Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Najlepsze straszne filmy roku – ostatni dzień głosowania

OSTATNI DZIEŃ GŁOSOWANIA!

Dziś macie ostatnią szansę by oddać głosy na Waszym zdaniem, najlepsze tegoroczne produkcje z gatunków horror i thriller.

Zapraszam do głosowania TU

najlepsze horrory roku

Ze swojej strony życzę czytelnikom bloga wspaniałego nowego roku, pełnego krwawych mordów, duchów i mutantów:)

Nowe coś

Blutgletscher/ Krwawy lodowiec (2013)

krwawy lodowiec

Na stacji badawczej w austriackich Alpach przebywa grupa naukowców i techników, w tym mechanik Janek, zapijający smutki samotnik.

Pewnego dnia w czasie kontroli jednego z urządzeń natrafia na dziwnie wyglądający lodowiec. Tworzy on jaskinie, ale nie to jest w nim niezwykłe. Pokrywa go coś na kształt krwawej mazi, tak jakby pod lodem znajdowała się jakaś substancja, która teraz pod wpływem ciepła została uwolniona z lodu. Jego towarzyszka, pies o imieniu Tinny znajduje w owej jaskini dziwnie wyglądającego lisa. Pies zostaje raniony, a Janek wraca do bazy i opowiada towarzyszom o dziwnym znalezisku. Tymczasem do bazy z wizytacją ma przybyć Pani minister wraz ze swoją strażą przyboczną. Grupa ma pokonać szlak w okolicy krwawiącego lodowca.

krwawy lodowiec

Reżyser i scenarzysta, Marvin Kren zawsze fascynował się monster movie. Jego pierwsza produkcja traktowała jednak o potyczka z zombiakami, a dopiero parę lat później zdołał uciułać trochę grosza na nakręcenie filmu bliższego swoim fascynacjom.

“Krwawy lodowiec” spodobał mi się już od pierwszych ujęć. Piękne alpejskie plenery widziane z ziemi i z powietrza. Pokryte śniegiem i lodem tworzą bardzo zimny klimat, a otaczające zewsząd pustkowia z miejsca budzą niepokój.

Grupie naukowców – bardzo barwne stado- przyjdzie się tam zmierzyć z iście Carpenter’owskim zagrożeniem. Tak, skojarzenia z “The Thing” są bardzo czytelne, bo znowu mamy motyw ‘czegoś’ ukrytego pod lodem, co jak się szybko okaże jest pasożytem zagrażającym życiu wszystkich żywych organizmów na ziemi. ‘Modus operandi’ nieznanego bardzo przypomina pomysł z filmu Carpenter’a, jednak, żeby nie było, działa na nieco innych zasadach.

krwawy lodowiec

W szczegóły wdawać się nie będę. Dość powiedzieć, że widz będzie miał okazję popatrzeć na owe obrzydliwe ‘coś’, przyjrzeć się dość dokładnie, bo mimo iż twórca nie bardzo mógł zaszaleć z efektami, to postarał się by jego ‘cosiek’ wypadł bardzo efektownie.

Scen krwawych, brutalnych i budzących obrzydzenie tu nie zabraknie, ale udało się twórcy utrzymać na granicy znośnego smaku, nie ocierać o kicz i nie hołdować zbyt estetyce gore. Co pewnie jedni uznają za zaletę, inni za wadę.

krwawy lodowiec

Sama historia oparta jest na pomyśle Carpenter’a i nie ma co tego ukrywać. Można mówić o bezlitosnym przerżnięciu pomysłu, albo o czytelnej inspiracji. Wszystko zależy od dobrej woli widza.

Jak wspomniałam filmowi bohaterzy tworzą ciekawe stado. Na pierwszym planie mamy Janka, ze złamanym sercem i mocno nadużywaną wątrobą, którego towarzyszką życia jest suczka Tinny.

krwawy lodowiec

Jest też para naukowców, do których Janek odnosi się z lekceważeniem, co bywa dość zabawne. Gdy na plan wkracza pani minister ze swoją świtą mamy wzbogacenie o kolejne ciekawe charaktery. Tu szczególną uwagę zwraca pani minister ‘nie żryj banana gdy płaczesz‘, która, jak się okazuje nie tylko w polityce radzi sobie bardzo dobrze. W tej roli, co ciekawe zobaczymy mamusie twórcy filmu:)

Żeby nie było, że to jakaś komedia, zaznaczę, że klimat grozy, napięcie stosowne do dramatycznych wydarzeń cały czas jest obecne i film należy traktować całkiem serio. Przynajmniej do pewnego momentu… Nie mogłam pojąć jak twórca ,który tak fajnie radził sobie z całym scenariuszem tak skopał go w finale. Zakończenie jest po prostu durne i nieadekwatne. Typowe dla filmów z motywem jakiejś zarazy, ale nie pasujące do tego konkretnego scenariusza. Jest jakby oderwane od całości i zupełnie bez sensu, jeśli mam być szczera.

Te ostanie minuty filmu mogę wybaczyć, bo całość jest zadowalająca w stopniu większym niż przeciętny. Być może przemawia przeze mnie sentyment do “The Thing”, ale film mi się spodobał.

Moja ocena:

Straszność: 7

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:7

67/100

W skali brutalności:4/10

Głęboko w ciemności

Deep in the darkness/ Głębia ciemności (2014)

deep in darness

Doktor Michael Cayle obejmuje praktykę w małym miasteczku Ashborough w New Hampshire, gdzie przeprowadza się wraz z żoną Cristine i córką Jessic’ą. Szybko zauważa, że na prowincji żyje się zdecydowanie inaczej. Mężczyzna jest zaskoczony wiarą mieszkańców w miejscowe legendy i ich wręcz fanatycznym przywiązaniem do wspólnoty.  Jeden z mieszkańców gorąco pragnie go przekonać do zmiany postawy, w przeciwnym razie coś złego może przydarzyć się rodzinie doktora.

deep in darness

Film Colina Theys’a na podstawie scenariusza John’a Doolan’a powstał w oparciu o powieść grozy Michaela Laimo, podobnie jak jego wcześniejszy film “Umarłe dusze”. O ile książki budzą spory entuzjazm wśród czytelników, to ich adaptacje już nie koniecznie. “Głębia ciemności” na pewno wypada dużo lepiej niż “Umarłe dusze”, ale nie jest to film idealny i w pełni wykorzystujący swój horrorowy potencjał.

Trzeba przyznać, że pomysł małej amerykańskiej osady, pełnej tajemniczych i jak się okazuje mrocznych sekretów, nie jest niczym nowatorskim. Nowo przybyła do owego miasteczka rodzina to też szablonowi protagoniści i of course przyszłe ofiary intrygi fanatycznych antybohaterów.

deep in darness

Początek filmu, gdy jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z solidnych podstaw wierzeń mieszkańców Ashborough, kieruje nasze myśli w stronę horroru religijnego. I ta pierwsza, ostrożna część fabuły podobał mi się zdecydowanie bardziej niż jej druga polowa, gdy wszytko staje się już jasne. Może dlatego, że owa tajemnica ukryta w podziemiach nie do końca przypadła mi do gustu. Pomysł jakiś taki… prymitywny, bez polotu i pono, nie do końca zgodny z książkowym zamysłem.

Druga połowa seansu to także przyspieszenie akcji, większe nagromadzenie scen w których na jaw wyszły ubytki w zdolnościach operatorskich i niedoróbki w montażu. Kamery są bardzo niestabilne, obraz momentami nieostry. O ile w wolniejszych sekwencjach jeszcze istniały podstawy do zbudowania napięcia, to w tych szybszych już nie bardzo. Gdzieś przepada klimat.

deep in darness

Na pewno za jakiś czas sięgnę po książkę, bo myślę, że film szybko wywietrzeje mi z głowy. Jest po prostu średni. Dobry początek, plus za aktorstwo, ale zdecydowany minus za drugą połowę ( mimo iż finał stara się ratować sprawę) i realizację.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:2/10

Boberki w natarciu

Bobry zombi/ Zombeavers (2014)

zombeavers

Trzy przyjaciółki, Jenny, Mary i Zoe, wybierają się na weekend do domku nad jeziorem w ramach interwencji kryzysowej w sprawie złamanego serca Jenn. Babski weekend przerywają chłopcy, w tym zdradziecki facet Jenny, którzy dołączają do nich jeszcze tego samego wieczoru.

Nikt z szóstki przyjaciół nie wie, że w pobliskich wodach, za sprawą dwóch ‘nierozważnych’ kierowców samochodu z odpadami chemicznymi lęgną się bobry zombie, które to wkrótce przejdą do zmasowanego ataku.

zombeavers

Nigdy nie byłam fanką filmów z gatunku animal attack. Może dlatego, że zawsze szkoda mi tych biednych zwierząt, które robią w nich za wcielone zło i prędzej, czy później giną z rąk tak zwanych bohaterów pozytywnych, czyli najczęściej mało rozgarniętych przedstawicieli ludzkiego gatunku.

Ten nurt jest znany już od dawna. Słynie nie tylko ze swojego typowego przesłania, że na każdego cwaniaka znajdzie się większy cwaniak, ale też z bardzo pomysłowych, graniczących z absurdalnością pomysłów na postaci krwiożerczych bestii, atakując na lądzie, w wodzie i w powietrzu.

Filmowi przedstawiciele najróżniejszych gatunków królestwa zwierząt najczęściej nie mają zbyt wiele wspólnego z ich naturalną egzystencją, ich zachowania są dostosowane do scenariusza, który ma maksymalnie przerażać,nawet kosztem realizmu czy logiki.

Zdarza się też, że filmowcy tworzą całkowicie nowe gatunki, swoiste mutanty, tak powstają ‘ośmiorekiny’, ‘megapiranie’ i temu podobne hybrydy.

Jordan Rubin postawił jednak na zwierzęta zupełnie nie kojarzone z zagrożeniem. Na bobry. Miłe futerkowe zwierzęta, budujące swoje żeremie i tamy w zbiornikach wodnych, wegetarianie. Z pomocą jakiejś anonimowej substancji, która w wyniku niefortunnego wypadku dostaje się do wody, boberki zmieniają się w bobry zombie, agresywne bestie atakujące ludzi.

zombeavers

Bliźniaczy motyw wykorzystał ponad pół wieku temu inny filmowiec, czyniąc agresorem innego małego futrzaka – chyba wszyscy pamiętają Zabójcze ryjówki“.

Praktycznie od początku seansu, gdy tylko pierwszy boberek wyskakuje z wanny wprost na jasnowłosą protagonistę miałam wrażenie, że twórcy zapatrzyli się na “Zabójcze ryjówki”. Wygląd bobrów zombi wspiera takie skojarzenie, bo w przeciwieństwie do współczesnych animal attack film nie wali po oczach gładką komputerową grafiką. Bobry wyglądają jak kukiełki – może to są kukiełki? Mają zmierzwione futra, krew na zębach i martwe oczy. Ich ruchy są bardzo nieporadne, a mimo to potrafią efektownie odgryźć nogę.

zombeavers

Krwawe sceny są równie naturalistyczne i proste, co bardzo mi się podoba bo przywołuje na myśl takie klasyki jak właśnie wspomniane “Zabójcze ryjówki”. Kolorystyka filmu jest bardzo intensywna, bobry atakują w pełnym oświetleniu.

Jeśli zaś chodzi o ofiary ataku to stanowią takie stado bardzo standardowe. Jest cierpiąca z powodu zdrady Jenn, jest opiekuńcza Mary, która jak się w końcu okaże, ma diabełka za skórą i bezpruderyjna Zoe. Chłopcy bardziej robią za tło, nikt nie wybiega po za schemat, nikt nie grzeszy inteligencją. Same dupki, jedni bardziej, inni mniej. Ich rozmówki bywają zabawne, ale jest to humor z rodzaju tych mało lotnych, do którego przywykli już widzowie amerykańskich filmów. Nie mniej jednak jest zabawnie.

Fajny pomysł na otwarcie i domknięcie fabuły z udziałem dwóch przygłupów za kierownicą półciężarówki. Wspomniane sceny krwawe też puszczają oko do widza, jak chociażby odgryzienie przyrodzenia przez ex dziewczynę bobrzycę zombie… – wiem, jak to brzmi, ale jak wygląda!

Takich scen jest więcej.

Słowem podsumowania, film bardzo interesujący, fajnie bawi się z konwencją i daje sporo uciechy. Oglądać z przymrużeniem oka.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

Walory techniczne:7

65/100

W skali brutalności: 4/10

Z pamiętnika psychiatryka

Odwykownia – Mieczysław Łuksza

odwykownia

Polska, lata ’80. Na Pomorzu żyje sobie trzydziestoletni swawolny pijaczek, Wieńczysław/ Wieniek. Zdarza mu się pracować, tu i ówdzie, ale zdecydowanie częściej oddaje się swojej pasji, spożywaniu alkoholu w ilościach ograniczonych tylko przez złą wolę próbujących zmusić do trzeźwości obywatela Wieńka, ludzi.

Pewnego dnia, w zamian za obiecaną flaszkę Wieniek deklaruje matce zgłoszenie się do szpitala psychiatrycznego we Fromborku celem przejścia odwyku. Jako że pijaczek, człowiek solidny, litość nad rozpaczającą matką ma, nazajutrz wtacza się na odwyk, gdzie uczy się życia bez gazu, przez następne kilka miesięcy.

Powieść, zakładam debiutanta, traktuje o tych kilku miesiącach pełnych różnorakich wzruszeń, załamań i wreszcie zmian, jakie zachodzą w głównym bohaterze i narratorze.

Mieczysław Łuksza nie pochwalił się na odwrocie okładki swoją wybitną karierą naukową, miejscem urodzenia, czy choćby wiekiem. Pisarz zagadka:) Sądząc po bardzo podobnym fonetycznie imieniu jego bohatera literackiego sądzę, że pod powieścią może kryć się jego osobista historia. A może to tylko zbieg okoliczności, a Pan Mieczysław życie na odwyku zna z zupełnie innych źródeł?

Tak, czy siak, zapewnia on swoim czytelnikom pełną świetnego, często czarnego, humoru opowieść o gorzkim posmaku w ustach, jaki zna każdy zarzygany miłośnik trunków.

Wieniek, to taka postać tragiczno -komiczna. A sama opowieść to taka historia o poszukiwaniu bezpiecznego schronienia przed samym sobą. Bohater znajduje je w szpitalu, do którego trafia się albo w wyniku wielkiej desperacji albo pod przymusem.

Autor opowiada o życiu na oddziale i choć jego historia rozgrywa się w latach ’80 to placówka nie bardzo różni się od obecnego obrazu takich miejsc. No, może pomijając nadzwyczajny przerost atrakcyjnych kobiet wśród personelu szpitalnego;)

Wieniek przedstawia nam pokrótce siebie, swój sposób myślenia, proces zachodzących w nim zmian, swoiste przewartościowanie. Jego oczami widzimy szpitalne mury i ich więźniów. Niektórzy, tak jak on szukają tam schronienia, inni trafili tam, bo choroba psychiczna nie pozwoliłby im być dobrymi członkami społeczeństwa. Inni tak jak Wieniek, przybyli by trochę odpocząć od picia. Niektórzy odpoczywali bardziej, inni mniej:)

Relacje jaki bohater buduje z innymi pacjentami są przedstawione w bardzo ciekawy sposób, taki prosty, zwyczajny, bez wydumania. Pojawia się też ciekawy, iście detektywistyczny, wątek, który bardzo przykuł moją uwagę.

A całość fabuły? Niby nic, a jednak coś. O tych wszystkich perypetiach, przemyśleniach etc. czyta się bardzo dobrze. Na pewno jest to zasługa bardzo sprawnego pióra autora, który pisać po prostu umie. Tak po gawędziarsku bez silenia się na przyszłego noblistę, przeintelektualizowania, czy napinania przy każdym przecinku. Jest lekko i płynnie. Jest fajnie:)

Moja ocena:7/10

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

http://novaeres.pl/

Kto z kim przystaje…

Death Clique/ Zabójcza klika (2014)

death clique

Do klasy, której uczennicami są Sarah i Jade dołącza Ashley. Dziewczynie bardzo zależy na zaprzyjaźnieniu się z Jade. Jest zazdrosna o jej relację z Sarah. Stopniowe odsuwanie Jade od najlepszej kumpeli nie wystarcza Ashley. Dziewczyna postanawia na dobre pozbyć się koleżanki.

Ot, taki kolejny teen thrillerek, zrealizowany dla telewizji. Jego twórcy i jak aktorzy w nim występujący są znani z innych projektów telewizyjnych, najczęściej seriali.

Fabuła jest bardzo prosta, bo oparta na starym jak świat motywie zazdrości i  rywalizacji.

death clique

Alshley przybywa do nowej szkoły nie wiadomo skąd. Dziewczyna pochodzi z nieciekawej rodziny. Jej matka pije, a ojciec zostawił rodzinę.

Alshey ma poważne problemy z relacjami z ludźmi, co widać po jej nachalnie budowanej więzi z nową koleżanka i próbom odcięcia jej od innych ludzi, głównie od Sarah.

Jade nie jest tak problematyczna jak ‘nowa’, ale też lubi sobie powagarować i nie ma najlepszych relacji rodzinnych. Ashley wydaje się rozumieć ją lepiej niż Sarah której życie wygląda zupełnie inaczej. Jest dobrą uczennicą, ma nadskakujących jej rodziców. Ashley utrudnia życie Sarah, ale to jej nie wystarcza. Na nieszczęście Jade jest łatwa do zmanipulowania i wkrótce trzy uczennice liceum ląduja w opuszczonym magazynie na obrzeżach miasta.

death clique

Kolejny teen thriller i kolejny film inspirowany, pono, prawdziwymi wydarzeniami.

Świat nastolatków jest występny i pogmatwany. Burza hormonów, to jeszcze nic. Czasami zdarzy się bardziej patologiczny egzemplarz, który pragnie czegoś więcej niż zostania królową balu. Ashley to taka młodociana psychopatka. Wie, że otaczają ją ludzie słabej woli, więc bez oporów to wykorzystuje. Matkę traktuje jak śmiecia, nie chce jej pomóc, taki nierówny układ bardzo jej odpowiada. Pijana matka nie bardzo wie, co się dzieje, toteż Ashley ma wolną rękę.

death clique

Jade, do tej pory wierna kumpla Sarah chyba nie do końca komfortowo czuła się w dotychczasowym układzie. Zazdrościła Sarah jej dobrych relacji w domu i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego koleżanka tego nie docenia. Ashley sprawnie podsyca niskie uczucie zazdrości, wmawiając Jade, że Sarah traktuje ją z góry. Taka niby prosta rozgrywka, a jednak przynosi poważne konsekwencje.

Zwyczajny film, nie niosący za sobą zbyt wiele. Nie ma tu głębszej analizy postaci i ich postępowania. Wszytko jest spłaszczone do pewnego niezbyt wygórowanego poziomu. Sprawia to, że film jest bardzo prosty w odbiorze i nie nastręcza jakiś wątpliwości. Ogląda się go przyjemnie i łatwo. Na nudę w sam raz, ale nikogo do seansu szczególnie zachęcać nie będę.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

Aleks, Sandra i doktor Piotr

AlekSandra – Anna Bożena Zaniewska

aleksadra

Piotr Kawecki jest lekarzem transplantologiem. Pracuje w klinice i walczy o życie tych, którzy z różnych przyczyn skazani byliby na śmierć. Przeszczepia to  owo, aż pewnego dnia staje przed dylematem, czy iść o krok dalej? Czy dokonać tego, czego nikt do tej pory nie zrobił?

Oczywiście zrobi to, a czytelnik, który sięgnie po powieść “AlekSandra” będzie miał okazję się o tym przekonać.

Kolejny debiut literacki. Tym razem Novae Res dała szansę aspirującej autorce z dyplomem z psychologii i filozofii, co, jak głosi okładka ma jej umożliwić wgląd w ludzką naturę i jego relację ze światem zewnętrznym.

Powieść “AlekSandra”, czy raczej niespełna 88 stronicowa nowelka, wydrukowana dużą czcionką bardzo mnie zasmuciła. Nie chodzi mi o to, że z opisanej tu historii bije smutek, smuci mnie to, że autorka chciała ją opublikować. Każdy pisać może i wydawać też i gorąco zachęcam do tego wszystkich, którzy czują takową potrzebę, ale najpierw trzeba dwa razy się zastanowić, czy produkt jest gotowy.

“AlekSandra” gotowa nie jest pod żadnym względem. Ani pod kątem fabuły, ani pod kątem formy.

Stylu tu nie ma wcale. Jest jakaś relacja z pewnych wydarzeń opisana bardzo skromnie, ozdabiana wciąż  tymi samymi przymiotnikami, żeby tylko zdania były bardziej złożone. Na błędach stylistycznych się nie znam, ale potrafię zauważyć, że tekst nie ma polotu, jest kanciasty. Z tym to już raczej nic nie da się zrobić, korekta nie załatwi tego rodzaju braków.

A fabuła? Cóż, pomysł ambitny, ale znowu mamy braki. Książka jest krótka, ale nawet w krótkiej formie da się nakreślić jakieś portrety bohaterów, zwłaszcza, że można ich zliczyć na palcach jednej ręki. Piotr Kawecki nie ma nic po za imieniem i nazwiskiem. Wieku, koloru oczu, temperamentu, jakiś swoich zachowań osobniczych, że tak ujmę. Wiemy, że wykonuje ważny zawód, że dużo pracuje, w jakiejś anonimowej klinice z anonimowymi ludźmi, w anonimowym mieście. Wiąże go ‘jakaś’ relacja z pewną kobietą i konflikt z kolegą z pracy. Ma też gosposie, Panią Marię, która ciągle się martwi, a jej myśli to ustawiczne frazesy, które autorka upycha w fabułę.

Dodałabym do tego jeszcze bardzo słabo budowane dialogi.

Medycyna jest ważnym, można powiedzieć, głównym tematem powieści, ale ten wątek też nie jest dopracowany. Wiemy, że nasz bohater przeszczepi mózg, a pierwsza w historii operacja będzie trwałą jedenaście godzin – prędziutko, to bodajże pierwszy przeszczep ręki, której nie trzeba łączyć z rdzeniem kręgowym, która nie ma w sobie miliona połączeń neuronowych, trwał 12 godzin – ale niech będzie, że mamy tu wątek sci-fi. Ale znowuż, wprowadzenie wątku sci- fi też wymaga dużego nakładu pracy ze strony autora. W końcu za to kochamy fantastykę, że niemożliwe staje się możliwe. Gdy czytamy np. o sztucznej inteligencji dowiadujemy się jak została stworzona. Nie ważne, że podstawy teoretyczne bywają liche, ale przynajmniej w jakiś sposób starają się objaśniać istnienie takiej opcji. Pani Zaniewska porostu wyjęła jeden mózg i wstawiła w miejsce innego i po krzyku. Liczyłam, że nadrobi szerokimi rozważaniami na temat konsekwencji takiego zabiegu, ale tu znowu mamy bieg na skróty.

Bardzo widoczna jest skłonność autorki do upraszczania, domniemana znawczyni ludzkiej natury powinna wiedzieć, że ludzie nie są prości, a cała siła bohatera literackiego tkwi w jego złożoności. Bohater musi być JAKIŚ. Jego charakter ma wpływ na całokształt powieści. Jeśli bohater jest nijaki to powieść też.

Kanciasty styl i kanciata treść oparta na wspomnianych frazesach i spłycaniu całego świata przedstawionego. W wielu momentach lektury po prostu chciało mi się śmiać. Jej bohater, postać przezroczysta, góruje nad resztą nijakich bohaterów z jakiś nieznanych mi przyczyn. Otaczają go osoby nie mające ani odrobiny siły przebicia: Pracownicy prosektorium, którym całkowicie obce jest znaczenie słowa ‘transplantolog’, czy komisja etyczna krajowej rady transplantacyjnej (tu zwana komisją lekarską), która wobec pomysłu Piotra ‘zamierza złożyć zażalenie’. Wszytko to w moim odczuciu dowodzi tego, że pojecie autorki o procedurach lekarskich jak i o ‘naturze człowieka’ (już uwielbiam ten zwrot) jest bardzo nikłe. Nie rozwija wątków, w które należałoby włożyć więcej wysiłku, tak jakby sam temat powieści – ambitny – miał załatwić wszytko.

Do tego mamy trochę rozważań moralnych nad samym faktem dokonywania przeszczepów, ale tak na dobrą sprawę nie wynika z tego nic po za pustosłowiem i półgębkiem wyrzucanych z ust bohaterów wątpliwości.

Całość jest po prostu słaba. No, słaba. Trzeba by mocno popracować na tym pomyłem. Wzbogacić go, nadać mu jakiś konkretniejszy wymiar. Przemyśleć. Bo na razie jest bardzo jałowy. Zaledwie szkic powieści, nie powieść.

Moja ocena:3/10

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

http://novaeres.pl/


Mój przyjaciel mors

Tusk/Kieł (2014)

tusk

Wallace Bryton shwoman prowadzący autorki podcast, którego celem jest wyszydzenie wszystkiego i wszystkich bez jakichkolwiek ograniczeń ludzką przyzwoitością, wybiera się do Kanady, gdzie zamierza przeprowadzić wywiad z jedną z ofiar swojego czarnego poczucia humoru. Jak się okazuje koleś strzelił samobója, a Wallace został bez materiału.

Przypadkowo natrafia na ogłoszenie, w którym starszy mężczyzna oferuje pokój do wynajęcia, zaznaczając, że jest samotny i nie ma komu opowiedzieć historii ze swojego długiego życia. Wallance łyka haczyk i trafia do domostwa starego wilka morskiego, który to raczy go niesamowitymi opowieściami. Howard Howe ma w zanadrzu nie tylko szaloną przeszłość, ale i jeszcze bardziej popieprzone plany na przyszłość. Wallace staje się ofiarą jego traumy, która każe Howardowi przemieniać ludzi w … morsy.

tusk

Kevin Smith twórca filmu kojarzony jest głównie z komediami, co nie znaczy, że nie działa też w innych gatunkach, chociażby w horrorze. “Kieł” jest taką kompilacją czarnej komedii i filmu grozy.

Początek fabuły pozwala nam zapoznać się z przyszłą ofiarą, Wallace, którego poczucie empatii wobec bliźniego jest mocno nadwątlone przez szydercze poczucie humoru i chęć wybicia się dzięki ośmieszaniu innych. To taki dupek gwiazdor, który zdradza swoją śliczną dziewczynę przy każdej okazji i nie szanuje innych ludzi. Spotykając na swojej drodze Howarda, istnego szaleńca, ma okazję przekonać się – dobitnie przekonać się – jak to jest przestać być człowiekiem.

tusk

Howard stopniowo przerabia chłopaka we wspomnianego morsa. Dlaczego akurat mors? Przyczyn szaleństwa starca należy doszukiwać się w jego przeszłości, traumatycznej i bolesnej ot co. Mors “Pan Kieł’ był jedyną istotą, która okazała mu odrobinę dobra, a on co zrobił w zamian?

Teraz przerabiając bezwartościowego karierowicza w owe zwierzę dając przyjacielowi z przeszłości drugą szansę. W jego mniemaniu nie robi Wallance’owi krzywdy, bo bycie dostojnym morskim bohaterem to zaszczyt. W taki oto pokrętny sposób Howard pragnie naprawić swój błąd. 

Wiem, że sam pomysł z morsem naraża twórce horroru na śmieszność, ale mnie osobiście trochę ta historia poruszyła, co może oznaczać, że nie jest tak idiotyczna jak może wyglądać. Zwłaszcza, że nie jest do końca wyssana z palca. Smith podobnie jak jego bohater prowadził program SModcast, gdzie trafił na ogłoszenie z portalu Gumtree zamieszczonym przez starego marynarza oferującego pokój w zamian za towarzystwo. Ów mężczyzna przez trzy lata mieszkał samotnie na Kanadyjskiej wyspie, jedynie w towarzystwie morsa którego nazwał Gregory. Teraz chce odzyskać namiastkę tamtej więzi z związku z czym poszukuje współlokatora gotowego udawać morsa.

Walorami horrorwymi po za niewątpliwie ciekawym motywem szaleństwa antagonisty są dość brutalne, graniczące z obrzydzeniem sceny. Wygląd Wallance’a po zabiegu przyprawia o gęsią skórkę. Zachowania Howarda nie można nazwać inaczej jak torturami. A sam finał, przewrotny, przygnębiający, mocny.

tusk

Mimo tych wszystkich elementów film przez cały czas balansuje na granicy groteski, śmieszności. Ma to swoje odzwierciedlenie w wielu sytuacjach, czy dialogach, a także w kreacjach poszczególnych bohaterów. Wallance’a już podsumowałam, ale został jeszcze Howard, taki typowy ekscentryczny staruszek, ale z bardzo nietypowymi zapędami.

Kiedy przetrzymuje głównego bohatera w swojej piwnicy, na ratunek wyrusza dziewczyna Wallance’a i jego kumpel – w tej roli Haley Joel ‘Widzę martwych ludzi” Osment, którego już dawno nie widziałam na ekranie.

tusk

Pojawia się też Johny Depp, którego w pierwszej chwili w ogóle nie rozpoznałam. Wciela się tu w pokręconego detektywa mówiącego z francuskim akcentem i będącego kolejną barwną postacią na planszy.

Podsumowując film bardzo ciekawy, oryginalny, niebanalny. Na pewno się wyróżnia i na pewno nie jednemu z widzów dostarczy uciechy.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne: 7

Oryginalność:9

To coś:8

75/100

W skali brutalności:4/10

Nowy, wspaniały świat

Jeden Bóg – Katarzyna Mlek

jeden bóg

Rok 2015. Mirosław Zieliński syn rolnika i ambitny biotechnolog zaczyna zdobywać świat. Z pomocą majętnego i bezwzględnego kochanka przejmuje amerykańską firmę Plantinium i w środku Europy, w zapomnianej przez inwestorów Łodzi otwiera swoją firmę.

“Genesis” zaczyna od genetycznie modyfikowanej roślinności by w 2087 skończyć jako światowy potentat klonujący ludzi, trzymający w garści nie tylko Europę, ale i cały świat.

“- Przesadzasz. Przecież bóg jest tylko jeden, czyż nie?

– Fakt wszyscy lubimy pieniądze”

O planach autorki “Zapomnij patrząc na słońce“, wydania ‘futurystycznej powieści’ , “ciężkiej i obrazoburczej” wiedziałam jakiś rok temu. Pani Katarzyna poleciła trzymać kciuki za książkę, tak więc trzymałam. Nie miałam pojęcia z czym teraz wyskoczy, bo każda z trzech, teraz już czterech, kolejnych książek jakie udało się wypuścić na rynek są od siebie skrajnie różne.

Przeważnie pisarze trzymają się jednego tematu, podobnej stylistyki, czy też skupiają się na płodzeniu niekończących się kontynuacji sprawdzonej już na rynku wydawniczym historii.

Katarzyna Mlek prze na przód, rzucając coraz to nowsze pomysły. Teraz proponuje swoim czytelnikom historię przyszłości. Konsekwentnie buduje świat przedstawiony wybiegając w przyszłość praktycznie o wiek. Wyobraźnia, a także zwykła zdolności dostrzegania tego, dokąd zmierza nasz świat podsunęła jej wyjątkową wizję.

To jak szczegółowo, konsekwentnie i bez wysiłku opisuje ‘nowy wspaniały świat’ robi kolosalne wrażenie.

W jej prozie chyba najbardziej cenię lekkość z jaką płynie w swoim pisarstwie, nie sprawia wrażenia, że napisanie kolejnej powieści było dla niej jakimś wyczynem.

Czytelnik wyczuwa, gdy książka powstaje w bólach. Wyczuje każdy brak weny w kolejny fragmencie tekstu. Tu ani przez moment nie wyczułam zniżki formy.

“Jeden bóg” jest bezpretensjonalny, bardzo dobitny i szczery w swoim przekazie. Nie ociera się o tanie sci- fi mimo iż opiera się na tym, z czym ani autorka ani większość czytelników najpewniej nie miała do czynienia. Mam tu na myśli obraz, szczególnie ten, który poznajemy od wewnątrz, wielkiej korporacji, która przełamuje kolejne bariery tego, co jedni nazwą moralnością, a inni zwykła ludzka przyzwoitością.

Już od pierwszych stron wiemy, że mamy do czynienia z bohaterami bezwzględnymi w swoich dążeniach.

Czołowy zawodnik wyrzeka się wszystkiego dla kariery, nawet własnego imienia, przyjmując pseudonim jaki nadał mu kochanek- Miran. Podobnie jego partnerka Sylwia/ Satia, chce mieć wpływ na losy świata, chce go zmienić, zmodyfikować, ulepszyć. Dlatego, że jest idealistą? Nic z tych rzeczy. Miran jest dla mnie zagadką. Jego portret literacki jest bardzo wnikliwy, a jednocześnie nie byłam w stanie zrozumieć tego człowieka. Nieustannie idzie do przodu stosując taktykę spalonej ziemi. Nie liczy się z nikim, nie szanuje nawet samego siebie, bo gotowy jest na znoszenie najgorszych upokorzeń by tylko iść w górę.

Z góry widzi się więcej, ale czy to co zobaczy Miran w epilogu powieści, gdy będzie na szczycie szczytów na pewno mu się spodoba?

Cała powieść rozgrywa się na przestrzeni wieku. Początek to rok 2015, początek kariery Mirana, która zaczyna się od… zbrodni. Miranowi wszytko uchodzi płazem, dlatego przekracza granice niedostępne dla innych.

Trochę zastanawia mnie tytuł powieści, bo co on nam mówi? Bez sprzecznie nawiązuje do rozmowy jaka pada w powieści, którą pozwoliłam sobie zacytować, ale jak tytuł ma się do całej treści? Chodzi o to, że bóg jest tylko jeden i jest nim człowiek? To on buduje i niszczy, nikt inny tylko on?

dna

Bogato przedstawione tło społeczne tylko pogłębia rosnącą w czytelniku frustrację. ‘Nowy wspaniały świat’ w wyobraźni autorki to społeczeństwo zmanipulowane, ograbione ze wszystkiego, co ludzkie, do bólu konsumpcyjne.

Ale czy to aby na pewno taka fantastyka? Osobiście wydaje mi się, że autorka po prostu przedstawiła konsekwencje tego, z czym mamy do czynie już dziś. Dlatego właściwą akcję powieści dzieli tylko rok od obecnego 2014 roku. W końcu koniec świata dzieje się teraz, czemu by czekać na jego początek następne tysiąclecie?

Katarzyna Mlek wykorzystuje wszystkie społeczne obawy i wątpliwości, jakie niesie za sobą rozwój technologii, medycyny. Jej wizja mimo iż tak niesamowita, jest bardzo prawdopodobna. Modyfikowana żywność, manipulacje koncernów, by wprowadzić na rynek coraz to bardziej ekstremalne wynalazki, aż wreszcie całkowite odczłowieczenie człowieka.

“-Serio. Na zły dzień mamy podkręcacze, jak się chce spać mamy pobudzacze, wszytko legalne. Pewnie nieszkodliwe, a jeśli nawet, to co? Przeszczepimy się i już. Ta się tu żyje. Carpe Diem!”

To przerażające i dobitnie prawdziwe zarazem. W swojej książce autorka skupia się na czołowych bohaterach rządzących Genesisem, ale wprowadza na plansze też pionki, takich zwykłych ludzi, którzy symbolizują całe społeczeństwa. Nie brakuje tu desperatów, psychopatów, karierowiczów, idiotów.

Niebywały talent do wnikania i portretowania ludzkiej natury pisarka pokazała już wcześniej, więc nie było dla mnie zaskoczeniem, że i tym razem tak świetnie rozprawiła się z tematem.

Książkę mogę polecić praktycznie każdemu. Jest bardzo wciągająca, doskonale przemyślana i niebywale interesująca.

W paczce z egzemplarzem powieści dostałam puszkę z ziarnem modyfikowanym:) Nie mam pojęcia co z nią zrobić, może wyhoduje sobie na parapecie jakiegoś mutanta?

Moja ocena:9/10

Za książę bardzo dziękuję autorce, Katarzynie Mlek.