Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Załóż niebieską sukienkę

Victim/ Ofiara (2010)

victim

Pewien facet zostaje uprowadzony z parkingu przed barem. Trafia do okazałego domu, praktycznie pałacu, lecz nie dla niego luksusy. Zostaje wtrącony do piwnicy, zamknięty za kratami. Wkrótce odwiedza go starszy pan, właściciel domu, zleceniodawca porwania i wybitny chirurg. Oświeca młodzieńca, że weźmie udział w ważnym eksperymencie, że razem dokonają wielkich rzeczy. Nie trudno się domyślić, że eksperyment musi być hardkorowy, skoro młodzieńca wielokrotnie trzeba będzie ‚przekonywać’ przemocą.

victim

victim

Początek filmu nie nastroił mnie optymistycznie. Bardzo nie podobało mi się prowadzenie kamery, jakieś takie chaotyczne. Ogólnie zdjęcia marne jakościowo, a sposób kręcenia poszczególnych scen kojarzył mi się z amerykańskimi serialami sensacyjnymi z lat ,90.

Jednak historia zaczęła wciągać.

Nasza tytułowa ofiara w swojej celi ma do dyspozycji skromną strawę serwowaną przez upośledzonego towarzysza chirurga, brudny materac i pamiętnik, z lektury, którego wynika iż należy od do małej dziewczynki.

Początkowo mężczyzna jest poddawany mało inwazyjnym zabiegom. Zastrzyki, elektrowstrząsy. Zaczynamy się niepokoić, gdy lekarz wypala mu linie papilarne na palcach.Ewidentnie dąży do tego by pozbawić ofiarę tożsamości. Swoją drogą dość kijowo się do tego zabiera, bo współcześnie można zidentyfikować człowieka na podstawie wielu innych rzeczy, ale mniejsza…

Mocniejsza jazda zaczyna się gdy lekarz wyznaje mu, co zawierają zastrzyki, które ofiara dostaje w dupsko. Pierwsza z operacji chirurgicznych potwierdza nasz mniemania na temat celu eksperymentu.

Swoją drogą większość widzów domyśli się wszystkiego dużo wcześniej i wcale nie dzięki bystrości umysłu. Po prostu w roku 2011 wyszedł film, dużo lepszy i głośniejszy z łudząco podobną fabułą. Dodam, że ów obraz powstał w oparciu o książkę, którą mogli inspirować się także twórcy „Ofiary”. Czy tak było, czy nie faktem jest, że pomysł, który wydaje się szalenie oryginalny i odjechany wcale takim nie jest. Widzowie, którzy nie widzieli wspomnianego filmu – tytułu nie podam, żeby nie robić spoilera – owszem mogą być pod wrażeniem, ja do tych szczęśliwców nie należę. I jedno co mogę powiedzieć to to, że „Ofiara” jest filmem niezłym. Tylko tyle, bo znam tę historię opowiedzianą w lepszym wydaniu.

victim

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

Zaskoczenie:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Klątwa zatajenia – ciąg dalszy

Starzyzna, Bisy, Bisy II – Stefan Darda

stefan darda

stefan darda

stefan darda

Dziś za jednym zamachem załatwię trzy części powieści „Czarny wygon”, która ma swój początek w „Słonecznej dolinie„, części pierwszej serii Stefana Dardy.

Wszystkie powieści, o których mowa rozgrywają się na Roztoczu. Miasteczka i wioseczki, takie jak Guciów, Adamów, Bliżów stanowią miejsce akcji, ale wszytko zaczęło się w zapomnianej przez boga i ludzi „Starzyźnie”.

Od nazwy wioski pochodzi tytuł drugiego tomu „Czarnego wygonu”. I od niej zacznę.

Bohater powieści Witold Uchman w zrywie altruizmu postanowił zdjąć z nieszczęśników klątwę zatajenia. Chce pomóc poznanemu w pierwszym tomie Rafałowi, któremu udało się uciec, jednak jarzmo klątwy nalej zaciska się na jego piersi.

Z lektury „Słonecznej doliny” czytelnik dowiaduje się o przyczynach dziwnych zdarzeń w Starzyźnie. Wiemy już dlaczego czas zatrzymał się w roku 1952, dlaczego mieszkańcy nie mogą opuścić osnutego mgłą miejsca – przyczyną jest klątwa zatajenia. Żeby ją zdjąć należy ujawnić okoliczności w  jakich powstała, ale żeby można było tego dokonać najpierw trzeba się dowiedzieć dlaczego została rzucona.

Sporo wskazówek pojawiło się już w tomie pierwszym lecz dopiero, gdy Uchman zdecyduje się na wizytę w wiosce wszystkie karty zostaną odkryte.

Zdecydowanie „Starzyzna” utrzymuje klimat jaki posiadała „Słoneczna dolina”. Jest duszno i nieprzyjemnie. Nasz bohater jest samotny, równie mocno, jak ludzie i upiory skazane na wieczność w okolicy Czarnego wygonu. Ciągłe prześladowanie przez złe moce i desperackie próby naprawienia krzywd to gwóźdź programu. Bieżące wydarzenia, podobnie jak to było w „Słonecznej dolinie” przeplatane są retrospekcjami z roku 1952 i to dzięki nim poznajemy opętanego księdza i ofiary ślepej wiary. Mocna rzecz. Finał historii jest taki jak powinien. Nie do końca klarowny, dający nadzieję, ale i podcinający skrzydła. Dramatyczny. Owszem, pewne wątki nie zostały do końca wyczerpane, ale jeśli o mnie chodzi na tym powinna zakończyć się ta historia, jednak na mojej półce czekały jeszcze dwa kolejne tomy…

stefan darda

Liczyłam, że „Bisy” i „Bisy II” nie będą tak kurczowo trzymać się przewałkowanych wątków z poprzednich części. Nadzieję na to dał mocny wstęp, stanowiący jednocześnie osobne powiadanie „Słowo czarnego”.

Niestety autor wprowadził je tylko po to by na powrót przetargać naszego kulawego dziennikarza po bezdrożach Roztocza.

Pierwsza część „Bisów” jest bliska katastrofie. Pojawia się wielu nowych bohaterów, ale zasadniczo nikt szczególnie interesujący. Pomysł z postacią Czarnego jest dobry, ale moim zdaniem pod wieloma względami niedopracowany. Zły duch, chyba tak go można nazwać, szuka ofiar. Kogoś, kto sprzeda mu swoją duszę w zamian za drobne usługi. Opętuje ludzi by sprowadzić na nich nieszczęście. Brzmi nieźle, ale… no właśnie, jakie jest moje ‚ale’?

Miałam uporczywe wrażenie, że autor rzucił pomysł i nie bardzo wie, co dalej. Pierwszy tom „Bisów”, to nieustanna podróż. Uciekamy, wracamy, martwimy się i tak w kółko.

Darda chyba niesiony tą obrzydliwą modą na wątek romansowy w horrorach obdarzył Uchmana kobiecym towarzystwem. Janka spędza mu sen z powiek tak samo jak problem z Czarnym.

Do tego dochodzi dziwna i niejasna sprawa z przyjacielem Uchmana, który utknął w Starzyźnie. Teraz zamiast wielce klimatycznych opowieści z przed lat przerywnikiem dla właściwej akacji są ‚rozmyślania’ Adama. Boże, co za nudziarz… Cały czas się modli i pokłada nadzieję w bogu. Ton jego wypowiedzi brzmi jak psalm, albo gorzkie żale.

Niestety ten religijny ton udziela się też innym bohaterom, którzy z kroku na krok robią się coraz bardziej katolscy, po to by w następnej części, to jest „Bisy II”, obwieszać się krzyżami i pic wodę święconą. Księży na arenie też coraz więcej. Mimo wszytko jeśli mam wybierać, to finał serii, czyli „Bisy II” jest już lepszy niż „Bisy”. Oczywiście uważam, ze wątki cudowne odnalezienia córek, wnuczek, synów nieślubnych itp to jakaś tragiczna pomyłka w brazylijski stylu, ale przynajmniej coś się zadziało. Nie wiem czemu Darda zgubił klimat, który w przypadku dwóch pierwszych książek z serii „Czarny wygon” był tak niesamowity. Może pisał trochę na siłę?

Mam nadzieję, że obdarzywszy swoich bohaterów happy endem, który swoją droga pasuje tu jak pieść do oka, wreszcie zaprzestanie wywlekania mało istotnych wątków i skupi się na czymś nowym, świeżym, bo choć odgrzewany kotlet jest strawny to smaku już takiego nie ma. Książka, nie bigos. Życzę autorowi nowych, oryginalnych pomysłów, bo „Słoneczna dolina”, Starzyzna”, czy osobna historia „Dom na Wyrębach” dowodzą, że ma potencjał.

Moja ocena:

Starzyzna: 8/10

Bisy: 4/10

Bisy II: 6/10


Za książki bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf:


http://www.videograf.pl/index.php

Nowy Judasz

The Pact 2/ Nadprzyrodzony pakt 2 (2014)

pact 2

W roku 2012 widzowie mieli okazję obejrzeć niskobudżetowy straszak Nicolasa McCarthy’ego. Teraz do dystrybucji trafił jego sequel, dzieło innych twórców, mianowicie duetu Dallas Richard Hallam i Patrick Horvath.

Historia przedstawiona w filmie silnie nawiązuje do poprzedniej części obrazu. Główną bohaterką jest June, młoda dziewczyna wykonująca niewdzięczną pracę sprzątaczki miejsc zbrodni.

Podobnie jak Annie z The Pact stara się rozwikłać zagadkę zbrodni morderstwa, przy akompaniamencie upiornych wizji i przeczuć. Oczywiście jej zainteresowanie sprawą nie jest przypadkowe, bowiem z chwilą gdy na arenie pojawia się morderca, naśladowca Judasza, którego Annie załatwiła w pierwszej części filmu, nasza bohaterka, June dowiaduje się, że najprawdopodobniej leży w kręgu zainteresowań nowego Judasza. Dlaczego? Zobaczycie sami.

pact 2

Podobnie jak to było w przypadku starszej produkcji budżet nie jest powalający. Ale pozwolił na zaangażowanie całkiem przyzwoitej obsady, stworzenie kilku ciekawych efektów, niezłych zdjęć i całkiem dobrej muzyki.

Atmosfera filmu nie jest tak gęsta i duszna jak to było w „The Pact”, ale nadrabia bardziej wartką akcją. Jak to bywa z naśladowcami, zazwyczaj nie dorastają do pięt swoim pierwowzorom, dlatego też morderca, z którym przyjdzie zmierzyć się June jest dużo mnie interesujący.

Gdyby nie schizy June, jej przekonanie, ze coś czai się w domu i całkiem fajna ekspozycja owych przeczuć w postaci czających się cieni i widmowego Judasza byłoby raczej słabo. Za słabo na horror za nudno na kryminał.

pact 2

Niestety zbyt szybko domyśliłam się tego, kto stoi za krwawym mordem bym mogła uznać ten obraz za odkrywczy. Bardziej zaskoczyła mnie porypana rodzinna historia w części pierwszej. Niemniej jednak muszę przyznać, że jak na sequel nie jest najgorzej.

Spotkamy tu sporo ciekawych postaci, których losy możemy śledzić z pewnym zainteresowaniem. Kilka dobrych typowych dla ghost story scen podnosi poprzeczkę a i próby namieszania w kwestii ‚kto jest temu winien’ zbliżają ten film do poziomu przyzwoitego kryminału. Niestety nie znajdziemy tu nic co można by uznać za odkrywcze, czy oryginalne nad czym ubolewam, ale jeśli chodzi o mój osobisty odbiór to i tak jest całkiem ok.

Moja ocena:

Straszność:7

Klimat:7

Napięcie:6

Fabuła:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Boli…boli…boli…

Ôdishon/ Gra wstępna (1999)

gra wstępna

Nieśmiały wdowiec Aoyama postanawia znaleźć nową towarzyszkę życia. Jego przyjaciel pracujący w produkcji filmowej podsuwa mu pomysł castingu. Teoretycznie celem konkursu jest wyłonienie odtwórczyni głównej roli w nowym filmie, lecz obecny będzie tam także Aoyama, który wśród kandydatek będzie wypatrywał swojej drugiej połówki. Jakież to japońskie, casting na żonę:)

gra wstępna

W ten sposób mężczyzna poznaje śliczną, dwudziestoczteroletnią Asami, która od razu wpada mu w oko. Jest nie tylko ładna, ale i skromna. Miła, nieśmiała, delikatna. Podobnie jak nasz bohater straciła coś w życiu. W jego przypadku była to ukochana kobieta w jej możliwość zrobienia kariery baletnicy. Wspólne spotkania nieuchronnie zmierzają do zaręczyn, aż pewnej nocy następuje coś… nieoczekiwanego.

Takashi Mike zaczynał jako aktor, dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych zaczął kręcić własne obrazy. Nie jestem szczególnie zaznajomiona z jego twórczością (imponującą jeśli chodzi o ilość produkcji), ale bardzo podoba mi się jego specyficzne podejście do snucia filmowych opowieści. Jego „Piętno” zdecydowanie wyróżniało się na tle filmów w serii „Mistrzowie horroru”. Po „Grze wstępnej” spodziewałam się podobnie psychicznej jazdy i to właśnie dostałam.

Właściwa, horrorowa akcja filmu rozpoczyna się dopiero gdy Asami zdecyduje pokazać swemu wybrankowie swoje prawdziwe oblicze. Wcześniej możemy tylko gdybać, że żona idealna jest dość podejrzana. Przyjaciel głównego bohatera nie jest przekonany co do prawdomówności Asami i podsuwa mu pewne sugestie. Wspomina między innymi o tym, że słodka dwudziestka może być zamieszana w zniknięcie pewnego faceta, ale to nie wszystko.

gra wstępna

Kluczem do szaleństwa Asami jest jej przeszłość. Widzimy sceny wskazujące na domową przemoc, niektóre z historii Asami i jej niecodzienny pomysł na ‚grę miłosną’ mogą wskazywać iż ma nierówno pod sufitem. Wszystko jednak pokazane jest w sposób niezbyt klarowny. Jak to w przypadku szaleńca ,nic nie jest pewne. Jak to w przypadku zakochanego człowieka ,niektórych rzeczy się nie dostrzega.

Oświecenie nastąpi w chwili gdy Aoyama wyląduje na dywanie w swoim domu sparaliżowany narkotykiem i w towarzystwie młodej narzeczonej uzbrojonej w różne narzędzia tortur. Tu duże wrażenie robią igły. Takashi Mike ma coś z tymi igłami, co pięknie zaprezentował we wspomnianym wcześniej „Piętnie”.

Jak na ucztę gore, jak niektórzy określają ten film jest za słabo, ale schizoidalny, powiedziałabym, nieco Lynchowski klimat nadrabia sprawę. Jeśli o mnie chodzi to całkowicie mi to wystarcza. Natomiast spragnionych azjatyckiego gore – ale bez porypanych całkowicie chorych akcji – odsyłam do innego filmu z udziałem tego samego aktora, który tu wciela się w naszego głównego bohatera, mam tu na myśli niezapomniany „Klub samobójców”– mocna rzecz.

gra wstępna

„Grę wstępną”, oczywiście polecam, dziwny film, ale dobry.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 4/10

Czuję wstręt

Repulsion/ Wstręt (1965)

repulsion

Młoda Belgijka Carol, mieszka wraz z siostrą w małym mieszkanku w Londynie. Wykonuje pracę manikiurzystki i do tego właściwie ogranicza się jej życie. Nie utrzymuje żadnych relacji z innymi ludźmi. Na swoją siostrę, która ma bardzo lekkie podejście do życia patrzy pogardliwie. Jest smutna, jakby osnuta senną mgiełką, przez którą nikt nie może przedostać się do jej świata.

repulsion

Jedynym uczuciem jakie jej towarzyszy w samotniczym życiu jest nieustanny wstręt, który jest manifestacją jej lęku przed światem. Wszystkie zwykłe ludzkie sprawy dla Carol są czymś ohydnym i niedopuszczalnym. Obsesyjny wstręt przybierze w końcu obraz obłąkańczej i morderczej manii, w którą wpadanie bohaterka z chwilą, gdy zostanie zostawiona sama sobie na kilka dni.

repulsion

„Wstręt” to pierwszy film Polańskiego nakręcony w języku angielskim. Bardzo długo miałam na niego ochotę. Teraz po seansie mogę Wam powiedzieć, że na prawdę warto było po niego sięgnąć.

Pomijając moją fascynację twórczością tego reżysera, bardzo lubię filmy, w których widz ma szansę wniknąć w świat chorego psychicznie bohatera. „Wstręt” zdecydowanie daje taką możliwość.

repulsion

Scenariusz powstał we współpracy Polańskiego z Gerardem Brach’em. Stanowi studium szaleństwa. Nie nagłego psychotycznego epizodu, który wyskakuje zza rogu lecz choroby, która towarzyszy bohaterce przez całe jej życie. Choroby, która powoduje rozpad świata. Obsesje, kompulsje, halucynacje, agresja, lęk, wszytko to składa się na osobowość Carol, anielsko ślicznej i młodej. Dziewczyny, która powinna korzystać z życia, ale… ale nie może, bo choroba odgradza ją od świata.

Już sam sposób filmowania, poszczególne kadry są w jakimś sensie obłędne. Zbliżenia na twarz Carol, jej puste spojrzenie. Zbliżenia na gnijące mięso, drzwi, czy słuchawkę telefonu- symbole zagrożenia jakie niesie za sobą zewnętrzy świat. I ludzie, do których Carol nie czuje nic za wyjątkiem wstrętu. Boi się poczuć coś innego. Szczególnie mężczyźni są dla niej groźni.

repulsion

Większość wydarzeń rozgrywa się w czterech ścianach mieszkania kobiety. Surowe wnętrza, kiepskie oświetlenie. Miałam wrażenie, że brakuje tam tlenu.

I cisza. Carol nie mówi wiele, bo do kogo miałaby się odezwać? Ta cisza wydaje się bardzo intensywna, głośnia – wiem, że to bez sensu, ale takie zgoła paranoiczne wrażenia niesie za sobą ten obraz.

Fabuła to taka przeprawa przez kilka dni z życia wariatki, na podstawie których możemy sobie wyrobić zdanie o całej jej egzystencji.

Szaleństwo nakręca się coraz bardziej, a widz nie otrzyma gotowej odpowiedzi na przyczynę rzeczy, tak jak Carol nie otrzyma antidotum. Ciężar filmu spoczywa na barkach młodej zdolnej i urodziwej aktorki, której należą się ogromne brawa.

Wiem, że Polański mógł tu przemycić swoje refleksje na temat życia emigranta, obcego. Kogoś kto trafia do świata, którego nie rozumie i w końcu ten świat staje mu się obrzydliwy, ale ja wolę go traktować bardziej uniwersalnie.

Wg. mnie „Wstręt” to prawdziwy majstersztyk jeśli idzie o mocne kino psychologiczne. Spokojnie można go podciągnąć pod thriller.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Aktorstwo:10

Walory techniczne:9

To coś:9

Oryginalność:9

84/100

W skali brutalności:2/10

What is your favorite scary movie?

Scream/ Krzyk (1996)

krzyk

W małym miasteczku w Stanach grasuje morderca. Upiorny facet pogrywa sobie z nastolatkami, a stawką w tej grze jest ich życie.

Morderca jest fanem horrorów, więc zabawa polega na odpowiadaniu na pytania dotyczące filmów z tego gatunku. Nieśmiertelne: What is your favorite scary movie? to dopiero wstęp. Wybrańcy losu muszą też wykazać się znajomością tematu inaczej zginą.

krzyk

Wśród prześladowanej młodzieży znajdzie się Sidney Prescott, która nadal walczy z traumą po śmierci matki oraz jej najbliżsi przyjaciele.

Wes Craven to czołowy twórca złotego okresu horrorów. Zaczął od „Ostatniego domu po lewej, następnie rzutem na taśmę „Wzgórza mają oczy”. Później było kilka mniej docenionych filmów, aż przyszedł czas na „Koszmar z ulicy wiązów„. Moim zdaniem jego największe filmowe dokonanie. Później znowu mamy zniżkę formy, kilka mniej popularnych tytułów, aż lata dziewięćdziesiąte przynoszą nam „Krzyk”.

krzyk

Wskrzeszenie prawie już zapomnianego slashera. I to wskrzeszenie w jakim stylu!

Wes wykorzystał wszytko to, co nudziło jego samego i widzów w tej konwencji, po to by jeszcze bardziej, wręcz na maksa podkręcić wszystko to, co sprawia, że slasher jest tak tendencyjnym gatunkiem.

Ktoś by mógł pomyśleć, facet oszalał, strzela sobie w stopę, albo przeczy sam sobie. Nic z tych rzeczy. We współpracy ze scenarzysta Kevinem Williamsonem stworzył jednocześnie laurkę i parodię gatunku. Wszystko to, co w zawiera film, wszelkie schematy, naiwność, typowość jest całkowicie celowa i zamierzona. O to właśnie chodziło. Nie wiem, czy młodzi widzowie, nie zaznajomieni z klasyką, do której nawiązuje obraz odnajdują się w tym, ale w latach dziewięćdziesiątych „Krzyk” został jak najbardziej doceniony.

„Krzyk” to trochę taki film edukacyjny. Pokazuje, jak funkcjonuje świat przedstawiony w horrorze. Pokazuje niemożność wyrwania się po za schemat.  Bohaterzy nabijają się z ‚nieśmiertelnych zasad’ horroru, by po chwili zginąć dokładnie zgodnie z nimi. To błędne koło. Nawet jeśli wiesz, ze idiotyzmem jest uciekanie przed mordercą na piętro to i tak tam pobiegniesz:)

krzyk

krzyk

Tak jak napisałam, to film oparty na tradycyjnym schemacie. Musi więc mieć postać charakterystycznego mordercy. W przypadku „Krzyku” jest to ‚Ghostface’, czyli morderca w przebraniu upiora. W jego wyglądzie możemy dopatrzeć się inspiracji obrazem Muncha pod tytułem (no właśnie!) „Krzyk”.

Zabójca jest miłośnikiem filmów grozy i działa zgodnie z zawartym w nich schematem. Kto kryje się za tą maską? Zakładając, że nie wiedzieliście filmu, nie domyślicie się tego prędko. Mimo, że to przecież ‚tak głupi film’;) Na tym polega cały dowcip.

Jest morderca, więc musi być też ofiara. Na pomniejszych pozostawionych po kątach zwłokach nie będziemy się skupiać. Skupmy się na final girl, czyli również stałym punkcie programu. Jest nią nasza Sindy. Osierocone przez puszczalską matkę niewiniątko, dziewica, słodka i nie do ruszenia. To na niej skupia się morderca. Pragnie ją zastraszyć i …opowiedzieć swoją historię. Tak, bo mordercy zawsze mają swoją historię, nie ważne że się ona kupy nie trzyma.

Wes w tym momencie złośliwie drwi z tak zwanego ‚motywu zbrodni’ i to jest właśnie wisienka na torcie.

Seans z „Krzykiem” nie wywoła u Was krzyku. Na pewno nie krzyku przerażenia. Zafunduje natomiast solidną rozrywkę, da szansę na zapoznanie się z kilkoma smaczkami ze świata filmów grozy.

Na ten moment film posiada trzy sequele ale o tym innym razem.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:10

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

To coś:8

Oryginalność:9

79/100

W skali brutalności: 2/10

Odcięte głowy i tyle

Wither aka Cabin of the dead (2012)

wither

Grupa znajomych wyjeżdża na weekend do domku w lesie poleconym przez rodziców jednego z członków ekipy. Tam rozpętuje się piekiełko, bo jedną z uczestniczek zabawy dopada ‚coś’ i to coś okazuje się zaraźliwe.

Opis jak z „Martwego zła„, ale „Martwe zło” to to nie jest.

Twórcy, kręcący filmy niskobudżetowe mają już na koncie jeden porządnie zlany krwią horror i inne produkcje, nie mniej jednak widać w ich warsztacie brak wprawy i niestety brak pomysłu również.

Jedyną egzotyką jest język filmu, bowiem obraz nakręcono po szwedzku. Cała reszta jest  typowo amerykańska.

Bohaterowie, piękni i młodzi nie sprawili bym szczególnie przejęła się ich okrutnym losem. Jest ich tam niezła banda, więc czasami gubiłam się kto żyje, a kto już nie. Nie to żeby mi szczególnie zależało na tym by ktokolwiek przeżył;)

wither

Początek filmu był nawet obiecujący. Fajna wejściówka przy napisach, dobre wejście starszego pana ze strzelbą. Zejście młodej dziewczyny do ciemnej piwnicy i pierwsze objawy czegoś, co wygląda jak zaraza zombie, a nazywana jest opętaniem, też prezentowały się dobrze.

wither

wither

Niestety później akcja zaczęła gnać na łeb na szyję, bez ładu i składu. Kamera przystawała tylko na moment, żeby przez chwilę wyeksponować flaki wypływające z pozbawionego głowy ciała czy inne tego rodzaju smaczki.

Dialogi o dupę potłuc, już nawet nie chciało mi się słuchać, co bohaterowie mają do powiedzenia. Niech już umrą, przynajmniej będzie ładna ujęcie zmiażdżonej głowy, czy coś w tym stylu.

wither

Ludziom nader rozmiłowanym efektach gore wrażenia wizualne mogą w pewnym stopniu zrekompensować brak pomysł na fabułę. Dla mnie to jednak za mało. Może jakby aktorstwo było nieco znośniejsze, bohaterowie ciekawsi, coś działoby się między jednym atakiem kolegi zombiaka ,a drugim, to może, może… a tak, nie dopatrzyłam się tu nic po za próbą zerżnięcia motywu z „Martwego zła” i maniakalną ekspozycją brutalności. Tym razem kino skandynawskie zawiodło, ale szansę dać musiałam.

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Aktorstwo:4

Walory techniczne:6

Oryginalność:3

To coś:4

48/100

W skali brutalności:6/10

Cassandra

Captive/ Pojmani (2014)

pojmani

Dziesięcioletnia łyżwiarka, Cassandra zostaje uprowadzona w biały dzień z samochodu, który jej ojciec parkuje pod sklepem. Gdy facet wraca z zakupów ze zgrozą odkrywa, że jego blond włosa księżniczka zniknęła. Policjanci specjalizujący się w zaginięciach nieletnich fundują ojcu i matce dziewczynki ostrą jazdę. Przesłuchania, podejrzenia, najokrutniejsze wersje tego, co mogło spotkać małą.

pojmani

W okazałym domostwie w pokoju bez okien trzynastoletnia dziewczynka pod okiem swojego ‚opiekuna’, stróża i jednocześnie przywódcy tak zwanego ‚kręgu’ werbuje kolejne ofiary. Poznane na internetowych czatach dziewczątka, które wkrótce staną się gwiazdami filmów online, w których dorośli mężczyźni będą eksploatować ich małe ciałka wg. uznania swojego i widzów.

pojmani

Policjant próbuje rozwikłać sprawę zaginięcia swojej partnerki. Kobiety, która nie mało już zdziałała w policyjnych kręgach i która mogła być ostatnią nadzieją dla dzieci, które znikają bez śladu. Teraz to ona znikła.

Początkowo trudno się zorientować jak te filmowe plany mają się do siebie. Oświecenie przychodzi jednak szybko, gdy tylko umiejscowimy sobie poszczególne wydarzenia w czasie. Czytałam już recenzje, które od razu wywalają kawę na ławę, ale ja wolę zostawić Wam odrobinę przestrzeni do myślenia. Sama nie lubię, gdy w filmowych opisach z góry zakłada się, że widz jest debilem i nie umie dodać dwa do dwóch.

Najnowszy film Atoma Egoyan’a to thriller w stylu ubiegłorocznego „Labiryntu„. Ostatnio dużo piszę o tym reżyserze, bo ledwie kilka wpisów temu chwaliłam jego „Diabelską przełęcz„, a jeszcze wcześniej „Chloe„. Facet ładnie sobie poczyna i na pewno jeśli zmajstruje coś jeszcze obejrzę jego działo.

Polska premiera kinowa „Pojmanych” zapowiadana jest na koniec listopada. Tymczasem film jest już w sieci, więc jeśli jesteście niecierpliwie, będziecie mogli zapoznać się z nim wcześniej.

Czy wcześniej, czy później, jedno jest pewne: warto. Nie ma tak mrocznego klimatu jak wspomniany „Labirynt”, historia nie jest aż tak pogmatwana, ale porusza zbliżoną tematykę, a przeżycia bohaterów, które prezentuje są niemal odbitą kalką.

W centrum całego zamieszania po za poszukującymi prawdy rodzicami i policjantami znajduje się ‚krąg’. Dorośli mężczyźni gustujący w małych dziewczynka. Pedofile psychopaci, bo choć niektórym z was za pewne ciężko w to uwierzyć nie każdy pedofil dopuszcza się czynów pedofilnych. Nie każdy pedofil to psychopata i nie każdy psychopata to pedofil. Tak w zasadzie nie trzeba być pedofilem żeby dopuszczać się czynów pedofilnych, ale to już temat na inny dział. W każdym bądź razie ‚krąg’ to ci najgorsi z możliwych. Dowiadujemy się sporo na temat ich modus operandi. To jak pozyskują nowe ofiary i do czego są one zmuszane. Co się dzieje z dziewczynką, która ‚traci datę przydatności’. Jak funkcjonują dorosłe ofiary tego procederu. Obraz prania mózgu jest tu zaledwie zaznaczony, ale Egoyan nigdy nie słynął z dosadne brutalności, więc nie oczekiwałam jazdy w stylu „Taśm z Poughkeepsie„.

Mimo braku rzeczonej dosadności film robi wrażenie. Szczególnie sceny z udziałem jego prywatnej dziewczynki. Od lat więzionej. Najlepsze jest to, że złoczyńca nie traktuje jej brutalnie, tak jak można by się spodziewać. Uczy ją śpiewu i gry na fortepianie, zapewnia lektury i możliwość podglądania rodziców przez ukryte kamery. Mówi do niej czule i jest rozczarowany tym, że mała mimo wszytko nie jest szczęśliwa. To chyba jeszcze bardziej daje w psychę niż piwnica w Austrii.

Co się tyczy wydarzeń związanych z rodzicami to… no cóż, tu nie ma zaskoczenia. Wariują z niepokoju, obwiniają się. Jedno się poddaje, a drugie nadal walczy. Postaci policjantów też skonstruowane są w miarę ciekawy sposób.

Technicznie film nie robi takie wrażenie jak „Labirynt”, choć moją uwagę bardzo przykuła muzyka. Zdjęcia przyzwoite, zimowa sceneria służy budowaniu klimatu. Aktorzy dobrzy, choć nie wybitni. Ryan Reynolds w roli ojca, nie pokazał takiej klasy jakiej po nim oczekiwałam, ale jest ok. Dużo lepiej sprawdza się nasza uwięziona nimfa, śpiewająca rzewnym głosem piosnki o ogrodzie, którego nie widziała bagatela z osiem lat.

pojmani

Oczywiście najbardziej przypadł mi do gustu czarny charakter, Jim Calarco który chyba zapatrzył się na postać Quilty’ego z „Lolity”, bo gdy obserwowałam jego manierę cały czas przed oczami miałam dostojnego Franka Langelle, wypadł wręcz wybitnie.

Cóż, jeszcze mogę powiedzieć? Wg. mnie jak do tej pory najlepszy tegoroczny thriller.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

75/100

W skali brutalności:1/10

We krwi

It’s in the Blood (2012)

its in the blood

Młody mężczyzna o imieniu October wraca w rodzinne strony by spotkać się z ojcem.

W opisie filmu wspominali coś o demonach przeszłości i można to traktować bardzo dosłownie, bo wspólna wyprawa do lasu kończy się spotkaniem z czymś co można określić mianem demonów.

Nie zostało to. co prawda dosadnie wyłożone, ale może mieć to związek z tragedią z przeszłości jaka rozegrała się w domu Rusella, Octobera i… Irys.

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o tym filmie, bo było w nim nader sporo elementów zupełnie dla mnie niejasnych. Wcale nie przeszkodziło mi to w jego pozytywnym odbiorze.

its in the blood

its in the blood

Jest to obraz debiutancki, niskobudżetowy.

Bardzo widoczne w nim są spore ambicje twórcy, może nie wszytko udało się w stu procentach, ale wolę już wysoko postawioną poprzeczkę niż pójście na łatwiznę.

Scooter Downey wymyślił sobie film w dużej mierze oparty na retrospekcji. Rodzinna tragedia, która wydarzyła się lata temu nadal siedzi w głowie naszego głównego bohatera.

Bieżące filmowe wydarzenia przeplatane są migawkami wspomnień. Muszę przyznać, że to się najbardziej udało. Wprowadzają one spore zamieszanie, ale budują też nastrój paranoi i zagrożenia. Pojawiają się znienacka i są ciekawie zmontowane. O tym, co się wtedy wydarzyło nie będę wspominać, bo stopniowy wyjaśniająca się kwestia przykuwa uwagę widza. Nie jest to może jakaś zaskakująca, kosmiczna opowieść, ale daje radę.

Drugą sprawą jest bieżąca akcja, czyli wyprawa Octobera i Russela. Padają oni ofiarą jakiegoś dziwacznego zjawiska. Widzą dziwne postaci czające się za drzewem. Podejmują walkę z nimi.

its in the blood

its in the blood

Jedna z finałowych scen może sugerować w jaki sposób można połączyć ten element z przeszłością naszych bohaterów, ale to tylko moja interpretacja. Dla innego widza może to być jedynie zlepek nonsensownych scen.

Nie gwarantuje, że ta opowieść spodoba się każdemu. W wymowie jest oszczędna, bo nie stara się nic tłumaczyć na siłę, ale i forma jest minimalistyczna. Znowuż mamy teatr dwóch aktorów. Dodam, dobrych aktorów. I leśną scenerię. Wszystko to obleczone w ramy nadprzyrodzonego zjawiska, które depcze bohaterom po piętach i sugestywny wątek traumy jaką przeżył October.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

Póki jeszcze serce masz

Heart/ Serce (1999)

serce

Gary Ellis w wyniku przebytego zawału serca nie może funkcjonować jak zdrowy człowiek. Porusza się na wózku, oczekuje na przeszczep serca. Tym czasem jego żona wali go w rogi z aroganckim pisarzem, Alexem.

Pewnego dnia Gary otrzymuje wiadomość, że młody chłopak, który pożegnał się z tym światem może oddać mu swój organ. Operacja kończy się sukcesem a i życie rodzinne Gary’ego powoli wraca do normy. Występują jednak pewne komplikacje. Małżonka bardzo tęskni za niecierpliwym penisem kochanka, a Gary wchodzi w dziwną relację z matką zmarłego dawcy serca.

serce

serce

„Serce” to dość dziwny brytyjski thriller. Okraszony dużo dawką erotyzmu- co byłby przyjemne dla oka, gdyby pieprząca się bohaterka, żona Gary’ego, była choć odrobinę apetyczniejsza – i psycho jazdy z udziałem przedziwnego czworokąta.

Tak na prawdę żaden z filmowych bohaterów nie jest w stanie wzbudzić sympatii widza. Opowieści Marii Anny, matki dawcy, mogą przyprawić o mdłości. Wiecznie zblazowana Tess (żonka) ma przykry pysk i rozbiegane oczka, wciąż wypatrujące fallusa Alexa, jej wątpliwa moralność raczej nie zaskarbi jej fanów. Nasz główny bohater Gary to też nieciekawy przypadek. Wariujący z zazdrości, niepotrafiący dać szansy, ani sobie, ani swojemu małżeństwu. No i pyszałkowaty Alex, ogarnięty zupełnie niezrozumiałą obsesją na punkcie Tess.

Wszystkie filmowe wydarzenia krążą wokół tytułowego serca. Serca, które w założeniu ma być nową szansę, a praktyce jest poważnym problemem. Nie wiem, czy wymową tego filmu miało być to, że nie każdy zasługuje na taką szansę, ale sporo może na to wskazywać.

Fabuła filmu opiera się na retrospekcji. Wszytko zaczyna się jakby od końca. To ciekawy zabieg, bo zastanawiamy się jak mogło dojść do czegoś tak makabrycznego.

Scenarzysta odsłania karty powoli. Napięcie jest mocną stroną tego obrazu. Mimo iż wykreowane postaci nie budzą ciepłych uczuć aktorstwo jest bardzo dobre.

Reżyserem filmu jest znany z wielu topowych seriali Charles McDougall, który maczał paluchy przy „Gotowych na wszystko”, „Seks w wielkim mieście”, czy „Dynastia Tudorów”. Oczywiście estetyka filmu znacznie odbiega od wymienionych tu produkcji nie mniej jednak wspólna jest dbałość o szczegóły, czy zdolność wydobywania ze swoich aktorów emocji.

Na pewno jest to wyróżniający się film, podejmuje trudną tematykę w nie łatwy sposób.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:8

Walory techniczne:6

to coś:7

Oryginalność:7

67/100

W skali brutalności: 2/10