Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Gra świateł

Nightlight (2015)

nightlight

Tytułowe Nightlight to gra, w którą gra grupa znajomych z liceum. Głównym rekwizytem w grze są latarki  z użyciem których młodzi wykonują różne zadania. Jak sztafeta na torach przed jadący pociągiem, czy zabawa w chowanego w ciemnym lesie. Ben, Amelia, Nia i Chris na cel następnej nocnej eskapady wybierają las Covington, z którym wiąże się lokalna legenda:

“Jeśli umrzesz w Covington twój duch staje się częścią lasu.”

Wiele osób przychodzi w to miejsce by umrzeć. Tak też było w przypadku przyjaciela Robin, Ethana, który popełnił samobójstwo. Teraz Robin przyłącza się do niebezpiecznej gry grupy znajomych przyciągnięta perspektywa zbliżenia się do jednego z uczestników zabawy, Bena.

Dwóch amerykańskich twórców, którzy jak do tej pory nie nakręcili nic co miałbym okazję obejrzeć w swoim nowym filmie w pewnym stopniu ‘odgrzebują szczątki “Blair witch project”‘. Mamy więc grupę dzieciaków, latarki, amatorską kamerę i ciemny las owiany zła sławą. Bohaterzy nie zamierzają jednak badać prawdziwości podań o Covington, chcą się tylko pobawić.

nightlight

Być może przyzwyczajenie z kręcenia krótkich metraży nakazało twórcom bardzo szybko przejść do rzeczy. Po krótkim wprowadzeniu pozwalającym zapoznać się z uczestnikami zabawy i tłem w jakim przyjdzie im się poruszać, przechodzimy do mrocznej legendy, którą wygłasza Chris. Wkrótce zaczniemy być bombardowani nadnaturalnymi zjawiskami.

W czasie zabawy młodzi gubią się.

Ben zabłądził i napotkał na swojej drodze to o czym wspominał Chris. Robin próbuje odnaleźć kolegę i to w czasie jej wyprawy zaczną się najmocniejsze akcje.

Wszystko kręci się wokół pojawiających się i znikających świateł, przez które bohaterzy gubią tropy. Wizualnie, mimo iż jest to bardzo prosty zabieg robi spore wrażenie.

nightlight

Z każdym krokiem młodzi napotykają kolejne przesłanki o spełnieniu się legendy Covington. Atmosfera się zagęszcza i jest naprawdę fajnie. Niestety w końcu nastrój zaczyna wygasać.

Coś się dzieje, a tu nagle akcja zaczyna zawracać. Kiedy myślimy, że to już koniec kamera podnosi się z martwych i kręci dalej. Pojawia się kolejny niedobitek razem z dziwaczną teorią. Bohaterzy uciekają, by za chwile wrócić w to samo miejsce. Nie wiem, może takie było założenie fabuły, a może od polowy filmu zabrakło już pomysłów?

Mimo wszytko film muszę ocenić dobrze, bo po pierwsze jest to jeden z paradokumentów, który mnie nie wkurwił prowadzeniem kamery, a to już klękajcie narody! Po drugie wymiata klimatem dzięki użyciu bardzo prostych elementów: las i latarki, czasem tak niewiele potrzeba do szczęścia. Fabuła też jest zadowalająca przynajmniej dopóki się rozwija, później niestety kręci kółka wokół własnej osi i robi się nudnawo. Aktorstwo też nie jest złe, rzekłabym, że nie zaniża ogólnego poziomu produkcji.

nightlight

Dla fanów paradokumentów będzie to pewnie pozycja obowiązkowa, reszta też może zerknąć, bo kto wie, może się spodoba?

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Zbrodnie magazynowe

Storage/ Magazyn (2009)

magazyn

Pewnego wieczoru, gdy nastoletni Jimmy wraca wraz z ojcem z kina zostają zaatakowani przez zamaskowanego sprawce w podziemnym przejściu. Ojciec chłopaka stawia opór i uzbrojony złodziej dźga go nożem.

Jimmy bardzo źle znosi stratę ojca, wtedy z pomocą przychodzi mu wuj Leonard, który jest właścicielem magazynu, w którym w wynajętych pomieszczeniach najróżniejsi ludzie przechowują swoje rzeczy.

Jimmy zaczyna pracę u wuja. Szybko orientuje się, że magazyn jest świetnym miejscem na ukrycie swoich najbrudniejszych sekretów. Chłopak podejrzewa, że jeden z wynajmujących ukrywa w swoim składzie dowody zbrodni, morderstwa. Wkrótce wraz z wujem sprawdzą magazyn pana Piaseckiego…

Wszyscy, którzy widzieli obraz “Milczenie owiec” widzą już, że pomysł na ukrycie dowodów zbrodni w prywatnym magazynie, do którego nie ma dostępu praktycznie nikt po za wynajmującym, jest świetnym rozwiązaniem. Wszyscy Ci, którzy choć fragmentarycznie widzieli słynne “Wojny magazynowe” na Discovery wiedzą, jak wiele niespodzianek można spotkać w takim magazynie.

magazyn

Australijczyk, Michael Craft, twórca głównie krótkometrażówek, wykorzystał ten pomysł w swoim thrillerze. Jest to jednocześnie jego debiut pełnometrażowy.

“Magazyn” łączy w sobie elementy kryminału, gdzie młody chłopak bawi się w detektywa, thrillera psychologicznego, gdy pewne kwestie okazują się być mocno odmienne od założeń i horroru, gdy dochodzi do krwawych mordów.

Na pierwszym planie mamy nastolatka pałającego chęcią zemsty za bezsensowną śmierć ojca. Trauma jakiej doznał uwrażliwia go na wszelkie wykroczenia, jakich dopuszczają się ludzi w jego otoczeniu. Pech chce, że trafia do wujkowego magazynu, gdzie aż roi się od tajemnic i podejrzeń o najgorsze: Fabryka metamfetaminy w jednym składzie, bankrut ukrywający swój majątek przed komornikiem, szalona wdowa, która stworzyła w magazynie upiorne sanktuarium ku pamięci męża, pedofil, który przechowuje pamiątki po swoich harcach, czy wreszcie Pan Piasecki, który ukrywa w magazynie zakrwawione damskie ciuchy.

magazyn

Pytaniem jest, czy nasz młody daje się ponieść paranoi, czy faktycznie mężczyzna, którego ma na oku jest podejrzany? Gdy młody dzielnie włamuje się do magazynu, na czym zresztą zostanie nakryty przez wuja Leonarda, wszystko wydaje się być jasne. Ale moi drodzy, spójrzmy na pasek postępu, to dopiero połowa filmu. Wydarzy się jeszcze wiele. Ale niestety nie mogę Wam powiedzieć co.

magazyn

“Magazyn” jest sprawnie zbudowany fabularnie. Znajdzie się miejsce na młodzieńcze rozterki, brawurowe akcje śledcze, czy wreszcie otwarty atak na ofiarę. Do tego sporo psychologii, bo jak napisałam, pewne rzeczy nie są takimi, na jakie wyglądają i nie chodzi mi tu o wątpliwości względem Pana od damskich ciuchów.

Warto ten film obejrzeć, bo dobrze trzyma w napięciu i choć nie wszytko jest w nim doskonałe –  chociażby gra aktorska – to całość punktuje na plus.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:6

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

Niedzielni turyści

Backcontry (2015)

backcountry

Alex i Jenn wybierają się na wycieczkę leśnym szlakiem zwanym szlakiem czarnej stopy. Zapowiada się kilkudniowa, miła wyprawa w pięknych okolicznościach kanadyjskiej przyrody, jednakże nieroztropność naszych bohaterów doprowadzi raczej do serii tragicznych wydarzeń niż do celebracji miłości na łonie natury….

Legenda głosi, że film Adama MacDonald’a, bardziej aktora niż reżysera, znanego chociażby z thrillera “Home sweet home”, opowiada prawdziwą historię pary niedzielnych turystów.

Ile w tym prawdy, nie wiem, ale historia nie obfituje w jakieś szczególnie nieprawdopodobne wydarzenia, więc można dać temu wiarę.

Opowieść o feralne wycieczce opiera się na kompilacji brawury i naiwności, która nakazała Alexowi wyprowadzić swoją lubą w ciemny las bez mapy, czy innego środka nawigacji, bez telefonu, czy innego środka komunikacji i bez czegokolwiek, co mogło by posłużyć do obrony przed potencjalnym zagrożeniem.

backcountry

Sprawa wygląda tak, że poznajemy naszych protagonistów w chwili, gdy ci wypuszczają się na weekendowy wypad do lasu. Alex wyraźnie chce zaimponować swojej dziewczynie, prawniczce nie zaznajomionej z zasadami survivalu. Co jest najśmieszniejsze, nasz aspirujący Bear Gryls okazuje się jeszcze mniej zapobiegliwy niż jego miastowa panna, wyszydzając jej drobne środki ostrożności w postaci flary i spray’u na niedźwiedzie. Odmawia wzięcia ze sobą mapy, bo przecież był tu wiele razy i doskonale wie gdzie ma iść. Zabiera dziewczynie telefon, bo przecież ma wzdychać w zachwycie do jego umiejętności przetrwania w trenie, a nie odbierać maile z pracy.

backcountry

backcountry

Przez pierwsze minuty filmu śledzimy zatem sekwencje kolejnych potknięć w działaniu, które dla każdego widza będą jednoznacznym sygnałem, że ‘to musi się źle skończyć’.

Gdy para rozbija obóz w połowie drogi napotykają pewnego podejrzanego typa, który łowił ryby w okolicznym jeziorze, Jenn ochoczo zaprasza go na ognisko. To dopełnienia obrazu nieostrożności prezentowanej przez bohaterów.

“Backcountry” nie jest jednak filmem o świrze z lasu, więc typa z ogniska możemy zostawić tam, gdzie był i skupić się na początku zbioru plonów z głupoty, którą protagoniści zasiali w pierwszej połowie obrazu.

Oczywiście okaże się, że mapa jednak była kurewsko potrzebna, spray to za mało w spotkaniu z misiem, zapasy jedzenia umieszcza się w bezpieczniejszym schowku, a telefon komórkowy mógłby złapać zasięg.

backcountry

“Backcountry” jest, więc bardzo prostym filmem z prostym przesłaniem. Obfituje w kilka mocniejszych scen, gdy prawo Murpy’ego zaczyna znajdować zastosowanie w prezentowanych tu wydarzeniach: Jeśli możecie się zgubić to na pewno się zgubicie, jeśli macie spotkać niedźwiedzia to na pewno spotkacie, jeśli możesz pokiereszować sobie nogę to na pewno tak będzie itp. To sprawia, że film jest przewidywalny, ale czy to źle?

Jeśli dobrze zrozumiałam to miał prezentować proste konsekwencje prostych błędów i tak się właśnie stało. Nie jest to na pewno pozycja obowiązkowa, raczej średniak z rodzaju tych, które można odpuścić bo znajdziemy jeszcze z tuzin podobnych filmów, a więc nic straconego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:3/10

Drzewa mają oczy

Welp (2014)

welp

Grupa zuchów z harcerstwa wybiera się na obóz do lasu wraz z trójką opiekunów, Chrisem, Peterm i Jasmin. Dla podkręcenia atmosfery survivalu opiekunowie serwują dzieciakom opowieść o mieszkającym w lesie chłopcu – wilku Kai’u. Jeden z małych harcerzy, wrażliwy Sam, daje temu wiarę bardziej niż jego towarzysze i postanawia zbadać sprawę. Wkrótce spotyka chłopca z lasu.

Belgijscy twórcy krótkometrażówek i seriali TV w swoim horrorze “Welp” rzucają wyzwanie zapomnianej konwencji camp slashera, czyli starej, dobrej obozowej rąbanki. Gatunku, który narodził się we Włoszech, a rozkwitł w Stanach Zjednoczonych ponad trzydzieści lat temu.

Już nikt nie kręci takich filmów. Może dlatego, że i obozy wyszły z mody? Belgowie postanowili połączyć amerykański sposób straszenia z europejskim. Co z tego wynikło? Trochę inteligentniejszy slasher z głębsza warstwą psychologiczną, ale niestety bogaty w niedostatki grozy i luki fabularne.

W każdym szanującym się slasherze gwoździem programu jest zamaskowany antagonista. Tu mamy rzeczonego Kaia, półnagiego dzikiego chłopca mieszkającego na drzewie (proszę się nie śmiać).

welp

Wyssana z palca legenda okazuje się zawierać ziarnko prawdy i to też zagranie typowe dla camp slashera. Jedyną osobą, która orientuje się, że las nie jest miejscem odludnym jest mały Sam, chłopiec na oko 10-13 letni, wyraźnie wyalienowany z grupy.

Scenariusz sugeruje nam, że Sam miał trudne dzieciństwo, a zabawa w harcerstwo ma mu pomóc się uspołecznić. Nie wszyscy są zwolennikami takiego rozwiązania. Jeden z opiekunów wyraźnie warczy na Sama i nie przepuści żadnej okazji by mu dopiec. Kiedy ten opowiada o leśnym chłopcu nikt mu nie wierzy.

Sama miałam względem tego wątpliwości, bo pomyślało mi się, że Kai może być jakąś projekcją Sama, takim wymyślonym kolegą, na którego można zrzucić winę za swoje zachowanie. Nie wiem, czy scenarzyści celowo wprowadzili taką możliwość, czy to kwestia przypadku i mojej manii szukania drugiego dna:)

welp

W drugiej połowie filmu Kai zaczyna zachowywać się coraz bardziej defensywnie, zabija psa. To, że będą ofiary w ludziach jest tylko kwestią czasu. Tu moi drodzy na arenę wkracza kolejny antagonista o zupełnie nieznanym rodowodzie, którzy poluje na ludzi w lesie.

Rzucona na wstępie opowieść o fabrykantach, którzy stracili prace w okolicznym zakładzie może nam sugerować, że rosły mieszkaniec podziemia ma z tym jakiś związek, ale scenariusz zdaje się w ogóle nie interesować tym, czy widz połączy te fakty, czy uzna, że jest to luka w fabule.

welp

Pojawi się kilka scen mordów, ale mnie bardziej interesowało co stanie się z Samem? Niespodzianki nie było, można się domyślić takiego zagrania ze strony twórców.

Podsumowując, jak na camp slasher film nie do końca spełnia swoją rolę. Dwóch antagonistów, którzy wzięli się w zasadzie znikąd. Mało sympatyczne ofiary -mam tu na myśli zarówno opiekunów jak i dzieciaki. Nazbyt rozciągnięty wstęp.

Jeśli jednak przyjrzeć się warstwie dramatycznej to mamy bardzo interesującą postać małego chłopca z problemami. Nie znamy natury jego kłopotów, to zostaje w sferze tajemnicy i domysłów, co jest dość dobrym posunięciem jak na dramat psychologiczny – ale znowuż daje dupy jako slasher.

Obraz relacji jakie panują między dzieciakami i opiekunami też jest na plus. Podobała mi się leśna sceneria i niektóre sceny mordów, ale jak na horror to znowu za mało.

welp

Nie mniej jednak będę trzymać kciuki za Belgów niech działają w gatunku, ale raczej doradzałabym zabawę z camp slasherem, bo naprawdę trudno jest dorównać klimatowi horrorów z lat ’80, z reguły wychodzi z tego przegadana papka albo pseudo pastisz.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:6

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Poniekąd o wilkołaku

Late Phases (2014)

late phases

Niewidomy emerytowany żołnierz, weteran wojny w Wietnamie, Ambrose, po śmierci małżonki zostaje umieszczony przez swojego syna w czymś co ja nazwałbym gettem dla starców, a oficjalnie nosi ono nazwę wspólnoty domów spokojnej starości.

Tam w malowniczych okolicznościach przyrody, w otoczeniu lasu i innych małych domków Ambrose ma doczekać śmierci. Śmierć przychodzi już pierwszej nocy po przeprowadzce zabiera jego ukochanego psa i jedyną miłą sąsiadkę, Dolores. Śmierć ma ogromne kły i pazury. Jest niczym innym jak… wilkołakiem.

Wiedziałam, że muszę obejrzeć ten film mimo iż tematyka likantropii nie frapuje mnie szczególnie, a udane filmy z tym motywem mogę zliczyć na palcach jednej ręki.

Jednoznacznie filmy o wilkołakach kojarzą się z kinem raczej niższej klasy, bardziej kiczowatym niż intrygującym.

Reżyserem “Late phases” jest jednak twórca, który bardzo przykuł moją uwagę swoim obrazem “Here come the devil“. Mimo iż ów film posiadał sporo wad to nacechowany był tak specyficznym nastrojem, przedziwną metaforyką jak z “Pikniku pod widzącą skałą“, że zapadł mi w pamięć i liczyłam, że Bogliano rozwinie skrzydła.

Teraz nakręcił kolejny intrygujący obraz, właśnie “Late phases”.

Umiejętne łączenie dramatu psychologicznego z gatunkiem grozy prawie zawsze gwarantuje sukces. Automatycznie stawia film wyżej nad typowymi przedstawicielami tego drugiego gatunku, czyniąc z niego coś więcej niż tanią rozrywkę dla wielbicieli strachu.

“Late phases” to film o transformacji, o zmianach jakie zachodzą w człowieku nieodwracalnie.

Los naszego głównego bohatera zmienił bieg z chwilą gdy w czasie działań wojennych w Azji strzelił do sześciolatka. W tym momencie poniekąd zrezygnował z człowieczeństwa. Stał się zimny i twardy, skostniały.

Później przyszła ślepota uniemożliwiająca oglądanie otaczającego go świata, ale Ambrose nie postrzega tego jako swoje największe kalectwo, bardziej boli go ślepota serca, która sprawia, że jego relacje z otoczeniem są takie, a nie inne.

late phases

To bardzo ciekawa postać. Z jednej strony silna i świadoma swoich niedostatków z drugiej strony zupełnie wobec nich bezbronna. Chwila, w której dociera do niego, że nie będzie mu dane odejść w spokoju podejmuje walkę z nawiedzającym osiedle emerytów wilkołakiem.

Jeśli chodzi o postać antybohatera to tu kwestia motywu transformacji jest dość oczywista. Człowiek, który zmienia się w bestię, dosłownie.

late phases

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze tło, można rzec społeczne czyli obraz małej społeczności emerytów którzy traktują Ambrose z dużą dawką rezerwy, aż w końcu przeradza się to w jawną niechęć.

Mężczyzna od początku daje im do zrozumienia, że nie jest jednym z nich. Nie chce być bezradnym, potulnym starcem. Jak sam mówi, jedyne co mu w życiu wyszło to bycie żołnierzem i jako żołnierz postanawia umrzeć.

Walory horrorowe są tu daleko w tyle, choć nie powiem, żeby było z nimi coś nie tak. Bestie wyglądają jak wyglądają, czasami udaje się zrobić większe wrażenie, czasami nie. Film zaczyna się od śmierci psa, a to już wystarczy, żeby mnie wytrącić z emocjonalne równowagi, wprawić w popłoch i wzbudzić bardzo określone odczucia względem antybohatera.

Kreacja aktorska Nica Damici, który to zawsze gra twardych facetów sprawiła, że generalnie wszytko inne zeszło na dalszy plan. Nawet wilkołak.

Ambrose budzi silne emocje. Może to być współczucie, może to być podziw, gdy dzielnie stawia czoło sytuacji, szykując uzbrojenie do walki, czy choćby w chwilach gdy bez przejęcia zdaniem innych porusza się po terenie osiedla i miasteczka podpierając się łopatą, którą kopie grób dla swojego psa (a może też trochę dla siebie? W takim metaforycznym rozumieniu?).

late phases

Dla mnie to po poprostu bardzo dobry film, może nie do końca jako horror, bardziej jakaś egzystencjalna przeprawa z wątkami paranormalnymi, ale ja lubię właśnie takie niestandardowe podejście do gatunku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:8

70/100

W skali brutalności:3/10

Zdjęcie z duchem

Shutter/Widmo (2004)

shutter

Tun, młody fotograf wraz z dziewczyną, Jane, wracają z solidnej alkoholowej imprezy. Doby nastrój gaśnie w drodze powrotnej do domu, gdy para potrąca na jezdni kobietę. Wystraszeni uciekają z miejsca wypadku.

Od tamtej chwili Jane dręczą wyrzuty sumienia, a Tun zaczyna widzieć rozmyte oblicze młodej kobiety na swoich fotografiach.

shutter

“Shutter” jest uznawany przez publikę za jeden z najlepszych azjatyckich horrorów. Fabularnie wpisuje się w skośną konwencje ghost story z duchem kobiety, który prześladuje zza grobu żywych.

Tak można to ująć w wielkim skrócie, jednak “Shutter” mimo iż wpisuje się w schemat wykorzystuje każdą okazję by po za niego wyskoczyć. Przede wszystkim poziomem realizacji.

“Shutter” jest debiutem reżyserskim młodych Tajlandczyków. Trudno było mi w to uwierzyć, bo jest niesamowicie solidnie zrobiony. Przemyślany, dokładny, precyzyjny i co najlepsze straszy!

shutter

Mimo iż kino grozy jest bogate w najróżniejsze motywy, wykorzystuje różne środki, aby wzbudzić w widzu niepokój trzeba uczciwie powiedzieć, że działa to zazwyczaj ‘tyle o ile’. Sama oceniając horrory często zawyżam ocenę w ‘straszności’, przyzwyczajona do przeciętnego poziomu lęku, jaki budzą oglądane filmy. W przypadku “Shuttera” autentycznie miałam ciary.

shutter

Bogactwo scen i różnorodność sposobów na podniesienie ciśnienia u widza jest ogromny i co najlepsze i mało spotykane w skośny kinie, poziom ‘straszenia’ jest równy. Nie trzeba długo czekać na pojawienie się ducha. Ale też nie mamy w tym przesady, jak w kinie amerykańskim.

Pomysłowość twórców, którzy wówczas nie nie mieli jeszcze trzydziestki, ba, ledwo przekroczyli dwudziestkę naprawdę robi wrażenie.

Każdy kogo znudziły już czarne peruki, pokręcone białe damy pełznące po skodach, doceni to co fundują twórcy “Shuttera”. To chyba wystarczająca rekomendacja dla scen z duchem, ale mogę dodać jeszcze kilka pochwał. Chociażby doskonałą synchronizację dźwięku z obrazem w scenach grozy. Można podskoczyć:)

shutter

Jeśli idzie o warstwę fabularną to również nie zabraknie wrażeń mimo iż wydaje się, że w kwestii skośnych duchów wszystko zostało już powiedziane. Pojawi się element zaskoczenia, dość brutalny, na pewno wzbudzający emocje. Wiemy przecież, że duch nie pojawił się znikąd, a początkowy trop, tak oczywisty okazuje się blagą. A sam finał tej historii: MOCNY!

Zawsze miałam słabość do skośnego kina grozy i nigdy tego nie ukrywałam. Mam tu swoich faworytów, i wśród nich na pewno znajduje się “Shutter”. Ochoczo dorzucę do tego grona też innych film tych samych twórców “Alone”, który koniecznie muszę odświeżyć.

Zachęcam do seansu, nawet osoby, które azjatyckiego kina nie tykają, bo nie odpowiada im ich estetyka. Odradzam natomiast bawienie się z remake’ami. Amerykański jest całkowicie jałowy pod względem klimatu a Bollywoodzki (“Click”) to… Bollywoodzki…;)

Moja ocena:

Straszność: 10

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:10

Aktorstwo:7

Walory techniczne:10

Oryginalność:6

To coś:9

87/100

W skali brutalności:1/10

Portret Briana Bradleya

Legendarna posiadłość – Heather Graham

legendarna posiadłość

Akcja nowej powieści amerykańskiej pisarki, Heather Graham, toczy się w Filadelfii, gdzie od ponad dwustu lat stoi legendarna posiadłość, pamiętająca czasy walk o niepodległość.

Dom rodzin Tarlenton i Dandridge, od nazwisk, których wziął swoją nazwę, współcześnie służy za miejsce wycieczek pasjonatów historii Filadelfii.

Z domem wiąże się legenda o młodej patriotce, Lucy Tarlendon, która to miała zginąć z rąk brytyjskiego generała.

Alison Leigh, miłośniczka historii, wykładowca akademicki i przewodniczka w Tarlenton-Dandridge House poświęca się pracy badania przeszłości Lucy.

Pewnego dnia jeden z jej współpracowników, młody Julian, zostaje znaleziony martwy w gabinecie należącym niegdyś do seniora roku Tarlentonów. Nabity na bagnet młodzieniec zaczyna materializować się w legendarnej posiadłości jako duch by pomóc Alison w rozwikłaniu tajemnicy domu.

Jako, że okolicznościom śmierci chłopaka towarzyszy niezwykła otoczka do akcji włącza się Ekipa Łowców, czyli specjalna sekcja FBI zajmująca się sprawami kryminalnymi o paranormalnym powiązaniu. Kluczem do rozwiązania zagadki śmierci okazuje się być historia domu.

Muszę przyznać, że po lekturze zaledwie jednej książki Heather Graham, “Niewidzialne“, nie dołączyłam do grona jej fanów. Mimo wszytko starsza powieść podobała mi się zdecydowanie bardziej niż publikacja z tego roku.

W zasadzie “Legendarnej posiadłości” mogę zarzucić te same wady co “Niewidzialnym”, czyli wątpliwej jakości styl autorki, przede wszystkim uporczywe powtórzenia, wtrącenia z kosmosu i nachalnie upchnięty w fabułę thrillera wątek romansowy.

Autorka nie potrafi obejść się bez wrzucania swoich bohaterów na łóżko, ale zanim to się stanie maltretuje czytelnika wynurzeniami z rodzaju westchnień zadurzonej gimnazjalistki/gimnazjalisty.

On i ona, w tym przypadku agent Tyler i Alison zachwycają się sobą po cichu podczas, gdy lista ofiar śmiertelnych rzekomo nawiedzonego domu cały czas rośnie. Na co drugiej stronie mamy kwiatki w stylu:

“Nagle zrozumiała, ze jest nie tylko atrakcyjny, ale wręcz… seksualnie pociągający.”

“Właśnie w tym wyjątkowym momencie zrozumiała, że bliskość Tylera intryguje ją i podnieca”.

Ja sama w tych ‘wyjątkowych monetach’, gdy autorka znowu schodziła na temat podnieceń, po prostu omijałam akapit, bo szerze mówiąc mało mnie to interesowało, drażniło i wybijało z rytmu śledzenia właściwej akcji, tej z mordami, duchami i nawiedzonymi obrazami.

Może gdyby umiała w ciekawszy sposób wprowadzić uczucie na arenę zbrodni, jakość bym to przetrawiła. Niestety nie widziałam żadnego uzasadnienia dla takiego wątku po za namiętną potrzebą autorki by sparować wszystkich bohaterów biorących udział w akcji powieści. W poprzedniej czytanej przeze mnie książce uczyniła to z Loganem i Kelsy, którzy w “Legendarnej posiadłości” już cieszą się swoją miłością.

Jeśli idzie o wątki paranormalne to tu trochę też przegięła, czyniąc z jednego ducha nadwornego błazna, który albo plecie bez sensu albo usypia. Drugi pojawia się jako widmowa postać przemykająca po posiadłości i to bardziej ma dla mnie ręce i nogi.

Na pewno niektórych z Was, którzy sięgniecie po tę powieść zainteresuje tło historycznie. Graham bardzo lubi gloryfikować przeszłość Stanów Zjednoczonych, waleczność kolonistów, zamykając usta na mniej pozytywne aspekty sprawy jak masowe mordy na rdzennych mieszkańcach terenów, czy niewolnictwo 😉 Mnie ten patriotyczny ton raczej nudził i tak na dobrą sprawę jedyne, co mogę pochwalić w tej powieści to wątek kryminalny, całkiem dobrze ułożony, choć w finale oczywiście musiał się pojawić motyw niespełnionego uczucia (blee).  A i wątek duchów zwierząt, ale to już moja osobista słabość do tych stworzeń.

Wielu osobom nie wadzi mieszanie motywów paranormalnych z romansowymi – mnogość tego typu dzieł tylko temu dowodzi. Więc nawet bez mojego błogosławieństwa Pani Graham znajdzie swoich zwolenników a “Legendarna posiadłość” dorówna popularności jej poprzednim siedemdziesięciu tytułom.

Moja ocena: 4+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Burda:

burda

Po drugiej stronie lustra

The Mirrors/ Lustra (2008) &

The Mirrors 2/ Lustra 2 (2010)

lustra

lustra

Po tym, jak z zadowoleniem odświeżyłam dobie thriller Odbicie zła” naszła mnie chęć na kolejny film grozy z motywem lustra.

W tym miesiącu doczekaliśmy się polskiej premiery kinowej “Oculusa” (blisko dwa lata po premierze światowej- wstyd dystrybutorzy!), więc niech to będzie miesiąc pod znakiem zwierciadła. I tu apel do Was, jeśli kojarzycie jakieś tytuły z tym wątkiem, podzielcie się w komentarzu.

Dziś będzie więc o filmach bardzo spopularyzowanych, o dwóch częściach “Luster”.

Pierwszy z nich nakręcił Alexander Aja w dwa lata po sukcesie remakeWzgórza mają oczy“. Tym razem wraz ze swoim wiernym scenarzystą, Gregory’m Levasseur’em, wziął na warsztat nie amerykański klasyk, lecz koreański film, który wyszedł w 2003 roku.

Nie bardzo pamiętam oryginał, na pewno go oglądałam i nie zdziwiłabym się, gdyby przypadł mi do gustu bardziej niż obraz Aji. W każdym bądź razie Gregory Levasseur przerobił scenariusz kładąc nacisk nie na wątki kryminalne, lecz te typowo horrorowe.

Powstała więc opowieść o byłym policjancie, który ma problemy z piciem. Ben, bo tak się zwie, podejmuje pracę jako nocny stróż w spalonym budynku, będącym niegdyś centrum handlowym Mayflower. Jego poprzednik zginął w dziwnych okolicznościach w czasie pracy, nikt jednak nie połączył jego śmierci z ogromnym lustrem w holu budynku, które jak wkrótce odkryje Ben, posiada niezwykłe i jednocześnie mordercze właściwości.

lustra

Film Aji obfituje w brutalność, jej przyrost jest nader bogaty jak na film z pod gatunku ghost story, ale krew to już chyba znak rozpoznawczy Francuza.

Ja osobiście nie do końca kupuje jego pomysł na filmową realizację motywu luster, choć muszę przyznać, że sam motyw luster w kinie grozy jest ciekawy. Mogą one stanowić wrota do innej rzeczywistości, mogą funkcjonować, jako swoiści obserwatorzy, którzy widzą nasz świat, pochłaniają go wraz tym co dobre i złe. Patrząc w lustro widzimy rzeczywistość identyczną, a jednak odwróconą, więc kaleką. W filmie Aji mamy to wszytko.

lustra

Lustro z Mayflower kryje w sobie zło, które ma zdolność wpływania na osoby, które mają z nim styczność. Lustro emituje obraz śmierci bohatera, jednak nie jest to złudzenie, bo po chwili po drugiej stronie, w rzeczywistości widzimy już zimnego trupa, który uczynił sobie to, co zrobiło jego lustrzane odbicie.

Tu reżyser ma szanse by dać upust swojemu rozmiłowaniu w makabresce. Już pierwsze sceny nie oszczędzają widza.

W pierwszej połowie filmu tropimy tajemnicę. Ben chce dowiedzieć się co skrywa lustro, jak się tego pozbyć by móc ochronić siebie i innych. Mamy tu do czynienia z wieloma dobrymi efektami, robiącymi wrażenie, mogącymi przestraszyć.

Tempo akcji jest szybkie i o zgrozo w drugiej połowie filmu jeszcze bardziej się rozpędza. Nagromadzenie wątków jest coraz większe i jak dla mnie mamy tu niezły bajzel. Jak wspomniałam nie do końca to kupuje, bo jednak najbardziej cenię sobie minimalizm, swobodę interpretacji. Tu tego nie ma.

Moim zdaniem najmocniejszym punktem filmu jest zakończenie. To w zasadzie jedyna rzecz, którą zapamiętałam do tej pory po pierwszym seansie z filmem. teraz, odświeżając go miałam w pamięci w zasadzie tylko finał, cała reszta jakoś mi umknęła, więc film oglądałam z uwagą, a mimo to czekałam już tylko na ten mocny finał.

Druga część filmu to w założeniu sequel, choć początkowo miałam wrażenie, że mam tu do czynienia z prequelem, takim nie do końca zgrywającym się ze starszym filmem, ale jednak prequelem. Dlaczego? Ano w “Lustrach 2” zaczynamy od otwarcia galerii handlowej i jeśli czegoś nie pokręciłam, sklep nazywa się Myflower. Jego właścicielem jest ojciec głównego bohatera.

Znowu mamy tu postać borykającego się z problemami i nałogiem faceta, który podejmuje pracę nocnego stróża w budynku z przeklętym lustrem. Jego poprzednik, który w przeciwieństwie do poprzednika Bena uszedł z życiem bardzo źle wspomina swoją pracę.

Nasz bohater, Max widzi w lustrzanym odbiciu niepokojące rzeczy. Podobnie jak to było w “Lustrach” zwierciadło kryje w sobie czyjąś duszę. Tym razem nie ma ona demonicznego rodowodu, jednak stanowi zagrożenie dla osób, które mają z nią styczność.

Fabuła rozwija się prostym torem wzdłuż, którego składane są kolejne ofiary lustra. Scen makabrycznych nie zabraknie po raz kolejny.

lustra

O ile Aja komplikował sprawę o tyle Victor Garcia nadmiernie wszystko uprasza. Jego historia jest boleśnie przewidywalna i praktycznie jeszcze nim przewinie się połowa filmowej taśmy seans możemy zakończyć, bo wszytko jest już jasne. Ci, którzy zostaną przed ekranami zostaną uraczeni sentymentalnym i durnym finałem, całkowicie przeczącym temu, co prezentowała pierwsza odsłona “Luster”. Jeśli miałbym określić “Lustra 2” jednym słowem, użyłabym określenia: naiwny.

lustra

Słowem podsumowania mogę spokojnie powiedzieć, że nie szaleję na punkcie tej serii. Podoba mi się wyjściowy pomysł, ale jego poprowadzenie już nie do końca.

Moja ocena:

Lustra: 6/10

Lustra 2:4/10

W skali brutalności:4/10

Ołtarz

Altar (2014)

altar

Rodzina Hamiltonów wprowadza się do starej posiadłości w Wielkiej Brytani. Meg Hamilton ma za zadanie odrestaurować dom na życzenie zleceniodawcy zza Oceanu.

Głównym założeniem jest powrót do pierwotnej formy stworzonej przez pierwszego właściciela, słynącego z zabawy z alchemią.

Dom owiany jest złą sławą rzekomo nawiedzonego przez duchy Radcliffe’a i jego zamordowanej żony.

Rodzina Hamiltonów zostanie uwikłana w złowrogie zamiary istot z zaświatów.

“Altar” to kolejny film wyprodukowany dla brytyjskiej telewizji. Twórca kojarzony bardziej z baśniowymi klimatami wziął się za bary z gatunkiem grozy i muszę powiedzieć, że wyszło mu to całkiem dobrze.

Film opiera się na solidnym fundamencie schematu ghost story, bo znowu mamy rodzinę w nowym/starym domu zmuszoną zmierzyć się z jego tajemnicami. Mimo iż twórca nie ma wprawy w gatunku nie boi się trochę poeksperymentować z formą- szkoda, że nie postawił też na bardziej odkrywce elementy jeśli idzie o treść.

altar

Pierwszymi świadkami emanacji z zaświatów zazwyczaj są dzieci, tu postawiono na starsze z nich, nastoletnią Penny (znowuż Antonia Clarke z “Trzynastej opowieści” i “Lightfields“). To jej udziałem będzie najlepsza, najbardziej godna zapamiętania scena ukazująca obecność ducha. Twórca poleciał tu bardzie niestandardowo, nakładając obraz istoty nadprzyrodzonej na dziewczynkę, uzyskując efekt rozmytej rzeczywistości. Zabieg znany od czasów “Furmana śmierci”, ale zupełnie zapomniany w dobie graficznej wyrazistości. Wypada wręcz wyśmienicie!

altar

Ciekawie prezentują się również sceny z udziałem ojca rodziny, niestety fabularnie sprowadzają się one do oczywistego rozwiązania- facet został opętany przez duchy zamieszkujące dom, jak większość męskich bohaterów filmów z nawiedzonym domem w roli głównej. Najsłabiej wypadają sceny z udziałem Meg, no, może pomijając odwiedziny tajemniczego malarza, ale tu w szczegóły wdawać się nie będę, żeby nie czynić spoilera.

altar

Tempo akcji jest raczej stonowane, ale i tak sporo się tu dzieje. Na pochwałę zasługuje sposób operowania grozą w tym obrazie, jest całkowicie nienachalne – nie w każdym ciemnym kącie musi czaić się duch.  Dodatkowym plusem jest scenografia. Dom, który przypomina mi posiadłość z “Nawiedzonego domu i otaczające go wrzosowiska niczym w “Wichrowych wzgórzach”, jesienne posępna aura to skojarzenie z “Kobietą w czerni“. Aktorstwo jest nieco sztywne, ale jakość wpisuje mi się to w brytyjską powściągliwość i pasuje do całości.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Ostatnia historia

The Thirteenth Tale/ Trzynasta opowieść (2013)

trzynasta opowieść

Vida Winter powieściopisarka cierpiąca na nieuleczalną chorobę postanawia opowieść historię swojego życia, swoją ostatnią opowieść, skromnej dziennikarce zajmującej się pisaniem biografii.

Okazuje się, że w życiu starszej Pani nic nie było takie jakim się wydawało. Bohaterka otwiera przed swoją słuchaczką drzwi najbardziej strzeżonych tajemnic rodzinnych.

trzynasta opowieść

Uwielbiam takie nastrojowe filmy. Niby nie do końca spełniają wymogi gatunku grozy, bo nie przerażą wyskakującym z szafy potworem, duchem, czy mordercą. W ogóle nie przestraszą, mimo iż wykorzystują elementy występujące w kinie grozy. Tu mamy podejrzenie iż dom w którym wychowywała się Vida był nawiedzony. A może chodzi o coś zupełnie innego?

trzynasta opowieść

Trudno mi pisać o tym filmie, tak by nie zdradzić Wam tego, co powinno zostać tajemnicą, aż do chwili, w której narratorka opowieści zechce nam ją wyjawić.

Historia rozpoczyna się w chwili, gdy matka pisarki Isabel powraca z ‘podróży’ z dwojgiem noworodków, bliźniaczkami Adeline i Emmeline. Szybko zorientujemy się, że ojcem dziewczynek jest jej rodzony brat, Charlie, Pan na włościach w Angelfield.

Śledzimy historię dorastania młodych panienek z pałacu, aż do momentu pożaru, który pochłonął posiadłość.

Nie widzę sensu w dalszym streszczaniu fabuły, bo finalnie i tak okaże się, że prawda wyglądała ‘nico’ inaczej.

trzynasta opowieść

Scenariusz do filmu autorstwa Christopher’a Hampton’a powstał podobnie jak inne jego scenariusze (“Niebezpieczne związki”, “Pokuta”, “Mary Reilly”) na motywach powieści. W przypadku “Trzynastej opowieści” jest to książka Diane  Setterfield. Tu mam dobrą wiadomość, dla zainteresowanych, istnieje polskie wydanie powieści.

Reżyserem filmu jest James Kent słynący z solidnych produkcji telewizyjnych, filmów i mini seriali, jak np. “Marchlands“.

W obsadzie znajdziecie znane twarze. W rolę Vidy wciela się, kolejno w wersji ‘starsza pani’ moja ulubienica Vanessa Redgrave i w wersji nastoletniej Sophie Turner znana fanom innych produkcji TV jako Sansa Stark. Pojawi się też w nieco mniej słodkiej wersji Antonia Clarke (Lucy z “Lightfields“), jednak moją uwagę najbardziej przykuła Madeline Power wcielająca się w podwójną rolę szczenięcych wersji bliźniaczek – dziecię niesamowitej urody z dobrze rokującym warsztatem aktorskim, mam nadzieję zobaczyć ją jeszcze w jakiejś produkcji.

trzynasta opowieść

Jeśli znacie i lubicie produkcje TV, lub kasowe kinowe hity powstałe w oparciu o scenariusze Hamptona to znajdziecie ich elementy, ich klimat w “Trzynastej opowieści”.

To historia prosta tylko z pozoru, bardzo klimatyczna, sadzona w malowniczych okolicznościach przyrody, dopieszczona pod kątem zdjęć i ogólnie całej realizacji.

Ogląda się ją bardzo przyjemnie, choć zwolennicy mocnych filmowych wrażeń mogą być rozczarowani. Podobnie jak widzowie oczekujący twardego realizmu i żelaznej logiki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

71/100

W skali brutalności: 1/10