafialne

Moi drodzy, z dniem dzisiejszym znikam na tydzień. A może na dłużej? Jeszcze nie wiem, jak długo potrwa banicja.

Objawię się na pewno 25 sierpnia, choćby po to, żeby podać wyniki konkursu. Przypominam, że Waszym zadaniem jest napisanie recenzji- w formie standardowego wpisu, jakie pojawiają się na moim blogu – i ocena książki lub filmu grozy. To Wasze główne zadanie, a szczegóły macie TU.

Tak, więc przez krótki czas nowych wpisów nie będzie. Oczywiście możecie do mnie nadawać, być może będę w stanie odpisywać.

Coś więcej niż złe zachowanie

Bad Behavior/ Złe uczynki (2013)

złe uczynki

Nastoletnia Zoe, pod nieobecność Bruce’a i Margaret ma sprawować opiekę nad ich pociechami, sześcioletnią Grace i piętnastoletnim Tylerem. Najstarsze z dzieciaków, to już w zasadzie dorosły chłopak, który niebawem wyjedzie na studia do Yale. Młoda opiekunka musi spędzić z nimi jedną noc i pół dnia. Niestety sprawa się nico przeciągnie, a niańczenie zmieni się w obóz surwiwalowy.

“Złe uczynki” to teen thriller, stworzony przez duet kompletnie zielonych filmowców. Charakteryzuje się niedoróbkami w realizacji i niezbyt owocnym wykorzystaniem, w gruncie rzeczy niezłego pomysłu.

Nie będę Wam ściemniać i na siłę robić surprise, że ‘nieznany napastnik’ czyha na Zoe i jej podopiecznych, bo bardzo szybo zorientujecie się, że z najstarszym z chłopaków, Jackiem, jest coś mocno nie w porządku. To on szybko przejdzie do ataku i uwięzi swoje rodzeństwo i opiekunkę w kiblu. Wzorem bohatera “Pięknego umysłu” jest genialny i szalony. Schizofreniczne objawy jakie wykazuje są zresztą bardzo podobne do objawów Nasha. Jack wierzy, że jacyś “ONI”, w domyśle rządowa organizacja szpieguje go i chce uwięzić. W dniu wyjazdów jego rodziców odbija mu palma i wszyscy domownicy stają się owymi szpiegami.

złe uczynki

Zacznę od tego, co w filmie było dobre. Sam pomysł wydaje się niegłupi, bo niby mamy schemat jak w home invasion, ale oprawcą jest jeden z domowników. Nie sposób przemówić mu do rozsądku, bo każda próba wejścia z nim w interakcje kończy się zarzutem manipulacji, czy sabotażu. Chłopak wpada w coś w rodzaju manii podszytej paranoją.

Tyler i Grace są nauczeni tego by ukrywać chorobę brata. Nawet jeśli jej objawy niejednokrotnie zagrażały życiu innych osób. Widz nie wie do końca do czego zdolny jest Jack. Scenariusz, w dużej mierze oparty na rozmowie toczonej przez uwięzionych, dopuszcza tylko szczątki informacji, które czasem wymkną się któremuś z dzieci powodując jeszcze większe przerażenie u opiekunki.

złe uczynki

Film obija się nieco o klimat produkcji z szaloną rodzinką w roli głównej.

Mogę wspomnieć o budowaniu napięcia, bo owszem jakieś wysiłki zostały w to włożone, jednak zbyt często jest ono z premedytacją rozładowywane przez głupie gadki naszych protagonistów, więc w sumie nie bardzo ono istnieje.

Aktorstwo jest kiepskie, choć jak często bywa, jedyne światełko w tunelu stanowi najmłodsza z obsady, czyli mała Grace.

złe uczynki

Ode mnie plus za zakończenie.

Taki to zwyczajny teen thriller. Dzikiego entuzjazmu w nikim nie wzbudzi, ale w razie nudy można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:6

To coś:5

Oryginalność:6

Walory techniczne:5

Zaskoczenie:6

53/100

W skali brutalności:1/10

Gawęda o zboczeńcach

Wielcy zboczeńcy – Elwira Watała

wielcy zboczeńcy

“Wielcy zboczeńcy” to książka traktująca o tym, o czym przyzwoici ludzie milczą. To zestaw opisów wszelakich seksualnych dysfunkcji i parafilii, które przydarzały się możnym tego świata i w jakiś sposób zostały zapamiętane przez historię.

Książka składa się z rozdziałów i podrozdziałów ,między innymi znajdziemy tu tytuły takie jak: Fallus to brzmi dumnie, Orgazm to mój idol, Prostytucja sakralna, Choroby weneryczne, Kazirodztwo, Flagelacja, Nekrofilia, Pedofilia, Zoofilia, czy Homoseksualne tragedie.

Zawiera podane w formie ciekawostek, czy skrótowych not biograficznych opowieści z wyżej wymienionymi wątkami.

Mimo iż autorka jest doktorem habilitowanym, książka absolutnie nie ma formy publikacji naukowej. Jeśli mam być szczera, to oceniając pod tym kątem wypada gorzej niż najmarniejsza praca licencjacka spłodzona na schodach akademika przez leniwego studenta, któremu nawet nie chciało się poprawnie zredagować swojego dzieła.

Autorka jednak zastrzega, że jej książka z założenia miała być lekką lekturą, nie naukową rozprawą. Dobrze, że o tym wspomina, bo niejeden historyk, czy seksuolog zmieszał by ją z błotem, gdyby zechciała reklamować swoją pracę jako coś ‘na serio’.

“Wielcy zboczeńcy” zdecydowanie nie są na serio. Pomijając kiepską redakcję, czyli błędy rzeczowe, logiczne, powtórzenia i na siłę wulgaryzowany styl, informacje w niej zawarte nie mają wartości… hym naukowej. Chociażby z tego względu, że pani Watała, nie umieszcza przypisów do przytaczanych informacji, przez co większość z nich można odebrać jako zwykłe wodolejstwo.

Czytając tą książkę miałam wrażenie, jakbym przysłuchiwała się opowieściom jakiejś rubasznej karczmarki, która powtarza zasłyszane ploteczki, a gdy zapytać ją o szczegóły, czy źródło rzuca na odczepne “Tak było”.

Część z opisanych przez autorkę historii słyszałam już wcześniej, inne były dla mnie absolutną nowością. Mimo iż niektóre z nich nie trzymają się kupy w jakiś sposób są interesującymi smaczkami.

Nie można odmówić autorce wiedzy, jednak za takie niechlujstwo należy się szafot. W jej książce panuje ogromny chaos, a rozdziały nie zawsze zawierają informacje, które pasują do tematu. Niektórym ‘przypadkom’ poświęca ogromnie dużo uwagi inne, choć równie ciekawe, jedynie zaznacza. Nie ma tu jakiś chronologii, czy innego porządku, który trzymał by swobodę twórczą Watały w ryzach. Gdyby autorka włożyła w to więcej pracy efekt byłby lepszy.

Jeśli o mnie chodzi to jestem w stanie wiele wybaczyć i wybaczam, ale muszę ostrzec tych, którzy oczekiwaliby od tego dzieła naukowego tonu. To czysto rozrywkowa lektura.

Moja ocena: 6/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf :

http://www.videograf.pl/index.php


Madman Marz

Madman (1982)

madman

Wczesna jesień, obóz dla uzdolnionej młodzieży. Właśnie trwa pożegnalne ognisko, w trakcie którego jeden z opiekunów zabawia grupę opowieścią o lokalnej sławie, niejaki Marz’u, zwanym także Madman Marz. Za życia był zwykłym chlajusem lubiącym znęcać się nad rodziną. Pewnego dnia przegiął i zarąbał swoich bliskich siekierą. Spotkało się z to z gniewną reakcją ze strony pozostałych mieszkańców, którzy postanowili powiesić drania. Tak też zrobili, jednak następnego dnia od samosądu zwłoki psychopatycznego farmera zniknęły.

madman

Po okolicy zaczęła krążyć legenda mówiąca, że Madman Marz nadal gdzieś tu grasuje i wystarczy wypowiedzieć jego imię, by ryhle zjawił się z siekierą i odrąbał głowę każdemu, kto się nawinie. Jeden z młodych postanawia okpić tę historię wydzierając się kilka krotnie “Madman Marz”. W ten sposób Richie ściąga nieszczęście na siebie i kompanów.

O twórcy tego filmu, Joe Giannone, świat usłyszał tylko raz. W dwa lata po sukcesie pierwszego amerykańskiego camp slashera, “Piątku 13ego”, za bardzo niewielkie pieniądze nakręcił swój horror, utrzymany w tej samej konwencji.

Ostatnio o nim wspominałam przy okazji wpisu o “Krwawym obozie“, że w przeciwieństwie do bardziej pomysłowych slasherów posiada topornie prostą fabułę i nie stara się zmylić widza w kwestii tożsamości mordercy.

Młodzi ludzie zaczynają znikać, jedno po drugim, a zaczyna się od chłopaczka, który wypatrzy tę legendarną ludzką bestię czyhającą na drzewie. To jedno z najlepszych filmowych ujęć, z resztą umieszczono je na plakacie promującym filmu.

madman

Ogólnie, brak zawodowstwa i funduszy nie przeszkodził twórcy w stworzeniu ciekawego klimatu za sprawą zdjęć i muzyki. Dużą rolę odgrywa tu oświetlenie, bardziej przypominające fluorescencyjną mgłę, która pada na naszych bohaterów, gdy przedzierają się przez las. Prawdopodobnie ekipa nie miała lepszych, profesjonalnych lamp na stanie.

madman

Muzyka, szczególnie kawałek tytułowy, jest na prawdę świetnie zrobiona.

Na tym moje dobre słowa na temat filmu się kończą.

Aktorstwo jest… no, brak słów. Brak talentu to jedna strona medalu, drugą sprawą jest sam pomysł twórcy na swoich bohaterów.

Cycki, golizna, seks, etc. są stale obecne w slasherach, ale raczej nikt nie prezentuje tych w taki sposób. Niemal nabożny. Powolne przejazdy kamerą po włochatych nogach głównego amanta zanurzającego się w basenie, gdzie pływa jego wątpliwie urodziwa ukochana. Długa sekwencja mozolnego pocałunku i ‘cmyk’ pod wodę.

Zachowania bohaterów, szczególnie pewnej ciemnowłosej niewiasty są więcej niż niedorzeczne. Rozumiem, bezradna niewiasta, ale żeby samodzielnie nie potrafiła poruszać kończynami, mimo iż żadna widoczna krzywda nie zdążyła jej się stać? Bezradna królewna jest bezradna tylko przy królewiczu, bo gdy królewicz pada martwy królewna bierze się w garść i dzięki temu widz zobaczy kolejną (drugą i w zasadzie ostatnią) godną uwagi scenę. Płaczliwa idiotka stanie się bardzo pomysłowa. Nie mniej jednak charakterystyka zgromadzonych na obozie bohaterów sprawiała, że życzyłam im śmierci.

madman

Bardzo słabo wypada także nasz antagonista. Póki siedzi na drzewie wygląda bardzo efektownie, ale gdy mamy okazję przyjrzeć mu się z bliska cały czar znika. Ciekawy czarny charakter to klucz do sukcesu, a tu niestety nie mamy ani ciekawej biografii, ani aparycji, która wyróżniałaby go na tle innych pojebów.

madman

O tym, że sceny mordów nie wypadają wiarygodnie nie muszę wspominać, bo tego chyba nawet nikt nie oczekuje od slasherów z ich najlepszego okresu.

To film skierowany do zatwardziałych fanów starych slasherów, takich, którym nie będzie przeszkadzać warsztat aktorski, nieciekawy morderca i na wskroś proste założenie scenariusza, natomiast doceniam wysiłki włożone w tworzenie klimatu grozy.

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:4

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 4/10