Miesięczne archiwum: Maj 2015

Potwone miejsce

Castle Freak/ Potwór na zamku (1993)

potwór na zamku

Rodzina państwa Reilly przybywa do zamku we Włoszech, nieoczekiwanego spadku dla głowy rodziny, John’a. Zamek należał do księżnej, która zmarła samotnie po tym jak przeszło trzydzieści lat wcześniej jej mąż uciekł do Ameryki, a synek nieoczekiwanie zmarł.

John, Susan i ich niewidoma córka spędzają tam zaledwie kilka dni, ale to wystarczy by doprowadzić do serii tragicznych zdarzeń, które już wcześniej wyjątkowo ulubowały sobie tą familię.

Przed paroma laty John spowodował wypadek, w którym zginął jego synek, a nastoletnia córka została niewidoma. Od tamtej pory wszyscy są w rozsypce, to co spotyka ich na zamku jest swoistym gwoździem do trumny.

potwór na zamku

“Potwór na zamku” jest jednym z reżyserskich dzieł  Stuarta Gordona. Gordon wyjątkowo umiłował sobie twórczość Lovecrafta, co z resztą nie powinno nikogo dziwić i nakręcił na podstawie jego opowiadań kilka filmów. “Potwór na zamku” jest jednym z nich.

Film powstał już w latach ’90, nad czym bardzo ubolewam. Ubolewam dlatego, że historia świetnie wyglądała by w czarno bieli. Ma wszytko czego potrzeba prawdziwemu gotyckiemu horrorowi. Mógłby powielić sukces “Nawiedzonego Pałacu” z Vincentem Price’m, a tak jest tylko filmem z Full moon, który z racji odgórnej przynależności do kina klasy B jest najczęściej omijany przez widzów.

Mimo iż jest to obraz nakręcony za niewielkie pieniądze i jego akcja została przeniesiona w lata ’90 XX wieku to i tak potrafił mnie mile zaskoczyć.

Fabuła może nie jest oryginalna, bo oto mamy typowy stary zamek, który w swoich piwnicach kryje tajemnicę. Nie jest to duch, ale ktoś kto jest jak najbardziej żywy. Żywy mimo iż oficjalnie martwy, żywych choć jego egzystencje ciężko nazwać życiem. Jest tytułowym potworem. Dlaczego taki jest, jak do tego doszło, to już sfera tajemnicy, którą widz poznaje w toku snutej opowieści. Mnie ta historia urzekła, mimo iż nie jest nazbyt wymyślna. Wzruszyła, przeraziła i w jakiś sposób dotknęła.

potwór na zamku

Gdy rodzina Rilley’ów wprowadza się do zamku niewidoma nastolatka zaczyna słyszeć dziwne odgłosy dochodzące z niższych partii budynku. Potwór opuszcza piwnice, zakrada się do dziewczyny. Jej skupieni na konflikcie rodzice nie dają wiary jej słowom. Pierwszy daje złamać się ojciec, niestety matka stawia twardy opór wersji, że ktoś jest w zamku po za nimi.

Gdy John przyprowadza do zamczyska poznaną w barze panią, a ona nigdy nie powraca do domu wokół Johna zaczyna narastać gęsta atmosfera. Cały tragizm sytuacji polega na tym, że nikt nie ma odwagi przyznać, że dzieje się coś niewytłumaczalnego.

Tak, fabuła jest zdecydowanie ok, zwłaszcza wątki obyczajowe, dramatyczne, historia rodziny Rilleyów, ta dawniejsza i ta bliższa, wszystko to składa się w zgrabną całość.

Wykonanie też jest bez zarzutów. Powiem więcej, sceny, które miały wzbudzić negatywne odczucia sprawdzają się. Potwór wygląda okropnie, jego działa budzą obrzydzenie. Na dzień dobry zabija kota, a później odgryza sobie palec… Niewątpliwie znajdzie się tu coś dla fanów gore.

potwór na zamku

Jeśli chodzi o klimat, to cały czas ubolewam nad brakiem prawdziwie gotyckiego ducha unoszącego się nad murami posiadłości. Nie wiele jest ujęć prezentujących wnętrza w taki sposób jaki bym tego oczekiwała. Zdjęcia są bardzo ‘jasne’ nawet jeśli znajdujemy się w podziemiu, nawet jeśli wydarzenia rozgrywają się w nocy. Boli marnowanie potencjału lokalizacji.

Aktorstwo nie jest lotów najwyższych, ale mamy tu do czynie z obsadą, która grywała w horrorach, nie raz nie dwa, więc jakoś odnajdują się w ogólnym założeniu produkcji.

Podsumowując, film godny uwagi. Warto dać mu szansę. Szczególnie fani prozy Lovecrafta i produkcji niskobudżetowych powinni być zadowoleni.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

to coś:8

65/100

W skali brutalności:5/10

O północy

Let us Prey (2014)

let us prey

Na komisariacie w niewielkim miasteczku spotykają się stróże prawa i ci, którzy to prawo złamali.

Jako pierwszy do aresztu trafia nastolatek, Caesar, który zostaje złapany na jeździe bez prawka i potrącenie przechodnia. Nowa policjantka przywleka go za bety i zamyka w celi. Tym czasem jej współpracownicy ruszają na poszukiwanie potrąconego, który dziwnym trafem wyparował.

Kiedy udaje im się odnaleźć włóczęgę i zamknąć go w celi numer 6 wszystko zaczyna zmierzać w złym kierunku. Tak jakby na tę noc ktoś przygotował dla zebranych małą apokalipsę.

let us prey

“Let us Prey” to irlandzki thriller przygotowany przez twórców o niewielkim doświadczeniu – głównie w produkcjach krótkometrażowych. Wzięli oni na tapetę popularny temat sądu na duszach, organizując w komisariacie coś na kształt czyśćca.

Z zebranych tam osób każdy ma coś na sumieniu. Mężczyzna z celi numer 6 zdaje się doskonale o tym wiedzieć. W dość ciekawy aczkolwiek nie bardzo oryginalny sposób rozprawi się z tymi, którzy zasłużyli na karę.

let us prey

Jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia na temat filmu, to dostrzegłam staranność twórców w budowaniu swojej produkcji. Już w pierwszych scenach chwalą się możliwościami w używaniu efektów komputerowym, czy dobrze dobraną ścieżką dźwiękową, która dużo daje jeśli weźmiemy pod uwagę budowanie klimatu.

Jeśli zaś chodzi o samą historię to jest prosta, wręcz banalna, ale ogląda się ją dość przyjemnie, bo bohaterzy, mimo iż schematyczni, zostali przedstawieni w sposób ciekawy.

Duży nacisk położono na dialogi, w końcu ma być to ‘film z morałem’, więc dobrze by było gdyby wypowiedziom towarzyszyła jakaś głębsza myśl. Nie ma tu wielkiej filozofii, ale na pewno nie jest to kino skrajnie ogłupiające.

Aktorstwo jest całkiem udane. Twórcom udało się zaangażować, może niezbyt znane twarze, ale za to w miarę sprawne warsztatowo. No, może po za ‘Cebulowym rycerzem Stanisa’, którego rozpoznają wszyscy fani serialowej “Gry o Tron”, wciela on się tu w rolę ‘więźnia numer 6″.

let us prey

Seans mogę zaliczyć do udanych, choć film nie zapadnie mi na długo w pamięć. Wiem, że już oglądałam bardzo podobną produkcję, zaś samych filmu ze zbliżonym wątkiem przewodnim i pointą całego zamieszania mamy multum.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo: 6

Oryginalność:4

To coś:5

56/100

W skali brutalności:3/10

Gazeciarz z Rosewood Lane

Rosewood Lane/ Roznosiciel (2011)

roznosiciel

Na ulicy Rosewood Lane na przedmieściach, każdego dnia widać krążącego po okolicy roznosiciela gazet. Jest to młody chłopak, nastolatek, z rowerem, przepastną torbą i dziwnymi oczami. Z jakiegoś powodu Derek budzi w mieszkańcach lęk.

W rok po tragicznym wypadku w piwnicy domu, w którym zginął ojciec Sonny, kobieta wprowadza się w to miejsce i szybko poznaje roznosiciela gazet.

Od samego początku chłopak wykazuje niezdrowe zainteresowanie jej osobą. Nachodzi ją, dzwoni do radia gdzie kobieta udziela konsultacji psychologicznych na żywo, zakrada się do piwnicy jej domu. Zdaje się coraz bardziej do niej przybliżać. Sonny przeczuwa, że chłopak może stanowić dla niej zagrożenie. I się nie myli…

roznosiciel

“Roznosiciel” to jeden z nowszych projektów Victora Salvy, twórcy “Smakosza“. Reżyser ma wielu fanów, głównie dzięki stworzeniu jednego z najsłynniejszych antybohaterów kina grozy. Inni pamiętają go jeszcze z “Domu klaunów” i afery z pewnym młodym chłopcem.

Nie można odmówić Salvie własnej receptury na straszenie. “Smakosz” był dla mnie takim połączeniem potwora z dziecięcych koszmarów, czegoś co fizycznie nie ma prawa istnieć i wprawnego mordercy prześladującego ludzi na odludnych drogach, jak wielu znanych seryjnych zabójców.

Ostatnimi czasy twórcy zarzuca się spadek formy, czy słusznie, nie wiem, ostatecznie ciężko ocenić czyjś potencjał na podstawie jednego, czy dwóch filmów. Może miał przebłysk, który zgasł? Może już nigdy nie dorówna  legendzie “Smakosza”?

“Roznosiciel” nakręcony dziesięć lat później z pozoru całkowicie odbiega od estetyki z jakiej znany był Salva. Rzecz dzieje się na przedmieściach pośród domków jednorodzinnych. Nowa lokatorka staje się celem człowieka, którego wszyscy znają ale nikt nie jest w stanie powiedzieć więcej na jego temat. Nie da się ukryć, że Derek jest dziwny.

Sonny wprowadzając się do domu odziedziczonego o ojcu musi zmierzyć się z natarczywym roznosicielem i własną przeszłością, trudnym dzieciństwem spędzonym z rodzicem alkoholikiem.

roznosiciel

Na nic się zdaje jej przegotowanie do pracy z trudną młodzieżą i odwaga jaka cechuje tych którzy piekło mają już za sobą, wobec Dereka jest bezradna.

Tu przechodzimy ze strefy realizmu do fantastyki. Derek nie jest bowiem zwyczajnym małym socjopatą. Salva nie poleciał tutaj w całkowita bajkę czyniąc swojego antybohatera stworem o krańcowo cudacznej powierzchowności. Obdarowuje natomiast Derek’a niezwykłymi oczami. Wrodzona choroba sprawiła, że tęczówki jego oczu są całkowicie czarne, nieprzeniknione. Ten widok robi całkiem dobre wrażenie, bo często mamy okazję obserwować poszukujące oko naszego roznosiciela np. w szparze płotu. Po za tym wygląda całkowicie przeciętnie.

roznosiciel

Prześladowana przez nastolatka Sonny zaczyna wierzyć, ze chłopaka posiada inne niezwykłe właściwości, potrafi być w kilku miejscach jednocześnie, co ułatwia mu wpędzenie jej w totalną paranoje i poczucie permanentnego zagrożenia.

Reżyser znowu zastosował więc połączenie thrillera z horrorem. Połączył przyziemne zagrożenie jakie może nieść druga osoba z groźbą jaką niesie zetknięcie się z kimś o nadnaturalnych zdolnościach. Podoba mi się taki sposób na straszenie.

Jeśli idzie o wykonanie to tu mam mniej entuzjastyczne odczucia. Można było w ten pomysł wprowadzić więcej akcji. Jest niestety trochę ospale. Akcja osiadła w obrębie jednej ulicy i w ogóle nie potrafi się rozpędzić. Nie jest to film, który ma wzbudzać jakieś refleksje, więc ta pusta przestrzeń między jednym, a drugim zdarzeniem nie zostaje wypełniona. Kiedy już pojawi się sytuacja zagrożenia jest naprawdę dobrze, ale cóż z tego, jak w międzyczasie mamy do czynienia z masą głupkowatych wstawek, jakiś dyskusji o ‘dupie maryni’, dopychanych na siłę bohaterów pobocznych. To zupełnie wytrąca z nastroju jaki ten film potrafi zbudować.

Nie mam większych zarzutów względem aktorstwa, czy samych kreacji postaci choć nie powiem żebym była zachwycona. Jak zazwyczaj najbardziej interesująco wypada antybohater recytujący swoje upiorne rymowanki i wpatrujący się w ofiary nieruchomym spojrzeniem czarnych ślepi.

Nie jest źle, ale mogło być dużo lepiej.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:5

58/100

W skal brutalności:1/10

Panie Jeziora

Miasteczko – Robert Cichowlas & Łukasz Radecki

miateczko

Marcin, wyjątkowo płodny pisarz tanich romansideł dla kobiet przeżywa kryzys twórczej weny. Idąc tropem znanych bohaterów powieści i on wyrusza na bezludzie w poszukiwaniu inspiracji. Wraz z żoną, Anią, obiera na cel małe miasteczko na Mazurach o groźnie brzmiącej nazwie Morwany.

Zamiast ukojenia i oddechu odnajduje tam potworność i ból zadawany na milion różnych sposobów.

Ciche miasteczko nie jest rajem dla turystów, a pułapką bez wyjścia. Miejscem naznaczonym przez coś potężnego i niewyobrażalnie okrutnego. Wymazane z map i kart historii trwa nadal zawieszone w innej przestrzeni i czasie, tylko po to by zadawać cierpienie.

miasteczko

Pierwsze wieści o nadciągającym z wydawnictwa Videograf nowym straszaku duetu – już sprawdzonego- Cichowlas & Radecki, niewątpliwie mnie zainteresowały. Biblia Horroru przybiła czerwoną łapkę na okładce w wyrazie aprobaty i niecierpliwego oczekiwania na efekt tego projektu.

Prozę obydwu autorów znam z ich opowiadań, ale do tej pory nie doświadczyłam na własnej skórze jak sprawdza się ta literacka spółka.

Czytałam już książki tworzone przez dwóch autorów i muszę powiedzieć, że w takich przypadkach dawało się wyczuć, który fragment napisała jedna osoba, a który jest dziełem innej. W przypadku “Miasteczka” nie jestem w stanie tego stwierdzić, co oznacza, ze między pisarzami stworzyła się bardzo sprawna twórcza symbioza.

Nie mam pojęcia jak wyglądał proces tworzenia powieści ale mam wrażenie, że autorzy konkurowali ze sobą kto stworzy bardziej makabryczną wizję w swoim rozdziale:) To mogło doprowadzić do tak silnej i intensywnej wizji jaka rozpościera się na kartach powieści.

Przyznam, że początek powieści mnie nie zachwycił. Przypuszczam, że powstał w sporym odstępie czasu od reszty książki, spisany przez jednego z Panów i dopiero kop w postaci wejścia w spółkę pozwolił rozwinąć mu skrzydła wyobraźni.

Historia rozpoczyna się od boleśnie klasycznego zagrania w stylu Kinga ‘pisarz w kryzysie wyrusza w poszukiwaniu weny’. Do tego dochodzi jeszcze kolejne toporne zagranie w postaci ostrzeżenia przyniesionego przez ducha zmarłego brata głównego bohatera.

Wszytko rozkręca się w chwili, gdy Marcin i Ania wyruszają w drogę. Przyznam, że opis paraliżującego lęku jaki przeżywał bohater wiedząc, że ryzykuje ignorując ostrzeżenie ducha udzielił mi się, choć zdawałam sobie sprawę, że właściwe problemy zaczną się dopiero po dotarciu na miejsce.

miateczko

A więc do rzeczy: Opis Morwan bardzo przypadł mi do gustu. Milczący las, domy zmieniające swoje położenie, drogi kurczące się i rozciągające, opisy wystrojów poszczególnych miejsc, wszytko to odnotowuję na plus.

Polubiłam też powieściowych bohaterów, przynajmniej tych, których lubić się dało;) Mój największy entuzjazm wzbudził czytający w myślach detektyw, jego ‘bujna charakterystyka’, słownictwo jakim się posługiwał, czy ogólny stosunek do ludzi, z których mógł czytać jak z otwartej książki.

Paweł pojawia się tu jako poszukujący zaginionej kobiety specjalista od zadań niemożliwych. To on jako pierwszy spotyka jedną z pięknych dam wyeksponowanych na fantastycznej okładce książki. To on jest bohaterem jednej z najbardziej odrażających, wulgarnych i brutalnych scen w powieści. A tych, moi drodzy, nie zabraknie.

Może początek książki był mdły i nazbyt klasycznie potraktowany, ale im bliżej punktu kulminacyjnego, tym więcej elementów wymykających się po za schemat.

Antybohaterkami “Miasteczka” są trzy jasnowłose i długonogie niewiasty. Trzy upiorne siostry zrodzone z jakiegoś chorego koszmaru, który wyśnił się naszym słowiańskim przodkom.Czym są i skąd przybyły to główna zagadka książki.

miateczko

Bohaterzy przybyli do Morwan będą mieli wątpliwą przyjemność poznania tejże tajemnicy.

Początkowo sądziłam, że autorzy idą tu trochę na łatwiznę posługując się jednymi z najbardziej znanych słowiańskich ‘potworzyc’, ale mogę Wam zaręczyć, że finał bardziej gmatwa sprawę. 

Droga do odkrycia tajemnicy Morwan prowadzi przez dusze niegdyś niewinnej dziewczyny, której drogę ku upadkowi poznajemy dzięki lekturze jej pamiętnika, znowu takie proste zagranie.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takie odczucia, ale  wykorzystane w powieści elementy: słowiańska legenda, miasteczko, które formalne nie istnieje, notatki naocznego świadka tragedii, wszytko to bardzo zalatuje Dardą. Nie twierdzę, że to źle, bo akurat Darda jest w tym momencie moim numerem jeden jeśli chodzi o polskich autorów horrorów, po prostu widzę zbliżone zainteresowania i inspiracje w duecie Cichowlas & Radecki.

Oczywiście różnić jest tyle samo co podobieństw. Darda jak do tej pory nie posunął się do makabreski jaką serwują nam autorzy “Miasteczka”. Kobiety w jego twórczości są wątłymi niewiastami, w “Miasteczku” każda dama jest daleka od bycia damą.

Sposób w jaki bez ostrzeżenia autorzy wytaczają ciężkie działa w postaci bardzo twardej erotyki pomieszanej z gore naprawdę robi mocne wrażenie. Szczerze mówiąc, absolutnie się tego nie spodziewałam. Może gdybym przeczytała wcześniej “Pradawne zło”, czyli inna wspólną inicjatywę pisarzy, nie doznałabym takiego szoku:)

Szok był bardzo przyjemny, bo jedyne czego tak mocno nie znoszę w horrorach, czy tych literackich, czy filmowych, to niańczenie odbiorcy i głaskanie go po głowie happy end’ami oraz ciągłe łagodzenie brutalności przekazu.

W “Miasteczku” tego nie ma i bardzo się z tego cieszę. Książkę polecam, oczywiście, że polecam:) Jest to taki horror z krwi i kości, przy czym napisany na tyle sprawnie by wciągnąć i przytrzymać czytelnika do ostatniej kartki.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

videograf

 


*Przypominam, że książka “Miasteczko” jest do wygrania w blogowym KONKURSIE, który potrwa do 30 czerwca. Kto ma chęć zgarnąć egzemplarz niech spróbuje swoich sił:)

Co będzie później?

After (2012)

after

Ana i Freddie spotykają się przypadkowo w autokarze zmierzającym do ich rodzinnego miasta. Mimo iż wychowali się na tej samej ulicy wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Jedno jest jednak pewne, obydwoje znaleźli się w złym miejscu o złym czasie.

Dochodzi do wypadku, a jego następstwa są co najmniej dziwne. Obydwoje jakimś sposobem docierają do domów, ale ich rodzinne miasto nie jest już takie jak kiedyś. Ana i Freddie odkrywają, że otacza ich pustka, a nadciągające za horyzontu czarne chmury nie wróżą niczego dobrego.

“After” to thriller reżysera debiutanta i jak na debiut jest całkiem niezły.

Pierwszą rzeczą jaka najbardziej przykuła moją uwagę były filmowe zdjęcia. Bardzo efekciarskie, bardzo graficzne, bardzo komputerowe. Czy fabuła wymagała aż takiego nakładu sztuczności? I tak i nie.

Jak się zapewne domyśliliście z opisu filmu, nasi bohaterowie trafiają do miejsca niezwykłego. Fantastyczna otoczka wydarzeń, ich oniryzm i metaforyka w jakiś sposób uzasadniają posiłkowanie się efektami dla uzyskania, no właśnie, efektu:)

after

Miasto rodzinne Any i Freddiego wygląda upiornie. Podobne rozwiązania stosuje się w dark fantasy, a mnie przyszły na myśl gry komputerowe z rodzaju survival horroru. Tak to mniej więcej wygląda.

Dużą uwagę poświecono udźwiękowieniu, piekielnych odgłosów nie zabraknie więc w piekielnej krainie.

Warstwa dramatyczna filmu, która w przypadku mojego osobistego odbioru przebiła efekty wizualne, została natomiast uzupełniona o bardziej nastrojowe nuty.

Film na pewno będzie miły dla oka tym, którzy cieszą się na widok dużej ilości efektów.

after

Reszta musi skupić się na walorach fabularnych. Z nimi nie jest najgorzej, choć muszę przyznać, że cała tajemnica związana z położeniem w jakim znaleźli się protagoniści jest łatwa do rozwiązania. Na szczęście scenariusz nie stara się wmawiać widzowi, że ma tu do czynienia z tajemnicą na miarę najbardziej zaskakujących rozwiązań filmowych. Fabuła szybko dochodzi do punktu, w którym wszytko staje się jasne.

Tu przechodzimy do warstwy dramatycznej. Poznajemy bohaterów i ich losy sprzed wypadku i co więcej, zostajemy naprowadzeni na nową zagadkę. Dlaczego Ana i Freddie spotkali się tu i teraz?

Muszę przyznać, że ta część filmu spodobała mi się zdecydowanie bardziej, choć i tu nie oddalamy się za nadto od baśniowej warstwy tej historii. Jest nieco ckliwo, ale do przyjęcia, choć nie wszystkie zachowania bohaterów były dla mnie zrozumiałe.

SPOILER: Moim zdaniem Ana zdecydowanie nader spokojnie podeszła do faktu, że jej towarzysz niedoli był zamieszany w największą tragedię jej życia. To z czym nie potrafiła sobie poradzić, co gryzło jej sumienie i powodowało niechęć do samej siebie, w ogóle nie stało w  kolizji z rozbłyskiem miłości do osoby, którą faktycznie powinna winić. Trochę to dla mnie zbyt gładko naciągnięte. KONIEC SPOILERA.

Aktorstwo w “After” nie koniecznie wybija się ponad przeciętność, ale w horrorach zdarzają się dużo gorsze i bardziej ‘przypadkowe kreacje’ niż duet Wydra i Strait. Tak, moi drodzy mamy tu polski akcent. W rolę Any wciela się urodzona na naszej ziemi aktorka. Jej filmografia może nie jest imponująca, ale zagrała w kilku znanych serialach, chociażby w roli żony doktora House’a.

after

Nie jestem przekonana, czy “After” zaspokoi apetyt na trzymający za gardło thriller. Ma niezłą warstwę dramatyczną i fantazyjną oprawę, ale ogólna wymowa jest raczej bajkowa niż upiorna. Posługuje się w gruncie rzeczy bardzo prosta symboliką i niektóre elementy, które miały być ‘nie z tego świata’ były dla mnie zbyt dosłownie przedstawione. Bardziej taka niższych lotów fantastyka z wątkami obyczajowymi, dobrze upchniętym sentymentalizmem i oprawiona w usilnie nabłyszczaną ramkę.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

54/100

W skali brutalności:1/10