Miesięczne archiwum: Maj 2015

Potwone miejsce

Castle Freak/ Potwór na zamku (1993)

potwór na zamku

Rodzina państwa Reilly przybywa do zamku we Włoszech, nieoczekiwanego spadku dla głowy rodziny, John’a. Zamek należał do księżnej, która zmarła samotnie po tym jak przeszło trzydzieści lat wcześniej jej mąż uciekł do Ameryki, a synek nieoczekiwanie zmarł.

John, Susan i ich niewidoma córka spędzają tam zaledwie kilka dni, ale to wystarczy by doprowadzić do serii tragicznych zdarzeń, które już wcześniej wyjątkowo ulubowały sobie tą familię.

Przed paroma laty John spowodował wypadek, w którym zginął jego synek, a nastoletnia córka została niewidoma. Od tamtej pory wszyscy są w rozsypce, to co spotyka ich na zamku jest swoistym gwoździem do trumny.

potwór na zamku

„Potwór na zamku” jest jednym z reżyserskich dzieł  Stuarta Gordona. Gordon wyjątkowo umiłował sobie twórczość Lovecrafta, co z resztą nie powinno nikogo dziwić i nakręcił na podstawie jego opowiadań kilka filmów. „Potwór na zamku” jest jednym z nich.

Film powstał już w latach ’90, nad czym bardzo ubolewam. Ubolewam dlatego, że historia świetnie wyglądała by w czarno bieli. Ma wszytko czego potrzeba prawdziwemu gotyckiemu horrorowi. Mógłby powielić sukces „Nawiedzonego Pałacu” z Vincentem Price’m, a tak jest tylko filmem z Full moon, który z racji odgórnej przynależności do kina klasy B jest najczęściej omijany przez widzów.

Mimo iż jest to obraz nakręcony za niewielkie pieniądze i jego akcja została przeniesiona w lata ’90 XX wieku to i tak potrafił mnie mile zaskoczyć.

Fabuła może nie jest oryginalna, bo oto mamy typowy stary zamek, który w swoich piwnicach kryje tajemnicę. Nie jest to duch, ale ktoś kto jest jak najbardziej żywy. Żywy mimo iż oficjalnie martwy, żywych choć jego egzystencje ciężko nazwać życiem. Jest tytułowym potworem. Dlaczego taki jest, jak do tego doszło, to już sfera tajemnicy, którą widz poznaje w toku snutej opowieści. Mnie ta historia urzekła, mimo iż nie jest nazbyt wymyślna. Wzruszyła, przeraziła i w jakiś sposób dotknęła.

potwór na zamku

Gdy rodzina Rilley’ów wprowadza się do zamku niewidoma nastolatka zaczyna słyszeć dziwne odgłosy dochodzące z niższych partii budynku. Potwór opuszcza piwnice, zakrada się do dziewczyny. Jej skupieni na konflikcie rodzice nie dają wiary jej słowom. Pierwszy daje złamać się ojciec, niestety matka stawia twardy opór wersji, że ktoś jest w zamku po za nimi.

Gdy John przyprowadza do zamczyska poznaną w barze panią, a ona nigdy nie powraca do domu wokół Johna zaczyna narastać gęsta atmosfera. Cały tragizm sytuacji polega na tym, że nikt nie ma odwagi przyznać, że dzieje się coś niewytłumaczalnego.

Tak, fabuła jest zdecydowanie ok, zwłaszcza wątki obyczajowe, dramatyczne, historia rodziny Rilleyów, ta dawniejsza i ta bliższa, wszystko to składa się w zgrabną całość.

Wykonanie też jest bez zarzutów. Powiem więcej, sceny, które miały wzbudzić negatywne odczucia sprawdzają się. Potwór wygląda okropnie, jego działa budzą obrzydzenie. Na dzień dobry zabija kota, a później odgryza sobie palec… Niewątpliwie znajdzie się tu coś dla fanów gore.

potwór na zamku

Jeśli chodzi o klimat, to cały czas ubolewam nad brakiem prawdziwie gotyckiego ducha unoszącego się nad murami posiadłości. Nie wiele jest ujęć prezentujących wnętrza w taki sposób jaki bym tego oczekiwała. Zdjęcia są bardzo ‚jasne’ nawet jeśli znajdujemy się w podziemiu, nawet jeśli wydarzenia rozgrywają się w nocy. Boli marnowanie potencjału lokalizacji.

Aktorstwo nie jest lotów najwyższych, ale mamy tu do czynie z obsadą, która grywała w horrorach, nie raz nie dwa, więc jakoś odnajdują się w ogólnym założeniu produkcji.

Podsumowując, film godny uwagi. Warto dać mu szansę. Szczególnie fani prozy Lovecrafta i produkcji niskobudżetowych powinni być zadowoleni.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:8

klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

to coś:8

65/100

W skali brutalności:5/10

O północy

Let us Prey (2014)

let us prey

Na komisariacie w niewielkim miasteczku spotykają się stróże prawa i ci, którzy to prawo złamali.

Jako pierwszy do aresztu trafia nastolatek, Caesar, który zostaje złapany na jeździe bez prawka i potrącenie przechodnia. Nowa policjantka przywleka go za bety i zamyka w celi. Tym czasem jej współpracownicy ruszają na poszukiwanie potrąconego, który dziwnym trafem wyparował.

Kiedy udaje im się odnaleźć włóczęgę i zamknąć go w celi numer 6 wszystko zaczyna zmierzać w złym kierunku. Tak jakby na tę noc ktoś przygotował dla zebranych małą apokalipsę.

let us prey

„Let us Prey” to irlandzki thriller przygotowany przez twórców o niewielkim doświadczeniu – głównie w produkcjach krótkometrażowych. Wzięli oni na tapetę popularny temat sądu na duszach, organizując w komisariacie coś na kształt czyśćca.

Z zebranych tam osób każdy ma coś na sumieniu. Mężczyzna z celi numer 6 zdaje się doskonale o tym wiedzieć. W dość ciekawy aczkolwiek nie bardzo oryginalny sposób rozprawi się z tymi, którzy zasłużyli na karę.

let us prey

Jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia na temat filmu, to dostrzegłam staranność twórców w budowaniu swojej produkcji. Już w pierwszych scenach chwalą się możliwościami w używaniu efektów komputerowym, czy dobrze dobraną ścieżką dźwiękową, która dużo daje jeśli weźmiemy pod uwagę budowanie klimatu.

Jeśli zaś chodzi o samą historię to jest prosta, wręcz banalna, ale ogląda się ją dość przyjemnie, bo bohaterzy, mimo iż schematyczni, zostali przedstawieni w sposób ciekawy.

Duży nacisk położono na dialogi, w końcu ma być to ‚film z morałem’, więc dobrze by było gdyby wypowiedziom towarzyszyła jakaś głębsza myśl. Nie ma tu wielkiej filozofii, ale na pewno nie jest to kino skrajnie ogłupiające.

Aktorstwo jest całkiem udane. Twórcom udało się zaangażować, może niezbyt znane twarze, ale za to w miarę sprawne warsztatowo. No, może po za ‚Cebulowym rycerzem Stanisa’, którego rozpoznają wszyscy fani serialowej „Gry o Tron”, wciela on się tu w rolę ‚więźnia numer 6″.

let us prey

Seans mogę zaliczyć do udanych, choć film nie zapadnie mi na długo w pamięć. Wiem, że już oglądałam bardzo podobną produkcję, zaś samych filmu ze zbliżonym wątkiem przewodnim i pointą całego zamieszania mamy multum.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo: 6

Oryginalność:4

To coś:5

56/100

W skali brutalności:3/10

Gazeciarz z Rosewood Lane

Rosewood Lane/ Roznosiciel (2011)

roznosiciel

Na ulicy Rosewood Lane na przedmieściach, każdego dnia widać krążącego po okolicy roznosiciela gazet. Jest to młody chłopak, nastolatek, z rowerem, przepastną torbą i dziwnymi oczami. Z jakiegoś powodu Derek budzi w mieszkańcach lęk.

W rok po tragicznym wypadku w piwnicy domu, w którym zginął ojciec Sonny, kobieta wprowadza się w to miejsce i szybko poznaje roznosiciela gazet.

Od samego początku chłopak wykazuje niezdrowe zainteresowanie jej osobą. Nachodzi ją, dzwoni do radia gdzie kobieta udziela konsultacji psychologicznych na żywo, zakrada się do piwnicy jej domu. Zdaje się coraz bardziej do niej przybliżać. Sonny przeczuwa, że chłopak może stanowić dla niej zagrożenie. I się nie myli…

roznosiciel

„Roznosiciel” to jeden z nowszych projektów Victora Salvy, twórcy „Smakosza„. Reżyser ma wielu fanów, głównie dzięki stworzeniu jednego z najsłynniejszych antybohaterów kina grozy. Inni pamiętają go jeszcze z „Domu klaunów” i afery z pewnym młodym chłopcem.

Nie można odmówić Salvie własnej receptury na straszenie. „Smakosz” był dla mnie takim połączeniem potwora z dziecięcych koszmarów, czegoś co fizycznie nie ma prawa istnieć i wprawnego mordercy prześladującego ludzi na odludnych drogach, jak wielu znanych seryjnych zabójców.

Ostatnimi czasy twórcy zarzuca się spadek formy, czy słusznie, nie wiem, ostatecznie ciężko ocenić czyjś potencjał na podstawie jednego, czy dwóch filmów. Może miał przebłysk, który zgasł? Może już nigdy nie dorówna  legendzie „Smakosza”?

„Roznosiciel” nakręcony dziesięć lat później z pozoru całkowicie odbiega od estetyki z jakiej znany był Salva. Rzecz dzieje się na przedmieściach pośród domków jednorodzinnych. Nowa lokatorka staje się celem człowieka, którego wszyscy znają ale nikt nie jest w stanie powiedzieć więcej na jego temat. Nie da się ukryć, że Derek jest dziwny.

Sonny wprowadzając się do domu odziedziczonego o ojcu musi zmierzyć się z natarczywym roznosicielem i własną przeszłością, trudnym dzieciństwem spędzonym z rodzicem alkoholikiem.

roznosiciel

Na nic się zdaje jej przegotowanie do pracy z trudną młodzieżą i odwaga jaka cechuje tych którzy piekło mają już za sobą, wobec Dereka jest bezradna.

Tu przechodzimy ze strefy realizmu do fantastyki. Derek nie jest bowiem zwyczajnym małym socjopatą. Salva nie poleciał tutaj w całkowita bajkę czyniąc swojego antybohatera stworem o krańcowo cudacznej powierzchowności. Obdarowuje natomiast Derek’a niezwykłymi oczami. Wrodzona choroba sprawiła, że tęczówki jego oczu są całkowicie czarne, nieprzeniknione. Ten widok robi całkiem dobre wrażenie, bo często mamy okazję obserwować poszukujące oko naszego roznosiciela np. w szparze płotu. Po za tym wygląda całkowicie przeciętnie.

roznosiciel

Prześladowana przez nastolatka Sonny zaczyna wierzyć, ze chłopaka posiada inne niezwykłe właściwości, potrafi być w kilku miejscach jednocześnie, co ułatwia mu wpędzenie jej w totalną paranoje i poczucie permanentnego zagrożenia.

Reżyser znowu zastosował więc połączenie thrillera z horrorem. Połączył przyziemne zagrożenie jakie może nieść druga osoba z groźbą jaką niesie zetknięcie się z kimś o nadnaturalnych zdolnościach. Podoba mi się taki sposób na straszenie.

Jeśli idzie o wykonanie to tu mam mniej entuzjastyczne odczucia. Można było w ten pomysł wprowadzić więcej akcji. Jest niestety trochę ospale. Akcja osiadła w obrębie jednej ulicy i w ogóle nie potrafi się rozpędzić. Nie jest to film, który ma wzbudzać jakieś refleksje, więc ta pusta przestrzeń między jednym, a drugim zdarzeniem nie zostaje wypełniona. Kiedy już pojawi się sytuacja zagrożenia jest naprawdę dobrze, ale cóż z tego, jak w międzyczasie mamy do czynienia z masą głupkowatych wstawek, jakiś dyskusji o ‚dupie maryni’, dopychanych na siłę bohaterów pobocznych. To zupełnie wytrąca z nastroju jaki ten film potrafi zbudować.

Nie mam większych zarzutów względem aktorstwa, czy samych kreacji postaci choć nie powiem żebym była zachwycona. Jak zazwyczaj najbardziej interesująco wypada antybohater recytujący swoje upiorne rymowanki i wpatrujący się w ofiary nieruchomym spojrzeniem czarnych ślepi.

Nie jest źle, ale mogło być dużo lepiej.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:5

58/100

W skal brutalności:1/10

Panie Jeziora

Miasteczko – Robert Cichowlas & Łukasz Radecki

miateczko

Marcin, wyjątkowo płodny pisarz tanich romansideł dla kobiet przeżywa kryzys twórczej weny. Idąc tropem znanych bohaterów powieści i on wyrusza na bezludzie w poszukiwaniu inspiracji. Wraz z żoną, Anią, obiera na cel małe miasteczko na Mazurach o groźnie brzmiącej nazwie Morwany.

Zamiast ukojenia i oddechu odnajduje tam potworność i ból zadawany na milion różnych sposobów.

Ciche miasteczko nie jest rajem dla turystów, a pułapką bez wyjścia. Miejscem naznaczonym przez coś potężnego i niewyobrażalnie okrutnego. Wymazane z map i kart historii trwa nadal zawieszone w innej przestrzeni i czasie, tylko po to by zadawać cierpienie.

miasteczko

Pierwsze wieści o nadciągającym z wydawnictwa Videograf nowym straszaku duetu – już sprawdzonego- Cichowlas & Radecki, niewątpliwie mnie zainteresowały. Biblia Horroru przybiła czerwoną łapkę na okładce w wyrazie aprobaty i niecierpliwego oczekiwania na efekt tego projektu.

Prozę obydwu autorów znam z ich opowiadań, ale do tej pory nie doświadczyłam na własnej skórze jak sprawdza się ta literacka spółka.

Czytałam już książki tworzone przez dwóch autorów i muszę powiedzieć, że w takich przypadkach dawało się wyczuć, który fragment napisała jedna osoba, a który jest dziełem innej. W przypadku „Miasteczka” nie jestem w stanie tego stwierdzić, co oznacza, ze między pisarzami stworzyła się bardzo sprawna twórcza symbioza.

Nie mam pojęcia jak wyglądał proces tworzenia powieści ale mam wrażenie, że autorzy konkurowali ze sobą kto stworzy bardziej makabryczną wizję w swoim rozdziale:) To mogło doprowadzić do tak silnej i intensywnej wizji jaka rozpościera się na kartach powieści.

Przyznam, że początek powieści mnie nie zachwycił. Przypuszczam, że powstał w sporym odstępie czasu od reszty książki, spisany przez jednego z Panów i dopiero kop w postaci wejścia w spółkę pozwolił rozwinąć mu skrzydła wyobraźni.

Historia rozpoczyna się od boleśnie klasycznego zagrania w stylu Kinga ‚pisarz w kryzysie wyrusza w poszukiwaniu weny’. Do tego dochodzi jeszcze kolejne toporne zagranie w postaci ostrzeżenia przyniesionego przez ducha zmarłego brata głównego bohatera.

Wszytko rozkręca się w chwili, gdy Marcin i Ania wyruszają w drogę. Przyznam, że opis paraliżującego lęku jaki przeżywał bohater wiedząc, że ryzykuje ignorując ostrzeżenie ducha udzielił mi się, choć zdawałam sobie sprawę, że właściwe problemy zaczną się dopiero po dotarciu na miejsce.

miateczko

A więc do rzeczy: Opis Morwan bardzo przypadł mi do gustu. Milczący las, domy zmieniające swoje położenie, drogi kurczące się i rozciągające, opisy wystrojów poszczególnych miejsc, wszytko to odnotowuję na plus.

Polubiłam też powieściowych bohaterów, przynajmniej tych, których lubić się dało;) Mój największy entuzjazm wzbudził czytający w myślach detektyw, jego ‚bujna charakterystyka’, słownictwo jakim się posługiwał, czy ogólny stosunek do ludzi, z których mógł czytać jak z otwartej książki.

Paweł pojawia się tu jako poszukujący zaginionej kobiety specjalista od zadań niemożliwych. To on jako pierwszy spotyka jedną z pięknych dam wyeksponowanych na fantastycznej okładce książki. To on jest bohaterem jednej z najbardziej odrażających, wulgarnych i brutalnych scen w powieści. A tych, moi drodzy, nie zabraknie.

Może początek książki był mdły i nazbyt klasycznie potraktowany, ale im bliżej punktu kulminacyjnego, tym więcej elementów wymykających się po za schemat.

Antybohaterkami „Miasteczka” są trzy jasnowłose i długonogie niewiasty. Trzy upiorne siostry zrodzone z jakiegoś chorego koszmaru, który wyśnił się naszym słowiańskim przodkom.Czym są i skąd przybyły to główna zagadka książki.

miateczko

Bohaterzy przybyli do Morwan będą mieli wątpliwą przyjemność poznania tejże tajemnicy.

Początkowo sądziłam, że autorzy idą tu trochę na łatwiznę posługując się jednymi z najbardziej znanych słowiańskich ‚potworzyc’, ale mogę Wam zaręczyć, że finał bardziej gmatwa sprawę. 

Droga do odkrycia tajemnicy Morwan prowadzi przez dusze niegdyś niewinnej dziewczyny, której drogę ku upadkowi poznajemy dzięki lekturze jej pamiętnika, znowu takie proste zagranie.

Nie wiem, czy tylko ja miałam takie odczucia, ale  wykorzystane w powieści elementy: słowiańska legenda, miasteczko, które formalne nie istnieje, notatki naocznego świadka tragedii, wszytko to bardzo zalatuje Dardą. Nie twierdzę, że to źle, bo akurat Darda jest w tym momencie moim numerem jeden jeśli chodzi o polskich autorów horrorów, po prostu widzę zbliżone zainteresowania i inspiracje w duecie Cichowlas & Radecki.

Oczywiście różnić jest tyle samo co podobieństw. Darda jak do tej pory nie posunął się do makabreski jaką serwują nam autorzy „Miasteczka”. Kobiety w jego twórczości są wątłymi niewiastami, w „Miasteczku” każda dama jest daleka od bycia damą.

Sposób w jaki bez ostrzeżenia autorzy wytaczają ciężkie działa w postaci bardzo twardej erotyki pomieszanej z gore naprawdę robi mocne wrażenie. Szczerze mówiąc, absolutnie się tego nie spodziewałam. Może gdybym przeczytała wcześniej „Pradawne zło”, czyli inna wspólną inicjatywę pisarzy, nie doznałabym takiego szoku:)

Szok był bardzo przyjemny, bo jedyne czego tak mocno nie znoszę w horrorach, czy tych literackich, czy filmowych, to niańczenie odbiorcy i głaskanie go po głowie happy end’ami oraz ciągłe łagodzenie brutalności przekazu.

W „Miasteczku” tego nie ma i bardzo się z tego cieszę. Książkę polecam, oczywiście, że polecam:) Jest to taki horror z krwi i kości, przy czym napisany na tyle sprawnie by wciągnąć i przytrzymać czytelnika do ostatniej kartki.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

videograf

 


*Przypominam, że książka „Miasteczko” jest do wygrania w blogowym KONKURSIE, który potrwa do 30 czerwca. Kto ma chęć zgarnąć egzemplarz niech spróbuje swoich sił:)

Co będzie później?

After (2012)

after

Ana i Freddie spotykają się przypadkowo w autokarze zmierzającym do ich rodzinnego miasta. Mimo iż wychowali się na tej samej ulicy wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Jedno jest jednak pewne, obydwoje znaleźli się w złym miejscu o złym czasie.

Dochodzi do wypadku, a jego następstwa są co najmniej dziwne. Obydwoje jakimś sposobem docierają do domów, ale ich rodzinne miasto nie jest już takie jak kiedyś. Ana i Freddie odkrywają, że otacza ich pustka, a nadciągające za horyzontu czarne chmury nie wróżą niczego dobrego.

„After” to thriller reżysera debiutanta i jak na debiut jest całkiem niezły.

Pierwszą rzeczą jaka najbardziej przykuła moją uwagę były filmowe zdjęcia. Bardzo efekciarskie, bardzo graficzne, bardzo komputerowe. Czy fabuła wymagała aż takiego nakładu sztuczności? I tak i nie.

Jak się zapewne domyśliliście z opisu filmu, nasi bohaterowie trafiają do miejsca niezwykłego. Fantastyczna otoczka wydarzeń, ich oniryzm i metaforyka w jakiś sposób uzasadniają posiłkowanie się efektami dla uzyskania, no właśnie, efektu:)

after

Miasto rodzinne Any i Freddiego wygląda upiornie. Podobne rozwiązania stosuje się w dark fantasy, a mnie przyszły na myśl gry komputerowe z rodzaju survival horroru. Tak to mniej więcej wygląda.

Dużą uwagę poświecono udźwiękowieniu, piekielnych odgłosów nie zabraknie więc w piekielnej krainie.

Warstwa dramatyczna filmu, która w przypadku mojego osobistego odbioru przebiła efekty wizualne, została natomiast uzupełniona o bardziej nastrojowe nuty.

Film na pewno będzie miły dla oka tym, którzy cieszą się na widok dużej ilości efektów.

after

Reszta musi skupić się na walorach fabularnych. Z nimi nie jest najgorzej, choć muszę przyznać, że cała tajemnica związana z położeniem w jakim znaleźli się protagoniści jest łatwa do rozwiązania. Na szczęście scenariusz nie stara się wmawiać widzowi, że ma tu do czynienia z tajemnicą na miarę najbardziej zaskakujących rozwiązań filmowych. Fabuła szybko dochodzi do punktu, w którym wszytko staje się jasne.

Tu przechodzimy do warstwy dramatycznej. Poznajemy bohaterów i ich losy sprzed wypadku i co więcej, zostajemy naprowadzeni na nową zagadkę. Dlaczego Ana i Freddie spotkali się tu i teraz?

Muszę przyznać, że ta część filmu spodobała mi się zdecydowanie bardziej, choć i tu nie oddalamy się za nadto od baśniowej warstwy tej historii. Jest nieco ckliwo, ale do przyjęcia, choć nie wszystkie zachowania bohaterów były dla mnie zrozumiałe.

SPOILER: Moim zdaniem Ana zdecydowanie nader spokojnie podeszła do faktu, że jej towarzysz niedoli był zamieszany w największą tragedię jej życia. To z czym nie potrafiła sobie poradzić, co gryzło jej sumienie i powodowało niechęć do samej siebie, w ogóle nie stało w  kolizji z rozbłyskiem miłości do osoby, którą faktycznie powinna winić. Trochę to dla mnie zbyt gładko naciągnięte. KONIEC SPOILERA.

Aktorstwo w „After” nie koniecznie wybija się ponad przeciętność, ale w horrorach zdarzają się dużo gorsze i bardziej ‚przypadkowe kreacje’ niż duet Wydra i Strait. Tak, moi drodzy mamy tu polski akcent. W rolę Any wciela się urodzona na naszej ziemi aktorka. Jej filmografia może nie jest imponująca, ale zagrała w kilku znanych serialach, chociażby w roli żony doktora House’a.

after

Nie jestem przekonana, czy „After” zaspokoi apetyt na trzymający za gardło thriller. Ma niezłą warstwę dramatyczną i fantazyjną oprawę, ale ogólna wymowa jest raczej bajkowa niż upiorna. Posługuje się w gruncie rzeczy bardzo prosta symboliką i niektóre elementy, które miały być ‚nie z tego świata’ były dla mnie zbyt dosłownie przedstawione. Bardziej taka niższych lotów fantastyka z wątkami obyczajowymi, dobrze upchniętym sentymentalizmem i oprawiona w usilnie nabłyszczaną ramkę.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

54/100

W skali brutalności:1/10

Władca figur woskowych

Tourist Trap/ Pułapka na turystów (1979)

pułapka na turystów

Pięcioro młodych ludzi wybiera się w podróż bocznymi drogami, chętnie komentując naiwność ludzi skłonnych odwiedzać tandetne ‚atrakcje turystyczne’ umieszczone na pustkowiach. Pech chce, że sami zmuszeni są odwiedzić taką ‚pułapkę na turystów’, gdy z powodu awarii auta konieczne jest znalezienie pomocy – gdziekolwiek.

Tak trafiają do muzeum niejakiego Slausena, którego atrakcją są woskowe figury przedstawiające przedstawicieli Dzikiego Zachodu.  Samotny mężczyzna oferuje pomoc dzieciakom i schronienie do czasu, gdy będą mogli ruszyć w dalsza drogę.

Niestety w powietrzu już od jakiegoś czasu wisi śmierć. Nasi protagoniści będą ginąć jedno po drugim nie zdążywszy się nawet zorientować kto jest mordercą.

pułapka na turystów

„Pułapka na turystów” jest bardzo klasycznym amerykańskim slasherem. Wszystkie jego składniki wpisują się konwencję gatunku i psują do siebie jak ulał. To jednocześnie zaleta i wada filmu, bo poszukiwacze czegoś bardziej oryginalnego będą zawiedzeni, jednakże miłośnicy klasycznego slashera nie często stawiają na novum.

Pięcioosobowa ekipa poszukiwaczy przygody składa się z typów jak to mówię ‚skrojonych na miarę gatunku’. Są ‚wypełniacze’, stanowiący tło i to oni giną najszybciej, są ‚napędzacze akcji’, czyli ci, który pożyją nieco dłużej, po to by wpakować wszystkich w kłopoty najczęściej swoim wścibstwem i jedna ofiara wyróżniająca się na tle całego towarzystwa, czyli najczęściej jasnowłosa dziewica, której przyjdzie stoczyć finałową batalię.

Ważnym ogniwem jest postać mordercy. Tu David Schmoeller postawił na postać owianą tajemnicą. Scenariusz stara się zmylić trop, ale i tak wszystkie drogi prowadzą do jednego człowieka.

pułapka na turystów

Na pewno jedną z zalet filmu jest lokalizacja. Muzeum wypada do prawdy upiornie, a gdy jeszcze kukły ‚ożywają’ atmosfera robi się na serio gęsta.

Dla uwiarygodnienia całego zamieszania twórcy postawili na żywych aktorów wcielających się w role kukieł- przynajmniej niektórych. W przypadku reszty użyto skromnych efektów, ale efekt końcowy jest bardzo udany.

pułapka na turystów

Dziesięć lat później reżyser wróci do wątku kukieł w swoim horrorze „Władca lalek, warto by fani tego klasyka poznali film, przy którym zadebiutował – właśnie „Pułapkę na turystów”.

pułapka na turystów

Bardzo dobre wrażenie zrobiła na mnie filmowa muzyka, może nie jest ona typowa dla slashera, bo nie mamy tu bardziej agresywnych brzmień, ale jest na tyle silnym elementem filmu by dobrze działać na rzecz klimatu – co tu dużo mówić, ten sam twórca sprawdził się już w „Carrie” De Palmy.Ogólnie mogę powiedzieć, że efekty dźwiękowe w filmie, zarówno pod względem pomysłu jak i jakości wykonania zasługują na wyróżnienie.

Wizualnie film wygląda naprawdę dobrze, nie powoduje jakiś boleści swoja estetyką, nie jest zbyt krwawy, aktorstwo jest znośne, a groza w postaci ożywionych figur z wosku spisuje się na szóstkę. Dla fanów klasycznego slashera pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:7

63/10

W skali brutalności:2/10

Drzwi

Psych: 9 (2010)

psych9

Niewielki podmiejski szpital zostaje poddany likwidacji. W związku z tym potrzebny będzie ktoś do zrobienia porządku w archiwach. Do tej pracy zgłasza się młoda kobieta, Rosalyn. Jej mąż, Cole, pracuje jako taksówkarz na nocnej zmianie.

Mimo iż papierkowa robota nie wymaga zagłębiania się w karty chorych, Rosalyn grzebie w nich uparcie.

Ogólny nastrój panujący w opuszczonym, starym budynku przyprawia ją o dreszcze. Słyszy dobiegającą skądś muzykę, widzi przechadzające się po korytarzach zjawy. A tym czasem gdzieś tam na sąsiedniej ulicy grasuje seryjny morderca kobiet…

Z pomocą przychodzi jej lekarz, który podobnie jak ona został w szpitalu by uporządkować papiery. Doktor Clement widzi jak mocno nocne życie odbija się na psychice Rosalyn. Rozpoczyna z nią coś na kształt sesji terapeutycznych.

Rosalyn otwiera się przed nim, otwiera dawno zapomniane drzwi do swojej traumatycznej przeszłości.

psych9

„Psych 9” jest debiutem reżyserskim. I jak na debiut przystało cechuje go spora doza świeżości i niestety potknięcia realizacyjne.

Thriller kręcony był w Czechach, to tam twórcy wynaleźli tą wyjątkowo upiorną scenerię starego szpitala. Wystrój, scenografia to najmocniejsze punkty produkcji. Aura panująca w tym miejscu jest autentycznie ciężka i nie potrzeba wiele ponad migające jarzeniówki by wywoła uczucie niepokoju samym skromnym przejazdem kamera po korytarzu. Nie ma tu walących się tynków, czy powybijanych szyb. Szpital został opuszczony ledwie przed tygodniem, więc nie mamy tu przesady, jaką często posługują się twórcy wybierając na cel stare szpitale.

psych9

W tym wszystkim umieszczona zostaje bohaterka.

Rosalyn ma małżeńskie problemy, głównie natury intymnej. Bardzo chce mieć dziecko, ale nie bardzo ma ochotę je ‚robić’.

Jak się wkrótce okaże kłopot tkwi w traumatycznym dzieciństwie. Domyślacie się o co chodzi? Pewnie tak. Temat modny i często wykorzystywany.

psych9

Rosalyn wydaje się nadwrażliwa. Widzi i słyszy niepokojące rzeczy. Bardzo przejmuje się lokalnymi wiadomościami na temat grasującego w okolicy seryjnego mordercy kobiet.

„Nocny Jastrząb” poluje pod osłoną mroku, a wszytko to w bliskiej odległości od jej szpitala. Kto może nim być? Odwiedzający ją policjant wierzy, że kobieta może coś wiedzieć na ten temat.

„Psych 9” wykorzystuje sporo wątków. Mamy tu kolejno zagadkę kryminalną związaną z seryjnym zabójcą, problemy psychicznej głównej bohaterki, kłopoty z mężem, zagadkową postać psychiatry i widma przeszłości przechadzające się po szpitalnych korytarzach. Takie bogactwo często odbija się czkawką i nie zawsze działa na korzyść scenariusza. Powoduje pewnego rodzaju zawrót głowy, a wszytko po to by cichcem przemycić dość banalne rozwiązanie fabularne.

Rozwiązanie zagadki jest ciekawe, ale czy naprawdę tak zaskakujące? No, nie wiem. Sama pointa filmu mimo swojej prostoty bardzo mi się spodobała. Podobnie jak realizacja, choć bywały momenty niekonsekwencji w budowaniu nastroju, ale nie ma co się dziwić, poprzeczka jeśli idzie o atmosferę została zawieszona wysoko już od pierwszych ujęć, trudno to utrzymać.

psych9

 

Thriller spodoba się fanom psychotycznych historii, ale nie należy oczekiwać bóg wie czego. Ogólny poziom produkcji jest dobry, ale chwilami widać braki w przygotowaniu twórców (kąt kręcenia zdjęć nie zawsze taki jak być powinien, muzyka gubi się, jakoś dźwięku tez nie jest powalająca). Ale jest to debiut, więc jak na debiut jest dobrze.

Moja ocena:

Straszność: 6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

65/100

W skali brutalności:1/10

Mało azjatyckie

The Second coming (2014)

second oming

Rodzina Chen z Singapuru wiedzie spokojne i dostatnie życie. Może małżeństwo nie jest idealne, ale za to dzieci nie sprawiają żadnych problemów. Do czasu…

Gdy do domu rodzinnego na wakacje zjeżdża starszy syn państwa Chan, Sunny, cała rodzina zaczyna zauważać niepokojące zachowanie młodszej z dzieci, Lucy. Wydaje się mieć to związek ze znaleziskiem z okolic domu, które Lucy przytargała do swojego pokoju. Wygląda na to, że jakiś rządny zemsty duch zagnieździł się w dziewczynie, pytanie tylko skąd się wziął i czego chce?

second coming

Od czasu do czasu trafiam na azjatyckie horrory rodem z Singapuru i zawsze, ale to zawsze mam wrażenie, że twórcy są bliżsi estetyce kina Amerykańskiego niż Azjatyckiego. Może faktycznie w tym rejonie amerykańska kultura i styl życia wypiera azjatyckie tradycje, a może Singapurskim twórcom bardziej niż ich sąsiadom zależy na zagranicznej dystrybucji swoich obrazów, dlatego ulegają  modzie?

Jakiś czas temu pisałam tu o horrorze, również z Singapuru, pt. Ghost child”. „Second Coming” do złudzenia go przypomina.

„Second coming” rozpoczyna sekwencja scen z dzieciństwa Sunnego. Jego rodzice żyją bardzo skromnie, a matka zachodzi w drugą ciążę. Lekarz odmawia aborcji ze względu na zaawansowany rozwój płodu. Kobieta postanawia pozbyć się problemu na własną rękę. Tu uświadczymy kilku wyjątkowo makabrycznych ujęć.

Samodzielna próba aborcji kończy się krwotokiem. Małżonek wzywa pomoc, ale w drodze do szpitala dochodzi do wypadku. Czy ktoś przeżył? Czy przeżyło dziecko w łonie kobiety? Okazuje się, że tak.

W następnych scenach widzimy już naszą rodzinę piętnaście lat później. Rodzina żyje w okazałym domu, syn studiuje medycynę w Australii, a drugie dziecko, córka jest rozpieszczana przez matkę. Gorzej wygląda sytuacja z ojcem. Traktuje swoją pociechę wyjątkowo chłodno. Dlaczego? Tego dowiecie się z dalszej części filmu, bliżej finału – zakładając, że sami się nie domyślicie;)

second coming

Pewnego dnia piętnastoletnia Lucy znajduje w okolicy domu zakopany słoik. Wygląda on dość dziwnie, a gdy dziewczyna otwiera wieczko uwalnia z niego coś na kształt owada. Od tamtej pory jej zachowanie drastycznie się zmienia. Rodzice są bezradni. Żeby przepędzić to, co przyplątało się do Lucy będą musieli zmierzyć się z przeszłością.

second coming

Nic w tym filmie nie przypomina skośnego kina. Gdyby nie język, gdyby nie powierzchowność aktorów byłaby przekonana, że oglądam jakąś amerykańską produkcję o opętaniu. Nawet duch wygląda zupełnie inaczej niż ‚tradycyjne skośne duchy’. Użyte tu efekty też w niczym nie przypominają tego czym posiłkują się Azjaci. Dla mnie to zupełnie zły kierunek.

Lubię różnorodność, dlatego szukam filmów z różnych zakątków świata i z różnych okresów rozwoju kina. Jeśli widzę takie nachalne naśladowanie amerykańskiej popkultury przez mieszkańców południowo – wschodniej Azji robi mi się źle.

second coming

Historia jest bardzo prosta i tylko epilog odwraca kota ogonem i ratuje sytuację.

Nie zrozumcie mnie źle, gdybym zasiadła do seansu oczekując amerykańskiego filmu o opętaniu i dostałbym coś takiego, byłabym zadowolona, a przynajmniej pogodzona z losem, bo właśnie takiej formuły spodziewam się po horrorach ze Stanów. Jeśli jednak sięgam po kino Azjatyckie robię to z rozmysłem, oczekuję czegoś mniej klarownego, bardziej złożonego i nawet jeśli nie do końca rozumiem przesłanie twórcy to ciesze się, że obcowałam z inną kulturą.

Singapur w tej kwestii zawiódł po raz kolejny. No, ale nic… abstrahując od moich oczekiwań i moich wyobrażeń „Second coming” jest przyzwoicie zrobionym filmem. Trochę przypomina „Kronikę opętania„. Jeśli macie ochotę na mało azjatyckie kino azjatyckie to będzie to trafny wybór:)

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:5

Zaskoczenie:7

Zabawa:6

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

To coś:5

Oryginalność:4

54/100

W skali brutalności:2/10

Troje to już tłok

Gone/ Droga donikąd (2007)

droga donikąd

Alex wyrusza na wycieczkę po Australii. Wkrótce ma spotkać się ze swoją dziewczyną, Sophie i spędzić z nią romantyczne wakacje we dwoje. Najpierw jednak trafia na innego młodego turystę, Amerykanina, Tylera, który oferuje mu wspólną zabawę z dopiero co poznanymi paniami, a później odstawienie wprost w ramiona ukochanej.

Tak też się dzieje. Impreza udała się bardziej niż Alex przewidział, a nazajutrz Tyler wyrusza wraz z nim do Sophie. Dziewczyna jest zachwycona nową znajomością i chętnie przystaje na pomysł Tylera by podróżowali we troje. Alex jest jednak podejrzliwy. Nie podoba mu się nachalność Tylera i sposób w jaki reaguje na Sophie. Oczywiście złe przeczucia okazują się niczym w porównaniu z właściwą rangą zagrożenia.

Thriller „Droga donikąd” to reżyserski debiut Australijczyka wspieranego przez dwóch bardziej doświadczonych scenarzystów. Jeden z nich odpowiadał za reżyserię dwóch bardzo udanych produkcji, „Kobieta w czerni” (remake) i „Eden Lake„. „Gone” zaś spokojnie można zaliczyć do bezpiecznych średniawek.

Jest to jeden z tych filmów, gdzie widz szybko i bez problemu zlokalizuje zagrożenie i przez resztę czasu pozostaje jedynie obserwowanie tego, jak poradzą sobie z nim niczego nieświadomi bohaterzy.

droga donikąd

Niektórych taka forma prowadzenia fabuły może irytować, bo nie wszystkim łatwo przychodzi patrzenie na ludzką naiwność, ale jeśli zagryźć zęby… Ostatecznie co poczęliby psychopaci, gdyby wszyscy protagoniści byli czujni i nieustępliwi;)?

Historia rozpoczyna się w momencie, gdy Alex poznaje Tylera, który niczym dobry Samarytanin zgarnia go z ulicy i oferuje bezinteresowną pomoc. Już w chwili, gdy wyruszają po Sophie, Tyler ma haka na Alexa. Z dnia na dzień bohater coraz bardziej obawia się, że jeśli zrobi coś nie po myśli towarzysza, ten wytoczy ciężkie działa.

Tyler wydaje się mieć bardzo określony cel i stopniowo go realizuje. Nie da się ukryć, że naiwność Sophie i bezradność Alexa bardzo mu sprawę ułatwia. Chwyty jakie stosuje antybohater są coraz brutalniejsze. Pewnym jest, że nastąpi eskalacja.

droga donikąd

Ja wspomniałam, nie jest to film obfitujący w niespodzianki. Jedyny zwrot akcji na jaki możemy liczyć to chwila, w której Sophie przejrzy na oczy, a Alex weźmie się w garść.

To taka historia z morałem, by ostrożnie zawierać znajomości, kolejna z serii ‚naiwni kontra świat zbrodni’.

Jest opowiedziana w całkiem przystępny sposób i nie mierzi wykonaniem, co nie znaczy, że powali Was klimatem, czy sposobem stopniowania napięcia. Aktorstwo też nie jest walorem godnym wyróżnienia. Ot, kolejny średniak na zabicie czasu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:5

To coś:6

55/100

W skali brutalności:2/10

Martwe dzieci i cała reszta

The Culling (2015)

the culling

Grupa przyjaciół wybiera się na festiwal muzyczny. Po dłuższym czasie zatrzymują się przed żarłodajnią, a tam na parkingu spotykają małą dziewczynkę, Lucy. Dziewczynka miała być pod opieką dziadka, ale się zgubiła. Prosi więc napotkanych nieznajomych by zawieźli ją do domu. Ci przystają na to i tak trafiają na farmę Val i Weyn’a.

W domu rodzinnym Lucy dzieje się źle. Rodzice dziewczynki skrywają… co mogą skrywać? Ano mroczną tajemnicę. Ha, nasi bohaterowie będą mieli wątpliwą przyjemność jej odkrycia.

Thriller „The Culling”, którego tytuł w wolnym tłumaczeniu oznacza ‚ubój’ został nakręcony przez twórcę o lichym doświadczeniu. Branaman bardziej działa jako aktor. Nie twierdzę, że to źle, zdarza się bowiem, że aktorzy nieoczekiwanie postawieni po drugiej stronie filmowych wydarzeń radzą sobie wyśmienicie. Nie jest tak jednak w przypadku reżysera i scenarzysty „The Culling”. Swoją drogą, już nie mogę się doczekać, pod jakim tytułem ten film będzie promowany w Polsce:)

Wszystko zaczyna się od marnego pomysłu. Schematycznie przedstawieni młodzi bohaterowie napotykają małą jasnowłosą dziewczynkę, która również doskonale pasuje do schematu dziecięcego bohatera horroru. Jej zachowanie od początku budzi niepokój, ale nie bójcie nic, scenarzysta czuwa by akcja posunęła się do przodu dlatego nie pozwala swoim bohaterom na wyczucie zagrożenia. W momencie, gdy protagoniści przybywają na farmę i rozpoczynają wesołą biesiadę z rodzicami malej rozpoczyna się seria niepokojących wydarzeń.

the culling

Teraz podejrzewacie, że rodzice Lucy są sodomitami, którzy co wieczór wystawiają małą na parking jako wabik, by załatwiła dostawę świeżego amerykańskiego mięsa? Nie, nic z tych rzeczy, to by było mało oryginale, ale jednak ciekawe.

Rzecz w tym, że rodowód zagrożenia jest nadnaturalny. Mamy tu do czynienia ze złowrogą siłą, która śmiało poczyna sobie w domu Lucy.

Jeśli spodziewacie się wielkiej niespodzianki w związku z odkrywaniem tajemnicy, to radzę porzucić te zapędy, bo kwestia tajemnicy jest bardzo mało tajemnicza. Jeśli wysłuchacie opowieści Val i jej męża o tym jak trafili na farmę, możecie błyskawicznie dodać dwa do dwóch. Jeśli nie jesteście naiwni to domyślicie się także całej reszty. Przynajmniej w stopniu pozwalającym na obniżenie zaangażowania w śledzenie dalszej fabuły.

the culling

Zawsze powtarzam, że przewidywalność nie jest największym grzechem jaki piętnuję w filmach grozy. Jeśli zachowana zostaje logika, a wybór przewidywalnego rozwiązania nie jest jednoznacznie wyborem najbardziej absurdalnego i tandetnego chwytu, to daję rozgrzeszenie. Tu niestety twórca pojechał po bandzie. Podał na tacy same prostackie rozwiązania. Prości bohaterowie, którzy nie budzą sympatii, prosta tajemnica, która nie ciekawi. Slasherowe prowadzenie akcji ograniczającej się do eliminacji ludzi, słabe w dodatku nadużywane efekty komputerowe, mierne dialogi, dziadowskie aktorstwo i kompletnie typowy finał.

the culling

Myślę o tym filmie jak o bardzo kiepsko zrobionym slasherze zmiksowanym z ghost story, co gorsze Branaman wybrał z każdego z tych gatunków ich najsłabsze elementy. Ma facet niebywały talent…

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:5

Oryginalność:4

To coś:4

43/100

W skali brutalności:2/10