Miesięczne archiwum: Luty 2015

Owca pośród wilków

The Devil’s Advocate/ Adwokat diabła (1997)

adwokat diabła

Młody dobrze rokujący prawnik Kevin Lomax przenosi się z niewielkiego miasta do wielkiej metropolii by wraz z, wydawałoby się, równie ambitną żoną Mary Ann, piąć się po szczeblach drabiny społecznej. Skuszony propozycją właściciela dużej kancelarii i bussinesman’a, Johna Miltona ma robić to, co umie najlepiej, bronić oskarżonych niezależnie od wielkości win, mają wychodzić z sali sadowej czyści jak dziewicza łza. Lomax nie wie, że na sali sądowej będzie walczył nie tylko o kolejny milion na koncie, ale i o własną duszę.

adwokat diabła

Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie oglądałam tego filmu, choć wiele o nim słyszałam. Że wybitny, że mądry, że przewrotny, że prezentuje najlepszą kreacje postaci diabła w dziejach kina. Teraz, po seansie, mogę z całą pewnością stwierdzić, że zachwyty fanów były uzasadnione.

“Adwokat diabła” spodobał mi się od pierwszych chwil. Choć nie jestem wielką miłośniczką Keanou Rerves’a, który wciela się tu w postać adwokata,  to muszę przyznać, że ma on w sobie jakiś chłopięcy urok, który z iście diabelską werwą zbruka występny Al Pacino w roli Johna Miltona.

W jednej z pierwszych scen widzimy jak nasz bohater dokonuje wyboru: kariera, czy sumienie. Tego samego wyboru będzie dokonywał raz za razem, kiedy tytułowy diabeł będzie rzucał mu do stóp kolejne skarby ziemskiego królestwa. Zobaczymy duszę wiedzioną na zatracenie wprost do Babilionu (tu Nowego Jorku, ulubionej siedziby diabła już od czasów “Dziecka Rosemary).

adwokat diabła

Kevin przez całe życie wbrew protestom matki oddalał się od boga, nie wiedział tylko, że w jego przypadku nie będzie to tylko duchowa metafora.

Będąc już w Nowym Jorku zachłannie czerpie z nieprzebranego źródełka dobrobytu i coraz mniej zastanawia się na tym, czy to co robi jest moralnie właściwe. Na dalszy plan schodzi małżonka, która wbrew temu, co nam się wydawało nie jest taka cyniczna i przewrotna. Po przeprowadzce do nowego Jorku czuje się zagubiona i opuszczona.

adwokat diabła

Nie da się ukryć, że jej relacja z Kevinem, jej postawa, jego postawa, bardzo przypominają historię Rosemary i Guy’a. To skojarzenie dodatkowo podkręcają drobne elementy jak:miejsce akcji, wątek ciąży, gwałtowna zmiana image (włosy), czy scena seksu – w zasadzie pół gwałtu.

Ta para bohaterów to owieczki między wilkami. Głównym prowodyrem całego zamieszania jest John Milton. Nie sadze by imię i nazwisko słynnego humanisty, autora poematu o Lucyferze, zostało tu użyte przez przypadek.

  Milton to diabeł. Łapałam się na tym, że porównywałam kreacje Paciono z De Niro w Harry’m Angel’u i nie wiem kto z tej potyczki powinien wyjść zwycięsko.

adwokat diabła

Pacino jest mniej upiorny, bardziej ludzki, mniej teatralny. Jego finałowa przemowa, jak i wcześniejsze drobne sygnały świadczą o tym, że jest bardzo bliski człowiekowi, jest jego największym fanem, a jego ulubionym grzechem jest pycha, którą tak pielęgnuje w swoim wybrańcu.

Film trwa prawie trzy godziny a nie nudziłam się nawet przez minutę. Wspaniała gra aktorska czy nieliczne efekty użyte z umiarem i smakiem wywołały u mnie zupełnie inną rekcje niż latające smoki i skaczące elfy w pewnym kasowym filmie, który trwa dokładnie tyle samo minut.

Jest to film o walce dobra ze złem, ale nie jest banalny, nie moralizuje w sposób, który by odrzucał. To tylko opowieść o człowieku, takim jakim jest, ze swoimi wadami, zaletami, słabościami. Wszytko to obleczone w ramy thrillera psychologicznego czy religijnego ( z gatunkiem mam tu problem). Ci, którzy nie widzieli powinni nadrobić.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Aktorstwo:9

Walory techniczne:8

To coś:9

Oryginalność:8

79/100

W skali brutalności:0/10

Gdzie ukrywa się diabeł

Where the devil hides (2014)

where the devils hides

W osadzie New Bethlehem szóstego dnia, szóstego miesiąca przychodzi na świat sześć dziewczynek.

Bogobojni mieszkańcy wierzą, że to zwiastun spełnienia się przepowiedni o „Drommelkind”, wg. której jedna z tych dziewczynek w dniu swoich osiemnastych urodzin stanie się ‘ręką diabła’. Przywódca Amiszów chce pozbyć się dziewczynek, jednak ojciec jednej z nich nie godzi się na taki rozwiązanie. Ostatecznie przy życiu zostaje piątka dziewcząt, które tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami zaczynają znikać.

Jedna z nich, Mary, zaczyna badać sprawę wówczas na światło dzienne powoli wyjdą kolejne wykroczenia jakich przez lata dopuszczał się przywódca religijny, a także tajemnice jakie skrywał jej własny ojciec.

where the devils hides

„Where the Devil hides” to kolejny horror religijny z serii: w najbardziej religijnych społecznościach jest najwięcej diabelstwa.

Mała osada odcięta od cywilizacji staje się siedliskiem paranoi zwianej z lokalnym zabobonem. Napędzani strachem mieszkańcy są zdolni do mało chrześcijańskich czynów, by nie dopuścić do siebie diabła. Błędne koło się kręci, a niewinni ludzie padają ofiarami wypaczonej religijności.

where the devils hides

Historia jest na swój sposób ciekawa, choć mało oryginalna. Niestety jej walory horrorowi są bardzo wątpliwe. Bardzo często robi skręty w stronę obyczajówki, czy opowiastki os szczeniackich romansach, natarczywie moralizuje, spłyca i często olewa logikę zgodnie z którą należało by prowadzić fabułę. Dużo tu nonsensownych rozwiązań, jak ucieczki i powroty w miejsce największego zagrożenia.

Pojawia się sporo skocznych scen, bardzo gwałtownych migawek, do których widz w żaden sposób nie jest przygotowany przez stopniowanie napięcia. Takie ‘nic, nic, bum, nic, nic, bum’.

where the devils hides

Aktorsko stoi na nie najgorszym poziomie, ale trudno wyłapać potknięcia w kreacji postaci, które są bardzo proste.

Nie wzbudził mojego entuzjazmu, choć jak na debiut nie jest fatalnie. Kariery wielkiej twórcą nie wróże to ewidentnie widać tu brak wyczucia gatunku, a tego raczej nie da się wypracować.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Oryginalność:5

To coś:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

55/100

W skali brutalności:1/10

Boją się tylko kotów

Sleepwalkers/ Lunatycy (1992)

lunatycy

Do małego miasteczka Travis w Indianie przeprowadza się Mary i Charles Brady, Lunatycy. Większości z Was określenie to kojarzyć się będzie z osobami, które chodzą we śnie, ale nie o taki rodzaju lunatyzmu tu idzie.

“Lunatyk: wędrowne zmieniające kształt stworzenie mające początek swój w rodzajach człowieczym i kocim. Podatne na śmiertelne zadrapanie kota. Żywi się siłami witalnymi dziewic. Zapewne źródło legend o wampirach.”

lunatycy

Mary i Charles przybywają do małego miasteczka w poszukiwaniu pożywienia dla mamuśki, która z obawy o gładkość swej skóry i nadwątlone siły witalne musi czym prędzej skonsumować jakąś dziewice. Pokarm ma jej zapewnić przystojny syn, który obiera na cel śliczną i niewinną Tanye. Niestety para lunatyków napotka spory opór, szczególnie ze strony kocich mieszkańców Travis.

lunatycy

“Lunatycy” to pierwszy film powstały w wyniku współpracy Micka Garrisa i Stephena Kinga. W ocenie wielu osób bardzo nie udany, ale jeśli przyjrzeć się ich późniejszym plonom (“Lśnienie”, “Desperacja”), to naprawdę nie jest źle.

Ja “Lunatyków” zapamiętałam przede wszystkim dzięki odtwórczyni roli Tany, Madchent Amick, która wpadła mi w oko w “Miasteczku Twin Peaks a także dzięki niezwykle pięknej i nastrojowej ścieżce dźwiękowej, kawałku “Boadicea” w wykonaniu Enya’y.


Po za kelnereczką z Twin Peaks w obsadzie ujrzymy sporo znanych twarzy, w tym samego Kinga w pierwszoplanowej roli dozorcy cmentarza;) czy niczym mu nie ustępujący Tobe Hopper i Clive Baker jako technicy sądowi.

Fabule filmu głównie zarzuca się zbytnią naiwność i prostotę, ale powiedzmy sobie szczerze King to nie Koontz i proste historie wychodzą mu najlepiej, gdyż potrafi tam umiejętnie przemycić i trochę psychologii, socjologii i grozy często w bardzo klasycznym, dziecięcym pojmowaniu. Simply the best.Jak to często bywa w jego twórczości na cel obiera sobie legendę/ wierzenie i na jej podstawie snuje swoją opowieść.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz oglądałam “Lunatyków” skutecznie wyprowadził mnie w pole początkowymi scenami ukazującymi relację matki i syna, dość dwuznaczną co każdy zauważy. Myślałam, że skupi się właśnie na tym: toksyczna mamusia sodomitka i synuś ofiara jej perwersji. Nic bardziej mylnego, bo kazirodztwo jest tu tylko wisienką na torcie. No, tak, to King nie Ketchum:) Dlatego też w miarę rozwoju fabuły bardziej skupiamy się na warstwie fantastycznej, czyli mrocznym poczynaniom pary nieludzkich istot.

lunatycy

Tu pojawia się kolejny przytyk, z którym całkowicie się nie zgadzam: słabe efekty. Mnie znikający samochód, czy charakteryzacja bohaterów zmieniających się w potwory na widok kotów, czy efekt spotkania z owymi małymi drapieżnikami jaki widzimy na poharatanej twarzy jednego z lunatyków przypadł do gustu. Przyjęłam to bez sprzeciwu jako znak czasów i ‘taki rodzaj estetyki’.

Sztuczność ma też swój plus w pewnych momentach. Szczególnie w scenach z udziałem kotów, które niestety często traktowane są tu brutalnie. Gołym okiem widać, że to żaden kot tylko twór sztuczny, a wykorzystane w filmie futrzaki biegają radośnie z zadartymi ogonami i nic im nie grozi.

lunatycy

Lubię “Lunatyków”, nie wiem tylko, czy nie przemawia tu mój sentyment do tego filmu. Miłośnikom King’owskich adaptacji za pewne przypadnie do gustu jak i tym widzom gustującym kinie lat ’90.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Kot z bambusowego zagajnika

Yabu no naka no kuroneko/ Czarny kot w lesie (1968)

kobietakot

Lubię filmy o duchach. Lubię azjatyckie kino. Lubię stare czarno-białe filmy. Lubię koty. Nie, koty uwielbiam. Lubię nawiązania do folkloru. Lubię teatralną scenografię. Lubię nastrojową, oszczędną w formie ścieżkę dźwiękową.

Czyżbym w dniu dzisiejszym pisała o filmie idealnym?

“Czarny kot”, znany też jako “Czarny kto w lesie”, czy “Kobieta kot” spełnia wszystkie wyżej wymienione postulaty.

Jest to obraz reżysera i scenarzysty, który pracował przy blisko dwustu filmach w ciągu stuletniego życia. Ostatnim obrazem, w  którym maczał zręczne palce był dramat “Mój przyjaciel Hachiko” (chcecie wyć żałośnie przez dwie doby, to obejrzyjcie).

Jego film “Kobieta kot” ściśle nawiązuje do japońskiej tradycji, kultury, wierzeń, folkloru, tego wszystkiego co nie do końca i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć i czym mimo to nieustannie się zachwycam. Nie wiem, czy wiecie, ale Japonia to nie Egipt i koty nie cieszyły się tam wielką popularnością. Wg. wierzeń niektóre koty to bakeneko, czyli mściwe dusze skrzywdzonych kobiet, skryte w czarnym futerku. Zdolne do najokrutniejszych czynów, powracające z zaświatów w kociej postaci by dokonać zemsty za pozwoleniem i błogosławieństwem złych bogów. Dowolnie mogą na powrót przyjąć człowieczą postać by w ten sposób łatwiej spełnić okrutne zamiary.

kobietakot

W filmie Kaneto Shido postać kota przybierają dwie brutalnie zamordowane kobiety, synowa i teściowa mieszkające samotnie na skraju bambusowego lasu.

Film otwiera scena w której widzimy grupę około dwudziestu zapuszczonych samurajów, którzy strudzeni walką wpadają do chaty niewiast, wyżerają im skromne zapasy, a je same gwałcą i mordują. Chatę puszczają z dymem.

kobietakot

W następnej scenie widzimy, jak po zgliszczach skrada się kot. Czarny kot, na którego uroczy acz złowrogi pyszczek często będą robione zbliżenia. Pewno po to byśmy dopatrzyli się w jego oczach diabelskich iskier.

Następna odsłona to już powrót niewiast. Widzimy młodsza z nich jak truchta w stronę dostojnego samuraja na koniu. Prosi czcigodnego wojownika by przeprowadził ją przez bambusowy las. Pyszałek godzi się na to czym dziewczyna odwdzięcza się goszcząc go sake w swoim domu. Jeszcze tej samej nocy przegryza mu tętnicę. Ofiary zgrai samurajów, które poniosły śmierć z ich rąk poprzysięgły zemstę i teraz będą grasować po ziemi pijąc ich krew.

kobietakot

Oczywiście wieść o potworach z lasu się rozniesie i ktoś spróbuje je zniszczyć.

Fabuła prosta, oparta na Japońskich wierzeniach, podkopująca wiarę w samurajski honor i dobitnie pokazująca jak bolesne bywa życie tych z marginesu społecznego.

Shido lubił podejmować tematy społeczne w swoich filmach, ale robił to w sposób bardzo pociągający. łączył sprawy polityczne  z duchowymi, tak abyśmy nie mieli wątpliwości jak bardzo upolityczniona jest wszelka religijność. Nie odzierał jednak japońskich wierzeń z tej fantastycznej kurtyny tajemniczości, podkreślała ją przez formę jaką przybierały jego obrazy.

kobietakot

kobietakot

Wspomniałam, że jest to film czarno biały. Naturalnie sprawdza się też fakt iż wszelkie wydarzenia, już po śmierci naszych bohaterek rozgrywają się w nocy. Słońce tam praktycznie nie wschodzi.

Bambusowy las z drobną Japoneczką w białym kimonie- w Japonii, to biały jest kolorem żałoby – truchtającą swoimi małymi stópkami wąską ścieżką i dostojny samuraj któremu jak się szybko okaże brakuje samurajskiej dumy, jadący na pięknym rumaku. Niby nic a kadr już kwalifikuje się do powieszenia na ścianie jako dzieło sztuki.

kobietakot

Charakteryzacja obsady, wystrój wnętrza chaty, czy pałacu mściwego arystokraty niektórym na pewno skojarzy się z teatrem kabuki, który jest bardzo specyficzny. Niektórym kabuki może kojarzyć się jako typowo kobiecy teatr, a to zważywszy na tematykę filmu tym bardziej mi tu pasuje.

Reżyser nie stara się odwracać wzroku od brutalności swojego obrazu, robi to jednak z umiarem, więc nie przypomina to współczesnego japońskiego gore. Postaci duchów nie wyłażą z telewizorów, nie kryją swoich oblicz za kaskadą czarnych włosów. Charakteryzacja idzie w zupełnie innym kierunku, co bardzo mi się podoba i myślę że warto by było do tego wrócić, bo te czarne kudły chyba już wszystkim się przejadły.

kobietakot

Jeśli jesteście fanami azjatyckiego kina grozy jest to pozycja obowiązkowa, jeśli nie to też warto obejrzeć by zobaczyć jak ‘to wyglądało kiedyś’ zanim duchy uzbrojono w telefony komórkowe i mordercze taśmy video.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:10

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:10

76/100

W skali brutalności:2/10

Siepacz Boga

Przypadki nie istnieją. Wspomnienia z celi – Karolina Karczmit, Martyna Karczmit

przypadki nie istnieją

“Przypadki nie istnieją…” to króciutka, niespełna stu stronicowa książka. Składa się ze zbioru luźnych rozważań człowieka skazanego na 25 lat więzienia za zamordowanie homoseksualnego mężczyzny, na temat historii jego życia, praktyk religijnych, filozofii i życia za murami więzienia.

Książka zwróciła moją uwagę ze względu na tytuł (banał), ja też uważam, że przypadki nie istnieją i nic nie dzieje się bez przyczyny.

“Przypadki…” składają się z 34 rozdziałów, choć określenie rozdział jest tu użyte nad wyrost, bo niektóre z nich to zaledwie pół stronicy tekstu. Ich tytuły wskazują ich zawartość, czyli mamy tu takie rozdziały jak:“Jak czytam pismo święte”, “W11”, “Stan głębokiej refleksji”, “Ćwiczenia trzeciego oka”, “Sataniści i inni”, etc.

Mam nadzieję, że nigdy nie spotkam jej narratora na wolności, bo to co teraz napiszę o tym ‘dziele’ raczej mu się nie spodoba;)

Po pierwsze, nie rozumiem celowości tej publikacji. Pod wieloma względami nie kwalifikuje się do puszczania w obieg chociażby dlatego, że jawni nawołuje do nienawiści i jest projekcją osoby poważnie zaburzonej. Nie trzeba być psychologiem, żeby to zauważyć. Podam kilka cytatów jako przykład:

“…W końcu również dostrzegłem swój cel. Bóg powołał mnie abym wystąpił przeciwko całemu temu królestwu. Przeciwko pedałom i transwestytom w rządzie, przeciwko satanistom w telewizji – gówno trzeba posprzątać, a śmieci trzeba palić.”

“…A ofiara? mogła prowadzić się inaczej, może żyłaby do dnia dzisiejszego. Istnieje też inny aspekt tego zagadnienia. Od momentu, w którym zacząłem planować eksterminację sodomitów, od momentu kiedy na osiedlu Kombatantów wykonałem wyrok na jednym z nich, byłem cały czas kierowany przez jakąś zewnętrzną siłę (…)Chciałbym wierzyć w to, że od samego początku byłem siepaczem Boga (…) “

“Wytwarzając ze swojego organizmu opisaną wyżej energię poprzez zadawanie sobie bólu (za pomocą ran ciętych i przypalania drutem) a potem koncentrując ją odpowiednio, uwolniłem głęboko schowaną w okowach podświadomości moją druga naturę, która czasami na krótko i bez żadnej kontroli z mojej strony była uwalniania w przeszłości i podejrzewam, że został uwolniona tamtego dnia, kiedy z mojej ręki zginął człowiek.”

“Z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie są to objawy chorobowe, gdyż nie przeszkadzają mi one normalnie funkcjonować i raczej trudno nazwać te objawy niechcianymi. Raz słyszałem myśli kolegi, który spał. Czasami słyszę głosy, kobiece i męskie, nie mówią jednak do mnie, brzmią jak głosy dusz…”

Tak… niewątpliwie ciekawa sprawa:) Książka może być interesująca dla osób, które frapuje tematyka chorób psychicznych, bo nie da się ukryć, choć narrator z nie zgadza się z opinią, którą wystawili mu w zakładzie psychiatrycznym jest zaburzony i niebezpieczny.

Martwi mnie jednak fakt, że książka ta może trafić w ręce jakiegoś pogubionego małolata, który w tym samozwańczym szamanie dostrzeże autorytet i będzie chciał naśladować jego misję. Dlatego nie popieram tej publikacji ze względu na jej treść.

Jeśli idzie o formę, to jest napisana bardzo chaotycznie. Styl i język są poprawne, ale bez szału. Narrator nagminnie cytuje głupkowate teksty z “Chłopaki nie płaczą” choć otarł się też o Nietzschego, cytując go jako “takie powiedzenie”.

Nie wiem, jak ocenić tę książkę, więc nie będę tego robić. Mogę polecić osobom zainteresowanym psychopatologią, bo mamy tu niezłe studium szaleństwa, ale chronić przed dziećmi i osobami podatnymi na wpływy.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

http://novaeres.pl/