Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Gra świateł

Nightlight (2015)

nightlight

Tytułowe Nightlight to gra, w którą gra grupa znajomych z liceum. Głównym rekwizytem w grze są latarki  z użyciem których młodzi wykonują różne zadania. Jak sztafeta na torach przed jadący pociągiem, czy zabawa w chowanego w ciemnym lesie. Ben, Amelia, Nia i Chris na cel następnej nocnej eskapady wybierają las Covington, z którym wiąże się lokalna legenda:

“Jeśli umrzesz w Covington twój duch staje się częścią lasu.”

Wiele osób przychodzi w to miejsce by umrzeć. Tak też było w przypadku przyjaciela Robin, Ethana, który popełnił samobójstwo. Teraz Robin przyłącza się do niebezpiecznej gry grupy znajomych przyciągnięta perspektywa zbliżenia się do jednego z uczestników zabawy, Bena.

Dwóch amerykańskich twórców, którzy jak do tej pory nie nakręcili nic co miałbym okazję obejrzeć w swoim nowym filmie w pewnym stopniu ‘odgrzebują szczątki “Blair witch project”‘. Mamy więc grupę dzieciaków, latarki, amatorską kamerę i ciemny las owiany zła sławą. Bohaterzy nie zamierzają jednak badać prawdziwości podań o Covington, chcą się tylko pobawić.

nightlight

Być może przyzwyczajenie z kręcenia krótkich metraży nakazało twórcom bardzo szybko przejść do rzeczy. Po krótkim wprowadzeniu pozwalającym zapoznać się z uczestnikami zabawy i tłem w jakim przyjdzie im się poruszać, przechodzimy do mrocznej legendy, którą wygłasza Chris. Wkrótce zaczniemy być bombardowani nadnaturalnymi zjawiskami.

W czasie zabawy młodzi gubią się.

Ben zabłądził i napotkał na swojej drodze to o czym wspominał Chris. Robin próbuje odnaleźć kolegę i to w czasie jej wyprawy zaczną się najmocniejsze akcje.

Wszystko kręci się wokół pojawiających się i znikających świateł, przez które bohaterzy gubią tropy. Wizualnie, mimo iż jest to bardzo prosty zabieg robi spore wrażenie.

nightlight

Z każdym krokiem młodzi napotykają kolejne przesłanki o spełnieniu się legendy Covington. Atmosfera się zagęszcza i jest naprawdę fajnie. Niestety w końcu nastrój zaczyna wygasać.

Coś się dzieje, a tu nagle akcja zaczyna zawracać. Kiedy myślimy, że to już koniec kamera podnosi się z martwych i kręci dalej. Pojawia się kolejny niedobitek razem z dziwaczną teorią. Bohaterzy uciekają, by za chwile wrócić w to samo miejsce. Nie wiem, może takie było założenie fabuły, a może od polowy filmu zabrakło już pomysłów?

Mimo wszytko film muszę ocenić dobrze, bo po pierwsze jest to jeden z paradokumentów, który mnie nie wkurwił prowadzeniem kamery, a to już klękajcie narody! Po drugie wymiata klimatem dzięki użyciu bardzo prostych elementów: las i latarki, czasem tak niewiele potrzeba do szczęścia. Fabuła też jest zadowalająca przynajmniej dopóki się rozwija, później niestety kręci kółka wokół własnej osi i robi się nudnawo. Aktorstwo też nie jest złe, rzekłabym, że nie zaniża ogólnego poziomu produkcji.

nightlight

Dla fanów paradokumentów będzie to pewnie pozycja obowiązkowa, reszta też może zerknąć, bo kto wie, może się spodoba?

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zbrodnie magazynowe

Storage/ Magazyn (2009)

magazyn

Pewnego wieczoru, gdy nastoletni Jimmy wraca wraz z ojcem z kina zostają zaatakowani przez zamaskowanego sprawce w podziemnym przejściu. Ojciec chłopaka stawia opór i uzbrojony złodziej dźga go nożem.

Jimmy bardzo źle znosi stratę ojca, wtedy z pomocą przychodzi mu wuj Leonard, który jest właścicielem magazynu, w którym w wynajętych pomieszczeniach najróżniejsi ludzie przechowują swoje rzeczy.

Jimmy zaczyna pracę u wuja. Szybko orientuje się, że magazyn jest świetnym miejscem na ukrycie swoich najbrudniejszych sekretów. Chłopak podejrzewa, że jeden z wynajmujących ukrywa w swoim składzie dowody zbrodni, morderstwa. Wkrótce wraz z wujem sprawdzą magazyn pana Piaseckiego…

Wszyscy, którzy widzieli obraz “Milczenie owiec” widzą już, że pomysł na ukrycie dowodów zbrodni w prywatnym magazynie, do którego nie ma dostępu praktycznie nikt po za wynajmującym, jest świetnym rozwiązaniem. Wszyscy Ci, którzy choć fragmentarycznie widzieli słynne “Wojny magazynowe” na Discovery wiedzą, jak wiele niespodzianek można spotkać w takim magazynie.

magazyn

Australijczyk, Michael Craft, twórca głównie krótkometrażówek, wykorzystał ten pomysł w swoim thrillerze. Jest to jednocześnie jego debiut pełnometrażowy.

“Magazyn” łączy w sobie elementy kryminału, gdzie młody chłopak bawi się w detektywa, thrillera psychologicznego, gdy pewne kwestie okazują się być mocno odmienne od założeń i horroru, gdy dochodzi do krwawych mordów.

Na pierwszym planie mamy nastolatka pałającego chęcią zemsty za bezsensowną śmierć ojca. Trauma jakiej doznał uwrażliwia go na wszelkie wykroczenia, jakich dopuszczają się ludzi w jego otoczeniu. Pech chce, że trafia do wujkowego magazynu, gdzie aż roi się od tajemnic i podejrzeń o najgorsze: Fabryka metamfetaminy w jednym składzie, bankrut ukrywający swój majątek przed komornikiem, szalona wdowa, która stworzyła w magazynie upiorne sanktuarium ku pamięci męża, pedofil, który przechowuje pamiątki po swoich harcach, czy wreszcie Pan Piasecki, który ukrywa w magazynie zakrwawione damskie ciuchy.

magazyn

Pytaniem jest, czy nasz młody daje się ponieść paranoi, czy faktycznie mężczyzna, którego ma na oku jest podejrzany? Gdy młody dzielnie włamuje się do magazynu, na czym zresztą zostanie nakryty przez wuja Leonarda, wszystko wydaje się być jasne. Ale moi drodzy, spójrzmy na pasek postępu, to dopiero połowa filmu. Wydarzy się jeszcze wiele. Ale niestety nie mogę Wam powiedzieć co.

magazyn

“Magazyn” jest sprawnie zbudowany fabularnie. Znajdzie się miejsce na młodzieńcze rozterki, brawurowe akcje śledcze, czy wreszcie otwarty atak na ofiarę. Do tego sporo psychologii, bo jak napisałam, pewne rzeczy nie są takimi, na jakie wyglądają i nie chodzi mi tu o wątpliwości względem Pana od damskich ciuchów.

Warto ten film obejrzeć, bo dobrze trzyma w napięciu i choć nie wszytko jest w nim doskonałe –  chociażby gra aktorska – to całość punktuje na plus.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

Niedzielni turyści

Backcontry (2015)

backcountry

Alex i Jenn wybierają się na wycieczkę leśnym szlakiem zwanym szlakiem czarnej stopy. Zapowiada się kilkudniowa, miła wyprawa w pięknych okolicznościach kanadyjskiej przyrody, jednakże nieroztropność naszych bohaterów doprowadzi raczej do serii tragicznych wydarzeń niż do celebracji miłości na łonie natury….

Legenda głosi, że film Adama MacDonald’a, bardziej aktora niż reżysera, znanego chociażby z thrillera “Home sweet home”, opowiada prawdziwą historię pary niedzielnych turystów.

Ile w tym prawdy, nie wiem, ale historia nie obfituje w jakieś szczególnie nieprawdopodobne wydarzenia, więc można dać temu wiarę.

Opowieść o feralne wycieczce opiera się na kompilacji brawury i naiwności, która nakazała Alexowi wyprowadzić swoją lubą w ciemny las bez mapy, czy innego środka nawigacji, bez telefonu, czy innego środka komunikacji i bez czegokolwiek, co mogło by posłużyć do obrony przed potencjalnym zagrożeniem.

backcountry

Sprawa wygląda tak, że poznajemy naszych protagonistów w chwili, gdy ci wypuszczają się na weekendowy wypad do lasu. Alex wyraźnie chce zaimponować swojej dziewczynie, prawniczce nie zaznajomionej z zasadami survivalu. Co jest najśmieszniejsze, nasz aspirujący Bear Gryls okazuje się jeszcze mniej zapobiegliwy niż jego miastowa panna, wyszydzając jej drobne środki ostrożności w postaci flary i spray’u na niedźwiedzie. Odmawia wzięcia ze sobą mapy, bo przecież był tu wiele razy i doskonale wie gdzie ma iść. Zabiera dziewczynie telefon, bo przecież ma wzdychać w zachwycie do jego umiejętności przetrwania w trenie, a nie odbierać maile z pracy.

backcountry

backcountry

Przez pierwsze minuty filmu śledzimy zatem sekwencje kolejnych potknięć w działaniu, które dla każdego widza będą jednoznacznym sygnałem, że ‘to musi się źle skończyć’.

Gdy para rozbija obóz w połowie drogi napotykają pewnego podejrzanego typa, który łowił ryby w okolicznym jeziorze, Jenn ochoczo zaprasza go na ognisko. To dopełnienia obrazu nieostrożności prezentowanej przez bohaterów.

“Backcountry” nie jest jednak filmem o świrze z lasu, więc typa z ogniska możemy zostawić tam, gdzie był i skupić się na początku zbioru plonów z głupoty, którą protagoniści zasiali w pierwszej połowie obrazu.

Oczywiście okaże się, że mapa jednak była kurewsko potrzebna, spray to za mało w spotkaniu z misiem, zapasy jedzenia umieszcza się w bezpieczniejszym schowku, a telefon komórkowy mógłby złapać zasięg.

backcountry

“Backcountry” jest, więc bardzo prostym filmem z prostym przesłaniem. Obfituje w kilka mocniejszych scen, gdy prawo Murpy’ego zaczyna znajdować zastosowanie w prezentowanych tu wydarzeniach: Jeśli możecie się zgubić to na pewno się zgubicie, jeśli macie spotkać niedźwiedzia to na pewno spotkacie, jeśli możesz pokiereszować sobie nogę to na pewno tak będzie itp. To sprawia, że film jest przewidywalny, ale czy to źle?

Jeśli dobrze zrozumiałam to miał prezentować proste konsekwencje prostych błędów i tak się właśnie stało. Nie jest to na pewno pozycja obowiązkowa, raczej średniak z rodzaju tych, które można odpuścić bo znajdziemy jeszcze z tuzin podobnych filmów, a więc nic straconego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Drzewa mają oczy

Welp (2014)

welp

Grupa zuchów z harcerstwa wybiera się na obóz do lasu wraz z trójką opiekunów, Chrisem, Peterm i Jasmin. Dla podkręcenia atmosfery survivalu opiekunowie serwują dzieciakom opowieść o mieszkającym w lesie chłopcu – wilku Kai’u. Jeden z małych harcerzy, wrażliwy Sam, daje temu wiarę bardziej niż jego towarzysze i postanawia zbadać sprawę. Wkrótce spotyka chłopca z lasu.

Belgijscy twórcy krótkometrażówek i seriali TV w swoim horrorze “Welp” rzucają wyzwanie zapomnianej konwencji camp slashera, czyli starej, dobrej obozowej rąbanki. Gatunku, który narodził się we Włoszech, a rozkwitł w Stanach Zjednoczonych ponad trzydzieści lat temu.

Już nikt nie kręci takich filmów. Może dlatego, że i obozy wyszły z mody? Belgowie postanowili połączyć amerykański sposób straszenia z europejskim. Co z tego wynikło? Trochę inteligentniejszy slasher z głębsza warstwą psychologiczną, ale niestety bogaty w niedostatki grozy i luki fabularne.

W każdym szanującym się slasherze gwoździem programu jest zamaskowany antagonista. Tu mamy rzeczonego Kaia, półnagiego dzikiego chłopca mieszkającego na drzewie (proszę się nie śmiać).

welp

Wyssana z palca legenda okazuje się zawierać ziarnko prawdy i to też zagranie typowe dla camp slashera. Jedyną osobą, która orientuje się, że las nie jest miejscem odludnym jest mały Sam, chłopiec na oko 10-13 letni, wyraźnie wyalienowany z grupy.

Scenariusz sugeruje nam, że Sam miał trudne dzieciństwo, a zabawa w harcerstwo ma mu pomóc się uspołecznić. Nie wszyscy są zwolennikami takiego rozwiązania. Jeden z opiekunów wyraźnie warczy na Sama i nie przepuści żadnej okazji by mu dopiec. Kiedy ten opowiada o leśnym chłopcu nikt mu nie wierzy.

Sama miałam względem tego wątpliwości, bo pomyślało mi się, że Kai może być jakąś projekcją Sama, takim wymyślonym kolegą, na którego można zrzucić winę za swoje zachowanie. Nie wiem, czy scenarzyści celowo wprowadzili taką możliwość, czy to kwestia przypadku i mojej manii szukania drugiego dna:)

welp

W drugiej połowie filmu Kai zaczyna zachowywać się coraz bardziej defensywnie, zabija psa. To, że będą ofiary w ludziach jest tylko kwestią czasu. Tu moi drodzy na arenę wkracza kolejny antagonista o zupełnie nieznanym rodowodzie, którzy poluje na ludzi w lesie.

Rzucona na wstępie opowieść o fabrykantach, którzy stracili prace w okolicznym zakładzie może nam sugerować, że rosły mieszkaniec podziemia ma z tym jakiś związek, ale scenariusz zdaje się w ogóle nie interesować tym, czy widz połączy te fakty, czy uzna, że jest to luka w fabule.

welp

Pojawi się kilka scen mordów, ale mnie bardziej interesowało co stanie się z Samem? Niespodzianki nie było, można się domyślić takiego zagrania ze strony twórców.

Podsumowując, jak na camp slasher film nie do końca spełnia swoją rolę. Dwóch antagonistów, którzy wzięli się w zasadzie znikąd. Mało sympatyczne ofiary -mam tu na myśli zarówno opiekunów jak i dzieciaki. Nazbyt rozciągnięty wstęp.

Jeśli jednak przyjrzeć się warstwie dramatycznej to mamy bardzo interesującą postać małego chłopca z problemami. Nie znamy natury jego kłopotów, to zostaje w sferze tajemnicy i domysłów, co jest dość dobrym posunięciem jak na dramat psychologiczny – ale znowuż daje dupy jako slasher.

Obraz relacji jakie panują między dzieciakami i opiekunami też jest na plus. Podobała mi się leśna sceneria i niektóre sceny mordów, ale jak na horror to znowu za mało.

welp

Nie mniej jednak będę trzymać kciuki za Belgów niech działają w gatunku, ale raczej doradzałabym zabawę z camp slasherem, bo naprawdę trudno jest dorównać klimatowi horrorów z lat ’80, z reguły wychodzi z tego przegadana papka albo pseudo pastisz.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Poniekąd o wilkołaku

Late Phases (2014)

late phases

Niewidomy emerytowany żołnierz, weteran wojny w Wietnamie, Ambrose, po śmierci małżonki zostaje umieszczony przez swojego syna w czymś co ja nazwałbym gettem dla starców, a oficjalnie nosi ono nazwę wspólnoty domów spokojnej starości.

Tam w malowniczych okolicznościach przyrody, w otoczeniu lasu i innych małych domków Ambrose ma doczekać śmierci. Śmierć przychodzi już pierwszej nocy po przeprowadzce zabiera jego ukochanego psa i jedyną miłą sąsiadkę, Dolores. Śmierć ma ogromne kły i pazury. Jest niczym innym jak… wilkołakiem.

Wiedziałam, że muszę obejrzeć ten film mimo iż tematyka likantropii nie frapuje mnie szczególnie, a udane filmy z tym motywem mogę zliczyć na palcach jednej ręki.

Jednoznacznie filmy o wilkołakach kojarzą się z kinem raczej niższej klasy, bardziej kiczowatym niż intrygującym.

Reżyserem “Late phases” jest jednak twórca, który bardzo przykuł moją uwagę swoim obrazem “Here come the devil“. Mimo iż ów film posiadał sporo wad to nacechowany był tak specyficznym nastrojem, przedziwną metaforyką jak z “Pikniku pod widzącą skałą“, że zapadł mi w pamięć i liczyłam, że Bogliano rozwinie skrzydła.

Teraz nakręcił kolejny intrygujący obraz, właśnie “Late phases”.

Umiejętne łączenie dramatu psychologicznego z gatunkiem grozy prawie zawsze gwarantuje sukces. Automatycznie stawia film wyżej nad typowymi przedstawicielami tego drugiego gatunku, czyniąc z niego coś więcej niż tanią rozrywkę dla wielbicieli strachu.

“Late phases” to film o transformacji, o zmianach jakie zachodzą w człowieku nieodwracalnie.

Los naszego głównego bohatera zmienił bieg z chwilą gdy w czasie działań wojennych w Azji strzelił do sześciolatka. W tym momencie poniekąd zrezygnował z człowieczeństwa. Stał się zimny i twardy, skostniały.

Później przyszła ślepota uniemożliwiająca oglądanie otaczającego go świata, ale Ambrose nie postrzega tego jako swoje największe kalectwo, bardziej boli go ślepota serca, która sprawia, że jego relacje z otoczeniem są takie, a nie inne.

late phases

To bardzo ciekawa postać. Z jednej strony silna i świadoma swoich niedostatków z drugiej strony zupełnie wobec nich bezbronna. Chwila, w której dociera do niego, że nie będzie mu dane odejść w spokoju podejmuje walkę z nawiedzającym osiedle emerytów wilkołakiem.

Jeśli chodzi o postać antybohatera to tu kwestia motywu transformacji jest dość oczywista. Człowiek, który zmienia się w bestię, dosłownie.

late phases

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tło, można rzec społeczne czyli obraz małej społeczności emerytów którzy traktują Ambrose z dużą dawką rezerwy, aż w końcu przeradza się to w jawną niechęć.

Mężczyzna od początku daje im do zrozumienia, że nie jest jednym z nich. Nie chce być bezradnym, potulnym starcem. Jak sam mówi, jedyne co mu w życiu wyszło to bycie żołnierzem i jako żołnierz postanawia umrzeć.

Walory horrorowe są tu daleko w tyle, choć nie powiem, żeby było z nimi coś nie tak. Bestie wyglądają jak wyglądają, czasami udaje się zrobić większe wrażenie, czasami nie. Film zaczyna się od śmierci psa, a to już wystarczy, żeby mnie wytrącić z emocjonalne równowagi, wprawić w popłoch i wzbudzić bardzo określone odczucia względem antybohatera.

Kreacja aktorska Nica Damici, który to zawsze gra twardych facetów sprawiła, że generalnie wszytko inne zeszło na dalszy plan. Nawet wilkołak.

Ambrose budzi silne emocje. Może to być współczucie, może to być podziw, gdy dzielnie stawia czoło sytuacji, szykując uzbrojenie do walki, czy choćby w chwilach gdy bez przejęcia zdaniem innych porusza się po terenie osiedla i miasteczka podpierając się łopatą, którą kopie grób dla swojego psa (a może też trochę dla siebie? W takim metaforycznym rozumieniu?).

late phases

Dla mnie to po poprostu bardzo dobry film, może nie do końca jako horror, bardziej jakaś egzystencjalna przeprawa z wątkami paranormalnymi, ale ja lubię właśnie takie niestandardowe podejście do gatunku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:8

70/100

W skali brutalności:3/10