Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Zapraszamy do strefy mroku

Twilight Zone: The Movie/ Strefa mroku (1983)

strefa mroku

Tytuł “Strefa mroku” zapewne skojarzy Wam się z serialem, bardzo znanym amerykańskim serialem z lat ’60. Niestety nie miałam okazji go zobaczyć, ale jako, że lubię klasyczne historie, zapewne sięgnę po niego w swoim czasie.

Dziś będzie o wersji filmowej “Strefy mroku”, która silnie nawiązuje do serialowych opowieści.

Cztery segmenty stanowią swego rodzaju remake wybranych odcinków. Każda opowieść ma swojego reżysera, a wśród nich znajdziemy takie nazwiska jak Spielberg, Landis, czy Dante.

Pierwsza opowieść ma wydźwięk ściśle antyrasistowski. Opowiada o pewnym Amerykaninie, któremu ostatnimi czasy źle się wiedzie. Za swoje porażki obwinia mniejszości narodowe żyjące w jego pięknym kraju. Obrywa się Czarnym, Żydom i Azjatom.

strefa mroku

W pijackim amoku wychodzi z knajpy i trafia… najpierw w środek drugiej wojny światowej, gdzie zostaje posadzony o żydowskie pochodzenie, uciekając trafia wprost na imprezę KuKlux klanu gdzie ‘obrońcy białej rasy’ urządzają sobie ognisko z nim w roli głównej, następnie ląduje w sercu wietnamskiej wojny jako ‘żółtek’ cel ataku bohaterskich amerykańskich żołnierzy. Koniec segmentu ma bardzo ciekawą pointę. “Time Out” Landisa nawiązuje do odcinka “A Quality of Mercy”.

Moja ocena: 7/10

Drugi segment, dzieło samego Spielberga, czyli “Kick the Can” to opowieść z ogromnym potencjałem.Pomijając już wielkiego Stevena na fotelu reżyserskim, w obsadzie ujrzymy niezapomnianego kucharza z Panoramy w filmie Kubicka. Ponownie wciela się on w postać o nadnaturalnych zdolnościach. Tym razem przybywa do domu starców, by ‘obudzić młodość’ w duszach pensjonariuszy. Wszyscy oni tęsknią za młodością i urągają na starość. W magiczny sposób bohater przywraca im dzieciństwo.

strefa mroku

Znowu są dziećmi, pytaniem jest czy faktycznie chcą zaczynać od nowa? Na nowo dorastać, na nowo przezywać to, co spotkało ich na drodze do starości? Czy nie lepiej zachować młodego ducha? Ta historia wyjątkowo przypadła mi do gustu.

Moja ocena:8/10

Trzeci segment, czyli “It’s a good life”, dzieło Dantego, jako w zasadzie jedyny posiada autentycznie horrorowe właściwości. To historia młodej kobiety, która potrąca na jezdni chłopca. Dzieciak jest cały i zdrowy, a kobieta postanawia odwieść go do domu. Dom dzieciaka jest daleki od ideału. Członkowie jego rodziny zdają się być mocno szurnięci, jednak to chłopczyk jest przyczyną ich dziwnego zachowania. Dzieciak potrafi spełniać życzenia. Wszyscy muszą robić to, czego chce inaczej mógłby sprawić, że … stanie im się krzywda.

strefa mroku

To dość psychodeliczna opowiastka. Młody bohater zmienia rzeczywistość w kreskówkę, gdzie na obiad zjada się słodycze i każdego dnia obchodzi urodziny. Pomysł zaczerpnięto oczywiście z oryginalnego odcinka “Strefy mroku” .

Moja ocena:7/10

Ostatni segment “Nightmare at 20000 feet” traktuje o mężczyźnie, który panicznie boi się latać. Po zajęciu miejsca w samolocie pasażerskim okazuje się, że autentycznie ma się czego obawiać, bo za oknem samolotu dostrzega coś, co wróży rychłą katastrofę.

strefa mroku

Pomysł opiera się na poczuciu paranoi i lęku, który sam w sobie może doprowadzić do nieszczęścia, ale czy zawsze? Może czasem trzeba się bać?

Moja ocena:7/10

Moje ogólne wrażenia są jak najbardziej pozytywne. Czuję się zachęcona do zapoznania ze starym serialem, bo lubię taką właśnie ‘nie głupią’ grozę, nie straszenie dla samego straszenia. Wszystkie segmenty uważam za udane, choć można rzec, że daleko im do współczesnej definicji horroru. Mało straszne? Być może, ale posiadające fabułę i klimat, czyli to czego bardzo brakuje w teraźniejszych produkcjach.

Moja ocena za całość: 7/10

Gnijący chłopak

Contracted:Phase II (2015)

countracted 2

Akcja sequelu filmu Erica Englanda rozpoczyna się od momentu, w którym zakończyła się część pierwsza. Zalecam więc wszystkim, którzy zamierzają brać się za ‘Fazę drugą’, by najpierw zapoznali się z jedynką- nie tylko dlatego, że jest o wiele lepsza, ale jej znajomość jest niemal niezbędna do właściwego wejścia w temat drugiej części.

Mamy więc Samanthę, która w wyniku zarażenia się chorobą przypominającą zombizm zostaje odstrzelona przez czujnych stróży prawa. Jak wiemy z jedynki, dobrze już podgnita panna Sam, zdążyła nadziać się na penisa niejakiego Rileya zanim całkiem postradała zmysły i zaczęła gryźć ludzi. Obiektem obserwacji w fazie drugiej będzie więc Riley.

countracted 2

Widząc na filmowym plakacie sylwetkę faceta spodziewałam się, że sequel będzie kalką jedynki, z tą różnicą, że będziemy obserwować rozkład ciała męskiego osobnika.

Twórcy drugiej części uznali ten pomysł za zbyt banalny- najwyraźniej, bo wokół oszczędnego i celnego pomysłu zrobili zamieszanie, czyniąc swój obraz skrajnie różnym od tego czego się spodziewałam i co pewnie bardziej by mnie ucieszyło.

Owszem, widzimy powolny rozkłada ciała głównego bohatera, jego bezowocne próby szukania pomocy u szwagra lekarza, i własnoręczne łatanie podgniłej tkanki, ale nie jest to gwoździem programu.

Znowuż, jak pamiętamy z jedynki, cale zamieszanie zaczęło się od faceta, którego zdeklarowana lesbijka Samatha poznała na imprezie i z którym uprawiała seks. To B.J. zaraził ją paskudną chorobą, którą ona tą samą drogą zaraziła Riley’a.

Nasz antybohater stanowił enigmę, nie widzieliśmy nawet, czy zaraża świadomie, co też dzieje się z nim gdy Samantha powoli gnije? W drugiej części twórcy postanowili rozwinąć jego wątek w imię zasady, że widz nie ma prawa do własnej wizji, wizja tego kim jest antybohater musi być z góry narzucona. Poszli w ścieżkę jak najbardziej banalną by zaspokoić mało wysublimowane apetyty, czyniąc z tajemniczego B.J’a psychopatę/ terrorystę który za cel obrał sobie zniszczenie ludzkości rozsiewając zarazę, której jest nosicielem.

B.J. rozsiewa zarazę kopulując z jak największą ilością kobiet. Co dziwne w trakcie trwania filmu okazuje się, że nie jest to jedyna droga do zarażenia, bo ‘gnicie’ przenosi się drogą kropelkową. Scenariusz przeczy wiec sam sobie.

Dzięki łatwiejszej formie zarażenia akcja filmu jest szybsza niż w przypadku powolnej jedynki. Zarażonych jest coraz więcej, coraz więcej jest też akcji rodem z masowo produkowanych horrorów o zombi. Nie miałam już problemu z gatunkową klasyfikacją, bo “Faza druga” jest po prostu kolejnym zombie movie. Nuda.

W zasadzie jedyną rzeczą jaka ostała się po jedynce to budzące obrzydzenie sceny rozkładu ciała. Dobra charakteryzacja zarażonych i ciekawie prezentujący się proces rozkładu. Kilka scen jet na serio dobrych. Podobała mi się scena z udziałem kumpeli Riley’a, gdy próbując wyjąć soczewkę kontaktową z oka wyciąga sobie całą gałkę oczną, czy też scena gdzie Riley pozbywa się robaków gnieżdżących się pod jego skórą. To wszytko dziedzictwo jedynki i w zasadzie jedyne zalety tego obrazu.

countracted 2

Myślę, ze większość widzów uzna drugą część za ciekawszą. Dzieję się więcej i szybciej, ja jednak wolałam te minimalizm i izolacje jaka była udziałem bohaterki pierwszej części.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:6

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Zapłacić duchowi

Pay the Ghost/ Wrota zaświatów (2015)

pay the ghost

W wieczór Halloween Mike zabiera swojego synka Charliego na festyn w mieście. Gdy ojciec z synem stoją przy budce z lodami chłopiec nieoczekiwanie znika. Po prostu wyparowuje. W uszach ojca pobrzmiewają jego ostanie słowa: Tato, czy możemy zapłacić duchowi?

Przez następny rok po chłopcu nie zostaje odnaleziony żaden ślad, lecz jego ojciec zaczyna wierzyć, że syn nadal żyje i próbuje się z nim skontaktować. Podsuwa mu tropy, wskazówki, znaki. Aby rozwikłać tajemnice i odnaleźć dziecko ojciec musi dowiedzieć się co oznaczały słowa: zapłacić duchowi.

pay the ghost

Jak na razie rok 2015 nie przyniósł nadzwyczajnych filmowych doznań. Kiedy zobaczyłam twarz Nicolasa Cage na ekranie chwilę po włączeniu powyższego filmu, wiedziałam, że “Pay the Ghost” nie będzie przełomem. Jestem jakoś uprzedzona wobec tego aktora. Większość filmów z nim okazuje się fatalnym wyborem. (choć odnotowałam dwa wyjątki “Living Las Vegas” i “Pan życia i śmierci”). Nie wiem, czy facet ma takiego pecha, że trafiają mu się same idiotyczne scenariusze. czy po prostu nie ma za grosz talentu i nie jest w stanie uratować żadnego filmowego pomysłu. Tak czy inaczej, moje oczekiwania, wobec “Wrót zaświatów”, o ile w ogóle miałam jakieś oczekiwania, dramatycznie spadły.

Filmowy scenariusz zrealizowany na podstawie powieści oparty jest na celtyckiej legendzie. Nie będę nawet sprawdzać, czy takowa legenda istnieje, czy też jest autorskim pomysłem pisarza, bo jakoś mnie nie zaciekawiła.

Wszystko zaczyna się od zniknięcia chłopca. Po tej tragedii rodzice rozstają się, ale ojciec Charliego nie zamierza się poddać. Okazuje się, że to nie wyrzuty sumienia, a jakaś paranormalna siła podsuwa mu wizje mające naprowadzić na trop syna. Wraz z małżonką, początkowo oporną, Mike rozpoczyna śledztwo.

Ogólny zamysł jest bardzo średni. Mamy motyw starej legendy, która odżywa w noc Halloween, a jej ofiarą zostają między innymi rodzice Charliego. Nie będę zdradzać szczegółów, bo  tak nie sądzę by stanowiły one zachętę.

pay the ghost

Film został określony mianem thrillera, niektórzy dopatrzyli się tam horroru, pewno za spawa kilku tanich i kalecznych efektów jakie zostają rzucone w celu przerażenia widza, jednak ja bym postawiła na dramat familijny z elementami fantasy, taki na niedzielne popołudnie, dla odbiorców w wieku od lat 5 do 105. Nie zbudził we mnie absolutnie żadnych emocji, po za odrobiną irytacji. Nerwy pobudziło mi zachowani głównego bohatera- spieszę się, jeśli nie zdążę na czas nigdy nie odnajdę dziecka, ale stąpam jak najwolniej żeby nie pobrudzić bucików.

Jak już skrytykowałam efekty to dodam coś o aktorstwie, krótko – słabe. Może nie tyle jest to wina samego warsztatu ile samego pomysłu na postaci. Charakterystyki protagonistów są jałowe i nikogo nie zainteresują. Film sprawił, że zasnęłam o 21, więc można go stosować w ramach kołysanki.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:5

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:4

40/100

W skali brutalności:1/10

Z trupem jej do twarzy

Balsamiarka – Izabela Kawczyńska

balsamiarka

Nie wiem, czego spodziewałam się po tej książce, na pewno nie tego co miała do zaoferowania:)

“Dobry Boże, który czasami jesteś zły, a częściej nie ma cię wcale, niniejszym odwołaj moją subskrypcje na wielkie, masowe zmartwychwstanie; zakopcie mnie dwa razy na wszelki wypadek”.

Temat zakopywania w debiutanckiej powieści Izabeli Kawczyńskiej jest tematem wiodącym.

Bohaterka i narratorka w jednej osobie najpierw zakopuje babcie, religijną fanatyczkę, która starała się zaszczepić w jej chrześcijańskiego ducha, ale nie z rodzaju tych miłosiernych, raczej w klimacie nocy świętego Bartłomieja, później zakopuje ojca, którego więcej nie było niż był, za to pogrzebany został dwa razy, by na końcu pogrzebać siebie, ale tak tylko trochę i na próbę, bo do tego to wszytko zmierza, od pierwszej strony.

Opowieści tragicznej daje wydźwięk komiczny, miejscami poetycki, bo trzeba Wam wiedzieć, że autorka specjalizuje się właśnie w liryce.

Relacjonuje życie jednej biednej duszy, która od maleńkości boryka się z trudami istnienia. Żeby nie brzmiało to nazbyt kolokwialnie kilka z tych trudów postaram się przytoczyć. Po pierwsze sika w łóżku. Dramat ten i przypadłość zostaje obśmiana przez kochanka i kochankę kochanka. Życie uczuciowe bohaterki od początku źle się zaczyna, bo jej pierwszy boyfriend sprzedaje jej nagość w celach rozwoju swojej kariery artystycznej, a może tylko dlatego by móc sfinansować im bzykanie w wynajętym domu. Miłość szybko się kończy. Następna, napiętnowana kazirodztwem – kuzyn czy tam brat cioteczny- zostaje przegnany przez wojującą matkę bohaterki, to też ta ugina się pod jej krytyką jak suchy liść. A trzeba wam wiedzieć, że relacja narratorki z mamusią też jest ciekawa. Do granic możliwości toksyczna i wypaczona. Z takim dzieciństwem to można tylko na oddział psychiatryczny. Tam nasza bohaterka rozpoczyna karierę psychologa i romans zakończony w dzień ślubu. Brzmi to chaotycznie? Tak wiem, ale ciężko nie przybierać wariackiego tomu mówiąc o wariatach.

W “Balsamiarce” jest pełno wariatów. W zasadzie nie ma tu ani jednego normalnego bohatera. Z jednej strony jest to bardzo interesujące z drugiej wydaje się przejaskrawione.

Top tematem jest jednak śmierć. Narratorka swoją opowieścią cały czas zmierza do finału, który zdradza już na wstępie. Nie będzie więc psychologiem klinicznym, nie będzie żoną lekarza psychiatry, nie będzie też żoną swojego kuzyna, nie będzie pracować w burdelu, lecz będzie balsamiarką zwłok.

Tej sprawie poświęcona jest znaczna część powieści. Możemy poznać tu arkana prosektoryjnych zbrodni, jakich dokonuje się na trupach przeddzień pochówku. Włos jeży się na głowie, gdy czytamy o krojeniu, wyjmowaniu, wstrzykiwaniu, tapirowaniu etc, etc. sztywnych klientów. Makabryczne opisy sekcji zwłok noworodków, ofiar wypadków i morderstw. Jest czym nacieszyć oczy wyobraźni.

Jeśli miałabym jednak cały ten galimatias wrażeń i odczuć sprecyzować w jednym zdaniu to nazwalam “Balsamiarkę” niesamowicie emocjonalną powieścią. Miałam wrażenie, że autorka wymiotuje wprost na mnie swoimi emocjami, bez żadnych zahamowań, czy ostrzeżeń. Przychodzi jej to z łatwością ekshibicjonisty i doprawdy ciężko jest przejść obok tego obojętnie.

Czytając “Balsamiarkę” z pewnością nie będziecie się nudzić. Ja nie nudziłam się wcale, a aromat dojrzałego trupa zdominował moje wyobraźniowe systemy powonienia.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Videograf:

vidograf

Bratnie dusze

Soulmate (2013)

soulmate

Skrzypaczka Audrey boryka się z depresją po śmierci męża, Tristana. Jej siostra znajduje ją w wannie pełnej krwi płynącej z podciętych żył kobiety. Po tym wydarzeniu Audrey uzbrojona we fiolkę psychotropów ucieka do deszczowej Walii by tam cieszyć się spokojem w wynajętym, zabytkowym domu. Niestety osiągnięcie psychicznej harmonii utrudniają jej uporczywe wizje nawiedzenia. Audrey sądzi, że to Tristan składa jej małżeńskie wizyty. Prawda jest jednak inna.

Tęskno mi za dobrymi, klimatycznymi ghost story. Gdy więc przeczytałam opis “Soulmate”, sądziłam, że oto będę mieć okazję po obcować z takim właśnie gatunkiem. Psychicznie rozchwiana kobieta i emanacje z zaświatów pośród mglistych pól i trzeszczących podłóg starego domu. Czy dostałam to czego si spodziewałam? Nie. Czy jestem zadowolona z seansu? Tak!

soulmate

Film wypłynął dość późno patrząc na datę tej produkcji, ale jak to bywa z debiutami swoje musi odleżeć, zanim dojdzie do premiery na nośniku DVD. Na premierę kinową nie miał sans, w sumie nie wiem dlaczego, bo nazwisko reżyserki jest znane w kręgach filmowców, za sprawa jej życiowego partnera, twórcy jakże zajebistego “Zejścia“. Ona w przeciwieństwie do męża nie jest tak konwencjonalna i może dlatego jej obraz nie doniósł takiego sukcesu.

Jeśli Marshall robi film o wilkołakach, to od początku do końca jest to film o wilkołakach, jeśli stawia na klaustrofobiczny survival to wyciska z niego wszystkie soki by zadowolić widza i utrzymać go w konwencji.

Jego połowica zrobiła coś odwrotnego. Za co z mojej strony zasłużyła na podziw, choć zapewne jestem w tym momencie w opozycji do większości widzów.

Pierwszym elementem na jaki zwróciłam uwagę jest  filmowa muzyka. Rewelacyjna! Chrisiatnowi Hansonowi należą się rzęsiste brawa, bo to za sprawą jego pracy tak gładko wchodzimy w klimat opowieści. Oczywiście duża zasługa leży po stronie kamerzysty, który potrafił zaprezentować zarówno wnętrza domu, nie tyle upiorne co, przygnębiające i plenery, czyli walijskie odludzie z jego mglistą aurą.

soulmate

Zdecydowanie pierwsza połowa filmu to typowy początek ghost story: Kobieta w strasznym domu. Domu człowieka, który za sprawa nieszczęśliwej miłości palnął sobie w łeb trzydzieści lat temu.

Audrey podobnie jak on usiłowała dołączyć do ukochanego w zaświatach, ale w przeciwieństwie do pana Talbota nie udało jej się to. Teraz jest sama w domu, który wydaje przedziwne dźwięki i w którym nawiedza ją wizja martwego męża.

Jej sprawą żywo interesuje się opiekunka domu, Teresa, która to wydaje się być specjalistką od nawiedzeń. Pojawia się też jej mąż, lekarz, który sensacje Audrey interpretuje jako objawy nerwowego załamania.

soulmate

Tak więc, zmierzamy sobie raźno do punktu w którym duch powinien objawić się w pełnej krasie po czym okazać się demonem i zostać przepędzony w akompaniamencie nie ludzkich wrzasków i wymachów krzyżem.

Tak, tego właśnie się spodziewałam. Duch jednak wcale nie jest demonem, chcącym ponieść swoją brankę w piekielne czeluście, nie pojawi się też egzorcysta, ani inny łowca duchów.

Dla niecierpliwców SPOILER: Jak za pewne przewidziała to część z Was owym duchem nawiedzającym naszą bohaterkę jest pan Talbot. Nieszczęsny samotny duszek, który dzięki napotkaniu na bratnią duszę, czyli Audrey zaczyna rosnąć w siłę. Para nieszczęśników zaprzyjaźnia się z sobą, niestety romantyczna natura naszego samobójcy popycha go do szukania ekstremalnych dróg spełnienia w miłości. Talbot zakochuje się w Audrey i chce by ta dołączyła do niego w zaświatach. W sprawę wtrąci się wspomniana wcześniej Teresa, co przyniesie opłakane skutki. Okaże się bowiem jak wielką rolę odegrała w nieszczęściu, które spotkało samobójce. KONIEC SPOILERA.

soulmate

Sprawa ostatecznie idzie bardziej w stronę “Obecności”, ale nie TEJ “Obecności” Wan’a, lecz “The Presence, o którym pisałam jakiś czas temu.

To spora dawka innowacji i przede wszystkim niejednoznaczności gatunkowej. Znajdziemy tu oczywiście dużo z ghost story, czy thrillera, ale jeszcze więcej z dramatu, czy nawet melodramatu. Efekt końcowy jest bardzo smaczny, przynajmniej dla tych, którzy lubią eksperymenty.

A nawet jeśli takie rozwiązanie fabularne nie do końca Wam ‘zagra’ to jest jeszcze gro innych zalet jakie posiada ten film. Realizacyjnie stoi na bardzo wysokim poziomie i mimo iż twórczyni odwraca się niejako od klasycznego pojmowania gatunku to nie da się ukryć, że umie wykorzytać jego zalety. Polecam? Polecam!

Moja ocena:

Straszność: 4

Klimat:9

Napięcie:7

Fabuła:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Aktorstwo:7

Walory techniczne:8

Oryginalność:7

To coś:7

71/100

W skali brutalności: 1/10