Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Ani mroczy, ani tajemniczy

The Intruders/ Mroczna tajemnica (2015)

intruders

Rose wraz z ojcem przeprowadza się do nowego-starego domu. Wcześniej willa należała do lokalnej dobrodziejki, która pomagała zagubionym nastolatkom powrócić na ścieżkę pana.

Jedna z owych nastolatek zaginęła, jak się później okazało uciekła z synem pani domu by dalej wieść tułaczy żywot.

Rose, która wprowadza się do domu po tym, jak pani Cherry nieoczekiwanie wyjeżdża doszukuje się w ucieczce nastoletniej Rachel czegoś innego niż gigantu z ukochanym. Bacznie przygląda się jednemu z sąsiadów. Co więcej wydaje się, że jakaś siła, która osiadła w domu próbuje nawiązać z nią kontakt. Czyżby to był duch Rachel? A może to, czego doświadcza Rose wynika z dziedzicznej choroby psychicznej?

„Mroczna tajemnica” – polski tytuł jak zawsze powala oryginalnością – to produkcja przeznaczona do dystrybucji DVD, jak sądzę, więc nie ma co się spodziewać kinowej premiery. Twórcy to Kanadyjczycy o skromnym filmowym dorobku. Obrali oni na cel stworzenie nastrojowego horroru opartego na domniemanej zagadce kryminalnej i obowiązkowym wątku ‚jestem nawiedzona, czy pierdolnięta’.

intruders

Początek filmu straszne nuży. W zasadzie cały film jest nużący, i nawet ciężko zaznaczyć, w którym momencie taśmy kończy się długi wstępniak, od którego momentu akcja się rozwija i gdzie znajduje si punkt kulminacyjny. Wszytko jest jakieś rozwleczone i ‚zlane’.

Fabułę rozpoczyna przeprowadzka do nowego domu i zapoznanie z protagonistami.

Mamy tu więc stary dom, który ojciec architekt zamierza odnowić. Jest też jego córka, która z powodu załamania nerwowego po samobójczej śmierci chorej na schizofrenie matki została zesłana na przymusowy urlop dziekański.

O Rose nie możemy za wiele powiedzieć. Dziewczyna wydaje się samotna, bo tata ucieka w pracę a ona z powodu podejrzenia choroby psychicznej została skazana na banicje. Nie podoba jej się w nowym domu i od początku szuka dziury w całym. Widząc kłótnie sąsiadów snuje podejrzenia o przemocy domowej. Kiedy dowiaduje się, że w jej domu mieszkała zaginiona nastolatka jeszcze baczniej przypatruje się sąsiadowi z naprzeciwka. W końcu pojawiają się złe sny, przedmioty same zmieniają miejsce, a Rose węsząc po domu zatrzaskuje się w piwnicy. Wszytko to ma dowodzić nawiedzeniu przez ducha zaginionej dziewczyny.

intruders

Nie uświadczymy tu praktycznie żadnych ciekawych scen z udziałem zjawisk paranormalnych. Wszytko jest bardzo ostrożne i zachowawcze. Finał następuje pod osłoną nocy i nie jest niczym pomysłowym. Cały pomysł skojarzył mi się z „Domem na końcu ulicy„. Epilog jest oczywiście stosownie słodko pierdzący, ale wzbogacony o ostatnią, rozpaczliwą próbę zasiania ziarnka niepokoju. Za ten krzyk rozpaczy dodam litościwie jeden punkt.

Czy ten film ma szansę komukolwiek się spodobać? Myślę, że jeśli grupą docelowa będą nastolatki w przedziale wiekowym 12-15 z miskami popcornu na podorędziu to film może dać radę. Starsza publika może sprawę wykpić. Dlaczego? Film nie ma szansy nikogo przestraszyć. Nie jest w stanie zaskoczyć, bo już tło napisów początkowych dużo nam zdradza. Warstwa dramatyczna jest cienka i nawet jako obyczajówka ten film wydaje się niedorobiony. Aktorstwo jest znośne, ale tylko znośne, nic ponad to.

„Mroczna tajemnica” nie jest ani tajemnicza, ani mroczna.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:0/10

Nadchodzi zaraza

Retreat (2011)

retreat

Martin i Kate wyjeżdżają na wyspę, gdzie ich znajomy ma dom. Zgodził się udostępnić go parze by ci na łonie natury mogli dojść do ładu ze swoim związkiem. Ładu nie widać, ale zza horyzontu wyłania się przybysz.

Ranny mężczyzna mdleje na oczach Kate i Martina, więc ci zgarniają go, by udzielić mu pomocy. Są zdani tylko na siebie, bo po za nimi na wyspie nikt nie mieszka, a CB radio nie działa.

Gdy ranny facet odzyskuje przytomność oświadcza parze, że w ciągu kilku dni na świecie rozszalała się zaraza, która szybko i skutecznie uśmierca ludzi. Być może wyspa jest ostatnim bastionem, a oni ostatnimi zdrowymi ludźmi.

„Retreat” jest thrillerem z odrobiną apokaliptycznego klimatu, nutką psychologii i wątkiem typowym dla home invasion.

Mamy tu parę, która jak to bywa często gęsto po stracie dziecka próbuje wrócić do normalności. Piękne okoliczności przyrody, izolacja i święty spokój mają im w tym pomóc. Sprawdza się to tyle o ile. Kate jest bardzo wytrwała w swoim wycofaniu zaś Martin jest zbyt nieporadny i podporządkowany jej nastrojom by móc pokonać ten mur.

Wtedy zjawia się Jack i oświadcza im, że jest wojskowym, któremu udało się uciec ze stałego lądu, gdzie wirus dziesiątkuje ludzi.

Pytaniem jest, czy Jack ma racje? Może mocno oberwał w główkę? A może jest jednym z tych świrów, którzy marzą o apokalipsie by móc sprawdzić swoje survivalowe umiejętności kształtowane przez pół życia? Może wymyślił to wszystko by zdominować bezbronnych ludzi i dowodzić nimi jak swoim własnym oddziałem?

A może to wszytko prawda? Może bezowocne próby skontaktowania się z kimkolwiek z zewnątrz świadczą właśnie o tym, że coś się wydarzyło?

Być może chodzi o coś jeszcze innego?

retreat

„Retreat” posiada sprawnie zbudowaną historię. Cała zagadka ogniskuje się wokół postaci Jacka, który wydaje się szalony i niebezpieczny. Na pewno każdy z widzów będzie miał własny pomysł na to o co tu chodzi, ale nie sądzę by ostatecznie ktokolwiek przewidział rozwiązanie tej zagadki. Na pewno nie w stu procentach. To już duży plus.

W zasadzie mamy tu teatr na trzech aktorów. Zanim pojawia się ten trzeci zdołamy już trochę poznać dwójkę naszych bohaterów. Widzimy, że to Kate dominuje w związku, widzimy jak bezwolny jest jej mąż. Wszytko po to by uzasadnić ich skrajnie odmienne postawy, gdy dojdzie do spotkania z intruzem, ale czy jakakolwiek postawa mogła ich uratować?

retreat

Jak na reżyserski debiut mamy tu dość wysoki poziom realizacji. Znani aktorzy, przemyślana sceneria, dobre zdjęcia i montaż. Żadnych zbytków, wszytko ograniczone do minimum. To buduje fajny klimat, a i fabuła jak wspomniałam jest niczego sobie.

Czy wszystkim się spodoba? Nie wiem, dla niektórych widzów może być ‚wszystkiego za mało’. Za mało akcji, wątków, przestrzeni, ale dla miłośników minimalizmu powinno wystarczyć.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Babysitterka jako zawód wysokiego ryzyka

Babysitter Wanted (2008)

babysitter wanted

Religijna i skromna Angie rozpoczyna naukę na uniwersytecie i wprowadza się do akademika. Dziewczyna ma dzielić pokój o wyglądzie meliny z inną studentką.

Gdy nazajutrz Angie przegląda campusowe ogłoszenia w poszukiwaniu łóżka natrafia na ogłoszenie o pracy dla opiekunki. Kontaktuje się z sympatyczną rodziną farmerów, którzy szukają opiekunki dla swojego kilkuletniego syna, Sama.

Dziewczyna rozpoczyna pracę i powoli odkrywa, że nie w domu Stantonów nie jest bezpieczna.

babysitter wanted

Na „Babysitter Wanted” miałam ochotę od dłuższego czasu, licząc, że będę mieć tu do czynienia z ukłonem w stronę klasycznych slasherów.

Ukłonów nie było, raczej przysiady.

Wydaje mi się, że Mannasseri miał podobne aspiracje co Ti West kręcąc swój „House of the devil„. Chciał nawiązać do produkcji z ostatnich dwudziestu lat XX wieku, jak „Kiedy dzwoni nieznajomy”, czy „Halloween”. Ti Westowi się to udało. Wykorzystał ograne motywy i estetykę z pożądanym efektem.

W „Babysitter Wanted” zabrakło tej staranności i mimo iż obydwa filmy fabularnie są niemal identyczne dzieli je przepaść jeśli idzie o wykonanie.

Po pierwsze film nie ma klimatu, a przecież mógłby mieć! Mamy uroczą acz irytującą babysitterkę, odludną farmę i satanistyczny motyw.Czyli to samo, co miał Ti West!

Ekspresja aktorska odtwórczynie roli Angie, Sary Thompson, przynosi mi na myśl Anne Faris ze „Strasznego filmu” i jej kreację roli Cindy.

babysitter wanted

Jakoś nie mogła mnie przekonać  do tego, że gra w horrorze. Może sama też nie była co do tego przekonana.?Ujęcia, w których mogła by zaprezentować na twarzy przerażenie, czy krzyk rozpaczy były zaciemniane, tak, że nie widz nie miał szansy zobaczyć jej twarzy,a przecież przerażenie na buzi słodkiej final girl to gwóźdź programu w slasherze, tak się rodziły ‚królowe krzyku’.

Filmowych antybohaterów mamy tu kilku, ale tylko jeden z nich może wzbudzić jakieś zaczątki niepokoju – jeśli zdecydujecie się na seans pewnie domyślicie się o kogo mi chodziło.Pozostali bardziej uderzają w stronę pastiszu niż grozy. Ma to jakiś swój urok, ale nie bardzo działa na korzyść walorów horrorowych. Mamy też trochę scen pościgów, upadków i frontalnych ataków. Nie są najgorsze, ale żeby coś przykuło moją uwagę na dłużej niż parę sekund to nie bardzo.

babysitter wanted

Jeśli więc macie ochotę obejrzeć slasher w stylu ‚starych dobrych czasów poleciła bym raczej „House of the devil” czy nawet „Zderzenie ze śmiercią„, bo jeśli idzie o współczesne slash to nie bardzo jest w czym wybierać- tylko te dwa filmy jakoś się wyróżniają. „Babysitter Wanted” radzę odpuścić.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:3

46/100

W skali brutalności:2/10

Terytorialni

Territories/ Terytorium (2010)

territories

Pięcioro młodych amerykanów wkrótce ma przekroczyć granicę Kanady w drodze powrotnej z wesela. Mimo iż obierają trasę mniej uczęszczaną natrafiają na dwóch funkcjonariuszy straży granicznej. To co wydaje się być rutynową kontrolą szybko przeradza się w bezprawne zatrzymanie i uprowadzenie. Dlaczego? Ano dlatego, że dwóch gości w mundurach to byli weterani wojny w Iraku (tej pierwszej) i ani myślą wpuścić do swej ojczyzny kogokolwiek kto wydaje im się podejrzany.

Wszyscy boją się muzułmanów. Każdy kogo powierzchowność może kojarzyć się mieszkańcami bliskiego wschodu od razu budzi lęk. Nie oszukujmy się, amerykańskie działania wojenne, jak i działania fanatycznych wyznawców islamu zrobiły swoje i piętnem odcisnęły się na świadomości wielu ludzi na świecie. Największego świra na temat zagrożenia jaki niesie każdy o imieniu Abdul mają amerykanie. Można się temu dziwić, a można to przyjąć jako realną konsekwencje wydarzeń.

Wspominam o tym tylko dlatego, że temat ten zainspirował twórców filmu „Territories”.

Rzecz jest o patrze podstarzałych weteranów, którzy zdrowie fizyczne i psychiczne zostawili na drugim końcu świata. Pech chce, że pewnej nocy na ich terytorium wkraczają przyjezdni. Pięcioro młodych ludzi w tym urodzony w Bostonie obywatel Ameryki o nazwisku Kahlid, jego narzeczona Żydówka jej astmatyczny brat i para przyjaciół.

Ogarnięci obsesją przywracania honoru Ameryce i wyładowaniu własnych frustracji postanawiają zająć się nieproszonymi gośćmi.

terytorium

Pierwsze minuty filmu to bardzo szybka akcja. Fanatycy szukają zaczepki i udaje im się ją znaleźć. Posądzają grupę o posiadanie i przemyt narkotyków i z minuty na minutę coraz bardziej nakręcają się w tym przekonaniu.

Najbardziej mają jednak na oku pokojowo nastawionego Jalii’a. Facet o niewątpliwie wschodniej urodzie i nazwisku z automatu staje się terrorystą, oczywiście w przekonaniu naszych samozwańczych obrońców ameryki. Dochodzi do bardzo nieprzyjemnych sytuacji i co szokujące, nasi bohaterzy poddają się im bez większego sprzeciwu. Lęk przed władza? Zapewne, a może stara dobra chęć uniknięcia większych problemów? Jest coś takiego w każdym człowieku, że gdy widzi mundurowych od razu czuje się zagrożony. Nie zależnie od tego czy faktycznie ma coś na sumieniu;) Druga rzecz, kolejne zjawisko, każdy kto jest niewinny wierzy, że jego czyste sumienie zapewni mu wybawienie. Często nie zdając sobie sprawy z tego, że w tej potyczce wcale nie chodzi o to by dociec prawdy, tylko o to by udowodnić wcześniej założone stwierdzenie. W tym przypadku celem jest dowiedzenie, że przekraczający granicę ludzie są zagrożeniem dla ameryki. Czy nasi antybohaterowie naprawdę w to wierzą? Kolejne filmowe wydarzenia pokazują, że tak. Wierzą jak cholera i nie cofną się przed niczym by skłonić podejrzanych do przyznania się do winy.

territories

O tym co wojna robi z psychiką żołnierzy krążą już legendy. Filmowcy wielokrotnie sięgają po ten wątek prześcigając się w coraz to brutalniejszych wizjach psychicznej dezintegracji ludzi, którzy walczyli na froncie. Często pojawia się tu przemyślenie, z którego wynika iż człowiek, który raz trafił do piekła cały czas nosi je w sobie. Osadza się ono ja jego duszy jak proch strzelniczy na rękach i nawet jeśli dokładnie się go zmyje dłoń i tak będzie poszukiwać spustu pistoletu. Tak też jest w przypadku naszych antybohaterów. Oni już nie umieją inaczej. Poświęcili wszytko dla kraju i nie godzą się na odsuniecie od jego spraw. Walczą dalej na własną rękę.

territories

Nie zabranie tu mocnych scen, choć bardziej bije po oczach brutalność psychologiczna- przesłuchania,  niż fizyczna- głodzenie, pobicie, zamykanie w klatkach. Dlatego mimo iż można by ten film zakwalifikować do nurtu exploration to nie do końca mi tu pasuje.

Ze względu na dużą uwagę jaka został poświęcona motywom sprawców i zaprezentowaniu postaw ofiar skłoniłabym się raczej do brutalniejszego thrillera psychologicznego.

Pierwsze sceny w filmie są bardzo dynamiczne, dlatego niektórych widzów może rozczarować wycofanie się z takiego tempa akcji na rzecz zapoznania ze sprawcami i ofiarami. Zazwyczaj w filmowym planie najpierw mamy wieczorek zapoznawczy a później mordobicie. Tu jest na odwrót. Mnie to nie przeszkadza, zwolnienie tempa akcji i przyrostu przemocy fizycznej  wcale nie zmniejsza napięcia ani psychicznego dyskomfortu jaki powoduje śledzenie rozwoju sytuacji. Jest ciekawie.

territories

Jeśli chodzi o walory estetyczne filmu to dominuje tu brudna kolorystyka, i ucieczki ‚kamera z miejsca zbrodni’. Jedna z końcowych scen filmu tylko sygnalizuje w jakim położeniu po kilku tygodniach przetrzymywania znajdują się nasi bohaterzy. Ta migawka mówi więcej niż tysiąc słów.

Aktorstwo jest nie do pogardzenia, choć nie wyróżniłabym tu nikogo z obsady. Każdy w swej roli daje radę.

„Teritorries” to ewidentnie film wart uwagi.

Jego wymowa nie spodoba się każdemu, bo zahacza o dość kontrowersyjną tematykę i może kolidować ze światopoglądem niektórych widzów. Ja podeszłam do niego jak do produktu i nic ponad to. Wywołał u mnie bardzo nieprzyjemne emocje i przemyślenia dalekie od cenzuralnych.

Polecam.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:4/10

Bardzo chory człowiek

Kompleks Boga – Piotr Rozmus

kompleks boga

W Szczecinie znikają ludzie. Ekipa policjantów pod wodzą Aleksandra Pieńkowskiego ma problem ze sprecyzowaniem kto może być winny fali porwań. Giną zarówno rozrywkowe studentki jak i poważni businessmani, nawet akademicki wykładowca psychologii. Jakiego sprawce może interesować tak rozbieżna grupa? Jaki może mieć motyw?

Początkowo tropów jest niewiele, ale gdy pojawia się wątek wiadomości, jakie wszystkie zaginione osoby otrzymały nim słuch po nich zaginął, kiełkuje pierwszy pomysł. Cytaty z biblii mogą wskazywać na kogoś, kto wysługując się słowem bożym postanawia przeprowadzić iście starotestamentową krucjatę. Jak wiadomo, nie ma ludzi bardziej niebezpiecznych niż religijni fanatycy…

Po drugą z książek Piotra Rozmusa sięgnęłam bardzo niechętnie. Jego debiut dał mi, co prawda sporo uciechy, ale nie da się ukryć, że było w tym z mej strony sporo drwiny dla starań autora. ALE jako że każdemu należy dać drugą szansę i wierzę, że ludzie potrafią uczyć się na błędach, skorzystałam z okazji przeczytania „Kompleksu boga”.

Co mogę powiedzieć ze stu procentową pewnością, to to, że jest zdecydowanie lepiej. Nie wiem, czy autor sam wpadł na pomysł, że żonglerka amerykańskimi realiami na polskim podwórku wypadła żałośnie, czy też może ktoś mu to zasugerował, ale fakt jest taki, że zostawił twardy amerykańskich gliniarzy za oceanem i nie wciskał do fabuły wątków z ‚zagramanicznych’ filmów sensacyjnych, jak wybuchające samochody, czy policjant, że Szczecinka o nazwisku Donovan:)

Zamiast wałkować trudne życie gliniarza z kryminalnej, o którym jak było widać, pojęcie miał mgliste skupił się na postaci mordercy i ofiar.

Tu wymalował całkiem wiarygodne historie.

Sprawa zaczyna się od pana businessmana zajmującego się nieruchomościami. Piękny, młody i bezwzględny rekin przedsiębiorczości zostaje upolowany w czasie, własnego polowania. Polowania na dupy. Temat dup jest w jego życiu bardzo ciekawym aspektem. Autorowi udało się stworzyć ciekawy życiorys postaci i  w tym przypadku potknął się w zasadzie tylko raz. Ale czy ktoś to wychwycił, po z mną – upierdliwą mną? Wątpię. Bohater o imieniu Krystian w czasie monologu zachwytu nad samą sobą rzecze, że ‚naiwni żółtkowie’ z Tokio puszczą mu za bezcen swoja ziemię. Hola, hola. Czy aby autor nie wie, że każdy fragment Japonii jest zagospodarowany do ostatniego centymetra i japoński businessman prędzej popełnił by seppuku niż sprzedał białemu wyrzutkowi fragment swej ojczyzny? To bardzo niefortunna wstawka, aż grysie w oczy.Wiedza ogólna tu kuleje, a pan Rozmus powinien czasem dwa razy zastanowić się zanim wystrzeli z siebie wywód na temat, o którym nic nie wie. To zresztą problem, który bardzo wytykałam mu przy recenzji poprzedniej książki: brak orientacji w teranie, na który się porywa.

Następną postacią jest pani psycholog. Atrakcyjna – jak wszystkie kobiety pojawiające się w tej powieści – i inteligentna doktor Ewa, zostaje uprowadzona z przystanku autobusowego wracając z uczelni. Trafia do piwnicy, a później do klatki w owej piwnicy obok wcześniej wspomnianego Krystiana.

Obydwoje trafili tam, bo mają coś na sumieniu. O ile przewina Ewy wydaje się błaha, o tyle w przypadku Krystiana złożenie całopalnej ofiary za jego dusze byłby całkiem na miejscu.

Ale klatek mamy trzy. Czas na trzecią ofiarę, studentkę, Natalię, która zostaje porwana prosto, z delikatnie mówiąc, ‚nieudanej randki’. I ona podpadła bogu…

Ofiar będzie ostatecznie czworo, choć ostatni z zainteresowanych załapie się ledwo na koniec imprezy.

Mamy też naszego zbira, który już w prologu prezentuje psychotyczne objawy. Wstęp mówi nam dosyć sporo na temat tego, dlaczego nasz antybohater porywa się na starotestamentową krucjatę. Nie dowiadujemy się jednak wszystkiego, bo ‚najsmaczniejsze kąski’ zostają na koniec. Co się oczywiście chwali, choć autor posłużył się tu bardzo pospolitym wątkiem.

Tytuł powieści mówi nam w zasadzie wszytko na temat jego poczynać. Kompleks boga, który doskwiera aspirującemu zbawicielowi jest przyczyną całego zamieszania.

Można rzec, że dużo tu psychologii, czyż nie? Pamiętam, że w poprzedniej powieści, po za tym, że autor mylił imiona bohaterów, nazywał pentagram ‚sześcioramienną gwiazdą’, to nie odróżniał jeszcze psychiatry od psychologa klinicznego, co spowodowało u mnie dużą wesołość.

Jako, że w wypadku „Kompleksu boga” cała siła powieści opiera się na psychologii musiał w tym temacie pogrzebać. Już nie myli psychiatry z psychologiem, ale znać powierzchowność jego wiedzy. Rzuca hasłami typu ‚zaburzenia z grupy A klasyfikacji DSM V’ jak by chciał popisać się wiedzą, pewno z google, bo w branży psychologicznej w Polsce dalej jedzie się na ICD 10 ewentualnie DSM IV.

Jedną ze swoim bohaterek uczynił wykładowcą psychologii. Pomijając fakt, że owa bohaterka wykładając na pierwszym roku opowiada swoim studentom o Freudowskim modelu osobowości, w ramach zajęć z ‚psychologii osobowości, który to przedmiot  na polskich uczelniach zarezerwowany jest dopiero na trzecim roku, to jeszcze w treść wykładu autor  wplata niekiedy całe zdania przerznięte ze strony internetowej. Daleko nie szukał, bo wpisując w google hasła ‚ego, id i super ego’ znajdziemy je na trzeciej stronie z ukazanych wyników;) To dopiero reacherch! Taki King, na przykład, przez dziesięć lat zbierał materiały do jednej ze swoich powieści, bodajże „Łowca snów”, a polski pisarz ma google ;)…. No nic, użycie tematu psychoanalizy zostało zapewne podyktowane zapatrzeniem się  (znowu)  w amerykańskie kino, gdzie w każdym wątku związanym z psychologią musi pojawić się Freud. Albo plamy atramentowe;)

W powieści zostaje wykorzystany jeszcze jeden modny na polu psychologii wątek, najpopularniejsze zaburzenie świata, które w naturze występuje rzadko, ale w kinie i literaturze w przypadku niemal co drugiego mordercy. Ah, kocham schematy. Nie mamy tu więc żadnego novum, ale i tak jest ciekawie. Tak, jest ciekawie, mimo iż autor parokrotnie zawodzi brakiem wiedzy ogólnej – jeszcze kilka przykładów bym przytoczyła, ale szkoda czasu. Mimo to książka jest ok. Może dlatego, że wciąż mam w pamięć gafy z debiutu?

Styl też jest dobry, przystępny, prosty. Autor zaczął unikać przydługich porównań, którymi była usiana „Bestia” co wyszło mu na zdrowie. Całość czyta się przyjemnie i jedyne co mogłam jej zarzucić, to mało oryginalny motyw przewodni,  potknięcia na polu wiedzy ogólnej i powierzchowne traktowanie psychologii, na której de facto opiera się cały pomysł. Dużego plusa daje za sprawne poprowadzenie wątków obyczajowych. W tych fragmentach Rozmus wręcz płynie i aż miło się to czyta.

Może powinien spróbować w sił w obyczajówkach? Tam nie musiałby zapuszczać się na tak grząski grunt, na którym widać we fragmentach z psychologią i wątkami kryminalnymi porusza się bardzo niepewnie i jakby boi się napisać coś bardziej wywrotowego i dalszego o schematu.

Czy sięgnę po następną książkę autora jeśli takową wyda? Myślę, że tak, chociażby po to by śledzić postępy. Może będzie jeszcze lepiej?

Moja ocena:6-/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

videograf


O Carmilli nieco inaczej

Styria aka Angel of death (2014)

styria

Do opuszczonego od lat ’20 XX wieku zamku na Węgrzech przybywa angielski profesor wraz z nastoletnią córką, Larą.

Dziewczyna jest świadkiem jak jeden z mieszkańców okolicznej wsi napada na młodą dziewczynę. Lara pomaga jej ukryć się w zamku. Córka profesora i tajemnicza Carmilla zaprzyjaźniają się. Tym czasem Styrię nawiedza fala samobójstw młodych dziewcząt, zupełnie jak w odległej przeszłości.

„Styrię” miałam na oku już jakiś czas. Trafiłam na nią przypadkiem szukając screenów z polskiego filmu „Carmilla”. Wiedziałam, że na oficjalną dystrybucje będę musiała się naczekać, bo twórcy obrazu nie są cudownymi dziećmi Hollywood.

Zauważyłam, że jest to produkcja, w której spory udział mają Polacy: Za zdjęcia odpowiada nasz rodak, a w jedną z głównych rol wciela się polka, Julia Pietrucha. Film kręcono w Europie, dokładnie na Węgrzech, więc narobiłam sobie nadziei na piękne widoki oraz europejski klimat i nie pomyliłam się.

styria

„Styria” to bardzo europejska produkcja. Powiedziałabym nawet, że wschodnioeuropejska, bo bardzo przypomina mi rosyjskie horrory, które udało mi się do tej pory zobaczyć, mam tu na myśli tę udaną grupę. Kojarzy się też ze starymi polskimi produkcjami grozy. Ma podobny klimat, nie opiera się teatralnej manierze i nadużywa zaufania widza zakładając, że wcale nie musi wszystkiego dokładnie wyjaśniać. Posiada klimat klasycznego horroru gotyckiego, okraszonego elementami psychologicznymi dla podkręcenia wrażenie szaleństwa.

Poniekąd fabularnie jest to wariacja na temat „Carmilli” Le Fanu: Mamy tajemnicze dziewczę, które trafia pod jeden dach z młodą bohaterką (W oryginale Laurą w tym filmie Larą) i wchodzi z nią w bardzo intensywną relację.

Odwiedza ją w nocy, gdy reszta domowników śpi i oprowadza po okolicy. Dziewczęta doskonale się bawią, ale z nocy na noc Lara zaczyna się coraz gorzej czuć. Słabnie i widać, że towarzystwo Carmilli, którego bardzo pragnie wcale jej nie służy.

styria

Mamy jeszcze wątek ojca, który ukrywa przez Larą pochodzenie jej matki, a także fakty związane z jej zniknięciem z ich życia.

Ojciec Lary zajmuje się badaniem zabytków, coś jak połączenie archeologa i restauratora sztuki. Obiera na cel zamek w Styrii, gdzie ukryte są trzy ścienne malowidła o mrocznym rodowodzie. Murale przedstawiają stara legendę, a może historię? W dodatku historię, która zdaje się powtarzać w tej chwili, gdy okazuje się, że w Styrii młode dziewczęta bardzo chętnie popełniają samobójstwa.

Fabułę filmu można podzielić na dwie części. Pierwsza, czyli ta bliższa oryginalnej historii Le Fanu, gdzie jeszcze nie wiemy skąd wzięła się Carmila, więc zakładamy, że jak w oryginale jest wampirem i obserwujemy zmiany jakie zachodzą w Larze i druga, gdy przedstawiona zostaje historia z przed lat, związana z malowidłami, leczniczymi źródłami i samobójstwami dziewcząt, oraz gdy dochodzi do pewnego zdarzenia z udziałem Carmilli. Nie mogę wam więcej zdradzić, dość powiedzieć, że w tym momencie odchodzimy od oryginalnej historii. Wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie.

Wampiryzm jest bardzo oczywistym rozwiązaniem i gdy twórca bierze na tapetę ten wątek musi trzymać się pewnych zasad inaczej zostanie wyklęty przez potencjalnego widza. Innowacyjne podejście nie jest pożądane dlatego też dobrze się stało, że twórcy „Styrii” posługują się bardziej metaforą wampiryzmu niż jego mitologiczną wersją.Choć obawiam się, że większość widzów i tak nie wychwyci niuansu i potraktuje sprawę nazbyt dosłownie, jak kolejny vampire movie, gdzie głównym celem antybohatera jest picie krwi.

Bardzo, ale to bardzo podobały mi się sceny finałowe.Ujęcia Carmilli obserwującej Larę jakby z innego świata, jasnego i pięknego podczas gdy ta balansuje nad krawędzią.To takie podsumowanie całej relacji obydwu panien. Lara, która podświadomie dąży do samozagłady i Carmilla, która oferuje jej śmierć.

styria

Fabuła przypadła mi więc do gustu i nie przeszkadzało mi pewne jej ‚pomieszanie z poplątaniem’.

Wykonanie też zasługuje na uwagę. Jak wspomniałam za zdjęcia odpowiada Polak  należą mu się za nie brawa, bo wypadają świetnie. Perfekcyjne operowanie światłem wyznacza granicę między mrokiem i jasnością czym świetnie zgrywa się z poetyką filmu.

Sceneria jaka została wybrana jako filmowy plan również wypada bardzo dobrze, mam tu na myśli zarówno wnętrze zamku jak i jego otoczenie tj. panorama gór,przyległe lasy, czy wioska pełne zabobonów i średniowiecznych lęków malujących się na twarzach mieszkańców.

styria

Aktorstwo jest jak najbardziej okej. Na czele ekipy jako najbardziej doświadczony w aktorstwie staje Stephen Rea ze swoim cierpiętniczym wyrazem twarzy. Lubię go i jak zawsze zagrał dobrze. W Larę wciela się aktorka mi osobiście nie znana choć ma już nie najgorszą filmografie. Ma bardzo interesującą urodę i zagrała bardzo bardzo dobrze. Na koniec rodaczka, Julia Pietrucha, znana z polskich seriali – głównie. Bałam się, że jej akcent będzie kalał moje uszy, ale nic podobnego, dykcja daleka od kwadratowej i mimo iż nieco odstawała od brytyjskiej obsady to nie było to bolesne. Bardzo mile zaskoczyła mnie swoja grą. Była bardzo sensualna i naturalna, doskonale poradziła sobie z tak niejednoznaczną postacią jak Carmilla. Urody też jej nie brakuje. Nie jest ona jedyny polskim akcentem w obsadzie bo mamy tu jeszcze jedno nazwisko i rolę trzecioplanową, w którą wciela się jeden z najlepszych polskich dubbingowców. Na ekranie też można go pokazać bez wstydu i znać po nim światową klasę aktorską:)

Na pewno jest to kino oryginalne zarówno pod względem formy jak i treści. Odbiega od hollywoodzkich standardów, trzyma się pazurami europejskiej estetyki wypinając tyłek na banał. Mnie bardzo się podobał.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:9

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Oryginalność:7

to coś:8

Aktorstwo:8

Walory techniczne:9

71/100

W skali brutalności:2/10

Podatny grunt

Fertile Ground (2011)

fertile groung

Małżonkowie, Emily i Nate przeprowadzają się do odziedziczonego przez mężczyznę domu na prowincji. On jako aspirujący artysta ma tam przygotowywać się do wernisażu, a ona ma wrócić do dawnej pasji szycia i projektowania sukienek. Wszytko po to, by małżonkowie mogli pozbierać się po niedawnym nieszczęściu, czyli poronieniu przez Emily córeczki.

Dom jest stary, ale wcale nie opuszczony. Każdy jego fragment tętni od historii jego byłych mieszkańców. Co jest niepokojące, najczęściej są to historie zakończone nagłym zgonem.

Emily, która jak się okazuje, ponownie zachodzi w ciążę zaczyna odczuwać obecność złowrogiej siły, którą epatuje dom. Kiedy grzebie w historii rodziny męża, a co za tym idzie w historii domu odkrywa, że doszło tam do brutalnej zbrodni, która była dziełem przodka Nate’a. Ale to jeszcze nie wszytko, do tego dojdzie jeszcze upiorne znalezisko na podwórku w postaci ludzkiej czaszki.  Okaże się, że Nawet najsłynniejszy morderca XIX wieku kręcił się po okolicy.

fertile ground

Adam Gierasch jest twórcą wielu niskobudżetowych horrorów, takich jak „Autopsy„, czy „Wicked Little things„. Z nich wszystkich chyba najlepiej udał mu się „Fretile Ground”. Piszę to mimo, iż nie jestem zwolenniczką scenariuszowych kalk. Zawsze wolę film nieco niedopracowany, ale oryginalny niż kolejny bezpieczny schemat. Problem w tym, że filmy tego twórcy po za schemat się nie ruszają.

Historia rodziny Weaverów to przechadzka po historii konwencji ghost story. Zaczynamy tradycyjnie od przeprowadzki do nowego domu. Pojawia się ciąża, której towarzyszy złe samopoczucie bohaterki i przekonanie o zagrożeniu. Być może Emilly jeszcze nie pozbierała się po stracie poprzedniego dziecka, a może dopadła ją depresja okołoporodowa? Ciężarne kobiety są bardzo lubym tematem dla twórców horroru. Hormony buzują, nadwrażliwość staje się rzeczą naturalną. Łatwo wepchnąć taką bohaterkę do starego domu i wystraszyć.

fertile ground

Pojawia się motyw zbrodni z przeszłości popełnionej na bogu ducha winnej kobiecie.

ghost story często występuje motyw zapętlenia. Tak zwane ‚nawiedzenie osiadłe’, które charakteryzuje się tym, że w nawiedzonym miejscu wciąż powtarza się sekwencja tych samych tragicznych wydarzeń.

Emilly zaniepokojona zmianą w zachowaniu męża zaczyna wierzyć, że ten, wzorem swojego przodka zamierza ją zabić. Motyw obłędu partnera i bezbronności wobec tej sytuacji małżonki to również temat stary jak świat. W „Fertile Ground” mamy nawet scenę, która powinna już rozwiać wszystkie wątpliwości ad. oryginalności pomysłu. Gdy Emily odwiedza pracownie męża, w której ten spędza całej dnie odkrywa, że wypełniają ją puste płótna – zajechało „Lśnieniem„, czyż nie?

fertile ground

Mimo iż przeszłość domu jest taka, a nie inna, teza o nawiedzeniu nie może być nazbyt oczywista. Muszą pojawić się wątpliwość i podejrzenie o bardziej przyziemny rodowód wizji nawiedzających bohatera czy bohaterkę. Tu najlepiej postawić na chorobę psychiczną.

I tym o to sposobem mamy już cały film. Wszystkie motywy podsunięte jakby taśmociągiem, zaczerpnięte z innych popularnych horrorów.

Ale czy efekt jest bardzo zły? O dziwo nie. Przewidywalność, przewidywalnością, ale i tak miło się to ogląda. Tempo akcji jest niespieszne więc możemy cieszyć oko powolnymi przejazdami kamery po domu, okolicy, licach przerażonej kobiety. Mimo to nie jest nudno, bo zawsze znajdzie się jakaś krytyczna sytuacja, załamanie Emilly, czy wybuch agresji Nate’a.  Przemknie jakiś nienachalny duszek, czy objawi się w innej formie. Aktorstwo też jest jak najbardziej w porządku. Podobało mi się też zakończenie. Znowu nic oryginalnego, a jednak.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Przed oczami

Los Ojos de Julia/ Oczy Julii (2010)

oczy julii

Bliźniaczki, Sara i Julia cierpią na chorobę , która objawia się stopniową utratą wzroku. Stan Sary jest znacznie gorszy, jest już praktycznie ślepa. Pewnego dnia Sara zawisa w swojej piwnicy, a jej siostra Julia nie potrafi tego zaakceptować.

Być może strach przed resztą życia spędzoną w ciemności popchnął ją do samobójstwa? Ale czemu Sara miałby popełniać samobójstwo po operacji przywracającej wzrok?

W wyniku strasu jaki przysporzyła Julii śmierć siostry i u niej objawy ślepoty zaczynają gwałtownie postępować. Pytaniem jest, czy Julia zdąży rozwiązać zagadkę zanim i ją dopadnie ciemność?

Filmy sygnowane nazwiskiem Guillermo del Toro przyciągają najwięcej fanów hiszpańskiego kina. Jego nazwisko jest już marką i gwarancją udanego seansu. Osobiście nie spotkałam się chyba ze złym filmem którego producentem, tudzież reżyserem, czy scenarzystą byłby del Toro.

„Oczy Julii” powstały w wyniku współpracy del Toro, Moralesa („Dziwny lokator„) i Paulo („El Cuerpo„). W podwójną role bliźniaczek wciela się naczelna gwiazda hiszpańskiego kina Belen Rueda („Sierociniec„, „El Cuerpo”, „W stronę morza”).

Fabuła opiera się na próbach rozwikłania tajemniczej śmierci Sary. Julia nie wierzy w wersję z samobójstwem. Wprowadza się do domu Sary i ku rozpaczy swojego męża zaczyna prywatne śledztwo. Szybko okazuje się, że Sara miała swoje tajemnice. W jej życiu był jakiś mężczyzna.

oczy julii

Julia jest przekonana, że to on mógł mieć udział w śmierci siostry. Pojawia się też wątek dziwacznego sąsiada o niecierpliwym penisie.

Julia za wszelką cenę chce poznać tożsamość mężczyzny, z którym spotykała się Sara. Problem w tym, że jest to człowiek widmo posiadający jakiś dziwny dar niewidzialności. Nikt kto go napotkał, nie jest w stanie odpowiedzieć na podstawowe pytania dotyczące jego wyglądu.

Tymczasem Julia ślepnie. Niewidzialny mężczyzna coraz natarczywiej atakuje kobietę. Przemyka obok niej jak cień. Może być każdym, a postępująca ślepota nie ułatwia walki z nim, a może wręcz przeciwnie? Może to właśnie niewidzące oczy mają szansę zobaczyć najwięcej?

oczy julii

W przeciwieństwie do bardziej znanych filmów del Toro, „Oczy Julii” nie wykorzystują wątków paranormalnych. Nie ma tu żadnych Faunów, duchów, diabłów. To bardziej thriller oparty na psychologii relacji między poszczególnymi bohaterami. Kluczem do rozwikłania zagadki jest poznanie każdego z bohaterów wraz z jego tajemnicami i połączenie w całość zawikłanej układanki wzajemnych relacji.

Przynajmniej kilkakrotnie w czasie seansu widz będzie przekonany, przekonany stu procentowo, że już wszytko wie. Scenariusz jednak bezlitośnie wywodzi w pole pokazując nam tylko połowę prawdy.

Najciekawszym elementem fabuły, w moim odczuciu, jest wątek ‚niewidzialnego’. Przemyka niezauważony, zupełnie zlany z tłem i z ciemnością. Na to kim jest miałam sporo pomysłów, ale dopiero u kresu tej historii mamy szansę poznać jego tożsamość. Zdemaskowanie sprawcy przyjmuje bardzo dramatyczny kształt i nie zabraknie tu scen pełnych napięcia.

Fabularnie jest to więc film solidny, ciekawy, wciągający.

Klimat zbudowany jest na podstawie narastającego wrażenia ciemności. Ciemności, która jak to z nią bywa często, niesie zagrożenie.

oczy julii

Twórcy po mistrzowsku wykorzystali motyw ślepoty Julii często ukazując świat przedstawiony jej oczami, zamazane kontury, zaciemnione przestrzenie, ciemność na końcu pola widzenia. Aktorstwo jest solidne, bo zobaczymy wielu czołowych aktorów hiszpańskich znanych nie tylko z kina grozy.

Na pewno nie zaliczyłabym go do moich ulubieńców jeśli chodzi o hiszpańskie horrory, bo są jednak filmy, które lubię dużo bardziej, ale na pewno nie zaniża on poziomu hiszpańskiego kina grozy i spokojnie mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

Jedna noc

Noc – Ryszard Grzywacz

http://novaeres.pl/

„Noc” to króciutka książka, nie ma nawet stu stron.

Sięgnęłam po nią  z pobudek banalnych, spodobał mi się tytuł i okładka. Opis umieszczony na tyle był na tyle niejasny, że postanowiłam sprawdzić czym ta „Noc” tak naprawdę jest.

Dostałam w swoje ręce zbiór literackich miniatur opisujących jedną noc w Jeleniej Górze. Nigdy nie byłam w Jeleniej Górze. Daleko.

Bezimienny bohater pewnego wieczoru postanawia spędzić noc w sposób niebanalny. Zamawia taksówkę i rusza w miasto. Nie w głowie mu jednak hulanki, on wybiera się na niezwykłą wycieczkę krajoznawczą.

jelenia góra

Wszytko zaczyna się od jazdy taksówką, a kończy na pieszej wyprawie po Karkonoszach. Jest też stary przedwojenny tramwaj, jest rower -i jest rowerzystka. Jest też „Duch gór” pod postacią starca zalegającego w opustoszałym budynku.

Całą opowieść przypomina deliryczny sen. Pojawiają się tu zarówno sytuacje banalne i przyziemne jak ‚zakupy w tesko’ – bardzo udany opis typowo męskiego toku myślenia – jak i zjawiska niewytłumaczalne jak spotkanie z Duchem Gór, który oświadcza bohaterowi, że od tej pory ludzie będą mieli taki świat na jaki zasługują – plastikowy. Nasz bohater jest jedyną osobą, która zdaje sobie z tego sprawę.

Jego wyprawa ma trochę metafizyczny wymiar, choć nie wiem czy mój odbiór książki ma cokolwiek wspólnego z założeniami autora. Zahacza o historię Jeleniej Góry jako miasta, zachęca do poznania go.

Napisana jest bardzo literackim językiem. Wiem, jak to brzmi, w założeniu każda książka powinna być napisana literackim językiem, ale w praktyce wiadomo jako to jest. Autor żongluje słowami bardzo sprawnie, stosuje ciekawe językowe zagrywki, tylko do czego to zmierza?

Sięgnęłam po ta książkę, bo jak wspomniałam chciałam się dowiedzieć o czym jest. Ale nadal nie wiem. Wiem już co stanowi jej zawartość, ale jakie jest przesłanie? Ktoś przeczyta i mi powie?

Moja ocena:5+/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

http://novaeres.pl/

Po sąsiedzku

The boy next door/ Chłopak z sąsiedztwa (2015)

the boy next door

Clarie, nauczycielka angielskiego w miejscowym liceum od dziewięciu miesięcy jest w separacji z mężem. Mąż niestety za bardzo lubił ‚zagryzać ciasteczka’ w czasie podróży służbowych do San Francisco, co spowodowało poważne problemy małżeńskie.

Z początkiem nowego roku szkolnego na ulicę, przy której mieszka Clarie z nastoletnim synem, wprowadza się nowy sąsiad. Urok młodzieńca sprawia, że zraniona Clarie też nabiera apetytu na słodkości. Przystojny Noah wpada jej w oko, a później między nogi.

Pech chce, że dla niego nie było to jednorazowe turne i teraz zrobi wszytko by zatrzymać przy sobie atrakcyjną sąsiadkę.

„The boy next door” to typowy thriller o toksycznej miłości, ‚cały w tym ambaras żeby dwoje chciało naraz‚.

Pikanterii całej sprawie dodawać ma ogromniasty zadek Jennifer Lopez, która wciela się tu w rolę Clarie.

the boy next door

Aktorską jest niestety taką, a nie inną, ale i tak za role ofiary złego chłopca z sąsiedztwa została nagrodzona kubkiem popcornu. Zagrała całkiem przyzwoicie, choć obserwując ją na ekranie miałam wrażenie, że ludzie z produkcji bardziej skupili się na dbałości o idealny makijaż swojej gwiazdy niż na próbach wykrzesania z niej jakiś emocji. Mniejsza o to.

Reżyserem obrazu jest twórca pierwszej odsłony „Szybkich i wściekłych” toteż spodziewałam się większego tempa akcji, jakiś większych emocji, a jest raczej ‚letnio’.

Historia jest do bólu prosta. Mamy piękną niewiastę w kryzysie, która trafia na nieodpowiedniego faceta. Noah okazuje się mocno porąbany. Ma bardzo określoną wizje wspólnego życia z wymarzona kobietą i nie da sobie wmówić, że wizja ta rozmija się z rzeczywistością.

the boy next door

Kiedy udaje mu się uwieść Clarie zaczyna ją szantażować. Macha jej przed nosem pamiątkami ze wspólnej nocy, nastawia jej synka przeciwko jej mężowi,  w razie potrzeby jest gotowy dać komuś w mordę. Scenariusz przewiduje tez ofiary w ludziach, ale raczej tych z dalszego planu, co byśmy nie zapłakali się nad losem kogoś do kogo się przywiązaliśmy.

Nie ma tu scen pełnych napięcia, czy jakiegoś godnego zapamiętania przesłania.

Żeby scenariusz wydawał się inteligentniejszy w usta naszych bohaterów powkładano cytaty z „Iliady” Homera. Szczególnie nasz antybohater lubi sobie pogadać. Efekt jest raczej smętny niż ciekawy. Mamy tu w zasadzie dwa godne zapamiętania ujęcia (Fani urody Pani Lopez dorzucą pewno jeszcze jedną;) mianowicie: scena, w której Noah śledzi jadący przed nim samochód swojej nauczycielki, desperacko starając się nie stracić jej z oczu (może Cohenowi została smykałka do scen na drodze po sukcesie „Szybkich i wściekłych?) i jedno z ujęć finałowych z wbijaniem ostrego przedmiotu w oko – no, prawie gore!;)

Film jest tak jak wspomniałam ‚letni’. Ma nikły ładunek emocjonalny, a scenariusz rozmieszcza naszych bohaterów na planszy w bardzo standardowym szeregu, w dodatku nie zwraca uwagi na luki jakie występują w akcji.

Antybohater nie ma w sobie nic godnego uwagi. Etiologia jego szaleństwa jest bardzo mało złożona, a jego działania standardowe. Nie dopatrzyłam się w oczach aktora iskry szaleństwa, czegoś ‚niebezpiecznego’, natomiast bardzo eksponowana jest tu jego nienaganna sylwetka i profil greckiego bożka.

Ten film ogólnie jest ‚gładki’ i idę o zakład, że na planie więcej pracy mieli makijażyści niż osoby zaangażowane w inne aspekty realizacji.

Sztuczny i sztampowy- tak bym go podsumowała.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10