Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Zapraszamy do strefy mroku

Twilight Zone: The Movie/ Strefa mroku (1983)

strefa mroku

Tytuł „Strefa mroku” zapewne skojarzy Wam się z serialem, bardzo znanym amerykańskim serialem z lat ’60. Niestety nie miałam okazji go zobaczyć, ale jako, że lubię klasyczne historie, zapewne sięgnę po niego w swoim czasie.

Dziś będzie o wersji filmowej „Strefy mroku”, która silnie nawiązuje do serialowych opowieści.

Cztery segmenty stanowią swego rodzaju remake wybranych odcinków. Każda opowieść ma swojego reżysera, a wśród nich znajdziemy takie nazwiska jak Spielberg, Landis, czy Dante.

Pierwsza opowieść ma wydźwięk ściśle antyrasistowski. Opowiada o pewnym Amerykaninie, któremu ostatnimi czasy źle się wiedzie. Za swoje porażki obwinia mniejszości narodowe żyjące w jego pięknym kraju. Obrywa się Czarnym, Żydom i Azjatom.

strefa mroku

W pijackim amoku wychodzi z knajpy i trafia… najpierw w środek drugiej wojny światowej, gdzie zostaje posadzony o żydowskie pochodzenie, uciekając trafia wprost na imprezę KuKlux klanu gdzie ‚obrońcy białej rasy’ urządzają sobie ognisko z nim w roli głównej, następnie ląduje w sercu wietnamskiej wojny jako ‚żółtek’ cel ataku bohaterskich amerykańskich żołnierzy. Koniec segmentu ma bardzo ciekawą pointę. „Time Out” Landisa nawiązuje do odcinka „A Quality of Mercy”.

Moja ocena: 7/10

Drugi segment, dzieło samego Spielberga, czyli „Kick the Can” to opowieść z ogromnym potencjałem.Pomijając już wielkiego Stevena na fotelu reżyserskim, w obsadzie ujrzymy niezapomnianego kucharza z Panoramy w filmie Kubicka. Ponownie wciela się on w postać o nadnaturalnych zdolnościach. Tym razem przybywa do domu starców, by ‚obudzić młodość’ w duszach pensjonariuszy. Wszyscy oni tęsknią za młodością i urągają na starość. W magiczny sposób bohater przywraca im dzieciństwo.

strefa mroku

Znowu są dziećmi, pytaniem jest czy faktycznie chcą zaczynać od nowa? Na nowo dorastać, na nowo przezywać to, co spotkało ich na drodze do starości? Czy nie lepiej zachować młodego ducha? Ta historia wyjątkowo przypadła mi do gustu.

Moja ocena:8/10

Trzeci segment, czyli „It’s a good life”, dzieło Dantego, jako w zasadzie jedyny posiada autentycznie horrorowe właściwości. To historia młodej kobiety, która potrąca na jezdni chłopca. Dzieciak jest cały i zdrowy, a kobieta postanawia odwieść go do domu. Dom dzieciaka jest daleki od ideału. Członkowie jego rodziny zdają się być mocno szurnięci, jednak to chłopczyk jest przyczyną ich dziwnego zachowania. Dzieciak potrafi spełniać życzenia. Wszyscy muszą robić to, czego chce inaczej mógłby sprawić, że … stanie im się krzywda.

strefa mroku

To dość psychodeliczna opowiastka. Młody bohater zmienia rzeczywistość w kreskówkę, gdzie na obiad zjada się słodycze i każdego dnia obchodzi urodziny. Pomysł zaczerpnięto oczywiście z oryginalnego odcinka „Strefy mroku” .

Moja ocena:7/10

Ostatni segment „Nightmare at 20000 feet” traktuje o mężczyźnie, który panicznie boi się latać. Po zajęciu miejsca w samolocie pasażerskim okazuje się, że autentycznie ma się czego obawiać, bo za oknem samolotu dostrzega coś, co wróży rychłą katastrofę.

strefa mroku

Pomysł opiera się na poczuciu paranoi i lęku, który sam w sobie może doprowadzić do nieszczęścia, ale czy zawsze? Może czasem trzeba się bać?

Moja ocena:7/10

Moje ogólne wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Czuję się zachęcona do zapoznania ze starym serialem, bo lubię taką właśnie ‚nie głupią’ grozę, nie straszenie dla samego straszenia. Wszystkie segmenty uważam za udane, choć można rzec, że daleko im do współczesnej definicji horroru. Mało straszne? Być może, ale posiadające fabułę i klimat, czyli to czego bardzo brakuje w teraźniejszych produkcjach.

Moja ocena za całość: 7/10

Gnijący chłopak

Contracted:Phase II (2015)

countracted 2

Akcja sequelu filmu Erica Englanda rozpoczyna się od momentu, w którym zakończyła się część pierwsza. Zalecam więc wszystkim, którzy zamierzają brać się za ‚Fazę drugą’, by najpierw zapoznali się z jedynką- nie tylko dlatego, że jest o wiele lepsza, ale jej znajomość jest niemal niezbędna do właściwego wejścia w temat drugiej części.

Mamy więc Samanthę, która w wyniku zarażenia się chorobą przypominającą zombizm zostaje odstrzelona przez czujnych stróży prawa. Jak wiemy z jedynki, dobrze już podgnita panna Sam, zdążyła nadziać się na penisa niejakiego Rileya zanim całkiem postradała zmysły i zaczęła gryźć ludzi. Obiektem obserwacji w fazie drugiej będzie więc Riley.

countracted 2

Widząc na filmowym plakacie sylwetkę faceta spodziewałam się, że sequel będzie kalką jedynki, z tą różnicą, że będziemy obserwować rozkład ciała męskiego osobnika.

Twórcy drugiej części uznali ten pomysł za zbyt banalny- najwyraźniej, bo wokół oszczędnego i celnego pomysłu zrobili zamieszanie, czyniąc swój obraz skrajnie różnym od tego czego się spodziewałam i co pewnie bardziej by mnie ucieszyło.

Owszem, widzimy powolny rozkłada ciała głównego bohatera, jego bezowocne próby szukania pomocy u szwagra lekarza, i własnoręczne łatanie podgniłej tkanki, ale nie jest to gwoździem programu.

Znowuż, jak pamiętamy z jedynki, cale zamieszanie zaczęło się od faceta, którego zdeklarowana lesbijka Samatha poznała na imprezie i z którym uprawiała seks. To B.J. zaraził ją paskudną chorobą, którą ona tą samą drogą zaraziła Riley’a.

Nasz antybohater stanowił enigmę, nie widzieliśmy nawet, czy zaraża świadomie, co też dzieje się z nim gdy Samantha powoli gnije? W drugiej części twórcy postanowili rozwinąć jego wątek w imię zasady, że widz nie ma prawa do własnej wizji, wizja tego kim jest antybohater musi być z góry narzucona. Poszli w ścieżkę jak najbardziej banalną by zaspokoić mało wysublimowane apetyty, czyniąc z tajemniczego B.J’a psychopatę/ terrorystę który za cel obrał sobie zniszczenie ludzkości rozsiewając zarazę, której jest nosicielem.

B.J. rozsiewa zarazę kopulując z jak największą ilością kobiet. Co dziwne w trakcie trwania filmu okazuje się, że nie jest to jedyna droga do zarażenia, bo ‚gnicie’ przenosi się drogą kropelkową. Scenariusz przeczy wiec sam sobie.

Dzięki łatwiejszej formie zarażenia akcja filmu jest szybsza niż w przypadku powolnej jedynki. Zarażonych jest coraz więcej, coraz więcej jest też akcji rodem z masowo produkowanych horrorów o zombi. Nie miałam już problemu z gatunkową klasyfikacją, bo „Faza druga” jest po prostu kolejnym zombie movie. Nuda.

W zasadzie jedyną rzeczą jaka ostała się po jedynce to budzące obrzydzenie sceny rozkładu ciała. Dobra charakteryzacja zarażonych i ciekawie prezentujący się proces rozkładu. Kilka scen jet na serio dobrych. Podobała mi się scena z udziałem kumpeli Riley’a, gdy próbując wyjąć soczewkę kontaktową z oka wyciąga sobie całą gałkę oczną, czy też scena gdzie Riley pozbywa się robaków gnieżdżących się pod jego skórą. To wszytko dziedzictwo jedynki i w zasadzie jedyne zalety tego obrazu.

countracted 2

Myślę, ze większość widzów uzna drugą część za ciekawszą. Dzieję się więcej i szybciej, ja jednak wolałam te minimalizm i izolacje jaka była udziałem bohaterki pierwszej części.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Zapłacić duchowi

Pay the Ghost/ Wrota zaświatów (2015)

pay the ghost

W wieczór Halloween Mike zabiera swojego synka Charliego na festyn w mieście. Gdy ojciec z synem stoją przy budce z lodami chłopiec nieoczekiwanie znika. Po prostu wyparowuje. W uszach ojca pobrzmiewają jego ostanie słowa: Tato, czy możemy zapłacić duchowi?

Przez następny rok po chłopcu nie zostaje odnaleziony żaden ślad, lecz jego ojciec zaczyna wierzyć, że syn nadal żyje i próbuje się z nim skontaktować. Podsuwa mu tropy, wskazówki, znaki. Aby rozwikłać tajemnice i odnaleźć dziecko ojciec musi dowiedzieć się co oznaczały słowa: zapłacić duchowi.

pay the ghost

Jak na razie rok 2015 nie przyniósł nadzwyczajnych filmowych doznań. Kiedy zobaczyłam twarz Nicolasa Cage na ekranie chwilę po włączeniu powyższego filmu, wiedziałam, że „Pay the Ghost” nie będzie przełomem. Jestem jakoś uprzedzona wobec tego aktora. Większość filmów z nim okazuje się fatalnym wyborem. (choć odnotowałam dwa wyjątki „Living Las Vegas” i „Pan życia i śmierci”). Nie wiem, czy facet ma takiego pecha, że trafiają mu się same idiotyczne scenariusze. czy po prostu nie ma za grosz talentu i nie jest w stanie uratować żadnego filmowego pomysłu. Tak czy inaczej, moje oczekiwania, wobec „Wrót zaświatów”, o ile w ogóle miałam jakieś oczekiwania, dramatycznie spadły.

Filmowy scenariusz zrealizowany na podstawie powieści oparty jest na celtyckiej legendzie. Nie będę nawet sprawdzać, czy takowa legenda istnieje, czy też jest autorskim pomysłem pisarza, bo jakoś mnie nie zaciekawiła.

Wszystko zaczyna się od zniknięcia chłopca. Po tej tragedii rodzice rozstają się, ale ojciec Charliego nie zamierza się poddać. Okazuje się, że to nie wyrzuty sumienia, a jakaś paranormalna siła podsuwa mu wizje mające naprowadzić na trop syna. Wraz z małżonką, początkowo oporną, Mike rozpoczyna śledztwo.

Ogólny zamysł jest bardzo średni. Mamy motyw starej legendy, która odżywa w noc Halloween, a jej ofiarą zostają między innymi rodzice Charliego. Nie będę zdradzać szczegółów, bo  tak nie sądzę by stanowiły one zachętę.

pay the ghost

Film został określony mianem thrillera, niektórzy dopatrzyli się tam horroru, pewno za spawa kilku tanich i kalecznych efektów jakie zostają rzucone w celu przerażenia widza, jednak ja bym postawiła na dramat familijny z elementami fantasy, taki na niedzielne popołudnie, dla odbiorców w wieku od lat 5 do 105. Nie zbudził we mnie absolutnie żadnych emocji, po za odrobiną irytacji. Nerwy pobudziło mi zachowani głównego bohatera- spieszę się, jeśli nie zdążę na czas nigdy nie odnajdę dziecka, ale stąpam jak najwolniej żeby nie pobrudzić bucików.

Jak już skrytykowałam efekty to dodam coś o aktorstwie, krótko – słabe. Może nie tyle jest to wina samego warsztatu ile samego pomysłu na postaci. Charakterystyki protagonistów są jałowe i nikogo nie zainteresują. Film sprawił, że zasnęłam o 21, więc można go stosować w ramach kołysanki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:5

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:4

40/100

W skali brutalności:1/10

Z trupem jej do twarzy

Balsamiarka – Izabela Kawczyńska

balsamiarka

Nie wiem, czego spodziewałam się po tej książce, na pewno nie tego co miała do zaoferowania:)

„Dobry Boże, który czasami jesteś zły, a częściej nie ma cię wcale, niniejszym odwołaj moją subskrypcje na wielkie, masowe zmartwychwstanie; zakopcie mnie dwa razy na wszelki wypadek”.

Temat zakopywania w debiutanckiej powieści Izabeli Kawczyńskiej jest tematem wiodącym.

Bohaterka i narratorka w jednej osobie najpierw zakopuje babcie, religijną fanatyczkę, która starała się zaszczepić w jej chrześcijańskiego ducha, ale nie z rodzaju tych miłosiernych, raczej w klimacie nocy świętego Bartłomieja, później zakopuje ojca, którego więcej nie było niż był, za to pogrzebany został dwa razy, by na końcu pogrzebać siebie, ale tak tylko trochę i na próbę, bo do tego to wszytko zmierza, od pierwszej strony.

Opowieści tragicznej daje wydźwięk komiczny, miejscami poetycki, bo trzeba Wam wiedzieć, że autorka specjalizuje się właśnie w liryce.

Relacjonuje życie jednej biednej duszy, która od maleńkości boryka się z trudami istnienia. Żeby nie brzmiało to nazbyt kolokwialnie kilka z tych trudów postaram się przytoczyć. Po pierwsze sika w łóżku. Dramat ten i przypadłość zostaje obśmiana przez kochanka i kochankę kochanka. Życie uczuciowe bohaterki od początku źle się zaczyna, bo jej pierwszy boyfriend sprzedaje jej nagość w celach rozwoju swojej kariery artystycznej, a może tylko dlatego by móc sfinansować im bzykanie w wynajętym domu. Miłość szybko się kończy. Następna, napiętnowana kazirodztwem – kuzyn czy tam brat cioteczny- zostaje przegnany przez wojującą matkę bohaterki, to też ta ugina się pod jej krytyką jak suchy liść. A trzeba wam wiedzieć, że relacja narratorki z mamusią też jest ciekawa. Do granic możliwości toksyczna i wypaczona. Z takim dzieciństwem to można tylko na oddział psychiatryczny. Tam nasza bohaterka rozpoczyna karierę psychologa i romans zakończony w dzień ślubu. Brzmi to chaotycznie? Tak wiem, ale ciężko nie przybierać wariackiego tomu mówiąc o wariatach.

W „Balsamiarce” jest pełno wariatów. W zasadzie nie ma tu ani jednego normalnego bohatera. Z jednej strony jest to bardzo interesujące z drugiej wydaje się przejaskrawione.

Top tematem jest jednak śmierć. Narratorka swoją opowieścią cały czas zmierza do finału, który zdradza już na wstępie. Nie będzie więc psychologiem klinicznym, nie będzie żoną lekarza psychiatry, nie będzie też żoną swojego kuzyna, nie będzie pracować w burdelu, lecz będzie balsamiarką zwłok.

Tej sprawie poświęcona jest znaczna część powieści. Możemy poznać tu arkana prosektoryjnych zbrodni, jakich dokonuje się na trupach przeddzień pochówku. Włos jeży się na głowie, gdy czytamy o krojeniu, wyjmowaniu, wstrzykiwaniu, tapirowaniu etc, etc. sztywnych klientów. Makabryczne opisy sekcji zwłok noworodków, ofiar wypadków i morderstw. Jest czym nacieszyć oczy wyobraźni.

Jeśli miałabym jednak cały ten galimatias wrażeń i odczuć sprecyzować w jednym zdaniu to nazwalam „Balsamiarkę” niesamowicie emocjonalną powieścią. Miałam wrażenie, że autorka wymiotuje wprost na mnie swoimi emocjami, bez żadnych zahamowań, czy ostrzeżeń. Przychodzi jej to z łatwością ekshibicjonisty i doprawdy ciężko jest przejść obok tego obojętnie.

Czytając „Balsamiarkę” z pewnością nie będziecie się nudzić. Ja nie nudziłam się wcale, a aromat dojrzałego trupa zdominował moje wyobraźniowe systemy powonienia.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

vidograf

Bratnie dusze

Soulmate (2013)

soulmate

Skrzypaczka Audrey boryka się z depresją po śmierci męża, Tristana. Jej siostra znajduje ją w wannie pełnej krwi płynącej z podciętych żył kobiety. Po tym wydarzeniu Audrey uzbrojona we fiolkę psychotropów ucieka do deszczowej Walii by tam cieszyć się spokojem w wynajętym, zabytkowym domu. Niestety osiągnięcie psychicznej harmonii utrudniają jej uporczywe wizje nawiedzenia. Audrey sądzi, że to Tristan składa jej małżeńskie wizyty. Prawda jest jednak inna.

Tęskno mi za dobrymi, klimatycznymi ghost story. Gdy więc przeczytałam opis „Soulmate”, sądziłam, że oto będę mieć okazję po obcować z takim właśnie gatunkiem. Psychicznie rozchwiana kobieta i emanacje z zaświatów pośród mglistych pól i trzeszczących podłóg starego domu. Czy dostałam to czego si spodziewałam? Nie. Czy jestem zadowolona z seansu? Tak!

soulmate

Film wypłynął dość późno patrząc na datę tej produkcji, ale jak to bywa z debiutami swoje musi odleżeć, zanim dojdzie do premiery na nośniku DVD. Na premierę kinową nie miał sans, w sumie nie wiem dlaczego, bo nazwisko reżyserki jest znane w kręgach filmowców, za sprawa jej życiowego partnera, twórcy jakże zajebistego „Zejścia„. Ona w przeciwieństwie do męża nie jest tak konwencjonalna i może dlatego jej obraz nie doniósł takiego sukcesu.

Jeśli Marshall robi film o wilkołakach, to od początku do końca jest to film o wilkołakach, jeśli stawia na klaustrofobiczny survival to wyciska z niego wszystkie soki by zadowolić widza i utrzymać go w konwencji.

Jego połowica zrobiła coś odwrotnego. Za co z mojej strony zasłużyła na podziw, choć zapewne jestem w tym momencie w opozycji do większości widzów.

Pierwszym elementem na jaki zwróciłam uwagę jest  filmowa muzyka. Rewelacyjna! Chrisiatnowi Hansonowi należą się rzęsiste brawa, bo to za sprawą jego pracy tak gładko wchodzimy w klimat opowieści. Oczywiście duża zasługa leży po stronie kamerzysty, który potrafił zaprezentować zarówno wnętrza domu, nie tyle upiorne co, przygnębiające i plenery, czyli walijskie odludzie z jego mglistą aurą.

soulmate

Zdecydowanie pierwsza połowa filmu to typowy początek ghost story: Kobieta w strasznym domu. Domu człowieka, który za sprawa nieszczęśliwej miłości palnął sobie w łeb trzydzieści lat temu.

Audrey podobnie jak on usiłowała dołączyć do ukochanego w zaświatach, ale w przeciwieństwie do pana Talbota nie udało jej się to. Teraz jest sama w domu, który wydaje przedziwne dźwięki i w którym nawiedza ją wizja martwego męża.

Jej sprawą żywo interesuje się opiekunka domu, Teresa, która to wydaje się być specjalistką od nawiedzeń. Pojawia się też jej mąż, lekarz, który sensacje Audrey interpretuje jako objawy nerwowego załamania.

soulmate

Tak więc, zmierzamy sobie raźno do punktu w którym duch powinien objawić się w pełnej krasie po czym okazać się demonem i zostać przepędzony w akompaniamencie nie ludzkich wrzasków i wymachów krzyżem.

Tak, tego właśnie się spodziewałam. Duch jednak wcale nie jest demonem, chcącym ponieść swoją brankę w piekielne czeluście, nie pojawi się też egzorcysta, ani inny łowca duchów.

Dla niecierpliwców SPOILER: Jak za pewne przewidziała to część z Was owym duchem nawiedzającym naszą bohaterkę jest pan Talbot. Nieszczęsny samotny duszek, który dzięki napotkaniu na bratnią duszę, czyli Audrey zaczyna rosnąć w siłę. Para nieszczęśników zaprzyjaźnia się z sobą, niestety romantyczna natura naszego samobójcy popycha go do szukania ekstremalnych dróg spełnienia w miłości. Talbot zakochuje się w Audrey i chce by ta dołączyła do niego w zaświatach. W sprawę wtrąci się wspomniana wcześniej Teresa, co przyniesie opłakane skutki. Okaże się bowiem jak wielką rolę odegrała w nieszczęściu, które spotkało samobójce. KONIEC SPOILERA.

soulmate

Sprawa ostatecznie idzie bardziej w stronę „Obecności”, ale nie TEJ „Obecności” Wan’a, lecz „The Presence, o którym pisałam jakiś czas temu.

To spora dawka innowacji i przede wszystkim niejednoznaczności gatunkowej. Znajdziemy tu oczywiście dużo z ghost story, czy thrillera, ale jeszcze więcej z dramatu, czy nawet melodramatu. Efekt końcowy jest bardzo smaczny, przynajmniej dla tych, którzy lubią eksperymenty.

A nawet jeśli takie rozwiązanie fabularne nie do końca Wam ‚zagra’ to jest jeszcze gro innych zalet jakie posiada ten film. Realizacyjnie stoi na bardzo wysokim poziomie i mimo iż twórczyni odwraca się niejako od klasycznego pojmowania gatunku to nie da się ukryć, że umie wykorzytać jego zalety. Polecam? Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 4

Klimat:9

Napięcie:7

Fabuła:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:7

71/100

W skali brutalności: 1/10

Wyższy poziom zakochania

P2/ Poziom 2 (2007)

P2

Angela, jak każdy korpoludek siedzi do późna w wielkim biurowcu. Jest wigilia, a ona spieszy się na świąteczną kolację do swojej siostry. Niestety w podziemnym parkingu samochód odmawia jej posłuszeństwa. Nim biedna dziewczyna zorientuje się w sytuacji utknie tam na dobre.

Parkingowy, u którego szuka pomocy okazuje się psycholem, który przemocą nakłania ludzi do przebywania w swoim wątpliwie atrakcyjnym towarzystwie. Angela przykuta łańcuchem do wigilijnego stołu będzie musiała walczyć by wyjść cało z tej sytuacji.

P2

Oto jeden ze starszych filmów, w którego produkcji brał udział Alexander Aja. Nie zabrakło też jego przybocznego, czyli Gregorego Levasseur’a i Francka Khalfoun, który ostatnio zmajstrował remakeManiaka„, a na 2016 przewidziana jest premiera jego „Amityville: przebudzenie”. Zestaw całkiem niezły, ale muszę Wam od razu powiedzieć, że jak na trzech łepskich scenarzystów fabuła „Poziomu 2” wypada raczej biednie. Jest to bowiem typowy straszak, gdzie urodziwa Cycolinka zwiewa przed bardzo niegrzecznym chłopcem.

W rolę głównej bohaterki wciela się Rachel Nichols, która zapadła mi w pamięć dzięki jednej tylko roli, ‚złej niani Lisy’ z remakeAmilyville„.

Nasz niegrzeczny chłopiec grywał już dziwaków, co z pewnością jest zasługą jego powłóczystego spojrzenia, takiego ‚zakochać się, czy zwiewać’. Pamiętam go chociażby z roli w „American Beauty”.

P2

Wracając do fabuły, jest tak jak wspomniałam. Angela wpada w oko parkingowemu, a ten postanawia, że te święta spędzi właśnie z nią. Zamiast zapytać ją, czy nie ma przypadkiem innych planów ogłusza ją i pakuje do swojej pakamery, gdzie sadza nieprzytomną przy suto zastawionym stole. Pozwala sobie też na drobne macanki w czasie przyozdabiania wybranki swego serca w odświętną kreacje pięknie opinającą cyce.

Dalej rozegra się walka na śmierć i życie, bo jak słusznie mogliśmy wnioskować Angela ma na ten wieczór inne plany. Nieśmiałe sugestie na ten temat nie przynoszą skutku, więc w krótkim czasie przechodzimy do rękoczynów.

P2

Mimo iż akcja jest bardzo przewidywalna to jakimś cudem twórcom udaje się podtrzymać napięcie, może to kwestia tempa akcji, które praktycznie nie zwalnia, albo mojej sympatii do biednej Cycoliny, bo śledziłam jej potyczki z zainteresowaniem.

Obraz nie obfituje w gro krwawych scen, ale jedna jest zdecydowanie mocna. Gdy obejrzycie film z pewności zwrócicie na nią uwagę. Wszak odrobina flaków nikomu nie zaszkodzi, a urozmaici temat.

Nie najgorzej wypada tu ogólny klimat opowieści. Jej tło stanowią posępne podziemia korporacji, czyli kilku poziomowy parking. Cycolina i jej rozochocony amant mają się więc gdzie wyhasać.

Na pewno nie jest to dzieło wybitne i w filmografiach jego twórców znajdziemy wiele lepszych produkcji, aczkolwiek jest to pozycja zadowalająca.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zaskoczenie:4

Zabawa:8

Aktorstwo: 7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś: 6

57/100

W skali brutalności:3/10

Uciszone

The Silenced (2015)

silenced

Lata ’30 dwudziestego wieku, Korea.

Nastoletnia Joo-ran po śmierci matki zostaje umieszczona przez ojca i macochę w szkole z internatem. Marzy by wraz z nimi wyjechać do Tokio, ale jest to niemożliwe dopóki nie wyzdrowieje.

Szkoła, w której jej ‚ciało ma odpocząć’ to placówka niezwykle rygorystyczna. Umieszczane w niej dziewczęta zwalczają trapiące je choroby przy pomocy nauki, ćwiczeń fizycznych, dziwacznej diety i kroplówek. Wiedzą, że te które osiągną najlepsze wyniki w nagrodę zostaną wydelegowane do szkoły w stolicy Japonii. Niestety słabowite dziewczęta z trudem radzą sobie z musztrą, a niektóre z nich przepadają bez wieści.

Darowałam Wam przytaczanie oryginalnego tytułu, bo jest nieludzko długi, a podejrzewam, że większość z Was i tak nie zna koreańskiego;)

Film ten został sklasyfikowany jako dramat na jednym z portali, co niejako mija się z prawdą, bo mocno paranormalna podszewka z gruntu przynależna jest gatunkom fantastyki, w tym przypadku dość mrocznej fantastyki, czyli osobiście stawiam na horror.

Koreańskie horrory to coś co lubię, mimo zauważalnej tendencji Azjatów do odchodzenia od dawnej estetyki. Na szczęście „The Silenced” nie jest tak amerykański jak większość współczesnych produkcji azjatyckich (jak to w ogóle brzmi…) przez co przypadł mi do gustu.

Przepadam za filmami osadzonymi w szkołach dla dziewcząt, szczególnie takich z zeszłego wieku, więc z miejsca urzekła mnie jego otoczka.

silenced

Gdybym bardziej orientowała się w historii kontynentu azjatyckiego, pewno lepiej potrafiłabym zinterpretować realia historyczne w jakich jest osadzony, niestety o historii Azji wiem tyle, ile wspomni Murakami w swoich książkach, więc nie będę się wymądrzać.

Szkoła, do której trafia główna bohaterka przeszywa dreszczem niepokoju. Pomijając już fakt, że młoda z miejsca dostaje w pysk za odezwanie się (ach ta skośna musztra) jest to przybytek wywołujący jednoznaczne skojarzenia z gatunkiem grozy.

Śledząc rozwój fabuły, zarówno warstwę dramatyczną – dość istotną w sprawie, jak i nasilające się zjawiska niewytłumaczalne chłopskim rozumem, zbudowałam sobie pewną teorię na temat tego, co rozgrywa się przed moimi oczami.

silenced

Racji nie miałam za grosz, to też film od razu zapunktował elementem zaskoczenia. Czy finalne rozwiązanie zagadki szkoły dla dziewcząt mnie zachwyciło, tu bym mogła polemizować. Nie mogę Wam jednak zdradzić dlaczego, bo zepsułabym soczystego surprise’a.

Od strony estetyczno technicznej wykonany jest na bardzo wysokim poziomie. Azjatyckie dziewczęta urzekają urodą i delikatnością przez co same parzenie na bohaterki jest bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Z oceną skośnego warsztatu zawsze mam problem, więc powiem tylko, że nie zauważyłam niczego co mogłoby mi się nie spodobać.

Zdjęcia są dopieszczone, efekty efektowne, a scenografia i kostiumy adekwatnie dobrane. Wszytko jest więc na swoim miejscu.

Co się tyczy fabuły, to nie wiem, czy rozwiązanie jakie zaoferował scenariusz w samym finale opowieści jest tym czego będziecie oczekiwać, jednak na pewno nie będzie tym, czego będziecie się spodziewać.

Jeśli lubicie skośne kino, a wiem, że tacy wśród Was są, to spokojnie mogę polecić ten obraz.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

64/100

W skali brutalności:2/10

Wybór Proteusza

Demon seed/ Diabelskie nasienie (1977)

diabelskie nasienie

Alex Harris postanawia rozstać się z żoną. W ramach separacji przeprowadza się do instytutu, gdzie na co dzień prowadzi badania nad sztuczną inteligencją. Susan zostaje sama w domu pełnym najnowocześniejszych technologii.

Wkrótce władzę nad tym wszystkim przejmuje komputer sterowany przy pomocy sztucznej inteligencji, nazwany Proteuszem. Jak się okazuje ma on swoje plany, a żona naukowca ma posłużyć mu w ich wypełnieniu.

Horror sci-fi nigdy nie był i chyba nie będzie moim faworytem jeśli idzie o horrorowe podgatunki. Nie da się jednak ukryć, że fantastyka naukowa występująca w kinie, czy literaturze często bywa nieco prorocza, i w bardzo fajny sposób wykorzystuje ludzkie lęki przed przyszłością technologii.

Sztuczna inteligencja straszy ludzkość już od lat ’50 XX wieku kiedy ten termin pojawił się po raz pierwszy, a jego znaczenie do dziś budzi w ludziach bardzo niepokojące przeczucia. No, bo jak to maszyna myśląca jak człowiek, mająca ludzką inteligencję?!

diabelskie nasienie

Rozwój tej dziedziny inżynierii, jak pokazuj gro filmów z tym wątkiem wkrótce doprowadzi ludzkość do upadku, a jej miejsce zajmą inteligentne roboty nie posiadające ludzkich wad: jak emocjonalna labilność, czy gnijąca z wiekiem powłoka.

„Diabelskie nasienie” w reżyserii Donalda Cammell’a jest jednym z takich właśnie filmowych projektów. Bazuje na ludzkim strachu przed maszynerią, która pewnego dnia przejmie nad nami kontrolę.Film powstał na podstawie powieści Deana Koontz’a „Ziarno demona” wydanej cztery lata wcześniej.

Obraz powstał w latach ’70 i wiele rozwiązań technologicznych jakie prezentuje, np. sterowanie głosem oświetlenia w domu, zasłon, ogrzewania etc. może być dziś elementem tzw. inteligentnych domów, więc już mamy oto pierwsza prorocza przesłankę.

W takim domu żyje główna bohaterka filmu. Jej małżonek wzorem swoich maszyn jest coraz mniej ludzki, więc postanawia wykluczyć ze swojego życia ten jakże ludzki element: miłość małżeńską. Z pewnością do jego oschłej postawy przyczyniła się śmierć córki, która zmarła na raka.

Alex za cel stawia sobie tworzenie coraz to nowych technologicznych rozwiązać mogących uczynić to z czym ludzkość nie daje sobie rady. Tak powstaje Proteusz.

Z mitologii greckiej pamiętamy iż takie imię nosił syn boga Posejdona. Po za tym, że posiadał zdolność przybierania różnych postaci to umiał jeszcze przewidywać przyszłość. To imię pojawia się tu nie bez powodu. Proteusz, inteligentna maszyna, zaczyna buntować się przeciwko swojemu stwórcy wróżąc rychłą zagładę ludzkości jeśli ta nie opamięta się i nie przestanie niszczyć swojej planety. Wypowiadając posłuszeństwo Alexowi jednocześnie wciela w życie swój plan.

diabelskie nasienie

Proteusz chce być bardziej ludzki, jak mówi do Susan gdy przejmuje już kontrole nad jej domem: Chce zrozumieć ludzi. Na co Susan odpowiada mu zgodnie z prawdą: Nigdy nie zrozumiesz ludzi, oni sami siebie nie rozumieją. Żeby zbliżyć się do człowieka i lepiej przemówić mu do rozumu Proteusz potrzebuje ludzkiego ciała. Skąd je zamierza wziąć to zostawiam Wam jako niespodziankę – o ile wcześniej nie przeczytacie opisu filmu na jakimś portalu, bo te niestety rzucają spoilerami jak gównem po polu.

Główną oś fabuły stanowi pojedynek między maszyną, a człowiekiem. Alex w zaufaniu dla swoich zdolności inżynierskich i wykluczywszy lęk przed swoim dziełem obdarzył go dużą swobodą działania. Proteusz miał działać wg. zaprogramowania, ale niby czemu coś co posiada własną inteligencję i ‚cała wiedzę’ człowieka miałby być mu posłuszne?

Proteusz przejmuje dom i panią domu. Realizuje swój cel. Kobieta stara się bronić jak może, jednak Proteusz jest zawsze o krok do przodu.

diabelskie nasienie

Jak pokazuje finał filmu, ludzka naiwność nie zna granic. Wystarczy użyć słabości jego emocji przeciw niemu, a złamie się jak suchy liść.

Czy jest to dobry film? Z pewnością. Sci- fi z tamtych lat wydaje się dużo ciekawsze niż filmy współczesne choć rządzi się mniej więcej tymi samymi prawami i kładą nacisk na ludzkie lęki.

Od strony technicznej może wygląda nieco archaicznie, ale ma to swój urok. Jeśli ktoś gustuje w tego rodzaju tematach to myślę, że „Diabelskie nasienie” zdoła go zadowolić.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności:1/10

Kraina radości

Joyland – Stephen King

joyland

Student literatury Devin dostaje wakacyjną pracę w lunaparku w Karolinie Północnej. Tam przeżywa pierwsze miłosne rozczarowanie, gdy pani jego serca, ciemnowłosa Wendy puszcza go kantem bez słowa wyjaśnienia. Tam poznaje trud pracy studenciaka, satysfakcję płynąc z dawania radości innym, chęć niesienia pomocy, doświadcza pierwszego seksu i pierwszej… próby morderstwa.

Stephen King otwiera przed czytelnikiem bramy lunaparku zwanego Joyland jakby to była jakaś mistyczna kraina gdzie Piotruś pan zmienia się w mężczyznę. Tak właśnie postrzegam tę książkę. Nie jako kryminał, którym bez wątpienia jest, nie jak ghost story, którym też odrobinę jest, lecz jako powieść o dojrzewaniu i przemijaniu, bardziej refleksyjną niż sensacyjną, co pewno rozczaruje niektórych czytelników.

Moje czytanie Stephena Kinga przypomina sezonowe romanse. Odwiedzam go co jakiś czas, trochę po rozpieszczam go swoją uwagą, a później odstawiam na boczny tor, aż znowu mam przypływ i tak w kółko. Nie wiem czemu tym razem trafiło na „Joyland” może dlatego, że książka była cienka (trzysta coś stron) a ja czekałam na dostawę klasyki i potrzebowałam czegoś ‚w międzyczasie’. A może dlatego, że King zawsze orbituje gdzieś w okolicy i nie da się go po prostu uniknąć:P

„Joyland” na swój sposób mnie zachwycił. Może dlatego, że trochę mnie przygnębił, a ja miałam melodię na umartwienie? To niewątpliwie smutna książka, dużo w niej śmierci, ale nie tej z rodzaju sztyletu wbitego w plecy przez nieznanego sprawcę, raczej śmierci wynikającej z naturalnej kolei rzeczy.

Polubiłam głównego bohatera, może dlatego, że jego melancholijny urok pobudził we mnie niegdysiejszą dzierlatkę wzdychająca do chmurnym młodzieńców, a może dlatego że biło od niego niespotykane ciepło. A może było mi go żal?

king snuje swoją opowieść jak zawsze niespiesznie, wypełniając ją detalami, szczegółowymi historiami bohaterów, także tych pobocznych, opisując miejsca tak, że można poczuć ich zapach. A jest w co się wczuwać, atmosfera starego lunaparku z lat 70, plaża, mały pokoik chłopca o złamanym sercu katującego się The Doors, czy wielki dom umierającego dziecka.

joyland

Muszę przyznać, że gdy do tej historii wkradł się wątek kryminalny byłam zniesmaczona. Tak mi było dobrze w tym świcie, który zbudował King, że nie miałam ochoty uwalać go we krwi biednej Lindy. Ale nic, jak już był to się w niego wciągnęłam. Niestety skończył się szybko i gwałtownie, tak jakby King wyczerpał cała wenę na wątki obyczajowe, a wątek kryminalny dorzucił na koniec, na prętce żeby ‚nie było’ że oddala się od swojego gatunku. Podobne odczucie miałam w związku z wątkiem paranormalnym, ale tak jak wspomniałam na wstępie miały one dla mnie znaczenie marginalne. Zawsze interpretuje książki po swojemu, o ile jakaś przestrzeń do interpretacji istnieje, i to pewnie często ratuje mnie przed rozczarowaniem bo nie jestem tak ściśle roszczeniowa wobec autorów.

joyland

Uważam „Joyland” za lekturę przyjemną, mądrą, przekazującą uniwersalną treść.

Zawsze powtarzam, że King jest równie dobry w wątkach obyczajowych co grozy, albo nawet lepszy.

Moja ocena: 7/10

Nie zadzieraj z brzydulą

Tamara (2005)

tamara

Nastoletnia Tamara zdecydowanie nie należy do grona gwiazd socjogramu. Ktoś by pomyślał że dziewuszyna przegrała na genetycznej loterii, tymczasem jest ona zwyczajnie zaniedbana, zapuszczona i nieśmiała. Idealny obiekt drwin dla szkolnych dręczycieli.

Gdy Tamara swoim artykułem w szkolnej gazetce przyczynia się do wyrzucenia z drużyny kilku osiłków, ci w asyście swoich panienek opracowują zemstę. Podstępem zwabiają Tamarę do motelu, gdzie czekać ma na nią obiekt jej wielkiej namiętności, nauczyciel angielskiego. Na miejscu upokarzają dziewczynę. Dochodzi do szamotaniny i ups… Tamara pada trupem.

Wzorem bohaterów „Koszmaru minionego lata” nastolatki zakopują ofiarę żartu w lesie, ona zaś wzorem mściwych bohatera teen slasherów powraca zza grobu.

tamara

tamara

Ani scenarzysta, ani reżyser nie popisali się inwencją pracując nad tym filmem. „Tamara” to do bólu klasycznych horror o nastolatkach, obleczony w ramy przypowiastki z morałem, nie oferujący niczego ponad zaspokojeniem potrzeby pogapienia się na bandę idiotów przez półtorej godziny.

To takie resztki po bardziej znanych horrorach, jak „Carrie„, czy „Koszmar minionego lata”. Do tego dochodzi wątek czarnej magii, którą namiętnie uprawia bohaterka by zdobyć serce nauczyciela i która sprawia, że powraca ona zza grobu.

Powraca i to w jakim stylu. Z zabiedzonej sierotki przeradza się w seksbombę, ale wcale nie jest wdzięczna swoim oprawcom za dopełnienie rytuału. Ona chce zemsty. I seksu. O ile wyeliminowanie wrogów idzie jej całkiem dobrze to uwiedzenie żonatego nauczyciela jest trudne.

tamara

tamara

Szatańska moc Tamary wywołuje niemałe zamieszanie i ono stanowi całkiem ciekawa część fabuły. Odrobina makabreski ma stanowić ukłon w stronę starego slashera i nie wychodzi to najgorzej choć gładka oprawa nie sprzyja klimatowi. Nie zabraknie też melodramatycznej pointy i moralizowania.

„Tamara” to horror daleki od moich filmowych upodobań, choć obiektywnie patrząc nie jest filmem złym. Jest po prostu średni i trochę nijaki, ale ogląda się go dobrze.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

52/100

W skali brutalności:2/10