Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Najlepsze straszne filmy roku – ostatni dzień głosowania

OSTATNI DZIEŃ GŁOSOWANIA!

Dziś macie ostatnią szansę by oddać głosy na Waszym zdaniem, najlepsze tegoroczne produkcje z gatunków horror i thriller.

Zapraszam do głosowania TU

najlepsze horrory roku

Ze swojej strony życzę czytelnikom bloga wspaniałego nowego roku, pełnego krwawych mordów, duchów i mutantów:)

Nowe coś

Blutgletscher/ Krwawy lodowiec (2013)

krwawy lodowiec

Na stacji badawczej w austriackich Alpach przebywa grupa naukowców i techników, w tym mechanik Janek, zapijający smutki samotnik.

Pewnego dnia w czasie kontroli jednego z urządzeń natrafia na dziwnie wyglądający lodowiec. Tworzy on jaskinie, ale nie to jest w nim niezwykłe. Pokrywa go coś na kształt krwawej mazi, tak jakby pod lodem znajdowała się jakaś substancja, która teraz pod wpływem ciepła została uwolniona z lodu. Jego towarzyszka, pies o imieniu Tinny znajduje w owej jaskini dziwnie wyglądającego lisa. Pies zostaje raniony, a Janek wraca do bazy i opowiada towarzyszom o dziwnym znalezisku. Tymczasem do bazy z wizytacją ma przybyć Pani minister wraz ze swoją strażą przyboczną. Grupa ma pokonać szlak w okolicy krwawiącego lodowca.

krwawy lodowiec

Reżyser i scenarzysta, Marvin Kren zawsze fascynował się monster movie. Jego pierwsza produkcja traktowała jednak o potyczka z zombiakami, a dopiero parę lat później zdołał uciułać trochę grosza na nakręcenie filmu bliższego swoim fascynacjom.

“Krwawy lodowiec” spodobał mi się już od pierwszych ujęć. Piękne alpejskie plenery widziane z ziemi i z powietrza. Pokryte śniegiem i lodem tworzą bardzo zimny klimat, a otaczające zewsząd pustkowia z miejsca budzą niepokój.

Grupie naukowców – bardzo barwne stado- przyjdzie się tam zmierzyć z iście Carpenter’owskim zagrożeniem. Tak, skojarzenia z “The Thing” są bardzo czytelne, bo znowu mamy motyw ‘czegoś’ ukrytego pod lodem, co jak się szybko okaże jest pasożytem zagrażającym życiu wszystkich żywych organizmów na ziemi. ‘Modus operandi’ nieznanego bardzo przypomina pomysł z filmu Carpenter’a, jednak, żeby nie było, działa na nieco innych zasadach.

krwawy lodowiec

W szczegóły wdawać się nie będę. Dość powiedzieć, że widz będzie miał okazję popatrzeć na owe obrzydliwe ‘coś’, przyjrzeć się dość dokładnie, bo mimo iż twórca nie bardzo mógł zaszaleć z efektami, to postarał się by jego ‘cosiek’ wypadł bardzo efektownie.

Scen krwawych, brutalnych i budzących obrzydzenie tu nie zabraknie, ale udało się twórcy utrzymać na granicy znośnego smaku, nie ocierać o kicz i nie hołdować zbyt estetyce gore. Co pewnie jedni uznają za zaletę, inni za wadę.

krwawy lodowiec

Sama historia oparta jest na pomyśle Carpenter’a i nie ma co tego ukrywać. Można mówić o bezlitosnym przerżnięciu pomysłu, albo o czytelnej inspiracji. Wszystko zależy od dobrej woli widza.

Jak wspomniałam filmowi bohaterzy tworzą ciekawe stado. Na pierwszym planie mamy Janka, ze złamanym sercem i mocno nadużywaną wątrobą, którego towarzyszką życia jest suczka Tinny.

krwawy lodowiec

Jest też para naukowców, do których Janek odnosi się z lekceważeniem, co bywa dość zabawne. Gdy na plan wkracza pani minister ze swoją świtą mamy wzbogacenie o kolejne ciekawe charaktery. Tu szczególną uwagę zwraca pani minister ‘nie żryj banana gdy płaczesz‘, która, jak się okazuje nie tylko w polityce radzi sobie bardzo dobrze. W tej roli, co ciekawe zobaczymy mamusie twórcy filmu:)

Żeby nie było, że to jakaś komedia, zaznaczę, że klimat grozy, napięcie stosowne do dramatycznych wydarzeń cały czas jest obecne i film należy traktować całkiem serio. Przynajmniej do pewnego momentu… Nie mogłam pojąć jak twórca ,który tak fajnie radził sobie z całym scenariuszem tak skopał go w finale. Zakończenie jest po prostu durne i nieadekwatne. Typowe dla filmów z motywem jakiejś zarazy, ale nie pasujące do tego konkretnego scenariusza. Jest jakby oderwane od całości i zupełnie bez sensu, jeśli mam być szczera.

Te ostanie minuty filmu mogę wybaczyć, bo całość jest zadowalająca w stopniu większym niż przeciętny. Być może przemawia przeze mnie sentyment do “The Thing”, ale film mi się spodobał.

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:7

67/100

W skali brutalności:4/10

Głęboko w ciemności

Deep in the darkness/ Głębia ciemności (2014)

deep in darness

Doktor Michael Cayle obejmuje praktykę w małym miasteczku Ashborough w New Hampshire, gdzie przeprowadza się wraz z żoną Cristine i córką Jessic’ą. Szybko zauważa, że na prowincji żyje się zdecydowanie inaczej. Mężczyzna jest zaskoczony wiarą mieszkańców w miejscowe legendy i ich wręcz fanatycznym przywiązaniem do wspólnoty.  Jeden z mieszkańców gorąco pragnie go przekonać do zmiany postawy, w przeciwnym razie coś złego może przydarzyć się rodzinie doktora.

deep in darness

Film Colina Theys’a na podstawie scenariusza John’a Doolan’a powstał w oparciu o powieść grozy Michaela Laimo, podobnie jak jego wcześniejszy film “Umarłe dusze”. O ile książki budzą spory entuzjazm wśród czytelników, to ich adaptacje już nie koniecznie. “Głębia ciemności” na pewno wypada dużo lepiej niż “Umarłe dusze”, ale nie jest to film idealny i w pełni wykorzystujący swój horrorowy potencjał.

Trzeba przyznać, że pomysł małej amerykańskiej osady, pełnej tajemniczych i jak się okazuje mrocznych sekretów, nie jest niczym nowatorskim. Nowo przybyła do owego miasteczka rodzina to też szablonowi protagoniści i of course przyszłe ofiary intrygi fanatycznych antybohaterów.

deep in darness

Początek filmu, gdy jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z solidnych podstaw wierzeń mieszkańców Ashborough, kieruje nasze myśli w stronę horroru religijnego. I ta pierwsza, ostrożna część fabuły podobał mi się zdecydowanie bardziej niż jej druga polowa, gdy wszytko staje się już jasne. Może dlatego, że owa tajemnica ukryta w podziemiach nie do końca przypadła mi do gustu. Pomysł jakiś taki… prymitywny, bez polotu i pono, nie do końca zgodny z książkowym zamysłem.

Druga połowa seansu to także przyspieszenie akcji, większe nagromadzenie scen w których na jaw wyszły ubytki w zdolnościach operatorskich i niedoróbki w montażu. Kamery są bardzo niestabilne, obraz momentami nieostry. O ile w wolniejszych sekwencjach jeszcze istniały podstawy do zbudowania napięcia, to w tych szybszych już nie bardzo. Gdzieś przepada klimat.

deep in darness

Na pewno za jakiś czas sięgnę po książkę, bo myślę, że film szybko wywietrzeje mi z głowy. Jest po prostu średni. Dobry początek, plus za aktorstwo, ale zdecydowany minus za drugą połowę ( mimo iż finał stara się ratować sprawę) i realizację.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Boberki w natarciu

Bobry zombi/ Zombeavers (2014)

zombeavers

Trzy przyjaciółki, Jenny, Mary i Zoe, wybierają się na weekend do domku nad jeziorem w ramach interwencji kryzysowej w sprawie złamanego serca Jenn. Babski weekend przerywają chłopcy, w tym zdradziecki facet Jenny, którzy dołączają do nich jeszcze tego samego wieczoru.

Nikt z szóstki przyjaciół nie wie, że w pobliskich wodach, za sprawą dwóch ‘nierozważnych’ kierowców samochodu z odpadami chemicznymi lęgną się bobry zombie, które to wkrótce przejdą do zmasowanego ataku.

zombeavers

Nigdy nie byłam fanką filmów z gatunku animal attack. Może dlatego, że zawsze szkoda mi tych biednych zwierząt, które robią w nich za wcielone zło i prędzej, czy później giną z rąk tak zwanych bohaterów pozytywnych, czyli najczęściej mało rozgarniętych przedstawicieli ludzkiego gatunku.

Ten nurt jest znany już od dawna. Słynie nie tylko ze swojego typowego przesłania, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak, ale też z bardzo pomysłowych, graniczących z absurdalnością pomysłów na postaci krwiożerczych bestii, atakując na lądzie, w wodzie i w powietrzu.

Filmowi przedstawiciele najróżniejszych gatunków królestwa zwierząt najczęściej nie mają zbyt wiele wspólnego z ich naturalną egzystencją, ich zachowania są dostosowane do scenariusza, który ma maksymalnie przerażać,nawet kosztem realizmu czy logiki.

Zdarza się też, że filmowcy tworzą całkowicie nowe gatunki, swoiste mutanty, tak powstają ‘ośmiorekiny’, ‘megapiranie’ i temu podobne hybrydy.

Jordan Rubin postawił jednak na zwierzęta zupełnie nie kojarzone z zagrożeniem. Na bobry. Miłe futerkowe zwierzęta, budujące swoje żeremie i tamy w zbiornikach wodnych, wegetarianie. Z pomocą jakiejś anonimowej substancji, która w wyniku niefortunnego wypadku dostaje się do wody, boberki zmieniają się w bobry zombie, agresywne bestie atakujące ludzi.

zombeavers

Bliźniaczy motyw wykorzystał ponad pół wieku temu inny filmowiec, czyniąc agresorem innego małego futrzaka – chyba wszyscy pamiętają Zabójcze ryjówki“.

Praktycznie od początku seansu, gdy tylko pierwszy boberek wyskakuje z wanny wprost na jasnowłosą protagonistę miałam wrażenie, że twórcy zapatrzyli się na “Zabójcze ryjówki”. Wygląd bobrów zombi wspiera takie skojarzenie, bo w przeciwieństwie do współczesnych animal attack film nie wali po oczach gładką komputerową grafiką. Bobry wyglądają jak kukiełki – może to są kukiełki? Mają zmierzwione futra, krew na zębach i martwe oczy. Ich ruchy są bardzo nieporadne, a mimo to potrafią efektownie odgryźć nogę.

zombeavers

Krwawe sceny są równie naturalistyczne i proste, co bardzo mi się podoba bo przywołuje na myśl takie klasyki jak właśnie wspomniane “Zabójcze ryjówki”. Kolorystyka filmu jest bardzo intensywna, bobry atakują w pełnym oświetleniu.

Jeśli zaś chodzi o ofiary ataku to stanowią takie stado bardzo standardowe. Jest cierpiąca z powodu zdrady Jenn, jest opiekuńcza Mary, która jak się w końcu okaże, ma diabełka za skórą i bezpruderyjna Zoe. Chłopcy bardziej robią za tło, nikt nie wybiega po za schemat, nikt nie grzeszy inteligencją. Same dupki, jedni bardziej, inni mniej. Ich rozmówki bywają zabawne, ale jest to humor z rodzaju tych mało lotnych, do którego przywykli już widzowie amerykańskich filmów. Nie mniej jednak jest zabawnie.

Fajny pomysł na otwarcie i domknięcie fabuły z udziałem dwóch przygłupów za kierownicą półciężarówki. Wspomniane sceny krwawe też puszczają oko do widza, jak chociażby odgryzienie przyrodzenia przez ex dziewczynę bobrzycę zombie… – wiem, jak to brzmi, ale jak wygląda!

Takich scen jest więcej.

Słowem podsumowania, film bardzo interesujący, fajnie bawi się z konwencją i daje sporo uciechy. Oglądać z przymrużeniem oka.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

Walory techniczne:7

65/100

W skali brutalności: 4/10

Z pamiętnika psychiatryka

Odwykownia – Mieczysław Łuksza

odwykownia

Polska, lata ’80. Na Pomorzu żyje sobie trzydziestoletni swawolny pijaczek, Wieńczysław/ Wieniek. Zdarza mu się pracować, tu i ówdzie, ale zdecydowanie częściej oddaje się swojej pasji, spożywaniu alkoholu w ilościach ograniczonych tylko przez złą wolę próbujących zmusić do trzeźwości obywatela Wieńka, ludzi.

Pewnego dnia, w zamian za obiecaną flaszkę Wieniek deklaruje matce zgłoszenie się do szpitala psychiatrycznego we Fromborku celem przejścia odwyku. Jako że pijaczek, człowiek solidny, litość nad rozpaczającą matką ma, nazajutrz wtacza się na odwyk, gdzie uczy się życia bez gazu, przez następne kilka miesięcy.

Powieść, zakładam debiutanta, traktuje o tych kilku miesiącach pełnych różnorakich wzruszeń, załamań i wreszcie zmian, jakie zachodzą w głównym bohaterze i narratorze.

Mieczysław Łuksza nie pochwalił się na odwrocie okładki swoją wybitną karierą naukową, miejscem urodzenia, czy choćby wiekiem. Pisarz zagadka:) Sądząc po bardzo podobnym fonetycznie imieniu jego bohatera literackiego sądzę, że pod powieścią może kryć się jego osobista historia. A może to tylko zbieg okoliczności, a Pan Mieczysław życie na odwyku zna z zupełnie innych źródeł?

Tak, czy siak, zapewnia on swoim czytelnikom pełną świetnego, często czarnego, humoru opowieść o gorzkim posmaku w ustach, jaki zna każdy zarzygany miłośnik trunków.

Wieniek, to taka postać tragiczno -komiczna. A sama opowieść to taka historia o poszukiwaniu bezpiecznego schronienia przed samym sobą. Bohater znajduje je w szpitalu, do którego trafia się albo w wyniku wielkiej desperacji albo pod przymusem.

Autor opowiada o życiu na oddziale i choć jego historia rozgrywa się w latach ’80 to placówka nie bardzo różni się od obecnego obrazu takich miejsc. No, może pomijając nadzwyczajny przerost atrakcyjnych kobiet wśród personelu szpitalnego;)

Wieniek przedstawia nam pokrótce siebie, swój sposób myślenia, proces zachodzących w nim zmian, swoiste przewartościowanie. Jego oczami widzimy szpitalne mury i ich więźniów. Niektórzy, tak jak on szukają tam schronienia, inni trafili tam, bo choroba psychiczna nie pozwoliłby im być dobrymi członkami społeczeństwa. Inni tak jak Wieniek, przybyli by trochę odpocząć od picia. Niektórzy odpoczywali bardziej, inni mniej:)

Relacje jaki bohater buduje z innymi pacjentami są przedstawione w bardzo ciekawy sposób, taki prosty, zwyczajny, bez wydumania. Pojawia się też ciekawy, iście detektywistyczny, wątek, który bardzo przykuł moją uwagę.

A całość fabuły? Niby nic, a jednak coś. O tych wszystkich perypetiach, przemyśleniach etc. czyta się bardzo dobrze. Na pewno jest to zasługa bardzo sprawnego pióra autora, który pisać po prostu umie. Tak po gawędziarsku bez silenia się na przyszłego noblistę, przeintelektualizowania, czy napinania przy każdym przecinku. Jest lekko i płynnie. Jest fajnie:)

Moja ocena:7/10

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

http://novaeres.pl/