Miesięczne archiwum: Październik 2014

Poe, tak po prostu

Edgara Allan Poe – Wybór opowiadań

poe

Dwa lata temu Świat Książki wypuścił kolejne wydanie opowiadań Poego. Na polskim rynku wydawniczym mamy urodzaj najróżniejszych zbiorów twórczości ‚mrocznego romantyka’, ale tak się składa, że w moje ręce obecnie wpadała akurat ta pozycja.

Od narodzin słynnego amerykańskiego pisarza minęło ponad dwieście lat, a mimo to jego twórczość nie traci na popularności- przynajmniej w kręgach osób zainteresowanych dobrą literaturą;)

Moje pierwsze spotkanie z Poe’m miało miejsce jeszcze w dzieciństwie, kiedy to miałam okazje obejrzeć filmową adaptację jednego z jego najsłynniejszych opowiadań, mianowicie „Grobowiec Ligeji”. Film zrobił na mnie kolosalne wrażenie i chciałbym Wam w tym miejscu skłamać, że jako jaśnie oświecone dziecię zaczęłam czytać Poego w wieku ośmiu lat:) Ale wcale tak nie było. Długo nie zdawałam sobie sprawy z tego. kto jest sprawca moich dziecięcych lęków i na literacką twórczość Poego natrafiłam przez pośrednika, gdzieś w wieku lat trzynastu. Pośrednikiem był inny pisarz, Nabokov mój miły, który z Poego czerpał pełnymi garściami. Śledząc jego pisarskie inspiracje trafiłam na biednego alkoholika z Baltimoore, którego za życia prawie nikt nie traktował poważnie – weźmy choćby politowanie z jakim wyrażał się o nim Dickens.

Poe podobnie jak współczesny król horroru, Stephen King często nazywany duchowym wnukiem Poego, dostarczył filmowcom wielu inspiracji. Opisałam Wam już wiele filmów powstałych w oparciu o jego opowiadania, ale o samych opowiadaniach ani słowa. Teraz jest na to czas.

poe

„Od najwcześniejszych godzin dzieciństwa nie byłem taki jak inni
Nie postrzegałem świata jak inni
Nie potrafiłem zafascynować się rzeczami banalnymi
I z tego źródła wypłynął mój smutek
Nie mogłem pobudzić mojego serca, żeby się dostroiło
A wszystko, co kochałem – kochałem w samotności.”

Zbiór, który wpadł w mojej ręce wygrałam w konkursie u Cat.

Książka kusi piękną, stosownie mroczną okładką z wizerunkiem kruka – stałym rezydentem opowieści Poego. Już kiedyś pisałam o kruku jako strażniku tajemnic w mistyce babilońskiej. Siedem stopni wtajemniczenia i tak dalej. Myślę, że Poe za sprawa swojej twórczości zasłużyłby na tytuł kruka.

Jego twórczość opiera się na mistyce. Większość jego opowiadań to metafizyczne opowieści o naturze śmierci. Poe bardzo bał się umierania. Od momentu śmierci jego ukochanej małżonki myśl o niej prześladowała go nieustannie, dlatego powstało tak wiele opowiadań traktujących o tęsknocie za zmarłą ukochaną, o tym jak trudno pogodzić się ze śmiercią. Tu za przykłady mogą posłużyć trzy pierwsze opowiadania w zbiorze, rzucone na początek, bo chyba z nimi najczęściej kojarzony jest Poe, tj. „Berenika”, „Morella” i „Ligeja”. Kobiety w twórczości Poego zajmują ważne miejsce, często są tytułowymi bohaterkami, katalizatorami nadprzyrodzonych wydarzeń, jakie opisuje pierwszoosobowy narrator. Do kompletu możemy dorzucić jeszcze „Podłużną skrzynie”, czy „Zagładę Domu Usherów”, którego walory jako typowej opowieści gotyckiej są wręcz nie do pobicia. Jeśli chodzi o sam klimat to jest ono moim faworytem.

Podobnie jak Dickens Poe interesował się, bardzo wręcz mesmeryzmem i wiara w hipnotyczne zabiegi również odzwierciedlona jest w wielu jego opowiadaniach. Mnie z historii posiadającej ten wątek najbardziej przypadło do gustu „Prawdziwy przypadek M. Valdemara”, opowieść o umieraniu w mesmerycznym transie. Poe napisał też wiele mniej sfabularyzowanych tekstów o tej tematyce, ale one podobały mi się zdecydowanie mniej. Poego potrafiło ponieść i dla osoby nie wtajemniczonej w te duchowe odjazdy trudno jest nadążyć za jego tokiem rozumowania:).

Poe pisał też opowiadania, które spokojnie można określić mianem kryminalnych, czy też detektywistycznych. W moim zbiorze znalazły się dwa z najsłynniejszych z nich, „Zabójstwo przy rue Morgue” i „Skradziony list” będące częścią tzw. „Trylogii Dupina”, czyli opowiadań o bystrym Dupinie, który dzięki swoim zdolnością analitycznym jest w stanie rozwiązać każdą zagadkę.

W zbiorze znalazł się też mój ulubiony „Wiliam Wilson”. Pisałam wcześniej o jego filmowej adaptacji. To absolutnie fenomenalna historia. Nie typowe opowiadanie grozy osadzone w mrocznym domostwie, z przemykającym duchem zmarłej piękności, lecz historia nosząca znamiona opowieści psychologicznej. Na prawdę mocna rzecz.

Wśród opowiadań nie zabraknie klasyki jak „Serce oskarżycielem”, „Studnia i wahadło”, „Maska czerwonego Moru”, czy „Czarny kot”, zajmujący w moim osobistym rankingu opowiadań Poego miejsce drugie, zaraz za „Wiliamem Wilsonem”. Poe z resztą był wielkim miłośnikiem kotów i często czynił z nich bohaterów w swoich dziełach.

Jeśli chodzi o styl pisarski autora, to cóż, musicie lubić archaiczny język, żeby się w nim rozmiłować. Poe pisze tak, jak autorzy w jego czasach. Używa wielu ozdobników, czyniąc zdania bardziej złożonymi niż jest to niezbędne do przekazania treści. Jego słowa to prawdziwa sztuka, nie środek przekazu.

Cóż mogę Wam powiedzieć na koniec? Czytajcie Poego znajdziecie w nim więcej horroru niż we współczesnych dziełach często nastawionych na tanią groteskę. Poe urodził się, żeby brodzić w tych swoich mrocznych historiach, wiecznie pogrążony w czarnych myślach wydał na świat coś godnego naśladowania.

„Cóż mają począć ludzie, dla których niebo i ziemia to za mało i nie mogą żyć, jeśli nie oczekują innego nieba i innej ziemi? Dla których ich własne życie takie jakim jest pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie mogą pogodzić się z tym, że nigdy nie pojmą czym było naprawdę”.

Moja ocena:10/10

 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Klasyka horroru


Cuda i dziwy

V/H/S- Viral (2014)

vhs viral

Powstanie kolejnej części chodliwej noweli filmowej nawiązującej swym tytułem do niesławnych często nagrań VHS, był tylko kwestią czasu. Jak pisałam w starszych recenzjach nie jestem wielką fanką tego pomysłu. Pierwsza część zawiodła mnie dość mocno, natomiast druga wydała mi się już nieco lepsza. Co do trzeciej, jest chyba najgorsza z dotąd powstałych.

Cały obraz liczący sobie osiemdziesiąt minut składa się z czterech segmentów. Historia scalającą jest nagranie młodego chłopaka, obsesyjnego filmowca amatora, któremu marzy się wielka sława w sieci, bycie częścią czegoś większego. Pewnego wieczoru w jego mieście rozpocznie się pościg za szaleńcem w furgonetce. Chłopak koniecznie chce nagrać całe zajście i w tym celu wyłania się na ulicę miasta. W momencie, gdy jest skupiony na łapaniu idealnego kadru pędzącego wozu jego dziewczyna zostaje uprowadzona, przez rzeczonego kierowcę furgonetki.

vhs viral

Ten główny segment będzie starał się łączyć wszystkie pozostałe opowieści grozy, których tu uświadczymy. Oceniam go na 4/10

Pierwszą z nich jest historia magicznego płaszcza, tak, magicznego płaszcza, który daje swojemu posiadaczowi czarodziejska moc. Tym szczęśliwcem jest iluzjonista Dante, który za sprawą tegoż magicznego rekwizytu robi zawrotną karierę.

vhs viral

Niestety płaszcz nie daje nic za darmo, właściciel musi składać mu ofiary z ludzi. Historia raczej słaba, już z samego pomysłu, dziecinnego i naiwnego, nacechowanego wtórnością i skupiająca się na wrażeniach wizualnych, czyli po prostu efekciarstwie.Oceniam go na 4/10

Kolejny filmowy segment to dzieło Hiszpana. W zasadzie jedyny z filmików który się  wyróżnia. Rzecz jest o mężczyźnie, który próbuje skontaktować się ze światem równoległym. Konstruuje drzwi między światami i spotyka alternatywnego siebie. Bohaterzy zamieniają się miejscami na krótkie piętnaście minut, ale to wystarczy, by nasz protagonista dowiedział się zbyt wiele o mieszkańca świata równoległego.

vhs viral

Ten segment oglądałam bez tłumaczenia, w języku oryginalnym, tj. hiszpańskim, więc mam nadzieję, że dobrze zrozumiałam fabułę. Jestem skłonna dać mu 6/10

Trzecia z historii jest totalnie, tragicznie wręcz, niedorzeczna… Grupa skejterów z Kalifornii udaje się do Tijuany by tam nakręcić filmik ze swoimi popisami. Spotykają tam… coś. Kilku ‚cośów’, którzy wyglądają jak lekko przegnili szamani voodoo.

vhs viral

Owi dziwni ‚cośiowie’ atakują protagonistów i w zasadzie na tym koniec. Oczywiście do pojawienia się tych antybohaterów doprowadza seria niefortunnych zdarzeń będących udziałem skejterów.Oceniam na 2/10

W między czasie pojawiają się jeszcze dwa króciutkie filmiki, ale nie bardzo wiem, czy uznać je jako osobne segmenty, czy jako część głównej historii dotyczącej naszego chłopaczka, któremu uprowadzono dziewczynę.

Jeden dotyczy masakry na grilku, drugi to historia dziewczyny, której seks nagranie trafiło do sieci za sprawą ex chłopaka i faceta, który zajmuje się wrzucaniem do sieci takich amatorskich nagrań o seksualnym charakterze.

Wszystko w „VHS Viral” w zasadzie kręci się wokół internetowej sławy, jaką może dać zaistnienie na Youtube. Nasz główny bohater marzy o nagraniu czegoś co przyciągnie widzów, pościg policyjny? Czemu by nie.

Bohater segmentu o płaszczu Dante, również głodny jest sławy, nagrywa wszystkie swoje popisy włącznie z tymi, gdzie dokonuje zbrodni.

Nie wiem jakie zamiary miał koleś od ‚alternatywnej rzeczywistości’, ale również i on kręcił swoją wycieczkę do innego świata.

Co do chłopców skejterów to ich zamiar popisania się na filmiku wrzuconym do sieci jest czytelny od samego początku.

Finał z udziałem naszego ‚przewodnika’ po segmentach ostatecznie potwierdza, że wszystkim chodziło o to samo. O nakręcenie filmu, na punkcie którego oszaleją widzowie Youtube’a.

Czy w związku z tym, widzowie horrorów oszaleją na punkcie nowej części „V/H/S”? Nie sądzę, nie przypuszczam, by przy tak miernym poziomie poszczególnych nowel i pomimo ambicjonalnej próby sklecenia przesłania, mówiącego o negatywnych skutkach internetowej sławy możliwe było wzbudzenie większego zainteresowania. Niestety nic z tego nie będzie.

Moja ocena: (Jako całość) 4/10

Raj wilków

Wolf town (2010)

wolf town

Student Kyle postanawia zorganizować wycieczkę dla siebie, kumpla i wymarzonej dziewczyny z roku, Jess, którą planuje wyrwać na łonie natury w historycznym już miejscu, opuszczonym miasteczku Raj. Plany się nieco pokrzyżują, bo zawrotne tempo uwodzenia, jakie rozwinął Kyle pozwoliło jego wyśnionej znaleźć sobie innego faceta, którego nie omieszka zabrać ze sobą na wyprawę.

wolf town

Tej dziwnej grupie przydarzy się nieciekawa przygoda. Wygląda na to, że osadnicy, którzy wiele lat temu opuścili urodzajne w złoto tereny mieli ku temu poważne powody, bowiem Raj nie był wcale rajem. W okolicy od dawien dawna grasuje przebiegła wataha wilków, które zaciekle walczą z przybyszami. Teraz zaatakują Kyle’a i jego kompanów.

wolf town

Miałam rozterkę czy w ogóle pisać o tym filmie. Trochę się rozeźliłam, bo w ciągu dwóch dni trafiłam na dwa tęgie filmowe gnioty. Pierwszym była tegoroczna produkcja „The Appearing”, teraz kolejne filmowe nieszczęście „Wolf Town”, czyli opowieść o złośliwych wilkach.

Filmy z podgatunku animal attack, zawsze są w pewnym stopniu naciągane. Twórcy obdarzają swoich zwierzęcych antagonistów typowo ludzkimi cechami nie bacząc na ich rzeczywiste zachowania osobnicze. Czasami bywa tak, że dany drapieżnik w przedstawionej historii zachowuje się zupełnie nie zgodnie ze swoją naturą. Wilki są tu częstymi antybohaterami i nader często wypaczane są ich portrety. Mimo tego, jeśli film jest dobry jestem wstanie przymknąć na to oko i mimo takich potknięć bardzo podobał mi się obraz „Przetrwanie”, czy „Frozen„. Niestety w przypadku „Wolf Town” na totalny brak wiedzy i chęci odzwierciedlenia wilczych zachowań nałożyła się tragiczna realizacja i kompletny brak pomysłu na fabułę.

wolf town

Nasi bohaterzy pozytywni trafiają do miasta, które niegdyś zostało zdziesiątkowane przez wilczą watahę. Teraz nikt już się tam nie kręci, mimo niewątpliwych walorów turystycznych, czy historycznych, jakie posiada westernowe miasteczko założone przez poszukiwaczy złota. Zdaje się, że tylko nasi bystrzy studenci wiedzą o jego istnieniu.

Charakterystyki bohaterów są stosownie płaskie i nieciekawe. Mięśniak Rob tj. chłopak Jess, wesoła ślicznotka – Jess, pierdołowaty Kyle o uroku prawiczka i jego kumpel doradca w sprawach sercowych, Ben. Wszyscy oni eliminowani są w sposób sukcesywny i nastręczający wielu wątpliwości względem logiki scenariusza.  Szczerze, to współczułam tym wilkom, którym przyszło spotkać się z tak zidiociałymi ludźmi. Musiało ich to wprawić w niemałą konsternacje.

A wilczki, cóż ładne, rzadko szczerzyły kły, raczej biegały z podkulonymi ogonami, ale i tak w kolejnej scenie widzieliśmy jak gonią do ataku. Samych scen, w których widzielibyśmy szarpaninę z wilkiem nie było. Widać zwierzęcy aktorzy nie byli w tym kierunku tresowani, toteż nie bardzo można było cokolwiek pokazać.

wolf town

Tak więc pozostało nam obserwowanie wesołych kajtków, które to mają stanowić zagrożenie dla protagonistów. Wypadało to bardzo słabo.

Niedostatki możliwości w podkręceniu napięcia łatano durnowatymi, ckliwymi i przyprawiającymi o mdłości rozmówkami pomiędzy naszymi ofiarami. Miłosne wyznania, deklaracje przyjaźni,przebaczenia etc. Cały wachlarz z trudem wykrzesanych przez miernych aktorów emocji.

Cóż, film głupi i skrajnie niedorobiony.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:4

Klimat:4

Napięcie:2

Zabawa:2

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Zaskoczenie:3

Oryginalność:4

To coś:2

32/100

W skali brutalności:1/10

Dziewczyna z lampą

La casa muda/ Cichy dom (2010)

la casa muda

Laura i jej ojciec Wilson mają pracować przy remoncie domu wuja Nestora, położonego w małej Urugwajskiej wiosce na skraju lasu. Przybywają tam tuż przed zmrokiem i dopiero nazajutrz mają rozpocząć pracę.

Nie dane im będzie w spokoju przeżyć nocy, bo niepokojące odgłosy wydobywające się z głębi domu nie dadzą Laurze spokoju. Dziewczyna zbudzi ojca i przekona go by sprawdził, co się dzieje. Tatuś nie powróci żywy z tych zwiadów.

la casa muda

Wielokrotnie, między wierszami innych wpisów wspominałam o tej produkcji. Zachwalałam jej klimat i ciekawy sposób realizacji.

Horrory rodem z dalekiej Ameryki Południowej nie docierają do nas zbyt często. W zasadzie, „La Casa Muda” był pierwszym straszakiem z tamtego rejonu, który miałam okazję obejrzeć.

Swoją popularność niewątpliwie zawdzięcza nominacji do Oscara, która to sprawiła, że zainteresowało się nim wiele osób. Rok po premierze filmu amerykanie zmajstrowali swój remake – co było do przewidzenia. Anglojęzyczny film miał bardziej klarowną historię, ale sporo tracił na tym klimat, o czym pisałam w jego recenzji.

Wracając do oryginału to mimo niewątpliwego wyróżnienia jakie zafundowała mu akademia nie jest to film budzący bezbrzeżny zachwyt u widzów. Jest na to zbyt pasywny, zbyt minimalistyczny, zbyt oniryczny, zbyt niejasny, by porywać tłumy.

Cała fabuła skupia się na powolnych przejazdach kamery po ciemnym domu. Laura, tuż po tym, jak z powodu śmierci ojca zostaje sama na placu boju, próbuje odnaleźć niewidzialnego sprawce zbrodni.

Krąży więc z lampą po kolejnych zakurzonych pokojach i powoli odkrywa mroczną tajemnicę domu. Tu mamy bardzo ciekawy zwrot akcji. Nie towarzysza mu fanfary, więc nieuważny widz, którego uśpiła pierwsza połowa ‚krajoznawcza’ może go po prostu nie zauważyć:) To jest najlepsze w tym filmie. Nikt nie będzie nam wskazywał palcem, w którą stronę spojrzeć, mamy być taka samo zdezorientowani, jak nasz bohaterka.

la casa muda

Przemykające cienie dorosłego mężczyzny i małej dziewczynki to jedyne wskazówki do momentu feralnego znaleziska na pietrze.

Ciemność rozświetla światło lampy, którą dzierży Laura i światło flesza znalezionego polaroida, to jedyne momenty, gdy mamy szansę zobaczyć cokolwiek. Bywają chwile, gdy nie widzimy zupełnie nic i tylko krzyk przerażonej Laury wskazuje na to, że coś złego się dzieje.

la casa muda

Mamy tu w zasadzie trzech bohaterów: Laurę, Wilsona i Nestora, który pojawia się ponownie pod koniec filmu. Paradoksalnie nie zachodzą między nimi żadne interakcje, ale ten trójkąt jest kluczowy dla rozwiązania zagadki. Gdy już wiemy, o co w tym wszystkim chodzi, możemy nadal odczuwać niedosyt. Prawda jest taka, że historia jest dość złożona, wiele rzeczy nie jest do końca jasne. Warto obejrzeć film od początku do końca, włączając w to napisy końcowe.

la casa muda

Legenda głosi, że film został zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce w latach ’40. Zagadka zbrodni nie została nigdy wyjaśniona, nie zapadł żaden wyrok,więc ciężko tu o twarde dowody na poparcie wizji reżysera.

Jeśli miałabym porównać ten obraz z jakąkolwiek inną produkcją to chyba postawiłabym na koreańską „Opowieść o dwóch siostrach”.

Moja ocena:

Straszność:8

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

To coś:7

Oryginalność:7

72/100

W skali brutalności:2/10

Na paranoje najlepszy jest pogrzeb

Buried Alive (1990)

pogrzebani żywcem

Młoda nauczycielka biologi zafascynowana psychoterapeutycznymi teoriami charyzmatycznego doktora podejmuje pracę w jego placówce.

‚Ravenscroft’ był niegdyś klasycznym szpitalem psychiatrycznym, teraz bardziej przypomina ośrodek socjoterapeutyczny, w którym panuje dość duża swoboda. Mieszkają w nim dziewczęta z problemami, które rozwiązać mają przełomowe techniki terapii wymyślone przez dyrektora placówki i psychiatrę, Gary’ego.

Po przybyciu na miejsce młoda nauczycielka zauważa nieprzyjemną atmosferę, jaka panuje między pacjentkami, sama zaś doświadcza dziwnych halucynacji, w których widzi falujące ściany, zza których ktoś próbuje się wydostać, do tego dochodzą omamy słuchowe. Janet zaczyna wierzyć, że ktoś został pochowany żywcem na terenie placówki.

pogrzebani żywcem

„Pogrzebanie żywcem to bez wątpienia najstraszliwsza z owych katuszy jaka kiedykolwiek przytrafiła się zwykłemu śmiertelnikowi.”

Jest to cytat z opowiadania Poego „Przedwczesny pogrzeb”. Mniemam, że to właśnie to opowiadanie zainspirowało twórców filmu „Pogrzebani żywcem”.

Z not o filmie dowiadujemy się, że był on inspirowany jednym z opowiadań Poego. Nie znalazłam informacji o jakie opowiadanie może chodzić, więc obstawiam, że jest to właśnie „Przedwczesny pogrzeb”.

Jeśli tak jest faktycznie to film podszedł do literackiej inspiracji bardzo swobodnie, bo wspólny jest tylko motyw pochówku za życia, cała reszta to zupełnie inna historia. Oczywiście może być też tak, że chodzi o zupełnie inny tekst, którego nie miałam okazji przeczytać. Poe słynął ze swojego lęku przed pochowaniem go za życia, więc znajdziemy ten motyw jeszcze w kilku odsłonach w jego twórczości.

„Pogrzebani żywcem” to jeden z typowych, można powiedzieć, straszaków z lat ’80 i ’90. Nie jest to slasher, ale środki wyrazu są typowe dla kina klasy B: Słabe aktorstwo- wyłączając starą gwardię – tanie efekty, przewidywalna fabuła, sporo naiwności.

Film ogląda się miło, bo doza słabszych przymiotów utrzymuje się przed granicą gniotu. Wszytko, co uznamy za wady filmu jest specyficzną cechą tego rodzaju filmów i tu jest do zaakceptowania.

Całe filmowe napięcie zogniskowane jest wokół tajemnicy placówki. Nie posiada ona typowego dla filmowych szpitali psychiatrycznych klimatu, jest współczesna i nie zobaczymy tu narzędzi tortur z ubiegłego wieku stosowanych na opornych pacjentach w starych szpitalach.

Po terenie kręcą się młode dziunie poubierane jak panie przydrożne, wyszczekane jak wiejskie burki. Dziewczęta mimo panującej w ośrodku swobody marzą tylko o tym by stamtąd nawiać, więc gdy kolejne dziewczyny zaczynają znikać pod osłoną nocy, personel tj. dyrektor główny- terapeuta, nauczycielka i obżerający się żelkami psycholog przyjmują wersję ucieczki.

pogrzebani żywcem

Gdyby nie nadnaturalny instynkt Janet, to przekonanie trwałoby dalej, ale młoda nauczycielka zaczyna podejrzewać, że w placówce dzieje się coś złego.

Adorujący ją Gary nieco usypia jej czujność, ale nie na długo. Prędzej, czy później brzydkie sekreciki personelu szpitalnego wyjdą na jaw.

pogrzebani żywcem

Tu nie będzie wielkich niespodzianek, nie oszukujmy się, to nie jest tego kalibru kino. Przez cały seans musimy przymykać oczy na durność dialogów i toporność całej intrygi. Finałowe sceny mogą rozbawić, a przynajmniej wywołać cichy drwiący chichot. Grunt, że jest zabawa:)

 Jest to film skierowany do fanów kina z końca XX wieku, klimat VHS’owy, o lekkim zabarwieniu komediowym.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

Babcia

Mercy (2014)

mercy

Mały George jest bardzo związany ze swoją babcią, Mercy. Sielankę wypełnioną miłością, przywiązaniem i nauką przerywa choroba staruszki, która sprawia, że staje się ona niebezpieczna dla otoczenia. Boleśnie atakuje, między innymi, starszego brata George’a, co sprawia, że cała rodzina odsuwa się od krewnej. Praktycznie wszyscy po za George’m trwają przy niej tylko z poczucia obowiązku.

mercy

Po pobycie w szpitalu babcia zostaje odesłana z powrotem na łono rodziny. George dzięki rozmowom z krewnymi powoli odkrywa tajemnice, mroczne tajemnice, jakie skrywała ukochana babcia.

Universal długo rozwodził się nad swoimi planami adaptacji jednego z opowiadań Stephena Kinga. Opowiadanie „Babcia” pochodzi z tego samego zbioru co „Mgła” tj. „Szkieletowa załoga”. Teraz film nieoczekiwanie wyłonił się z czeluści internetu, o polskiej premierze nic mi nie wiadomo.

„Szkieletową załogę”, książkę niezwykle opasłą, czytałam jeszcze w gimnazjum i nie byłam nią zachwycona. Poziom King’owskich opowiadań w poszczególnych zbiorach jest zawsze tak zróżnicowany, że ciężko którykolwiek z nich ocenić, jako jednoznacznie zły ,lub dobry. Nie szczególnie pamiętam „Babcie”, ale „Mgły” też nie pamiętałam, co więcej byłam przekonana, że nigdy jej nie czytałam 🙂

„Mercy” jest dość typowym dla King’owskiego repertuaru tworem. Mamy tutaj klasyczną wieloznaczność, wahanie między dramatem, a horrorem.

Za reżyserię odpowiada twórca Udręczonych”, zaś scenariusz to dzieło człowieka odpowiedzialnego za 1408″.

Film można interpretować zarówno jako opowieść o tym, jak choroba bliskiej osoby zmienia relacje w rodzinie, ale też jako klasyczny straszak, gdzie źródło wszelkiego zła tkwi w sile paranormalnej.

mercy

Ja osobiście bardziej skupiałam się tu na wątkach przyziemnych.

Historie Mercy, która ponad wszytko pragnęła mieć dzieci i pragnienie to bardzo ją zmieniło, interpretowałam jako wewnętrzny konflikt osoby, która dając z siebie wszytko nie zostaje na to nagrodzona łaską, w tym przypadku łaską macierzyństwa. Odwraca się więc od wiary i od ludzi i stając się przeciwieństwem samej siebie paradoksalnie osiąga to, co powinno być nagrodą dla tych dobrych i uczciwych.

mercy

Na drugim biegunie tej historii mamy motyw, czy jaka wiem… paktu? Czarnoksięstwa, lokalnego zabobonu. Niektóre z filmowych scen spokojnie mogą przekonać widza do tej wersji wydarzeń, ale raczej nie nazwałabym tego obrazu pełnokrwistym horrorem. W tej roli wypada zdecydowanie gorzej, choć nie brakuje tu typowych horror’owych elementów. Dla mnie były one jednak uzupełnieniem, elementem wniesionym przez dziecięcego bohatera.

mercy

Jeśli idzie o walory techniczne filmu, to nie bardzo mogę się nad nimi rozwodzić, bo nic szczególnie nie rzuciło mi się w oczy. Wszytko było bardzo poprawne. Wyróżnić mogę co prawda aktorstwo, szczególnie odtwórczyni tytułowej roli, która mimo swoich blisko osiemdziesięciu lat nadal gra ,pracuje i bardzo dobrze jej to wychodzi.

Generalnie film polecam chociażby dla samej historii.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:7

To coś: 6

62/100

W skali brutalności:1/10

Dam ci nową twarz

Les Yeux sans visage/ Oczy bez twarzy (1960)

oczy bez twarzy

W tragicznym wypadku samochodowym córka znanego i cenionego chirurga zostaje, jak wszyscy sądzą, nieodwracalnie oszpecona. Nie potrafi znieść widoku swojej twarzy, nie chce nosić maski, którą dał jej ojciec. Zdesperowany lekarz zrobi wszytko by pomóc ukochanej jedynaczce.

oczy bez twarzy

Po seansie z „Les diaboliqes” postanowiłam bliżej przyjrzeć się francuskiemu kinu grozy z ubiegłego wieku. Tak trafiłam na „Oczy bez twarzy” w reżyserii Georgesa Franju, horror nakręcony na podstawie powieści Jean Redon. Książki nie znam i nie wiem, czy nawet jest szansa na przeczytanie jej w języku polskim.

„Oczy bez twarzy” powstały w pięć lat po premierze „Les Diaboliqes” i w porównaniu z owym filmem ten obraz pozbawiony jest zawiłych intryg w stylu Hitchcocka.

Fabuła jest prosta. Traktuje o poczynaniach ogarniętego szaleństwem lekarza, który posuwa się do rzeźnickich praktyk by pomóc córce w odzyskaniu… twarzy.

W tym celu pozoruje jej śmierć i w całkowitej izolacji i tajemnicy poddaje ją eksperymentalnym, w owych czasach, przeszczepom skóry. Pragnie by Christiane znów powalała urodą. Nie jest to proste, ktoś musi ponieść ofiarę na rzecz cudu jakiego pragnie dokonać doktor Genessier.

Ofiarami padają zwierzęta i ludzie. Tu dużą rolę odgrywa postać lojalnej pomocnicy lekarza, która zwabia młodą i urodziwą Szwajcarkę do posiadłości doktora by ten mógł żywcem odrzeć ją ze skóry.

oczy bez twarzy

Tu może się wydawać, że widz będzie miał do czynienia z wyjątkowo brutalnymi scenami, ale paradoksalnie tak nie jest. Mimo iż jesteśmy świadkami chirurgicznych zabiegów, widzimy przebieg operacji od początku do końca, nie bije z tych scen bezrozumna brutalność współczesnego francuskiego kina torture porn.

Krytycy dostrzegli w tym filmie niespotykaną elegancję i takt w pokazywaniu tego, co i tak zbulwersuje widza. Jak najbardziej podzielam to zdanie, bo wspomniana elegancja przystaje do tego, co widzimy na ekranie. Dużą zasługą jest tu na pewno kolorystyka zdjęć, ściślej mówiąc jej brak, bo film jest czarno-biały, a takie zdjęcia zawsze wydają mi bardziej… powabne:)

Kamera prowadzona jest bardzo powoli i precyzyjnie, mamy tu wiele statycznych ujęć, zbliżeń na twarze naszych bohaterów.

Wszystkie wydarzenia owiane są jakąś oniryczną mgiełką, bohaterzy nie mówią zbyt wiele, a mimo to grają wyśmienicie i widzimy w nich emocje, rozgoryczenie, rozpacz, nadzieję. Bardzo głęboko wikłamy się w wewnętrzne rozterki i odczucia.

oczy bez twarzy

Tu szczególny popis daje nasza nieszczęsna Christiane, która finalnie bardzo zaskakuje. Nie da się jej nie współczuć.

Inaczej sprawa ma się z doktorem, który mimo iż zaręcza, że kieruje się dobrem córki, sprawia wrażenie typowego szalonego naukowca, któremu przede wszystkim zależy na zawodowym sukcesie. Jest bezwzględny w swoich decyzjach.

oczy bez twarzy

Podobnie nieprzyjaznym okiem spojrzymy na jego asystentkę.

Mimo iż historia ta aż kipi od emocji fabuła prowadzona jest w bardzo stonowany sposób, powściągliwości kamery towarzyszy spokojna muzyka filmowa.

Jednym słowem, kawał dobrego kina. Polecam, a jakże.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:10

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

74/100

W skali brutalności:2/10

Kto jest głodny?

Hunger/ Głód (2009)

hunger

Pięcioro ludzi, dwie kobiety i trzech facetów, budzi się… No właśnie, gdzie? Dokoła panuje całkowita ciemność i nim bohaterom uda się zobaczyć ‚światło w tunelu’ ich lęk zdąży sięgnąć zenitu.

Gdy wreszcie pojawi się upragnione światło grupa ludzi odkryje, że znajdują się w w czymś na kształt bunkra, podziemnym lochu, z którego w żaden sposób nie można się wydostać.

Do dyspozycji naszych bohaterów jest więc mocno ograniczona przestrzeń, sztuczne światło, trzy beczki wody, blaszane kubki… i skalpel :).

Wkrótce protagoniści domyślą się, że ktoś, zaaranżował w najdrobniejszych szczegółach ich porwanie. Widz wie, że ów jegomość przypatruje się poczynaniom swoich ofiar.

Wraz z bohaterami zastanawiamy się nad celem uprowadzenia i obserwujemy ich walkę o przetrwanie, co jak szybko się okaże, nie jest proste.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz przysiadłam do tego filmu, a było to dawno, szybko zrezygnowałam z seansu. Odstręczył mnie od niego wtórny wątek przewodni, czyli sprawdzenie granic humanizmu na ludziach pozostawionych w izolacji i filmowe zdjęcia. Ze zdjęciami można się oswoić. W zasadzie nie chodzi mi tu o ich jakość, czy sposób prowadzenia kamery, bardziej przeszkadzało mi oświetlenie planu. Drażnią mnie filmy, których ‚nie widać’. Teraz postanowiłam przewalczyć niechęć i w sumie mogę uznać, że nie było źle:)

Niskobudżetowy thriller ma swój urok. Aktorstwo jest nawet poprawne, a historia choć wtórna zaczyna wciągać, jeśli poświęcimy jej stosowną uwagę.

Z czasem panujący wokół mrok zaczyna działać na plus i fajnie buduje klimat. Dominuje tu klaustrofobiczny nastrój nieustannego zaszczucia. ‚Wielki brat patrzy’ i nie daje naszym bohaterom żadnych wskazówek. Zarówno oni jak i widz domyśla się, że nie chodzi tu o wysmakowane tortury, bo nie następuje tu żadna ingerencja z zewnątrz. Na podstawie ilości wody jaką fundnął protagonistom oprawca domniemamy, że zabawa potrwa dłużej. Ile? Tu podpowiedz rzuca nam filmowy wstęp.

hunger

Wszystkie rozgrywające się tu wydarzenia opierają się na budowaniu relacji pomiędzy zamkniętymi w lochu ludźmi. Mamy tu szeroki wachlarz osobowości. Altruiści, ofiary, manipulanci, osoby reprezentujące różne klasy społeczne z różnym bagażem doświadczeń.

Jak wskazuje tytuł filmu to właśnie głód będzie największym wrogiem naszych protagonistów. Gdy zacznie poważnie doskwierać rozpocznie się prawdziwy survival. Pojawiają się mocno wątpliwe moralnie pomysły, które, jak zapewne domyślacie się, prędzej, czy później zostaną wcielone w życie.

hunger

Tu się robi ciekawie, choć… typowo. Ludzkie zachowania w sytuacji zagrożenia życia  ograniczają się do kilku typów postaw i będziemy mieli do czynienia właśnie z nimi. Tu nie ma niespodzianek, ale sytuacje kryzysowe, jeśli przedstawione są w miarę wiarygodny sposób zawsze, albo prawie zawsze robią na widzu pewne wrażenie. W przypadku „Głodu” udało się ten efekt osiągnąć. Byłam nieco wytrącona z równowagi, nieco zniesmaczona, wszytko niestety tylko nieco.

Niektóre thrillery podejmujący tego typu kontrowersyjne tematy oddziałują na mnie zdecydowanie bardziej. Przykładem może być tu „The Divide”, który przytłoczył mnie wszechogarniającym brudem, syfem – po prostu. Mimo iż reżyser „Głodu” wykorzystuje bliźniacze motywy nie ma tu mowy o powtórzeniu sukcesu. Nie poczułam się głodna, a na to liczyłam 😉

Jeśli chodzi o użyte tu bajery, to efekty żadne i dobrze, bo przy niskim budżecie prawdopodobnie nie wynikłoby z tego nic dobrego.

Jeśli idzie o filmowe zdjęcia to mamy tu ujęcia kręcone klasycznie i urywki z kamery naszego oprawcy.

Jako, że mamy tu do czynienia z rekwizytem jednoznacznie wskazującym na rychłe użycie przemocy nie obejdzie się bez krwi, a więc i bez efektu gore. Tu fani flaków powinni być usatysfakcjonowani, choć z uwagi na niewielki budżet filmu nie wyglądają one tak, jak niektórzy mogli by oczekiwać. Dla mnie było ok, w końcu nie chodziło tu wyłącznie o wrażenia wizualne.

Chodziło przede wszystkim o kłębiące się w głowach protagonistów dylematy, o obserwowanie tego jak przekraczane są kolejne granice.

Ważna jest też postać samego mordercy i tu mogę zdradzić Wam, że niespodzianek nie będzie. A więcej na ten temat w spoilerze.

SPOILER: Znowu mamy pana, który sam niegdyś przekroczył granicę nieprzekraczalną w normalnych warunkach. Teraz chce sobie udowodnić, że każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo. Dlatego raz za razem zamyka ludzi w lochu i utwierdza się w przekonaniu, że każdy człowiek mając do wyboru pożarcie współtowarzysza, lub śmierć głodową wybierze pierwszą opcję.KONIEC SPOILERA.

hunger

Jakoś szczególnie nie będę Was zachęcać do seansu, bo nie jest to obraz w żaden sposób przełomowy, nowatorski, czy robiący kolosalne wrażenie na tle swoich krewniaków. Spokojnie można go sobie obejrzeć, ale bez wygórowanych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:3

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:7

59/100

W skali brutalności:4/10

Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia

Na krawędzi – Krzysztof Numpsa

na krawedzi

Sięgnęłam po tę książkę z przekory. Miałam okazję czytać o niej bardzo niepochlebne opinie, jedna nawet wytykała autorowi chorobę psychiczną i poddawała w wątpliwość cel publikacji. Wobec takich zarzutów nie mogłam przejść obojętnie, bo autorka opinii zarzekała się, że nawet „Mein Kampf” jej tak nie oburzył.

Nie wiem, „Mein Kampf” nie czytałam, a debiutancka książka Krzysztofa Numpsa bardzo mi się spodobała.

„Na krawędzi” to historia czterdziestoletniego imigranta, który próbuje układać swoje życie na zielonej wyspie. Idzie mu to nijak. Znajduje się na życiowym zakręcie, zwisa nad krawędzią.

Dzięki barwnym opisom autora wyrabiamy sobie przekonanie, że tego człowieka nie czeka nic dobrego. Ba, on sam potwierdza tę myśl na każdym kroku wyrzucając z siebie niezliczone pokłady rozczarowania światem. Nienawidzi wszystkiego i wszystkich. Bez mrugnięcia okiem ocenia życie innych ludzi przy jednorazowym kontakcie i toczy piane z ust przekonany o tym, że każdemu, ale to każdemu wiedzie się lepiej od niego. Wierzy, że jest z góry skazany na przegraną. Oczywiście uważa to za niesprawiedliwe, ale czy faktycznie tak jest? Czy nasz bohater nie pakuje się w szambo na własne życzenie?

irlandia

Damian pije. Nie jest imprezowym lwem. Zalewa się w samotności, lub w towarzystwie żony, która dla dobra małżeńskiej komunikacji upija się razem z nim. Jego zachowanie nosi wszelkie cechy choroby alkoholowej. Pojawiają się paranoiczne rojenia, dolegliwości fizyczne i przekonanie, że szklaneczka whisky w mig ukoi wszelkie bolączki.

Paranoiczne rojenia, przy nich warto się zatrzymać, bo nie wątpliwie stanowią ozdobę tej książki. To za pewne za ich sprawą w mniej elastycznych czytelnikach rozbudziła przekonanie, że autor zdrów na umyśle nie jest.

Mnie szalenie się one podobały. Wyrażały, wydobywały na światło dziennie wszytko to, co najgorsze w naszym bohaterze. Bez pardonu, bez cackania się. Były siłą tej postaci.

Barwne opisy Damianowych mniemań na temat tego, jak funkcjonuje świat i jak należałoby się z nim rozprawić. Może i ja zaraz zostanę uznana za chorą, ale, kurczę, bliska jest mi filozofia gloryfikująca zagładę ludzkości. Miliony ludzi na całym świecie zasługują na bombę atomową, wirusa eboli, czy wybuch wulkanu, które to wymierzą sprawiedliwość za tych, którzy sami nie mogli tego zrobić.

Może Damianowi brakuje trochę zdroworozsądkowego podejścia, ale przepełniająca go frustracja i choroba alkoholowa pogłębia po prostu to, co każdy logicznie myślący człowiek i tak widzi. Chyba, że widzieć nie chce. Takich Damian nienawidzi najbardziej.

„Może depresja nie była żadną choroba tylko świadomością celu, do którego zmierza ten świat?”

Wiele poruszanych przez autora kwestii unaocznia to, na co większość ludzi zamyka oczy, bo inaczej nie potrafiliby normalnie funkcjonować. Problem jego bohatera polega na tym, że oczu przymknąć nie chce, choć ostatecznie znajduje inne, chyba najlepsze rozwiązanie. Zamiast oczy zamykać i udawać, że gówna nie ma, skieruje je w innym kierunku, tam gdzie trawa jest zielona, gównem nie uwalana. Zobaczyć jasną stronę rzeczy, tylko to może uratować człowieka, którego percepcja nie pozwala na wybiórczą ślepotę.

Po za filozoficznymi, dość kontrowersyjnymi w swym wydźwięku, elementami, oraz paranoicznymi wizjami tego, jak rozprawić się ze złem, uświadczymy w powieści czegoś za co miliony kur domowych pokochały „Pięćdziesiąt twarzy Graya”. Porno. Bo erotyka w odniesieniu do powieści „Na krawędzi” raczej nie pasuje. Porno, to dobre słowo. Damian rozmiłowany jest w seksie, na tyle, że nieustannie czytamy opisy jego wyczynów. Tych z młodości i tych z dorosłości, a także tych, które sobie tylko wymyślił. Tu wrażliwe serca nieświadomych męskiego punktu widzenia niewiast musiały zadrżeć:) Może nawet nie jest to typowo męski punkt widzenia, bo nie można odebrać kobietom prawa do seksualnego rozpasania i swobody w tej dziedzinie, która w świecie Damiana ociera się właśnie o pornografię. Tak czy inaczej, gro czytelników będzie zszokowane. Na szczęście seksuologa trudno zszokować to też podeszłam do tych opisów z zainteresowaniem. Bez oceniania. A trzeba przyznać autorowi, że o ‚tych sprawach’ umie pisać równie dobrze jak i o egzystencjalnych rozterkach. No, wiem, wulgarnie, no wiem bez ckliwego romantyzmu, ale kurczę to bardzo naturalistyczne podejście jest już chyba zdrowsze nich żegnanie się krzyżem na widok stojącego penisa.

Umie opowiadać tak, żeby nie nudzić, więc to już jest dokonanie. Nie miałam wrażenia, że autor chce szokować na siłę, jego przekaz wydawał mi się przede wszystkim dobitnie szczery. Trochę taka spowiedź trochę sesja terapeutyczna. Bez ozdobników, bez głaskania. Lubię coś takiego.

Książka reklamowana  było jako ‚świat oczami psychopaty’. Pozwolę się nie zgodzić. Damian żadnym psychopatą nie jest. Psychopata nie łapie wkurwu na widok relacji z masowego mordowania delfinów, bo jest mu z tego powodu bardzo wszytko jedno. Nie jest zdolny do poświęcenia dla drugiej osoby, ani nawet do refleksji nad samym sobą. To wszystko wymaga empatii a tego psychopaci nie mają.

Ogólnie nie mam żadnych zarzutów wobec powieści. Jest króciutka, szybko się ją czyta, autor ma swój styl, który nie każdemu musi się podobać, ale lepsze to niż bezpłciowa grafomania spełniająca kryteria dobrego wypracowania. Historia nie jest niczym szczególnym, ale wciąga i jest ‚o czymś’.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:


http://novaeres.pl/


W złym kierunku po raz kolejny

Wrong Turn 6/ Droga bez powrotu 6 (2014)

wrong turn6

W recenzji zbiorczej wszystkich pięciu poprzednich części „Drogi bez powrotu” napisałam, że nie obejrzę kolejnego sequela choćby miałby być to ostatni film na globie. Haha… Szkoda, że od 2012 zapomniałam o tej deklaracji i w dwa lata później, tj. wczoraj, czytając sobie Poego, uatrakcyjniłam lekturę lecącym w tle filmem „Droga bez powrotu 6”. Produkcja nosi podtytuł „Last Resort”, więc może nie będzie już więcej części? Ta.. jasne.

Tak jak wspomniałam w starej recenzji serii, począwszy od części trzeciej prawa do kontynuacji przechodziły z rąk do rąk zagrzebując tytuł coraz głębiej na cmentarzysku dla filmowych niewypałów.

Teraz ponownie, jakieś mało doświadczony twórca w parze z nieco bardziej doświadczonym scenarzystą zaprezentowali widzom kolejny obraz z nieśmiertelnej serii.

Historia nie odbiega wiele od klasycznego schematu innych „Dróg bez powrotu”, ale pojawiły się pewne innowacje, które nie powiem, mimo iż tragicznie głupie odświeżyły nieco zatęchłe przygody rodziny kanibali.

wrong turn6

Młody i przystojny Danny nigdy nie poznał swojej rodziny. Teraz u progu dorosłego życia otrzymał informacje o rodzinnym dziedzictwie, hotelu położonym w lasach Virginii, skąd, wiadomo wywodziła się niesławna rodzinka pożeraczy ludzkiego mięsa.

Danny przybywa do nowego domu wraz z narzeczoną i grupą znajomych, gdzie wita ich para opiekunów przybytku i jednocześnie kuzynów głównego bohatera. Sally (kuzynka) wyjątkowo interesuje się Dannym, co jak szybko się okaże ma swoje korzenie w rodzinnej kazirodczej tradycji.

W tle przewijają się dalsi krewniacy  Danny’ego, ci którzy przegrali na genetycznej loterii, ale jakby nie patrzeć: rodziną są.

wrong turn6

Kuzyni powoli i ostrożnie wprowadzają Danny’ego w krąg wtajemniczenia, by ostatecznie przeciągnąć go na swoją stronę. Jak to się mówi: rodziny się nie wybiera, a nasz sierotek Danny jest bardzo zmotywowany, by takową posiadać, nawet jeśli przyjdzie mu zjeść niegdysiejszych kamratów.

wrong turn6

Jak zwykle formuła serii kipi od scen przemocy i seksu, tu nic się nie zmienia. W porównaniu z piątką akcje jakich tu uświadczymy są chyba mniej żenujące, bo jakoś strawiłam to, co widzę.

Przyjemność z seansu żadna, ale jeśli ktoś koniecznie chce pociągnąć temat kanibali z „Drogi bez powrotu” to może się zapoznać, nikomu nie bronię, ale nikomu nie polecam.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:3

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Zaskoczenie:3

Oryginalność:3

To coś:2

37/100

W skali brutalności:5/10