Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Jody chce do taty

Daddy’s Girl/ Córeczka (1996)

daddys girl

Ośmioletnia Jody została adoptowana przez rodzinę Mitchell’ów. Bardzo przywiązała się do nowych rodziców, szczególnie do Ojca i jedyne czego pragnie i do czego dąży, to utrzymać tę rodzinną harmonię. Niestety nie jest to łatwe.

Przybrani rodzice przechodzą małżeński kryzys, który grozi rozwodem, a tym samym rozdzieleniem z ojcem. Ponadto energiczna Jody sprawia poważne problemy w szkole, co nie uchodzi uwadze dyrektorki. Dla dobra dziewczynki pragnie skierować ją do placówki z internatem, gdzie będzie pod całodobową opieką mniej pobłażliwych dorosłych.

Jody jest wysoce zdeterminowana by nie dopuścić do rozpadu rodziny. Wyeliminuje każdego kto spróbuje odsunąć ją od ukochanego tatusia.

daddys girl

„Córeczka” to film, na który długo polowałam. Jak to to bywa, przyszedł w końcu czas, że wyłonił si on z czeluści internetu i z zapomnienia.

Nie jest to obraz zbyt popularny, bo niczym nie wyróżnia się na tle innych thrillerów o morderczych dzieciach. Idzie śladem „Synalka” i „Mikey’a”, szczególnie dużo wspólnego mając z drugim z owych filmów.

Znowu antybohaterem jest dziecko. Dziecko oczywiście adoptowane. O ile „Synalek” wyróżniał się tym, iż jako piekielne nasienie obsadzono tu rodzonego syna, o tyle w szeregu innych produkcji o morderczych dzieciach zawsze mamy do czynienia z przygarniętą sierotą. Tak było w „Omenie„, tak było w „Kręgu„, tak był we wspomnianym „Mikey’m”, czy „Sierocie„.

Filmowcy lubią piętnować porzucone dzieci, czyniąc z nich potencjalnych przestępców i socjopatów.

Nie da się ukryć, że traumy z dzieciństwa, a takiej traumy doświadczyła bohaterka „Córeczki”, wyjątkowo narażają na rozwój problemów psychicznych, ale trochę irytuje mnie to, że w świadomości społecznej dzieci porzucone przez rodziny są z zasady skazane na dysfunkcje. Tak jakby rodzone dziecko nie mogło być złe, tak jakby obcy był synonimem słowa gorszy. To krzywdzące dla takich dzieciaków i tak zwyczajnie nużące dla odbiorcy takowych filmów.

W przypadku postaci Jody obdarzono ją jeszcze wyglądem złośliwego trola. Dziewczynka ma ognisto czerwone włosy i zaciętą minę. Może to jakaś analogia do najsłynniejszej sierotki, „Ani z zielonego wzgórza”? taka Ania w wersji hard core. Zaprzeczenie temu, że z przybłędy otoczonej miłością mogą być ludzie, bez względu na to co przeszła.

daddys girl

Z Jody nie będzie ludzi. Młoda rozrabia na całego, a jej złe zachowanie wynika z leku o utratę opieki i miłości bliskich. Dlaczego faworyzuje tatę, tego dowiecie się w trakcie trwania filmu.

Jody idealizuje ojca, zaś w matce widzi zagrożenie dla rodzinnego szczęścia. Podobnie postrzega babcie, która wspiera córkę w tym, by odeszła od męża marzyciela i związała się z kimś, kto zarobi na dom i rodzinę. Babci słono się oberwie… Podobny los spotka przyjaciółkę matki, prawniczkę, która również popiera rozwód.

Oglądając ten film zastanawiałam się jak można było zapobiec takiej sytuacji? Czy to wina ojca, który tak mocno przywiązał do siebie córkę, że ta popadła w obsesje na punkcie tej więzi? Może pozwalał jej na zbyt wiele? Ale czy można dać komuś za dużo miłości i w ten sposób go wypaczyć?

Myślę, ze najpoważniejszym błędem było wciąganie córki w konflikt. Wskazywanie: ja jestem dobry i kochający,  a mama tylko jazgocze i marudzi. Myślę, że facet notabene fascynujący się produkcją zabawek był trochę niedojrzały dlatego bardziej szukał relacji z dzieckiem – łatwiejszej relacji, niż relacji z żoną, która nie darzy go bezwarunkową dziecięcą miłości lecz czegoś oczekuje. To bardzo niebezpieczna sytuacja, niszcząca dla rodziny. Tu jednak, jako że mamy do czynienia z kinem grozy został pociągnięta do ekstremum. Jody nie tylko odwraca się od matki w obronie ojca, ale pragnie jej śmierci.

Jeśli chodzi o realizację to tu nie ma fajerwerek. W porównaniu z „Mike’m” oprawa wypada nieco lepiej, przynajmniej tak mi się w tej chwili wydaje.

Zarówno pod względem pomysłu jak i wykonania „Córeczka” nie święci tryumfu. Nie widzę tu nic wielce oryginalnego.

Nie podobało mi się upychanie czarnego humoru w kwestiach Jody. Te jej pseudo przewrotne komentarze po dokonywanych zamachach na bliźnich były słabe i prawdopodobnie to ze względu na nie, jakiś geniusz wpadł na pomysł by określić film mianem: komedia, thriller.

Aktorstwo nie było najgorsze, ale odtwórczynie roli Jody nie trafi na moja top listę najlepszych ‚popieprzonych, złych dzieci.

Film nie jest krwawy czy brutalny, pojawiają się za to fragmenty z zalążkami suspensu i to jest duży plus.

Jako całość oceniam pozytywnie.Fani thrillerów z lat 90 powinni być zadowoleni.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

zaskoczenie:5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Kto chce zobaczyć Wielki Kanion?

The Canyon/ Kanion (2009)

canyon

Nowożeńcy, Lori i Nick postanawiają spędzić swój miesiąc miodowy oglądając wschód słońca nad Wielkim Kanionem. Spontaniczna para nie zadbała jednak o przygotowanie dlatego lądują tam bez przepustek i w towarzystwie samozwańczego przewodnika, Henry’ego. Wycieczka szybko przechodzi w twardy survival.

Przyznam się, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na obiecujące plenery. Sam pomysł w żaden sposób mnie nie zaintrygował, bo znowu mamy parę niedzielnych turystów porywających się z motyką na słońce.

I miałam rację. Widoki były godne zachodu, a fabuła ‚taka se’.

canyon

Dla kogoś, kto lubi thrillery z takimi przygodowymi wątkami i potrafi cierpliwie znosić głupotę bohaterów i momentami nonsensowne i naciągane rozwiązania fabularne, ten film na pewno się spodoba.

Do momentu punktu kulminacyjnego kiedy to przewodnik młodej pary zostaje pokąsany przez grzechotniki, a bohaterzy w ferworze walki tracą swój ekwipunek oglądamy tylko widoki. Jest na co popatrzeć, bo sceneria jest bajeczna, tyle tylko, że akcja się ślimaczy.

Do krytycznego momentu mamy w zasadzie jeden moment lekkiego napięcia, które jednak szybko schodzi. Mniej więcej od połowy zaczyna się dziać. Lori i Nick wkrótce zostaną zupełnie sami. Nie mają zapasów, nie wiedzą w którą stronę zmierzać, a ich niefortunne próby złapania zasięgu (tu jedna z owych idiotycznych scen) doprowadzają do tragedii rodem z dramatu „123 godziny”.

canyon

Jeśli widzieliście wspomniany film wiecie, że nie obejdzie się bez dramatycznej decyzji. Tu znowu mamy trochę naciąganą sprawę. Pojawiają się też wrogo nastawieni mieszkańcy terenów wielkiego kanionu i to oni zmuszą bohaterów do kolejnego dramatycznego wyboru. SPOILER: Finał jest zacny. Podnosi film o kilka pięter. Tyle tylko, że jest zerżnięty żywce z „Mgły„:) KONIEC SPOILERA.

Czy znajdzie swoich amatorów? Z pewnością. Klimat survivalu i ładne plenery nadal dobrze się sprzedają.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

Zagraj dla Elizy

Para Elisa/ Dla Elizy (2013)

para elisa

Ana kończy studia na Madryckim uniwersytecie. W ramach świętowania zakończenia edukacji planuje wraz z grupą studentów wybrać się na kilka dni na Maderę. Problem stanowi kasa. Ana zmuszona jest szybko zgromadzić pieniądze, w związku z czym odpowiada na ogłoszenie o pracę opiekunki do dziecka. Stawia się na umówione spotkanie z emerytowaną pianistką by tam dowiedzieć się na czym dokładnie będzie polegać jej praca.

para elisa

Jako że babysitterka to zawód wysokiego ryzyka jak już mieli okazje przekonać się widzowie rozlicznych slasherów i Anę czeka bliskie spotkanie ze śmiercią.

„Dla Elizy” kusi swoim hiszpańskim rodowodem. Mimo iż napływ filmów z tego rejonu sprawił, że po za niewątpliwie wartościowymi i oryginalnymi tytułami dopływają do nas produkcje słabsze, to perspektywa obejrzenia strasznego hiszpańskiego filmu nadal napawa mnie entuzjazmem.

Do debiutanckiego filmu kolejnego Hiszpana podeszłam więc entuzjastycznie. Entuzjazm mój przygasł już w pierwszych minutach filmu. Mamy tu ewidentnie slasherowy wstęp- studentka szukająca pracy, niezbyt rozsądna i rozkapryszona idzie na rozmowę o pracę. Tu w głowie pojawia się milion skojarzeń, bo wiadomo, że opiekunki do dzieci to wdzięczne ofiary wszelkich świrów. Na myśl przyszło mi „Babysitter wanted„, czy „Dom diabła„. Skojarzenia jak najbardziej trafne, bo gdy tylko nasza bohaterka przekroczy próg domu niejakiej Diamantiny wiemy już, że będzie miała kłopoty.

para elisa

Podstarzała pianistka przyjmuje ją raczej oschle i zdradza objawy choroby nerwowej. Ale to dopiero spotkanie z rzekomym dzieckiem przyprawi o dreszcz niepokoju, a przynajmniej takie jest założenie. Jak widzicie ewidentna powtórka z „Babysitter wanted” i jemu podobnych obrazów.

W dalszej części fabuły również nie należy się spodziewać zrywów oryginalności. Mało, że jest dość przewidywalnie to jeszcze trochę nudnawo, bo ile można patrzeć na szamoczącą się bezradną laskę?

Tragedii zupełnej jednak nie będzie. W horrorach typu slasher nośnikiem ich wszelkiego sukcesu wcale nie jest postać ofiary, ale oprawcy. O ile emerytowana pianistka może wydawać się szalona i tyle, o tyle postać tytułowej Elizy to już ciekawszy temat. To ona będzie głównym antagonistą i to dzięki jej postaci i z powodzeniem wcielającej się w nią odtwórczyni tej roli coś może widza w tym filmie zainteresować.

para elisa

Ciekawy morderca mus być uzbrojony w ciekawe modus operandi, bo bez tego ani rusz. Musi mieć swoją szaleńczą wizję. W tym przypadku jest to zmienianie żywych dziewcząt w lalki. Tu temat skojarzył mi się nieco z oglądanym niedawno „Pokojem motyla„.

Nie spotkamy tu scen naładowanych dużą dawką brutalności, ale liczy się sam kontekst i to co jest widzowi sugerowane. Ana będzie mieć ciekawe przeżycia w pokoju Elizy.

Niestety to nadal zbyt mało bym mogła zapiać z zachwytu i naganiać Was do seansu. Jak na hiszpańskie kino grozy jest trochę nijako, a przede wszystkim wtórnie. Plusa mogę dać za kreacje Elizy i filmową muzykę, która jak zapewne się domyślacie bazować będzie na słynnym utworze Bethovena.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:5

Oryginalność:4

50/100

W skali brutalności:1/10

Arabski demon

Djinn/ Dżin (2013)

djinn

Salama i Khalid przeprowadzają się z USA do Zjednoczonych Emiratów Arabskich by w otoczeniu krewniaków lizać rany po stracie nowo narodzonego synka. Wprowadzają się do apartamentowca na obrzeżach Dubaju, gdzie wciąż snuje się gęsta mgła, a pozostali lokatorzy są cokolwiek dziwni.

Salama już pierwszego dnia zaczyna wariować. Wydaje jej się, że do jej nowego mieszkania zakrada się widmowa kobieta. Problem stanowią też wspomnienia o synu, zupełnie inne niż można było się spodziewać po strapionej matce. Wszystko zdaje się mieć związek z lokacją apartamentowca, miejsca nawiedzanego przez arabskiego demona, szerzej znanego pod nazwą Djinn.

djinn

Dżiny w krajach zachodnich kojarzą się raczej z niebieskimi duszkami wychodzącymi z lampy i spełniającym życzenia. Wersja ludzi z bliskiego wschodu jest nieco inna. Według arabskiej mitologii dżiny to demony powstałe z czystego ognia jako utożsamienie wrogich sił natury.

W filmie Tobiego Hoppera dżin przyjmuje kobiecą postać. We wstępie filmu poznajemy legendę o kobiecym demonie, który opętał rybaka i zmajstrował sobie z nim dziecko. Ludzie bali się dziwacznego noworodka więc się go pozbyli, a wkurzona demoniczna mama rozpędziła wszystkich mieszkańców i po czym zajęła się poszukiwaniem swojego potomka. Nie zazna spokoju do póki go nie odnajdzie.

djinn

Pech chce, że apartament, w którym zamieszkają bohaterzy mieści się w miejscu dawne wioski, którą nawiedził Dżin.

O tym, że jest to film Tobiego Hoppera, jednego z naczelnych mistrzów filmowej grozy dowiedziałam się przy napisach końcowych;)

Żadnym sposobem nie przyszłoby mi do głowy, że to jego dzieło. Scenariusz to co prawda zasługa kogoś innego, jednak Tobie Hopper zupełnie nie kojarzy i się z Dubajem, Dżinami etc. W rzeczywistości jest to film bardzo dziwny. Wiem, że jego odbiór nie był zbyt dobry, a do kin trafił tylko w krajach arabskich, ale naprawdę po seansie nie mam powodów do narzekania.

Powiem szczerze, że nie maiłam ochoty go oglądać. Ten tytuł mignął mi już kilka razy i sądziłam, że już go widziałam, bo zdarzyło mi się oglądać, a raczej poczynić próbę obejrzenia filmu pod tym samym tytułem. Nie chciałam robić drugiego podejścia, ale filmowy opis zmienił mój ogląd.

„Dżin” to dość klasyczne, ale jednak egzotyczne ghost story. Bardzo podobał mi się jego klimat, bo lubię filmy, których akcja rozgrywa się na małej przestrzeni, takie klaustrofobiczne klimaty. Tu mamy właśnie coś takiego. Małżonkowie i apartamentowiec. Dookoła nic tylko mgła.

djinn

Wystrój całego budynku jest zachwycający. Może nie jestem wielką miłośniczką arabskiej kultury, nawet nie lubię kebabów, ale architekturę akurat mają zajebistą. Scenografia jest bardzo dopieszczona i naprawdę należy się za nią słowo uznania. To już duży plus na rzecz klimatu.

Fabuła jest poniekąd prosta i przewidywalna, ale szczególnie mi to nie przeszkadzało, bo zwracałam uwagę na detale, jak dialogi, czy kreacje głównych bohaterów, pobocznych zresztą też, bo sąsiedzi Salamy i Kalida tworzyli wyjątkowo barwne towarzystwo. Kobiety w burkach jakoś zawsze mnie przerażają, może to piętno Buki i dobranocek z Muminkami, ale budzą u mnie dreszcze.

djinn

Trzeba przyznać, że scenariusz poświecił uwagę na stworzenie wiarygodnych postaci bohaterów i ich wzajemnych relacji. Tu mamy stosowny przytyk do społeczeństw islamskich.

Jeśli chodzi o walory czysto horrorowe, po za wspomnianym klimatem i kobietami w burkach to mamy tu gro efektów specjalnych. Tak, niestety. Mam jednak dobrą wiadomość, podobały mi się. Może za długo leżałam na słońcu, ale w mojej ocenie taka dopieszczona grafika pasowała mi do dopieszczonej scenografii.

Kolejną dobra wiadomością jest to, że film jest krótki. Nie wiem, czy to obiektywne wrażenie, ale wcale mi się nie dłużył i miałam wrażenie, że cała historia jest budowana sprawnie i konsekwentnie, bez zbytecznego przeciągania struny. Naprawdę jestem zdziwiona, że mi się podobał, bo do prawdy miałam na to niewielkie nadzieje.

Moja ocena:

Straszność:5

Klimat:8

Fabuła:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

to coś:6

63/100

W skali brutalności:1/10

Ja kłamałam i Ty kłamałeś

Dark Places/ Mroczne miejsca (2015)

dark places

Libby Day przekroczyła trzydziestkę. Mieszka w obskurnym lokum, nie ma pracy, pieniędzy, ani nikogo bliskiego. Jedyne co posiada to rany na duszy, które powstały w noc, w której jej matka i siostry zostały zamordowane przez jej brata. Tylko ona uszła cało i przez całe swoje życie trwa z piętnem niedoszłej ofiary, a jedyne uczucie jakie budzi w otoczeniu to ciekawość, bo już nawet nikt jej nie współczuje.

Jednym z ciekawskich jest Lyle, młody chłopak zaangażowany w kółko pasjonatów zbrodni. Przekonuje Libby by za parę tysiaków poddała w wątpliwość to, co uważała za pewne: winę swojego brata.

Wraz z mężczyzną stopniowo odkrywa kolejne skrawki wspomnień, spotyka się z ludźmi, który mogą podważyć to, co przysięgała wiele lat temu: to jej brat zabił.

Kolejna filmowa adaptacja bestselleru Gillian Flyn. Nie czytałam „Mrocznych miejsc”, podobnie jak „Zaginionej dziewczyny”, więc nie będzie porównań pomiędzy pierwowzorem a filmem. Mogę natomiast porównać tę produkcję z ubiegłorocznym filmem Finchera. Wg. mnie „Mroczne miejsca” są mniej porywające.

Obydwie historie są jak dla mnie mocno przeszarżowane, ale o ile „Zaginiona dziewczyna” jawiła mi się jako interesująca intryga z mądrym przesłaniem, to „Mroczne miejsca” są naciąganym moralitetem z mało odkrywczą pointą.

Gatunkowo stoi gdzieś pomiędzy dramatem a thrillerem z wątkiem kryminalnym. Główną bohaterką, w którą wciela się Charlize Theron, do tej chwili uwielbiana przeze mnie, jest Libby Day. Dorosła kobieta, która kurczowo trzyma się doznanej krzywdy. Dzięki darom od współczujących i ciekawości czytelników jej ‚autobiografii’ jakoś wiąże koniec  z końcem. Bycie ofiarą, niedoszłą ofiarą, stało się jej sposobem na  życie, i taki portret postaci jest w jakiś sposób ciekawy, a na pewno wyróżniający się.

dark places

Libby wierzy w to co kazano jej wierzyć, gdy była dzieckiem. Doznała ogromnej traumy i nie da się ukryć iż władze posłużyły się nią by wtrącić jej brata do więzienia.

Ta warstwa historii która dotyczy Libby jest jak najbardziej okej. Wątpliwości wzbudził u mnie ‚sposób na brata’. Przez niemal połowę filmu okrywa go mgła tajemnicy, jednak, gdy dochodzi do konfrontacji w moich oczach jego postać  staje się nazbyt wydumana, nazbyt romantyczna i głupia po prostu.

Fabuła przebiega dwutorowo. Równocześnie poznajemy przeszłość i teraźniejszość. Poznajemy rodzinę Libby i problemy z jakimi się boryka. Podobnie jak w „Zaginionej dziewczynie” bardzo istotną kwestią jest kontekst społeczny. Obsesja mediów i społeczności na punkcie satanizmu i rzucanie na prawo i lewo hasłem ‚molestowanie seksualne’. 

dark places

To właśnie w tej warstwie dramatycznej tkwi rozwiązanie zagadki, które, nie da się ukryć, jest zaskakujące. Nie wiem tylko, czy jest zaskakujące, bo jest tak naciągane, że aż nie do wiary, czy jest zaskakujące, bo oparto jej na solidnej intrydze. Każdy ma swoją definicje dobrego fabularnego twistu więc musicie ocenić sami.

Jeśli zaś chodzi o sposób snucia opowieści to jest okej. Lubie wtrącenia z retrospekcji, to tak jak kolejne podpowiedzi w kalamburach, mogą wprowadzić na odpowiedni trop, a mogą z niego wybić.

W obsadzie filmu nie zabraknie gwiazd i gwiazdeczek. W zasadzie każda ‚gęba’ jest tu znana. większość dobrze dała sobie radę, ale Charlize wydala mi się jakaś ‚nieobecna duchem’, jakby grała tam za karę.

W ogólnym rozrachunku, nie uświadczyłam tu zachwytu. Film jest dobry, nie powiem, ale mógłby być lepszy, pod co najmniej kilkoma względami.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

60/100

W skali brutalności:1/10

Niektórym przeznaczona jest groza

Nawiedzony hotel – Wilkie  Collins

nawiedzony hotel

Brytyjski autor tworzący w XIX wieku kojarzony jest głównie, jako wielki przyjaciel Charlsa Dickensa. Mimo iż to jego mentor zawsze był numerem jeden to Wilkie Colins podbije serca tych, którzy uwielbiają wątki detektywistyczne okraszone stosowną porcją grozy często w gotyckim stylu.

Sama zapoznałam się z jego twórczością po przeczytaniu Drooda” Dan’a Simonsa, czyli powieści będącej pewną wariacja na temat biografii Collinsa i jego relacji z kumplem od pióra, czyli Dickensem. Postać rozmiłowanego w laudanum zgryźliwego pisarza zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam zapoznać się z jego twórczością i w moje ręce wpadła jedna z jego szlagierowych powieści „Kobieta w bieli„.

Teraz dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka miałam okazje zapoznać się z jego późniejszą, mniej osławioną twórczością mianowicie zbiorem opowiadań napisanych w trudnym dla Wilkie’ego okresie, bezpośrednio po śmierci przyjaciela.

Wydanie jak zazwyczaj bardzo estetyczne. Twarda oprawa i 560 stron do przeczytania za cztery dyszki.

Zbiór zatytułowano „Nawiedzony hotel”. Tak też zowie się pierwsze z zawartych w nim opowiadań. Najdłuższe, najbardziej złożone i nie da się ukryć, robiące największe wrażenie.

Autor wprowadza tu postać femme fatale, w osobie Hrabiny Narrone, która odbija skromnej Agnes lorda Montbarry by zamiast cieszyć się zdobyczą pogrąża się w szaleństwie przekonana, że Agnes doprowadzi do jej śmierci.Co rzeczywiście sprowadzi nieszczęście na Claudie Narrone czytelnik musi ocenić sam.

To doprawdy ciekawa historia, przesączona intrygą i tajemnicą. Nie sposób jej streścić, tak by czytelnikowi nie zaczęła jawić się jako porąbana meksykańska telenowela. Streszczenie więc odpuszczę.

Tytułowym nawiedzonym hotelem w opowiadaniu jest nowo otwarty przybytek dla turytów mieszczący się w Wenecji i niegdyś będący pałacem. To tam hrabina, jej mąż i jej brat spędzają miesiąc miodowy i to tam dojdzie do fatalnego zgonu hrabiego i zagnięcia jego służącego. To tam ponownie spotkają się dwie damy, Agnes i Claudia i to tam szaloną hrabinę dopadnie jej przeznaczenie.

nawiedzony hotel

Styl Wilkie’ego w tym konkretnym dziele jest absolutnie bez zarzutów, nie ma dłużyzn, czy niepotrzebnego zamieszania. Jak w dobrej historii detektywistycznej, nie nie pojawia się tu bez powodu. Po lekturze 260 stronic przechodzimy do kilku krótszych opowiadań.

Moja ocena: 10/10

Druga na liście znajduje się „Wyśniona kobieta”. To historia pechowego stajennego, którego historię poznaje zatrzymujący się gospodzie podróżnik. Owym stajennym jest Issak, którego dręczą złe sny. Nie może zaznać spoczynku w nocy. Szczególnie w okolicy godziny drugiej jego życie jest zagrożone przez tytułową „Wyśnioną kobietę”. Nie mogąc więcej dręczyć mężczyzny na jawie swoją nienawiść do niego eskaluje, gdy ten śpi. Kim jest kobieta? Jaką rolę  w jego życiu odegrała, tego Wam nie powiem.

„Wyśniona kobieta” porusza temat proroczych snów i jest ciekawym studium jednego, konkretnego przypadku. Podobnie jak w „Nawiedzonym hotelu” ktoś chce tu uciec przeznaczeniu.

Forma jest krótka i ciekawa. Wilkie swoim zwyczajem nie buduje historii prostą drogą. W „Nawiedzony hotelu”, zaczął od środka, tu od końca.

Dzięki temu chwytowi jego opowieści dużo bardziej przykuwają uwagę czytelnika, który od samego początku wciągany jest w wir wydarzeń bez zbędnych wstępniaków.

Moja ocena:8/10

Trzecie opowiadanie nosi tytuł „Pani Zant i duch”. Tu po raz kolejny wszystko zaczyna się się od bohatera pobocznego. Ten spotyka w parku tajemniczą Panią Zant by odkryć jej smutną historię.

To dość klasyczne ghost sotry gdzie duch z zaświatów rozciąga pieczę nad bliską swemu sercu osobą. Brakuj tu sensacyjnych zrywów, ale nie mniej jest to historia z klasą.

Moja ocena:7/10

„Upiorne łoże” jest jednym z moich faworytów. Jej bohaterem jest turysta zwiedzający hazardowe meliny we Francji. Pewnej feralnej nocy trafia do wyjątkowo podłej szulerni, gdzie rozbiwszy bank upija się a spoczynek znajduje w tytułowym przeraźliwym łożu.

Tu autor postawił na narracje pierwszoosobową dzięki temu opisy przeżyć jaki doświadczy bohater są bardziej żywe. Wspomniane opisy przeżyć jawią się trochę jako haluny po środkach odurzających i choć część prawdy w tym jest, to nasz bohater doświadcza czegoś więcej niż koszmarnego snu. Staje się ofiarą zmyślnej intrygi skierowanej przeciwko gościom szulerni.

Świetna rzecz.

Moja ocena: 10/10

„Panna Jeromette i pator” to znowu historia z wątkami romantycznymi. Ponownie pojawia się też wątek nieuchronności przeznaczenia, którego spełnienie rozgrywa się nieomal na oczach tytułowego pastora.

Moja ocena: 7/10

„Martwa ręka” to kolejny popis wyobraźni Collinsa. Podobnie jak to było chociażby w przeraźliwym łożu jest to dość prosta historia z nieoczekiwania pointą. Tu również dużą rolę odgrywa sposób narracji.

Ponownie pojawia się wątek bohatera, który zasypiając w obcym sobie miejscu przyzywa katusze na duszy. Tym razem nie za sprawą samego łóżka, lecz gościa, z którym przyszło mu dzielić sypialnie. Arturowi przyszło spocząć w jednym pokoju z trupem…

Moja ocena: 9/10

„Do nieba razem z Brygiem” niestety mnie rozczarowało. Początek był bardzo obiecujący. „Muszę złożyć  niełatwe wyznanie. Prześladuje mnie duch”, a kilka linijek niżej: „Nawiedza mnie duch świecznika sypialnianego”. Czyż nie brzmi to szalenie? O tak niestety rozwój wydarzeń jest znacznie mnie porywający.

Moja ocena:5/10

„Dziewiąta”, upewniło mnie w przekonaniu, że Wilkie Colins miał fioła na punkcie wszelkiego rodzaju proroctw i przeczuć.

Znowu mamy tu ten sam temat. W pewnej rodzinie na świat przychodzi niezwykły chłopiec. Ani mądry ani głupi, ale to właśnie on objawi rodzinie straszną wizję.

Collins nie byłby sobą gdyby nie zakończył tej historii dokładnym spełnieniem przeznaczenia.

Moja ocena:7/10

„Diabelskie okulary”, ostanie z opowiadań porusza wątek ‚jasnowdzienia’, a może raczej ‚czarno wiedzenia’.

Bohater opowiadania wszedł w posiadanie ‚diabelskich okularów’, które posiadały fantastyczną moc. Patrząc na ludzi przez ich szkła można było dostrzec ich najgorsze myśli i zamiary.

Moja ocena:8/10


wilkie colins

Coraz bardziej cenię sobie zbiory opowiadań. Dostarczają bardziej zróżnicowanych wrażeń niż jedna powieść fabularna i fundują bardziej klarowny pogląd na twórczość danego pisarza. Można się lepiej poznać;)

Jeśli chodzi o samego Colinsa, to na pewno niebawem sięgnę po jego „Kamień księżycowy”.

Sam „Nawiedzony hotel” uważam za zbiór bardzo udany, ale nie może być inaczej jeśli mówimy o klasyce.

 

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

http://www.zysk.com.pl/zapowiedzi

Były dwie siostry Noc i Śmierć

Tale of two sisters/ Opowieść o dwóch siostrach (2003)

tale of two sisters

Soo mi i Soo yeon to dwie siostry, które w tragicznych okolicznościach straciły matkę. Powracają do swojego rodzinnego domu, a tam czeka ich przykra niespodzianka w postaci macochy (za życia matki pielęgniarki chorej i kochanki jej męża). Tej samej nocy w domu zaczynają dziać się niepokojące rzeczy.

Pomijając fakt, że macocha jest suką i lubi zamykać w szafie młodszą z sióstr, po nocach coś grasuje po domu. Soo mi jest przekonana, że to duch zmarłej matki, który pragnie zrobić porządek ze swoją bezprawną następczynią.

tale of two sisters

Opisałam fabułę w najprostszy z możliwych sposobów. Oparty na pozorach i bardzo powierzchowny. Każdy, kto zna „Opowieść o dwóch siostrach” wie, że nic, albo prawie nic nie jest tu prawdą.

Film Jee woon Kim’a obejrzałam w czasach bumu na kino Azjatyckie. Była to też pierwsza koreańska produkcja jaką miałam okazję poznać. To właśnie ten obraz wyrobił we mnie przekonanie, że na Koreańczyków nie ma mocnych, horrory robią zajebiste.

Mimo iż teraz mój entuzjazm wobec kina dalekiego wschodu przygasł, bo jakoś się niezdrowo zamerykanizowało, to do tego filmu zawsze powracam z ochotą.

Jest po prostu piękny.

Scenariusz powstał w oparciu o legendę o siostrach Róży i Lotosie, które to wzorem Kopciuszka podpadły macosze samym sowim istnieniem. Wredne babsko doprowadziło do śmierci obydwie dziewczynki, a na sprawiedliwość musiały czekać długo. Scenariusz czerpie z owej legendy o co trzeba, ale swoje też dodaje i ujmuje.

tale of two sisters

Wiele osób zastanawia się nad interpretacją całej tej historii opartej na niedomówieniach, halucynacjach, widmowych wspomnieniach i imaginacjach. Wokół różnych dróg interpretacji tej historii wyrosły już kolejne legendy, a sama czytając niektóre z nich zastanawiam się czy widzowie tak bardzo nadinterpretują, czy ja nazbyt prosto patrze na tę sprawę.

W spoilerze podzielę się skromną refleksją nad zagadką „Opowieści o dwóch siostrach”.

SPOILER: W moich oczach sprawa wygląda następująco. Soo yon oczywiście jest martwa.zginęła przygnieciona szafą wkrótce po tym jak znalazła swoją depresyjną mamę obwieszoną w szafie. Mama popełniła samobójstwo, bo wpadła w depresję z powodu poronienia. Dodatkowym bodźcem zapewne był fakt, że jej mąż posuwał jej pielęgniarkę.

Soo mi zdawała sobie sprawę z sytuacji w domu. Była wściekła na ojca i na kochankę na tyle, że nie zwracała uwagi na siostrę. Kochanka skrzętnie to wykorzystała w momencie, gdy młoda leżała przygnieciona szafą ta nakręcała starszą siostrę jeszcze bardziej, by ta wkurwiona jak sto pięćdziesiąt wyfrunęła z domu. Doskonale wiedziała,że młodsze pisklę jej nowego ukochanego dogorywa w swoim pokoju, więc pomyślała, że jeśli wpędzi Soo mi w poczucie winy będzie miała z głowy obydwie córki nowego faceta. 

Tak też się stało. Po śmierci siostry Soo mi próbowała się zabić wzorem matki i wylądowała w psychiatryku. Wraca  stamtąd popieprzona jeszcze bardziej. Wierzy, że jej siostra żyje i za punkt honor stawia sobie ochronę jej przed złą macochą.

Przypuszczam, że macochy mogło wcale nie być w domu po jej powrocie ze szpitala, a ona w swojej głowie odgrywała rolę zarówno swoją jak i siostry i macochy. Nie było też żadnego ducha tylko wyrzuty sumienia, które trawiły młodą bo nie pomogła siostrze. Uciekając przed wyrzutami sumienia winą za wszytko obarczała macochę przez co jej postać w filmie urosła do rangi niezrównoważonej psychopatki. Tyle. KONIEC SPOILERA.

tale of two sisters

Jeśli ktoś ma ochotę dorzucić swoje pięć groszy ad. ‚mojej wersji wydarzeń’ zapraszam do okienka komentarza;)

Jeśli chodzi o formę to jest ona równie ważna jak treść. Praktycznie każdą scenę można rozebrać na części i analizować, jak elementy snu na kozetce u psychoanalityka.

To dobra ścieżka ucieczki przez często makabrycznymi i przerażającymi widokami jakich uświadczymy w filmie. Groza jest podana subtelnie, ale skutecznie. Nie mamy tu wielu skocznych scen, w zasadzie nie ma ich wcale. Klimat grozy opiera się na powolnym stopniowaniu napięcia. Wpędzania widza w permanentny psychiczny rozgardiasz, niż na eskalacji strachu.

Kolorystyka obrazu jest na tyle posępna by dostrzec atmosferę smutku, która niemalże pływa ze ścian w domu, gdzie rozgrywają się wspomniane wydarzenia.

Nazwałabym ten film horrorem milczącym, bo niewiele pada tu słów, a muzyka jeśli już występuje wkrada się do ucha bardzo powoli, cichaczem.

Aktorstwo jest na tyle dobre, na ile potrafię ocenić azjatycki manieryzm. Do tej pory nie potrafię zbytnio wyczuć, a co za tym idzie ocenić warsztatu aktorskiego Koreańczyków, czy w ogóle Azjatów. Są dla mnie tak skrajnie inni i przedziwni w porównaniu z amerykanami czy Europejczykami, że nieodmiennie mam wrażenie, że patrze na teatrzyk kukiełkowy nie na żywych ludzi.

To bardzo stonowany film, spokojny, powolny, subtelny. Oparty na tym czego nie widać, a co można wyczuć.

Ktoś by mógł powiedzieć, ze to doskonałe kino dla masochistów, bo nie dość że horror to jeszcze trzeba przy nim myśleć, ale popularność tego obrazu świadczy o tym, że widzowie lubią tego rodzaju umartwienie.

I ja też.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział to polecam. Obraz został oczywiście zremake’owany przez Hollywood i remake też przypadł mi do gustu, ale z zupełnie innych powodów niż oryginał.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To co:8

79/100

W skali brutalności:3/10

Ten dom jest nawiedzony

The Enfield Haunting (2015) – odc. 1-3

the enfield haunting

„The Enfield Haunting” to trzy odcinkowy mini serial, zrealizowany dla stacji Sky Living. Emitowany był w maju tego roku. Twórcą jest Duńczyk z doświadczeniem w tego rodzaju produkcjach.

Pomysł na serial zaczerpnięto, jak to zazwyczaj z rzekomo autentycznej historii, która miała miejsce w Stanach w latach 70.

Historia została opisana przez jednego z jej uczestników Guy’a Lyona Playfair’a w książce „Ten dom jest nawiedzony” traktującej o zjawisku poltergeista, który zagościł w domu samotnej matki wychowującej czwórkę dzieci.

the enfield haunting

the enfield haunting

Najmłodsza z córek, Janet doświadcza tego, co nazywamy nawiedzeniem. Dziwne zjawiska w domu Hodngsonów zaalarmowały sąsiadów i policję, aż w końcu w domu rodziny pojawia się łowca duchów Maurice Grosse, a w ślad za nim pojawia się dziennikarz specjalizujący się w tego rodzaju tematach, Guy Playfair. Wszyscy wspólnie próbują zgłębić tajemnicę jaką skrywa dom.

the enfield haunting

Każdy z odcinków trwa czterdzieści pięć minut więc przy dobrych chęciach można obejrzeć całość w ciągu jednego wieczoru. Ja tak właśnie uczyniłam.

Realizacja jest na tyle sprawna by nie odstraszać, a dodać mogę, że sceny z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, czyli wszelkich emanacji złych mocy które atakują Janet wyglądają zadowalająco. Młoda jest podwieszana przez firankę, atakuje ją lustrzane odbicie etc, etc…

Fabuła jest bardzo prosta. Niczym w horrorach z rodzaju „Obecności” mamy rodzinę, w której życiu następuje zmiana. Następuje kryzys. Tatuś porzuca rodzinę, najstarszy syn sprawia problemy wychowawcze, wtedy pojawia się poltergeist, z którym najbliższa więź ma właśnie Janet. To jej ustami komunikuje się z otoczeniem, to ją najsilniej atakuje.

Jak zazwyczaj pojawią się wątpliwości ad. autentyczności zjawiska, które zostają rozwiane w punkcie kulminacyjnym. Nawiązanie kontaktu z poltergeistem nasila niepokojące zjawiska i dopiero pomoc zaprzyjaźnionych duchów może rozwiązać sytuację. Koniec.

the enfield haunting

Historia jest więc prosta i niczym nie powinna zaskoczyć. Oczywiście pojawiają się wątki poboczne jak te związane z życiem osobistym Maurice’a. Nudy nie ma, ale jakiś niesamowitych wrażeń ten serial nam nie dostarczy. Fani produkcji bardzo klasycznie podchodzących do tematu nawiedzenia będą zadowoleni, poszukiwacze innowacji mogą sobie odpuścić.

Osoby niecierpliwie oczekujące na premierę „Obecności 2” mogą sobie obejrzeć ten film słowem wstępu, ponieważ to właśnie historia Poltergeista z Enfield będzie stanowić wątek przewodni nowego filmu.

Moja ocena:

Straszność: 5

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10

Pisarka Hitchcocka

Ptaki – Daphne Du Maurier

daphne du maurier

O angielskiej pisarce, której twórczość docenił sam Alfred Hichcock słyszałam wiele dobrego. Oglądałam dwie ekranizacje jej twórczości, „Rebekę” i właśnie Ptaki„. Miałam ogromną ochotę zapoznać się z oryginalnymi wersjami tych historii i tak szczęśliwie się złożyło, że jakiś czas temu weszłam w posiadanie „Ptaków”. Książka odleżała swoje na półce aż wreszcie przyszedł na nią czas.

Nie miałam pojęcia, że „Ptaki” to tylko krótkie opowiadanie, a na cały zbiór wydany pod tym tytułem składa się jeszcze kilka innych historii moim zdaniem dużo lepszych niż to, które zainspirowało Hitchcocka.

„Ptaki” widnieją w zbiorze na pierwszej pozycji. Tu doznałam kolejnego szoku, bo okazało się, że ze słynnym dreszczowcem Alfreda łączy je tylko tytuł i wątek oszalałych ptaków. Wszytko inne to wyłączna wizja mistrza suspensu.

Autorka opowiadania na miejsce akcji wybrała wybrzeże Wielkiej Brytanii. Tam w niewielkim miasteczku żył pewien farmer wraz z żoną i dwójką dzieci. To oni są głównymi i w zasadzie jedynymi bohaterami opowiadania. w tej króciutkiej historii poznajemy relacje z kilku dni, w których z niewiadomych przyczyn ptactwo oszalało i zaczęło bez litości atakować ludność.

Jest to bardzo krótka opowieść w zasadzie bez wyraźnego zakończenia, ale i tak w mojej ocenie lepsze niż filmowe „Ptaki”. Nie wiem czemu, ale ten film nigdy mnie nie zachwycił. Autorka wersji literackiej tej opowieści znacznie lepiej zbudowała klimat grozy i wzbudziła we mnie poczcie izolacji i zagrożenia.

Tak więc już po pierwszej lekturze wiedziałam, że mam do czynienia z pisarka dużego formatu.

Moja ocena:8/10

Kolejne opowiadanie to już pełen zachwyt. Nosi tytuł „Monte Verita”, a jego narratorem jest biznesmen i alpinista amator. Mężczyzna opowiada o swojej przyjaźni z Viktorem, podobnie jak on zakochanym w górach. Na ich drodze staje pełna uroku Anna. Zakochuje się w Wiktorze choć to z narratorem opowieści zdaje się ją łączyć jakaś przedziwna więź. Pewnego dnia, jednego ze szczęśliwych małżeńskich dni, Anna i Wiktor wybierają się w góry, a za cel, za namowa Anny obierają ‚górę prawdy’, czyli Monte Verita.

Anna nigdy stamtąd nie powraca, a jej mąż pogrąża się w szaleństwie przekonany, że została na górze gdzie mieści się klasztor. Jest teraz nieśmiertelną kapłanką i nigdy już do niego nie wróci.

Po latach mężczyźni znowu się spotykają, a przed naszym główny bohaterem otwierają się bramy klasztoru.

„Monte Verita” to bardzo nastrojowa opowieść.Niemal da się wyczuć górskie powietrze unoszące się wokół kart opowieści. Ma w sobie coś z buddyjskich legend. Oczarowało mnie totalnie.

Moja ocena:10/10

„Jabłonka” to trzecie z opowiadań. Traktuje o świeżo owdowiałym mężczyźnie, który trawiony wyrzutami sumienia odnośnie śmierci żony popada w obsesje na punkcie starej jabłoni w swoim ogrodzie. W jakiś sposób utożsamia na wpół martwe drzewo ze swoją zmęczoną życiem żoną. Wspomina lata z nią spędzone, pełne wstrętu do jej umęczonego oblicza.

To bardzo smutna opowieść i mimo iż czuć w niej ducha ghost story to dopiero jego finał daje naprawdę czytelny znak o co tak naprawdę chodziło. Świetna rzecz.

Moja ocena:10/10

„Prowincjonalny fotograf” to horror i romans w jednym. Ale nie taki z pod znaku „Zmierzchu”. To historia romansu między markizą, a prowincjonalnym fotografem z Francuskiej Riviery zakończony morderstwem. Bardzo ciekawa rzecz, aczkolwiek na tle reszty opowiadań ze zbioru wypada blado, niczym lico głównej bohaterki.

Moja ocena:8/10

„Pocałuj mnie jeszcze raz” to historia młodego mechanika i weterana wojennego, który pewnego dnia w kinie zakochuje się w rudowłosej bileterce. Spędza z nią tylko jeden wieczór by zakochać się na zabój i następnego dnia poznać brutalną prawdę na temat tożsamości ukochanej.

Jak w każdym z opowiada Du Maurier mamy tu niezwykle zgrabnie skonstruowane postaci. Autorka ma niebywały talent do budowania charakterystyk swoich bohaterów w sposób niezwykle lekki, a jednocześnie precyzyjny. Nigdy nie zdradza nam wszystkiego przez co zawsze należy spodziewać się niespodzianek.

Moja ocena:9/10

Ostanie opowiadanie zatytułowane „Stary” wbiło mnie w podłogę. A że podłogę w pracy ma twardą do długo się z niej zbierałam.

Nie da się go opisać w superlatywach nie zdradzając głównego, piorunującego zamysłu. Mogę Wam powiedzieć, że opiera się na grze pozorów i jest skonstruowane na zasadzie monologu.

Pewien mężczyzna opowiada o rodzinie mieszkającej nad jeziorem. Jest to rodzina cokolwiek niezwyczajna.

Ostatnie opowiadanie jest moim zdaniem najlepsze, choć nie da się ukryć, że gdyby je rozbudować przyjemność z czytania była by jeszcze większa.

Moja ocena:10!/10

Daphne Du Maurier ląduje na mojej top liście ulubionych autorów.

Mam wyjątkowego pecha, bo wszyscy pisarze horrorów jakich naprawę cenię od dawna nie żyją.

Ta drobna angielka, o podobno homoseksualnych ciągotach absolutnie mnie kupiła. Nie tylko wspaniałym wyczuciem klimatu grozy, ale także talentem do łączenia wątków psychologicznych z fantastycznymi. Dla mnie to absolutny strzał w dziesiątkę. Żałuję, że tak długo zwlekałam z zapoznaniem się z jej twórczością. Shame on me!

Moja ocena:10/-10