Miesięczne archiwum: Listopad 2014

I’m in hell

As Above, So Below/ Jako w piekle tak i na Ziemi (2014)

jako w piekle tak i naziemi

Młoda naukowiec, Scarlet, córka znanego historyka i pasjonata alchemii, postanawia kontynuować pracę zmarłego ojca nad poszukiwaniem kamienia filozoficznego. W tym celu przybywa do Paryża, gdzie mieszkał i został pochowany Nicolas Flamel jeden z najsłynniejszych alchemików. Z symboli umieszczonych na jego płycie nagrobnej bystra pani naukowiec odczytuje wskazówki prowadzące do miejsca, gdzie, jak sądzi, Flamel ukrył dzieło swojego życia. Tak trafia do paryskich katakumb, gdzie wśród niekończących się tuneli odkrywa bramy piekła.

jako w piekle tak i naziemi

Mimo dość nachalnej promocji, jakoś umknęło mojej uwadze zamieszanie wokół tego obrazu. I dobrze, bom jeszcze gotowa narobić sobie nadziei na świetny seans:)

John Erick Dowdle to reżyser znanych filmów utrzymanych w konwencji verite, choć zdarza mu się także kręcić klasycznie, jak chociażby w przypadku „Diabła„. Moim zdaniem jedynym na prawdę udanym tworem tego pana są „Taśmy z Poughkeepsie„, zaś „Kwarantanna”, czyli remake sławetnego „Rec’a” jest jego największą porażką.

„Jako w piekle tak i na ziemi”- świetny tytuł, swoją drogą – to kolejny horror kręcony z rączki. Mocno średni jeśli idzie o pomysł i bardzo słaby jeśli idzie o wykonanie.

W czasie oglądania filmu znowu uruchomiła się u mnie alergia na paradokumenty. Nie wszystkie są wkurwiające, nie we wszystkich kamera lata po ścianach, ale niestety „Jako w piekle…” przoduje w tych wadach.

Cały film to w zasadzie przechadzki grupki protagonistów po podziemnym cmentarzysku. Lokalizacja z naprawdę z dużym potencjałem, ale jak dotąd żaden z filmowców nie potrafił jej wykorzystać.

jako w piekle tak i naziemi

Mroczny nastrój skutecznie uśmiercany jest przez zbyt ostre oświetlenie, które owszem, ułatwiłoby widoczność w mrocznym labiryncie, gdyby współgrało z dobrym, czyli statycznym prowadzeniem kamery. A tak, dają nam tym światłem po oczach, a tak naprawdę nie widzimy nic, bo pod takim chujowym kątem, który w dodatku co chwilę się zmienia( i to na gorsze),  jest to po prostu nie możliwe. Umyka nam więc przyjemność z obserwowania scenerii, czyli w zasadzie podstawowy budulec nastroju grozy. Naprawdę da się stworzyć fajny, klaustrofobiczny klimat w takich miejscach, ale trzeba umieć. Pojawia się sporo jump scenek, cała wycieczka co i rusz natrafia na kolejne dziwne przygody więc – dzieje się. Ale do czego to wszytko zmierza?

jako w piekle tak i naziemi

„Jako piekle…” jest horrorem religijnym. Czepia się piekielnych wątków i robi to dość dobrze. Spodobał mi się pomysł pt. ‚piekło jest tuż tuż’, niestety twórcy ukazują go w dość banalnej odsłonie, która najbardziej przeszkadza w finale, który powinien być mocny, zakręcony, dający do myślenia, niestety jest moralizatorski i płaski.

Myślę, że byłoby dużo lepiej gdyby film został nakręcony klasycznie. Tak mamy kolejny półprodukt, niby horror, ale cała jego groza jest oparta na tym, że nie widzimy co się dzieje, bo operatora kamery jest pijany:)

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:5

Walory techniczne:2

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Winni są ONI

Oni – Olga Haber

oni

Natalia, trzydziestosześcioletnia rozwódka spędza lato w domku letniskowym swojego byłego faceta, Emila. Upalne dni mijają jej na literackich wysiłkach i baraszkowaniu z młodszym o dwanaście lat jurnym Łukaszem. Sielankę co i rusz zakłóca osobliwe wrażenie bycia obserwowaną. Do tego dochodzą jeszcze koszmarne sny i szalony sąsiad przekonany o istnieniu jakiejś siły, która co kilka lat nawiedza okolice by poprzewracać życie mieszkańców do góry nogami. Natalia nie jest jednak idiotką, nie da się nabrać na niestworzone historie. A może jednak idiotką jest, bo nie dostrzega tego co ma przed oczami?

Obcując z powieścią zyskujemy szansę na poznanie jej bohaterów i w pewnym sensie zaprzyjaźnienie się z nimi. Kiedy mamy do czynienia z kiepską książką, nieciekawym protagonistą, to tak jakbyśmy zostali skazani na spędzenie weekendu w towarzystwie nie lubianej koleżanki.

Debiutująca czterdziestka, Olga Haber, stworzyła postać, z którą nie wytrzymałabym ani minuty. Natalia to taka podstarzała wersja Belli ze „Zmierzchu”, typowa ofiara losu, która ciągle się nad sobą użala, nie potrafi podjąć decyzji, a gdy już na jakąś się zdecyduje za chwilę rozpacza nad złym wyborem.

Głównym dylematem naszej bohaterki jest to, którego z mężczyzn ze swojego otoczenia darzy miłością. Pal licho wszelkie zagrożenia, czające się za oknem, ważne jest, czy kocha jurnego młodzika, czy statecznego lekarza?Hym…

Akcja, którą można by podciągnąć pod opowieść grozy co i rusz przerywana jest jej miałkim wewnętrznym monologiem naszej narratorki.

Wygląda to tak: klasyczna idiotka z miasta, którą ciągle spotykają jakieś nieszczęścia, a towarzyszący jej facet musi niańczyć ją jak dziecko. Chyba nie muszę dodawać ze wszyscy mężczyźni w promieniu kilku mil są pod jej urokiem. Każdy napotkany facet, czy to barman, czy robotnik, czy stary, czy młody każdy gapi się w jej dekolt i marzy o jej przeszło trzydziestoletnim ciele. Absolutny fenomen!

Tylko zaraz, czy to nie miał być czasem mroczny horror? Ano miał, dlatego po za łóżkowymi perypetiami naszej sędziwej damy śledzimy rozwój wydarzeń po za jej sypialnią.

W okolicy dzieją się na prawdę niepokojące rzeczy, a nasza bohaterka zacznie cokolwiek kumać dopiero przy 138 stronie. Jednak szybko znajdzie sobie ciekawszy temat do rozmyślań…

Nieustannie miałam wrażenie, że zjawiska paranormalne są tu na drugim miejscu.  Pojawia się ciekawy wątek gadającego kota, ale w momencie, gdy ów kot objawia swoje pochodzenie cały nastrój grozy pryska, bo pomysłu na solidną porcję mocnych wrażeń brak zupełnie.

Gdyby autorka włożyła tyle samo wysiłku w tworzenie nastroju grozy, co w przynudzają sceny z życia kobiety, która nie dostrzega niczego po za czubkiem swojego nosa, to może potraktowałabym ją łaskawiej – w końcu to debiut. Niestety, nie dam rady.

Główna pointa książki jest delikatnie mówiąc nie przemyślana, naiwna, bzdurna.

SPOILER: Kosmici, którzy przybyli na Ziemię by pomóc wieśniakom poradzić sobie z epidemią cholery,  i którzy teraz mszczą się na ich potomkach za złe przyjęcie? Realy!? Nie mają Ci kosmici nic lepszego do roboty, tylko pochylanie się nad ciepiącymi polskimi dziećmi? W dodatku są tak powaleni, żeby ich idiotyczne ludzkie zachowanie traktować jako afront i mścić się na słabszych? To raczej kojarzy mi się z niżej rozwiniętymi cywilizacjami, np. z nami, potomkami małp, małymi żałosnymi ludzikami znęcającymi się nad tymi, którzy stoją niżej w ewolucji. Wg. autorki nagłe napady agresji, gwałty, morderstwa, pobicia są wynikiem działania obcych, którzy mieszają mieszkańcom tamtej okolicy w głowie. No, bo przecież ludzie z natury są dobrzy, prawda? Kolejny popis naiwności. KONIEC SPOILERA.

Finał jest zmontowany na szybko i mimo iż coś więcej zaczyna się tam dziać to nie ma fajnego bum, mimo wielkich chęci autorki, która starała się zrobić wrażenie. Dla mnie był po prostu wtórny, nijaki i dziurawy. 

Podsumowując: Za mało kryminalne na kryminał, za mało odjechane na fantastykę, za delikatne na grozę, w sam raz na romansidło, gdyby tylko bohaterka miała odrobinę wdzięku.

Styl, język itp. jak najbardziej ok, w końcu autorka kończyła filologię polską, więc podstawę do pracy twórczej ma. Trochę brakuje jej lekkości, ale to można złożyć na karb stresu debiutanta. Prawdopodobnie przed puszczeniem książki w świat miętoliła i dopieszczała każdy wyraz dlatego mamy efekt ‚wypracowania na piątkę’- szkoda, że czasu na przemyślenie fabuły już zabrakło…

Myślę, że Pani Haber znajdzie jednak zwolenników swojej wizji, tak jak znajdą się fani „Zmierzchu”, w końcu groza nie jedno ma imię i każdy oczekuje od niej czego innego.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:


oni

Moja ocena: 4/10

Mroczne historie

Opowiem Ci mroczną historię – Stefan Darda

darda

W tym miesiącu premiery doczekała się nowa książka Stefana Dardy. Tym razem nie jest to pełnometrażowa powieść, lecz zbiór krótkich opowiadań. O ile pamięć mnie nie myli jest ich dziewięć. Nie mam pod ręką książki, by to sprawdzić, więc muszę oprzeć się na swojej, zawodnej pamięci;)

Recenzowałam już wszystkie do tej pory publikowane w wydawnictwie Videograf powieści tego autora. Większość zadowoliła mnie stuprocentowo, więc sięgając po premierowy zbiór byłam pełna wielkich nadziei.

Okazało się, że Darda radzi sobie w krótkich formach równie dobrze jak w długich. Mogłabym nawet powiedzieć, że lepiej. W dwóch ostatnich tomach „Czarnego Wygonu” rozdrażnił mnie kurczowym trzymaniem się wytworów swojej wyobraźni, swoich bohaterów, których nie potrafił pożegnać z godnością zamiast tego przeciągał historię w nieskończoność czepiając się mało interesujących wątków, które podkopywały pierwotną, świetną wizję.

W opowiadaniach nie ma tego ryzyka. Wydaje mi się, że nie wymagają spędzania nad nimi tyle czasu, co powieść. Najczęściej ilość wątków jest mocno ograniczona i to właśnie uchroniło Dardę przed tym, co stało się w „Bisach” i „Bisach II”.

darda

Zacznę od tych opowiadań, które spodobały mi się najbardziej. Na pierwszy ogień idzie „Nika”, bo w niej najbardziej czuć ducha grozy z pod znaku słowiańskich wierzeń, więc najsilniej odpowiada twórczości Dardy,a przynajmniej moim z nią skojarzeniom. Mężczyzna wspomina swoje dzieciństwo. Dowiadujemy się sporo o rodzinnych relacjach, tle historyczno- obyczajowym, ale skupiamy się przede wszystkim na relacji jaka łączyła narratora z kuzynką Moniką, zwaną „Niką”. Tu pojawia się motyw wampiryczny, czyli znowu słowiańska Strzyga, ale w innej odsłonie. Tu Darda popuścił wodzę wyobraźni nie trzymając się tak kurczowo wierzeniom polskiego folkloru. Bardzo klimatyczna nieco wzruszająca nawet, opowieść, oparta na sprawnie poprowadzonej retrospekcji z otwartym zakończeniem.

Tytułowe opowiadanie, „Opowiem Ci mroczna historię”, które powinno być popisem jeśli chodzi o opowieść grozy jest bardziej moralitetem, historią z głębokim,  smutnym przesłaniem, o tym jak człowiek potrafi zniszczyć sobie życie przez strach i złe wybory.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor chce nas trochę sprowadzić na ziemię, jednocześnie sam lewitując kilka metrów nad nią uczepiony ręki truposza. Rzecz jest o redaktorze pisma o zjawiskach paranormalnych, który ogłasza konkurs na mroczną historię (jak ja z okazji Halloween:). Zgłasza się do niego pensjonariusz domu opieki Adolf krawczyk, który pragnie uraczyć dziennikarza najmroczniejszą historią swojego życia. W opowieści jest więcej smutku niż grozy, ale cóż poradzić, że i tak się podoba?

Następne na mojej top liście jest „Pierwsza kolei”, w zbiorze umieszczone jako ostanie z opowiadań. Sama często podróżuje pociągiem,a właśnie w drodze z punktu A do punktu B rozgrywa się akcja opisanej historii. Mamy tu dwóch narratorów, dobiegającą czterdziestki prowincjonalną nauczycielkę, Halinę i młodego HR’owca, Szymona. Halina, która wraca do domu, do narzeczonego z dobrymi wieściami budzi w Szymonie bardzo określone uczucia. Nie wiadomo skąd wzięła się z nim tak ogromna i z każdą minuta podróży narastająca niechęć do współpasażerki, ale Szymon totalnie fiksuje wokół nienawiści do Haliny. Obsesyjny wstręt kumuluje się coraz bardziej, a czytelnik jest świadkiem rodzącej się paranoi, szaleństwa.  To doprawdy niezwykłe, ale coś w tej historii jest. Przebywając długo w ciasnym wagonie, będąc skazanym na towarzystwo obcej osoby potrafimy na podstawie obserwacji wysnuć pewne wnioski na temat współtowarzysza. Oczywiście nie wszyscy jesteśmy psychopatami i większość z nas nie widzi zagrożenia w siedzącej nieopodal istocie. Darda świetnie przedstawił kłębiącą się w młodym mężczyźnie chorą rządzę.Opowiadanie ma ciekawą formę, dwóch narratorów, ograniczone miejsce akcji i czas, jest ciekawie i ‚podstępnie’ spointowane.

„Rowerzysta” to podobnie jak „Pierwszy z kolei” opowiadanie o gnieżdżącej się w umyśle bohatera paranoi.Jacek, dobrze sytuowany mężczyzna w średnim wieku jest świadkiem wypadku. Rowerzysta, którego każdego dnia mijał swoim autem spadł z roweru i roztrzaskał sobie głowę. Jak to się stało? Nie łatwo to wyjaśnić, ale Jacek zaczyna wierzyć, że niechcący wyrządził młodemu krzywdę. Jak odbije się to na jego psychice? Kiepsko…

„Spójrz na to z drugiej strony” to kolejna historia w której więcej mamy psychologii niż horroru, ale mnie, jak to mnie, wcale to nie przeszkadza. Fabuła traktuje o mężatce niezadowolonej z pożycia z małżonkiem. Pewna osoba z jej otoczenia pragnie jej dobitnie pokazać, jak bardzo nie docenia skarbu, jakim jest rodzina. Wątek nadprzyrodzony pojawia się dopiero w ‚epilogu’, ale jest doskonałym zwieńczeniem historii.

„Retrowizje” to zupełnie autorska wizja pisarza nawiązująca do zdolności jasnowidzenia. Wątek paranormalny jest bardzo czytelny. Pewna kobieta o imieniu Ewa, wyrobiła u siebie zdolność wglądu w drugiego człowieka, odczytania jego przeszłych postępków.Jak należy się tego spodziewać, potrafi dopatrzeć się najmroczniejszych i najgłębiej skrywanych sekretów.

„Dwie dychy” na gwiazdkę to historia bezdomnego hazardzisty z wątkiem ghost story, przedstawionym w bardzo intrygujący sposób. Duch młodej dziewczyny szuka pomocy i trafia na nieszczęsnego mieszkańca dworca. Autor balansuje między motywem obyczajowym, a fantastycznym, na szczęście Darda umie mieszać te elementy, więc wypada bardzo dobrze.

„Ostatni telefon” pierwsze z opublikowanych opowiadań stanowi, again, historię paranoi jakiej nabawił się pewien radiowiec, po tym jak lekceważąco potraktował temat depresji- temat jednej z audycji. Pech chciał, że jedna z telefonicznych rozmówczyń, która dodzwoniła się na antenę postanowiła popełnić samobójstwo ‚na żywo’, a winą za nie obarczyła radiowca. Mężczyzna sam zaczyna popadać w ‚chorobę słabych’, a duch samobójczyni co i rusz pobudza w nim poczucie odpowiedzialności za tragiczną śmierć.

Chyba najmniejsze wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie pt. „Kryzys wieku średniego”, czyli w gruncie rzeczy bardzo prosta historia o, again ,człowieku niezadowolonym ze swojego życia. Mimo, iż narrator i bohater w jednej osobie jest postacią ciekawą, to całości czegoś jednak brakowało.Tylko czego? Może siły przebicia, która pozwoliłaby mu dorównać opowiadaniom wywołującym dużo większe emocje.

Jestem bardzo zadowolona z tego, co Stefan Darda zaoferował swoim czytelnikom. Swoje opowiadanie tworzył w międzyczasie piania kolejnych powieści. Niektóre z opowiadań umieszczonych w zbiorze miały swoje premiery na łamach magazynów, czy też znalazły się w antologiach gromadzących utwory wielu autorów, ale większość to nowości, których nie przeczytacie nigdzie indziej.

Zazwyczaj poziom opowiadań, tak jest chociażby w przypadku zbiorów Stephena Kinga, jest bardzo nierówny, ale nie u Dardy. Tu wszystkie teksty trzymają wysoki poziom.

Może niektórzy z czytelników będą zawiedzeni tak przyziemnych charakterem opowiadań, nietypowym dla powieściowej twórczości Dardy, gdzie paranormalna warstwa opisywanych wydarzeń jest ewidentna.

Tu dominuje bardziej klimat psychologicznych thrillerów niż folkowych guseł. Poznałam Dardę od innej strony i ta strona podoba mi się równie bardzo:)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Viedoegraf:


videograf


Moja ocena:

„Nika”: 9/10

„Opowiem Ci mroczną historię”:8/10

„Pierwsza z kolei”:9/10

„Rowerzysta”:7/10

„Spójrz na to z drugiej strony”:7/10

„Retrowizje”:7/10

„Dwie dychy na gwiazdkę”:7/10

„Ostatni telefon”:6+/10

„Kryzys wieku średniego”:5+/10

Całość:8/10

Korytarz

The Corridor/ Przejście (2010)

corridor

Fabułę filmu otwiera scena, w której widzimy młodego mężczyznę, Tylera, chowającego się w szafie. Przed nią w korytarzu leżą zwłoki jego matki, która to miała umrzeć w wyniku przedawkowania leków. Chora psychicznie kobieta od lat zmagała się z jej zdaniem prześladującą ją siłą, która chce się z nią skomunikować i wcale nie ma dobrych zamiarów. W opłakanym stanie znajdują naszego bohatera jego kumple, który przekonają się, że choroby psychiczne mogą być dziedziczne, bo Tyler wyskakuje na nich z nożem, co skutkuje odniesionymi ranami i zamknięciem Tylera na kilka lat w psychiatryku.

corridor

Po latach przyjaciele spotykają się w domu, w lesie należącym do rodziny Tylera. Mężczyzna ma rozsypać prochy swojej matki ,a kumple mają być mu wsparciem. Chcą pokazać kumplowi, który zakończył hospitalizację, że nie mają do niego żalu za to, co stało się w przeszłości.

W czasie pobytu na odludziu Tyler napotyka w lesie coś… niezwykłego, dziwnego, szalonego… Widzi przed sobą coś na kształt pola siłowego, niewidzialnej ściany, która tworzy zamkniętą przestrzeń w okół niego. Pokazuje znalezisko swoim przyjaciołom. Ci zafascynowani, zaczynają odkrywać, że ich przebywanie w tym miejscu coś w nich zmienia. Okazuje się, że nie koniecznie na lepsze…

corridor

Kanadyjski duet filmowców znanych głównie z niskobudżetowych filmów krótkometrażowych zrobił obraz dość ciekawy, a na pewno… dziwny.

Początek filmu, w zasadzie jego pierwsza połowa przypomina bardziej film obyczajowy, dramat, ale nic nie zapowiada thrillera psychologicznego z wątkami sci-fi, który ujawnia się w drugiej połowie seansu, już po odnalezieniu tego, co tak naprawdę nie wiem, jak nazwać. Tytuł filmu wskazuje, że jest to przejście, ale skąd dokąd?

corridor

Naszym bohaterom zaczyna odwalać, po tym, jak przebywali w okolicy owej siły. Wszyscy, za wyjątkiem Tylera, który jest na lekach psychotropowych tracą rozum. Zaczynają słyszeć myśli swoich współtowarzyszy, terroryzują siebie na wzajem dzięki zdobytej w ten sposób wiedzy. Charaktery zebranych osób ulegają całkowitej dezintegracji, nikt nie jest już tym kim był. Pojawia się agresja, a właściwie obsesyjna chęć mordu uzasadniona omamami.

corridor

Jak to się skończy? Chyba źle… ale o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? Interpretacja filmowych wydarzeń nie jest prosta. Z jednej strony możemy wierzyć w nadnaturalny charakter zjawiska i jest to w zasadzie najprostsza droga. Z drugiej możemy racjonalnie stwierdzić, że Tyler odziedziczył chorobę psychiczną po matce, a psychotyczne objawy u jego towarzyszy to obłęd udzielony, ale przecież tylko on dzięki lekom tłumiącym psychozy zachował rozum – przynajmniej przez jakiś czas. Jak traktować tę historię to już decyzja widza.

Ogólnie film dość przypadł mi do gustu. Lubię takie porąbane historie.

Oprawa obrazu była całkiem udana więc nie można urągać na jego amatorskość. Aktorstwo też jak najbardziej w porządku, więc jeśli komuś ten film nie podjedzie problem nie będzie leżał po stronie realizacji.

To dziwny film, co powtarzam już chyba po raz trzeci w tym wpisie, nie każdemu się spodoba.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:6

62/100

W skali brutalności:3/10

W krainie snów

W poszukiwaniu nieznanego Kadath – H.P. Lovecraft

w poszukiwaniu nieznanego kadath

Po przeczytaniu „Koszmarów i fantazji„, czyli  zbiorów listów i esejów Lovecrafta wiedziałam, że czas już najwyższy bliżej zapoznać się z jego twórczością literacką.

W moje ręce wpadała nowelka „W poszukiwaniu nieznanego Kadath”.

Muszę przyznać, że nigdy nie czytałam niczego równie obłędnego.

Ralph Carter, bohater, który występuje też w innych dziełach autora, śni o pięknym mieści skąpanym w promieniach zachodzącego słońca. Niczego tak nie pragnie jak na zawsze zatopić się w tym śnie. Wykorzystując zdolność świadomego śnienia wyrusza w drogę w poszukiwaniu swojej utopii. 

Tak trafia do krainy snu. Owa kraina pełna jest najwymyślniejszych dziwów, których barwne opisy biją na głowę najbardziej twórczą fantastykę.

Carter wędruje po przedziwnych ziemiach i spotyka jeszcze przedziwniejsze istoty. Niektóre z nich są mu przychylne, inne mają wręcz odwrotne zamiary. Niektórzy napotkani tam bohaterowie są stałymi rezydentami krainy snów inni, podobnie jak Carter tylko odwiedzają ją w onirycznym transie.

Spośród najróżniejszych stworów zdarzają się istoty całkowicie zwyczajne, ale to tylko pozory. W swojej podróży Ralph spotyka dzielne koty, swoistą kocią armię, która w czasie pełni odwiedza księżyc, skąd wracają jednym kocim susem prosto na dachy ziemskich domów. Toczą one rozliczne bitwy z wrogo nastawionymi mieszkańcami krainy snów, którym nie podoba się kocia natura. Oczywiście stają się one sprzymierzeńcami bohatera, co wcale nie dziwi ze względu na obłędną miłość autora noweli do tych stworzeń:)

w poszukiwaniu nieznanego kadath

Nie tylko one wesprą Cartera w jego podróży. A co jest jej celem, po za tym, że ponowne zobaczenie niezwykłego miasta? Carter musi przekonać bogów snów, którzy zazdrośnie bronią przed śniącymi najpiękniejszych zakamarków swojej krainy, by dopuścili do do wyśnionego miasta.

Niektóre z opisanych wydarzeń mrożą krew w żyłach, ale wszystkie co do jednego mają niezwykłą, czarodziejską moc uwodzenia czytelnika.

Wyobraźnia Lovecrafta nie ma żadnych granic. Buduje on światy w najdrobniejszych szczegółach, tworzy bogów, ludzi, stworzenia, budowle, wierzenia i ciąg fantastycznych zdarzeń. Nie ucieka przed brutalnością, ale nadaje jej baśniowy wymiar, używa symboli, metafor. A gdy jesteśmy przy metaforach warto szepnąć coś o finale tej opowieści, który jest dość przewrotny, ale i mądry w swoim przesłaniu.

„Awanturnicza kronika przygód w krainie snu”, jak określił swój utwór Lovecraft, jest pisana ‚jednym ciągiem’. Brak tu jakiegokolwiek podziału, który ułatwił by czytelnikowi porcjowanie książki. Jesteśmy w wirze wydarzeń, z którego nie możemy się tak po prostu wyrwać, tak jak czasami trudno się przebudzić, wyrwać ze snu.

To najdziwniejsze co miałam okazję czytać. Jestem pod kolosalny wrażeniem. Zasobami swojej wyobraźni Lovecraf mógłby obdzielić co najmniej kilku artystów.

Moja ocena:9/10

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Klasyka horroru

Zagrajmy w Ouija

Quija /Diabelska plansza Quija (2014)

ouija

Nastoletnia Lane wini się za samobójczą śmierć najlepszej przyjaciółki, Debbie. Jej poczucie winy nie dziwi, bo kumpela wolała zadyndać na  lampkach choinkowych zamiast iść z Lane na mecz;)

Wykorzystując tabliczkę Quija bohaterka chce skontaktować się z samobójczynią, by dowiedzieć się czemu targnęła się na swoje życie, albo chociaż pożegnać się z nią. Z pomocą przychodzi jej chłopak, chłopak Debbie, zbuntowana emo siostra i jeszcze jedna koleżanka.Seans zostaje odprawiony w domu rodzinnym samobójczyni pod nieobecność pogrążonych w żałobie rodziców. Jak należy się domyślać, młoda, piękna i zadowolona z życia dziewczyna nie zadyndała bez konkretnej przyczyny. Coś ją do tego skłoniło…

ouija

Oglądając horrory made in USA można dowiedzieć się o amerykańskim stylu życia dwóch rzeczy: każda rodzina jest w posiadaniu wielgachnej dwudrzwiowej lodówki i tabliczki Quija. Pomijając kwestie lodówki, która raczej ze śmiercią Debbie nie miała nic wspólnego, skupiamy się na tabliczce, która to służyła Debbie od dzieciństwa. Zapewniała rozrywkę i towarzystwo. Niestety wybierając numer telefonu na ślepo można trafić na niewdzięcznego rozmówce (o czym wiedzą za pewnie wszyscy pracownicy Call Center, którzy trafią na mnie), podobnie jest z wywoływaniem duchów. Nigdy nie wiadomo kto znajduje się po drugiej stronie.

ouija

Nastolatki z horroru Stiles White chcą skontaktować się z duchem kumpeli. W pogrążonym w mroku salonie siadają w kole i chwytają się za ręce. Klepią formułkę i nawiązują kontakt. Problem polega na tym, że jeśli do kogoś dzwonisz, ten ktoś może oddzwonić do ciebie. Tak też dzieje się, gdy zamiast komórki użyjesz tabliczki Quija. Młodzi zaczynają być prześladowani przez to co ‚wydzwonili’ z zaświatów. Są ofiary w ludziach i przekonanie o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska.

Muszą poznać przeciwnika zanim on siłą zaciągnie ich do swojej gromady. Dzielna Lane trafia na trop związany z poprzednimi lokatorami domu. Nie wie jednak wszystkiego, dzięki czemu naiwna fabuła filmu wzbogaca się o jeden fabularny twist, który jednak nie zawróci nam w głowie, ale przynajmniej uatrakcyjni seans.

A atrakcji nie mamy zbyt dużo. Scenariusz jest prosty i naiwny. Typowy teen horror o nastolatkach i dla nastolatek. Występują w nim młodzi i urodziwi. Ich włosy zawsze błyszczą i są nienagannie ułożone, makijaż nie rozmazuje się w chwilach największej rozpaczy… Przy tej okazji warto wspomnieć o aktorstwie, które jest uh… mniej niż słabe. To już kolejny kiepski horror z Olivią Cook. Myślałam, ze nie ma dziewczyna szczęścia do reżyserów, ale jej kiepawy warsztat też odgrywa tu rolę. Reszta obsady jest w zasadzie całkowicie nie warta wspomnienia, bo po za walorami estetycznymi, jakie daje młodość, uroda i dobry makijaż na twarzach nie skażonych emocją, nie wnoszą nic do produkcji.

ouija

Trochę lepiej jest z walorami technicznymi. Mamy tu kilka dobrych scen, więc chwała dla operatora, że chociaż popatrzeć jest na co. Do gustu przypadł mi moment w drugiej połowie filmu, scena przy stole kiedy w szeregach żyjących pojawia się trup. Fajny efekt. Muzyka też nie najgorsza, więc jakoś się to ogląda. Myśleć za bardzo nie trzeba, ale akcja posuwa się do przodu, nie mamy tu zastojów, więc nikt usnąć nie powinien. Finał przewidywalny, ale to można było… przewiedzieć:)

Nikomu nie polecam, nikomu nie odradzam. Można zerknąć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:4

Walory techniczne:8

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

Jezioro łabędzie

Black Swan/ Czarny łabędź (2010)

czarny łabędz

Nina Sayers, młoda tancerka z nowojorskiego baletu marzy o wielkiej roli. Taką szansą jest dla niej zagranie w nowej wersji „Jeziora łabędzi”. Nina ma przed sobą nie łatwe zadanie, bo musi wcielić się w podwójną rolę, białego łabędzia i jej mrocznej siostry, czarnego łabędzia. Dziewczyna zrobi wszytko, by zatańczyć perfekcyjnie, ale czy perfekcja jest tym, czego oczekuje reżyser, Thomas? Zdeterminowana tancerka coraz bardziej się gubi, granice pomiędzy rzeczywistością, a wizjami jej umysłu zacierają się. Upadek jest kwestią czasu.

Darren Aronofsky przed dziesięcioma laty wymarzył sobie zrobienie filmu, którego akcja rozgrywałaby się w świecie baletnic, a główną rolę miała otrzymać Natalie Portman. Czemu tak długo zwlekał? Cóż historia poniekąd inspirowana baletowym widowiskiem o nieszczęsnej dziewczynie zmienionej w łabędzia i zdradzonej przez ukochanego księcia, nie jest zbyt komercyjnym pomysłem, jak na współczesne kino. Po za tym mimo, iż film został sklasyfikowany jako dramat bardzo mocno idzie w stronę thrillera psychologicznego, a niektóre sceny w nim zawarte spokojnie mogłyby pojawić się w horrorze. Tak, czy siak, film powstał, zrobił na mnie kolosalne wrażenie, a Natalie Portman zgarnęła za rolę w nim Oscara. Zasłużenie z resztą, bo zagrała fenomenalnie.

Fabuła filmu mimo, iż pozornie prosta ma w sobie niespotykaną siłę.

czarny łabędz

Poznajemy młodą kobietę, której całym życiem jest taniec. Mieszka z matką, która również była baletnicą i która dzięki talentowi i pracy Niny spełnia własne, niespełnione marzenia . Starsza pani jest nadopiekuńcza i nie pozwala córce dorosnąć. Każdy objaw buntu ze strony Niny kończy się emocjonalnym szantażem. Nina jest jak dziesięcioletnia dziewczynka, zamknięta w różowym pokoiku z białymi pluszakami. Jej seksualność jest całkowicie stłumiona.

Kiedy reżyser daje jej szanse zagania głównej roli w wielkim tanecznym widowisku Nina musi mu udowodnić, że ma swoją mroczną stronę i może jej użyć by pokazać publiczności doskonałą kreację czarnego łabędzia.

W zasadzie cały film to powolne przebudzenie naszego niewiniątka, które dokonuje bolesnych odkryć. Z jednej strony pragnie zaspokoić wymagania Thomasa i przekracza granice, których normalnie nigdy by nie przekroczyła, ale z drugiej strony mroczna połowa jej charakteru jest jej całkowicie obca. Tak obca, że niemożliwym jest by obydwie Niny mogły istnieć w jednym ciele i się realizować. Stąd pojawiają się halucynacje, w których baletnica widzi swojego sobowtóra.

czarny łabędz

Im głębiej stara się wejść w rolę czarnego łabędzia tym bardziej wariuje. Następuje całkowity rozpad osobowości, nasila się autoagresja, a wizje, których doświadcza mają jednocześnie seksualny i morderczy charakter. Natalie Portman wywiązała się z roli Niny całkowicie.

W obsadzie znajdziemy więcej gwiazd, chociażby Winona Ryder często porównywana z Natalie Portman, która wciela się w postać prima baleriny, której kariera już gaśnie i na której miejsce wybrana zostaje Nina.

czarny łabędz

Istotną postacią jest też Thomas wykreowany przez francuskiego aktora Vincenta Cassela. Thomas to amant i jednocześnie artysta tyran, który wyciska ostanie soki ze swoich tancerek. Widzi w Ninie potencjał, który nie może się uwolnić przygnieciony tym, co Nina nazywa perfekcją.

czarny łabędz

Perfekcja to w rzeczywistości samokontrola. Młoda tancerka wyklucza ze swojej egzystencji wszystko, co mogłoby zagrozić jej karierze. Ma poważne problemy psychiczne objawiające się autoagresją i zaburzenia odżywiania.

Jej przeciwieństwem jest przybyła z Kalifonii Lily. Baletnica, dla których w tańcu najważniejsze są emocje. Mila Kunis, która niestety nie otrzymała spodziewanego Oscara za ole drugoplanową, fantastycznie wykreowała postać kobiety całkowicie wyzwolonej. Ciepłej, serdecznej i jednocześnie odhamowanej, wolnej- w pełnym tego słowa znaczeniu. Nina utożsamia ją z zagrożeniem. Lily ma to czego tak bardzo boi się Nina.

czarny łabędz

Postać matki Niny to także ciekawy przypadek. Całkowicie oddana córce ograniczająca do jej osoby wszelkie swoje życiowe zainteresowania. Wywiera na córkę niespotykaną presję i w dużym stopniu jej zachowanie przyczyniło się do zaburzeń głównej bohaterki.

czarny łabędz

Nie będę Wam szczegółowo opisywać fabuły ani interakcji pomiędzy wymienionymi postaciami, dość powiedzieć że to mocna, psychologiczna rozgrywka.

Nad walorami technicznymi obrazu Aronofsky’ego można by się rozwodzić równie długo, co nad walorami scenariusza.

Film jest po prostu piękny. Uwielbiam na niego patrzeć.

Ciemna kolorystyka zdjęć przydaje mu mroczny wymiar, który i tak bije z tej historii. Kostiumy nie są przesadnie efekciarskie, scenografia subtelna, montaż nie za szybki, ale też nie ślamazarny, w zasadzie nie mamy tu długich ujęć, ale nawet te migawkowe nacechowane są precyzją i dobitną dokładnością.

czarny łabędz

Efektów specjalnych jest dość sporo, ale użyte zostały tam, gdzie powinny, bez zbytków. Po za tym, są na prawdę dobre. Sceny, w których Nina przeobraża się w łabędzia, na scenie wyrastają jej czarne skrzydła jest wręcz zachwycająca. Muzyka to już klasyka. Clint Mansell wykorzystał motywy z utworów Czajkowskiego, więc muzyka współgra z obrazem.

Cóż, według mnie to wspaniały film. Reżyser przyznał, że inspirował się klasycznymi filmami psychologicznymi Polańskiego, jak „Wstręt” i muszę przyznać, że ta inspiracja jest tu czytelna zarówno na poziomie budowania skomplikowanego portretu psychologicznego bohaterki, jak i w formie opartej na zobrazowaniu tego, co doświadcza ogarnięta szaleństwem osoba.

Jeśli wśród Was są jeszcze osoby, które filmu nie widziały, zachęcam do seansu.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:10

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

90/100

W skali brutalności:1/10

Ślepa śmierć

La Noche del terror ciego/Grobowiec ślepej śmierci (1972)

grobowiec ślepej smierci

Młoda kobieta imieniem Virginia przyjeżdża na wakacje w okolice Lizbony. Tam nieoczekiwanie spotyka swoją dawną przyjaciółkę, z którą dzieliła pokój w latach szkolnych. Betty wprasza się na wycieczkę wraz z Virginią i jej kolegą, Rogerem.

W drodze na obóz dowiadujemy się o lesbijskim romansie dwóch bohaterek, a także dostrzegamy konflikt między nimi dotyczący osoby Rogera. Zazdrosna o kolegę Virginia dość nieoczekiwanie przerywa podróż, wysiadając z kolejki w szczerym polu. Trafia do opuszczonego przed stu laty miasta, gdzie mieścił się klasztor templariuszy. Legenda głosi, że owi templariusze zostali przeklęci i teraz wiele lat po swojej śmierci nadal grasują w opuszczonym mieście. Virginia, która postanawia przenocować w ruinach będzie miała okazje przekonać się o prawdziwości lokalnej legendy.

grobowiec ślepej smierci

Hiszpańskie kino grozy kojarzy mi się głównie z nastrojowymi opowieściami o duchach. Ale nigdy nie jest tak, że reżyserzy z danego kraju hołdują tylko jednemu podgatunkowi, dlatego z przyjemnością zabrałam się do oglądania hiszpańsko portugalskiej produkcji z pod znaku zombie movie.

grobowiec ślepej smierci

Wygląd filmowych zombie  z lat 70 to popis umiejętności charakteryzatorów. Gnijące kończyny, tony specyfików wylanych na twarze aktorów, stosownie sparciałe odzienia. Tak też prezentują się antybohaterzy w filmie Amando de Ossorio.

grobowiec ślepej smierci

Zupełnie inaczej niż ma to miejsce we współczesnych produkcjach, które, no cóż, bez wysiłku korzystają z dobrodziejstwa techniki. Dodatkowo film Hiszpana nie posiadał dużego budżetu, więc nie mogło być mowy o rozrzutności. Postawiono więc na całkiem dobre aktorstwo, a przynajmniej urodziwe:) i ładne plenery portugalskiej prowincji, które zarówno za dnia jak i po zmroku są stanowiło podstawę do stworzenia klimatu grozy.Kadry są wyjątkowo plastyczne.Kolorystyka obrazu jest bardzo intensywna.

Amando de Ossorio wykazał się sporą odwagą w swoim scenariuszu upychając w nim wiele wątków erotycznych. Zaczynając od lesbijskiego romansu dwóch nastolatek kończąc na scenie gwałtu,a to jeszcze nie wszystkie smaczki… Ten erotyzm cały czas wisi widzowi nad głową, nawet w scenach, w których nieprzyjemnie narasta poczucie zagrożenia związane z widmem martwych templariuszy na koniach ruszających na łowy.

grobowiec ślepej smierci

Jak na bohaterów horroru to mamy tu ciekawy przekrój postaci. Betty, która jednocześnie uwodzi mężczyzn i ich nie znosi. Virginia, która pragnie bliskości Betty, a jednocześnie chce się jej pozbyć by mieć Rogera dla siebie. Do tego dochodzą ciekawe postaci drugoplanowe, jak przemytnik/gwałciciel, czy pracownik kostnicy.

Z pewnością jest to jeden z bardziej zapomnianych filmów, nie mniej jednak fani filmów z czasów dawnych na pewno docenią jego urok.A tych, których obraz wyjątkowo zachwyci mogę uradować nowiną o trzech sequelach obrazu.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:6

62/100

W skali brutalności:3/10

Opętana Grace

Grace: The Possesion/ Grace: Opętanie (2014)

grace

Osiemnastoletnia Grace wychowana w duchu silnej religijności wyjeżdża na studia by tam poznać inne odcienie życia. Już drugiego wieczoru na kampusie upija się i traci przytomność. Ląduje w szpitalu skąd odbiera ją zapobiegliwa babcia. Teraz Grace po raz kolejny zostanie poddana religijnemu praniu mózgu, ale czy to cokolwiek pomoże skoro w jej ciele zdążył już zagnieździć się demon?

grace

Film totalnie mnie zaskoczył. Nie sądziłam, że można jeszcze w oryginalny sposób ukazać sprany motyw opętania.

Twórca, reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie ma wielkie doświadczenia filmowego jeśli nie liczyć krótkometrażówek. Robiąc film pełny, postawił na gatunek grozy i bardzo oklepany motyw opętania przez demona.

Nie nakręcił klasycznego filmu o dzielnym egzorcyście, o kryzysie wiary u młodego kleryka, który napotyka diabła, nie nakręcił paradokumentu.

Nakręcił film z perspektywy głównej bohaterki, kręcony klasycznie, bez pomocy operatora z delirką.

Filmowe wydarzenia śledzimy ‚oczami’ tytułowej Grace. Tak jakbyśmy siedzieli w ciele osiemnastoletniej dziewicy, którą dręczą makabryczne wizje i która próbuje odnaleźć się w normalnym świecie pomimo religijnego rygoryzmu i złych sił czekających na jej duszę.

To bardzo ciekawy zabieg, bo nie dość, że widz ma szansę wczuć się w postać głównej bohaterki to w zasadzie staje się nią patrzeć na filmowe wydarzenia jej oczami.

Nasza Grace to wdzięczne dziewczę, którego jeszcze nie zdążył splugawić żaden samiec.

grace

Budząca się w niej seksualność napotyka twardy opór ze strony babki, która ją wychowała i dwóch panów z krucyfiksami, którzy to mają zapobiec upadkowi dziewczęcia.

Po za tym, że Grace chciałby wreszcie zacząć żyć jak normalna nastolatka – tj. upijać, się, ćpać i dawać dupki – chciałby dowiedzieć się czegoś o swojej matce, o której słyszy tylko tyle, że była kobietą upadłą. Zwiała od rozmodlonej rodzicielki, puściła się i zaszła w ciążę. Zmarła przy porodzie, co zapewne było karą boską za grzech nieczystości.

Umysł nastolatki jest mocno splatany i tak naprawdę nie wiemy jaka w tym rola demona,  jaka szalonej babki, która za grzebanie w majtkach wymierza razy pasem, a jaka odziedziczonej po matce choroby psychicznej.

grace

Coś podsuwa naszemu niewiniątku złe obrazy, które są wizją tego, co tak naprawdę spotkało jej nieszczęsną mamę.

Bohaterka ma coraz bardziej pojechane jazdy, które, jak zaczynamy wierzyć, mogą być konsekwencją opętania. Ale dlaczego demon uparł się na Grace? Czyżby była kolejną Emily Rose, która ma dać światu świadectwo wiary? Nie, tu chodzi o coś innego.

grace

Warto ten film obejrzeć, chociażby na oryginalny zabieg prowadzenia fabuły. Mało kto ma szansę być opętany, a Jeff Chan daj nam taką okazję.

Jeśli idzie o walory techniczne to efektów nie mamy dużo, a sposób prezentowania obrazu może się jednak kojarzyć amatorsko.

Scenariusz jest wielowymiarowy, dużo tu psychologicznych zagadek i szalonych możliwości ich rozwiązania. Aktorstwo całkiem dobre i naprawdę nie ma cię do czego przyczepić. Kto chce demona, niech ogląda.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:2/10

Jesabelle i Jessabelle

Jessabelle/ Klątwa Jessabelle (2014)

jessabelle

W wyniku wypadku samochodowego Jess traci ukochanego chłopaka. Nie ma już nikogo bliskiego, więc decyduje się wrócić do Luizjany by zamieszkać z ojcem. Ojcem, który po śmierci jej matki oddał ją na wychowanie ciotce. Jess przybywa do starego domostwa, które zwiedza z wysokości wózka inwalidzkiego. Odnajduje tam kasety wideo, które nagrała dla niej śmiertelnie chora matka. Tak Jess poznaje kobietę, której nie miała okazji poznać osobiście, kobietę dość niezwykłą, która za pomocą nagranych filmów pragnie przekazać córce informacje na temat jej przyszłego losu wywróżonego z tarota. Chyba nie trzeba nadmieniać, że przyszłość Jess maluje się w wyjątkowo przykrych barwach. Wydarzenia rozgrywające się w starym domu zdają się potwierdzać istnienie siły zagrażającej życiu Jess.

Horror „Klątwa Jessabelle” reklamowany jest jako nowe dzieło twórcy „Piły”. Niestety chodzi o Kevina Greuterta, czyli reżysera „Piły VI” i „Piły 3D”, czyli gościa, który raczej nie kojarzy się z sukcesem serii lecz jej powolnym dogorywaniem. Co prawda facet pracował wcześniej jako montażysta w poprzednich odsłonach filmów, ale tak czy siak podniecanie się jego osobą nie zwróci uwagi nikogo kto wie o co chodzi.

„Jessabelle” nie ma nic wspólnego z pokręconym, sadystycznym thrillerem, jest to raczej horror nastrojowy z wątkami ghost story którego akcja umiejscowioną w stanie słynącym z wierzeń voodoo.

jessabelle

Początek filmu nie bardzo mnie porwał i gdyby nie druga połowa obrazu, gdzie wydarzenia nabierają tempa i nastąpi ciekawy zwrot akcji nie oceniłabym go zbyt dobrze. Owszem twórcy starali się zbudować klimat opierając się główne na stosownej scenografii. Upiorny dom robi dobre wrażenie, ale nie zmienia to faktu, że jest trochę drętwo i gotowa jestem obarczyć za to winą odtwórczynie głównej roli. Jej postać potrzebowała mocnych wrażeń, żeby się trochę obudzić.

Ogromnym plusem są wspomniane nagrania video, na których obserwujemy matkę Jess, która ze sceny na scenę coraz bardziej przeraża nas swoimi karcianymi sztuczkami.

jessabelle

Dalej mamy coraz więcej sytuacji rozgrywających się na granicy snu i jawy jakich doświadcza Jess.

Dziewczyna posiłkując się wskazówkami z kart matki stara się rozwikłać zagadkę… no właśnie, czego? Dziwnej istoty, która zdaje się ją prześladować i atakować z coraz większą mocą.

jessabelle

Pomaga jej w tym szkolny kolega.

Jess odwiedza miejsca i ludzi, którzy mogą wiedzieć coś na temat jej ‚małego problemu’. Tu warto zwrócić uwagę na scenę z udziałem starej gosposi, która niegdyś pracowała dla rodziców dziewczyny. Majacząca babcia robi kolosalne wrażenie.

Im dalej tym lepiej, bo wypad łódką na bagna przynosi kolejną piorunująca niespodziankę.

jessabelle

Coraz więcej wątków związanych z czarną magią i coraz więcej niejasności względem przeszłości rodziców Jess.

Reasumując jest to obraz obfitujący w niespodzianki, starający się zmieniać tor myślenia widza, ale niestety nacechowany pewną niekonsekwencją w budowaniu nastroju, który jak wspomniałam, w drugiej połowie jest znacznie mocniejszy, ale nadal zdarza mu się przygasać. Do tego dochodzi jeszcze słabe aktorstwo głównej bohaterki i sporo niepotrzebnych wątków pobocznych jak chociażby upychany na siłę wątek a’la romansowy.

Najprościej będzie sklasyfikować „Klątwę Jessabelle” jako obraz trochę lepiej niż średni. Można spojrzeć, nie będzie źle, ale nie wypada spodziewać się fajerwerek. 28 listopada polska premiera kinowa.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

65/100

W skali brutalności:1/10