Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Świniopasy

White Settlers (2014)

WHITE SETTLERS

Małżeństwo Sarah i Ed przenoszą się z angielskiej metropolii na szkocką prowincję. Kupują solidny acz zapuszczony domek i przynależną do niego ziemie. Nie wiadomo co nasi bohaterzy planują robić na tym odludziu, po za cieszeniem oka pięknymi widokami i bzykaniem się w trawie. Jakiekolwiek by nie były ich plany szybko legną w gruzach, bo już pierwszej nocy po przeprowadzce ktoś złoży im nieoczekiwaną wizytę.

Każdy kto liznął odrobinę historii Wysp Brytyjskich wie, że angole nigdy nie byli mile widziani w Szkocji. Jak pokazuje thriller Simona Halligana wiele się w tej kwestii nie zmieniło zważywszy na to, iż nasz twórca twierdzi że inspirowała go historia autentyczna.

Wzięłam się za ten film nie przeczytawszy nawet jego opisu- czasami myślę, że jestem masochistką- nie wiedząc na co się tym razem napatoczę.

Początek filmu, czyli przejście od słonecznej sielanki wśród kamienistych ścieżek i zielonych pól, do mroku chatki pozbawionej prądu i dziwnych odgłosów dochodzących z podwórka, wprowadził mnie w adekwatny do gatunku filmu nastrój. Powiem więcej, sądziłam, że mogę mieć tu do czynienia z ghost story, bo nasi młodzi wprowadzili się do domu, w którym kojfnął pewien staruszek.

WHITE SETTLERS

Główna bohaterka nie mogąc usnąć zmusza swojego męża by ruszył na zwiady. Ze zwiadów nie wraca, a oczom Sary wkrótce ukaże się zamaskowane oblicze intruza, a raczej intruzów. Dojść szybko okazuje się więc, że mamy tu do czynienia z home invasion. Jakby ktoś miał co do tego wątpliwości ujrzy gościa w masce z łba świni – nieśmiertelny chwyt , już nie wiem nawet w ilu filmach widziałam tak odstrojonego zbira. Wiemy, że coś się dzieje.

WHITE SETTLERS

Akcja nabiera tempa i napięcie zaczyna wzrastać. Chłop gdzieś przepadł więc dama jego serca musi sobie radzić sama ze zgrają świniopasów. Umyka im dość zgrabnie, co pochwali każdy widz. Coś mi w niej jednak nie pasowało. Chyba jej aparycja, jakaś taka nieadekwatna do roli zastrachanej kobietki. Solidnie zbudowana, raczej mało kobieca bym rzekła wystawała po za schemat, w którym całym sobą tkwił ten film. Nie podobała mi się, ot co.

Jej ucieczka, próba uratowania mężusia etc. to sceny naładowane stosowną porcją napięcia. Dla amatorów mocniejszych ujęć też coś się znajdzie, bo nasza nimfa ma pierdolnięcie, trzeba jej przyznać.

WHITE SETTLERS

home invasion dość ważnym elementem jest nieznajomość motywu sprawców. Tu największym powodzeniem cieszą się filmy w stylu  „Nieznajomych„.

W przypadku „White Settlers” sprawa szybko staje się oczywista, wystarczy dodać dwa do dwóch. Brak tu więc elementu zaskoczenia, jeśli idzie o temat ‚czemu oni to robią i kim są’. Nie wiemy natomiast jakie zbiry maja zamiary. Osobiście stawiałam na zbiorowy gwałt na Sarze, ale ostatnio tylko gwałty mi w głowie przez te przechery z imigrantami.

Finał jest jednak inny. Tuż przed nim sądziłam, że zakończenie pozostanie otwarte jak w Eden lake, czyli możecie sobie tylko wyobrazić co się teraz stanie i tu każdy widz podług swoich zasobów fantazji dopisze sobie pointe, ale nie, pointa zostanie podana na tacy. Jaka? Pewno zobaczycie.

„White Settlers” to dość dobry film. Standardowy, ale całkiem dobry. Wprowadza w klimat, buduje napięcie, rozwija historie, budzi emocje. Wszytko jednak w ramach bezpiecznego standardu i bez większych westchnień.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie: 8

Zaskoczenie: 4

Zabawa:7

Walory techniczne: 7

Aktorstwo: 6

Oryginalność: 4

To coś: 6

60/100

w skali brutalności 2/10

Powiesić ich wysoko

The Gallows/ Szubienica (2015)

szubieniaca

„Szubienica” to tytuł sztuki teatralnej, która po dwudziestu latach wraca na deski szkolnego teatru jednego z amerykańskich liceów.

W feralnym roku ’93 gdy wystawiano ją po raz pierwszy teatralny rekwizyt zadziałał lepiej niż przewidziano i zamiast inscenizacji powieszenia doszło do śmiertelnego wypadku.

Teraz, dwadzieścia lat później gwiazda szkolnej drużyny, Rese ma wcielić się rolę, którą Charlie Grimille przepłacił życiem. Za namową kumpla, który twierdzi, że z jego zdolnościami dramatycznymi narobi sobie tylko obciachu, Rese postanawia dopuścić się małego sabotażu i w noc przed premierą wraz z kumplem i jego dziewczyną zamierza zniszczyć scenografię, zniszczyć szubienicę. Niestety klątwa ciążąca nas sztuką nie pozwoli im na to.

szubieniaca

Jak już wielokrotnie deklarowałam, przed seansem z danym filmem nigdy specjalnie nie zapoznaje się z okolicznościami powstania produkcji. Często nie zwracam nawet uwagi na nazwisko, twórcy, a tym bardziej nie oglądam trailerów. Zwracam uwagę na tytuł i w mniejszym stopniu na opis filmu, który często nijak ma się do jego treści. Interesuje mnie w zasadzie gatunek i tyle.

W przypadku „Szubienicy” było podobnie. Spodobał mi się tytuł, taki prosty i konkretny bez zbędnych przymiotników jakimi producenci lubią obsrywać tytuły w stylu ‚mroczny/zabójczy/ śmiertelny/diabelski’, po prostu „Szubienica”.

Plakat promujący też wpadł mi w oko, teraz po seansie spokojnie mogę powiedzieć, że prezentuje on jedno z nielicznych udanych filmowych ujęć.

szubieniaca

Nazwiska twórców nic mi nie mówiły, ale wytwórnia braci Warners to już klasa. Czyżby taki gigant dał szansę debiutantom? Jako że niskobudżetowe filmy świeżaków bywają bardzo pozytywnym zaskoczeniem rozochociłam się na tą całą „Szubienicę”.

Jak się szybko okazało zupełnie niepotrzebnie, bo już sam widok skaczącego obrazu kręconego z rączki znacznie przygasił mój entuzjazm.

Ale to nic. Początek filmu, czyli szeroki wstępniak prezentujący okoliczności mające doprowadzić do akcji sticte horrorowej prezentuje się nieźle. Takie głupkowate licealne zagrywki jako wprowadzenie do świata nielatów.

Po tym następuje rozwinięcie, czyli nocna wizyta naszych protagonistów w szkolnych murach. Tu widzimy ciemne korytarze i zakamarki, z których, jak podpowiada wyobraźnia, rychło wyłoni się jakiś rezydent zaświatów, działają dosyć sprawnie.

Nie dajcie się jednak zmylić, bo w jakiś osiemdziesięciu procentach filmów verite punkt kulminacyjny nie jest tym, na co warto czekać, bo ów punkt kulminacyjny zgodnie z moimi przewidywaniami sprowadza się do histeryczno chaotycznych sekwencji operatorskich, zwiedzania ścian i zbliżeń na zapłakane pyszczki coraz bardziej przerażonych małolatów.

szubieniaca

Nijak nie mogłam dzielić z nimi tego przerażenia, bo poczucie irytacji, jakie wywołuje u mnie taki rozpiździel dominuje w gamie aktualnych odczuć.

Pojawia się kilka lepszych ujęć, ale można je policzyć na palcach jednej ręki i w porównaniu z masą nieudanych chwytów te udane wydają się przypadkowe.

Młodzi twórcy nie pokazali tu niestety nic nowego, a z ogranych chwytów wybrnęli bardzo słabo, bo niestety wbrew temu, co myślą nakręcenie dobrego paradokumentu nie jest sprawą prostą i do prawdy nie wiem kiedy do twórców takowych dojdzie, że nie wystarczy poskakać kamerą żeby wpędzić widza w popłoch. Pewnie gdybym zdawała sobie sprawę z tego, że będzie to kolejny film z rąsi to osrałabym temat, mimo dobrze wyglądającego tytułu.

Z tego wszystkiego zapominałam wspomnieć o fabule, bo przecież jakaś fabuła tam była. Pokuszono się nawet o zastosowanie fabularnego twistu, niestety z rodzaju tych, które można skwitować lekkim  westchnieniem znudzenia niż okrzykiem zachwytu.

szubieniaca

O aktorstwie nie warto się wypowiadać, bo było nędzne. Miałam wrażenie, że bardziej dbano o utrzymanie w ładzie włosów naszych rozkrzyczanych małolatów niż o ich przygotowanie do odegrania tragedii życia. No, bieda.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:2

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:4

39/100

W skali brutalności:2/10

Sen we śnie

Golem – Gustav Meyrink

golem

„Przeczytałem książkę do końca i trzymałem ją jeszcze w dłoniach, a wówczas było mi tak, jak gdybym badawczo w mózgu własnym kartki przerzucał…”

To jeden z początkowych fragmentów powieści Gustava Meyrinka „Golem”. Powinien być raczej umieszczony na końcu powieści, bo dokładnie takie odczucia miałam po jej przeczytaniu.

Nie dziwi mnie, że ta powieść nazywana jest ‚biblią kabalistów’, bo jest wręcz przesiąknięta mistycyzmem i egzystencjalizmem.

Fabularnie nie oferuje zbyt wiele – takie wniosek nasunął mi się, gdy składałam w głowie zdania streszczenia w pokracznej próbie wyłuszczenia najważniejszej treści. Jeśli jednak do warstwy opisanych wydarzeń dołożymy drugie dno, ich warstwę parapsychiczną otrzymujemy coś, co trudno ująć w ramy gatunku i nazwać.

Punktem wyjściowym dla tej historii wydaje się być żydowska legenda. Legenda o tytułowym Golemie, czyli stworzonym z gliny stworze pozbawionym duszy jednak posiadającym ogromna siłę fizyczną. Jego twórcą był stary rabin z Pragi, który przy pomocy magii mógł ożywiać Golema by ten bronił jego rodaków przed prześladowaniami. Legenda głosi iż Golem budzi się co trzydzieści trzy lata i sieje postach na ulicach.

golem

O tej właśnie legendzie rozmyśla główny bohater powieści, który na wzór tytułowego Golema przebudza się z letargu. Pozbawiony pamięci o swojej przeszłości pewnego dnia z pomocą starego Żyda przeżywa właśnie coś na kształt przebudzenia. Zaczyna patrzeć, widzieć i czuć. Wikła się w intrygę, zakochuje się, zostaje oskarżony o morderstwo.

Najlepsze jest to, że finał tej opowieści nie przynosi żadnej konkretnej odpowiedzi. Przez kilkaset stron czytelnik miota się między jawa a snem, w bezowocnej próbie usystematyzowania sobie tego, co dzieje się faktycznie, a co tylko w głowie bohatera, by na koniec wiedzieć tylko tyle co na początku. Sen we śnie.

„A jeśli ostatecznie wszystkie żywe istoty są podobne do tych resztek papieru? A jeśli jakiś niewidoczny, niepojęty wicher pcha nas to w jedną, to w drugą stronę i decyduje o naszym postępowaniu, podczas gdy my w swojej naiwności wierzymy, iż decyduje o wszystkim nasza osobista wola. A jeśli życie to nic innego jak jak zagadkowy wir wiatru, tego, o którym pismo powiada, ze nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Nie jest to aby tylko nasz sen(…)”

Meyrink jest często porównywany do Kafki, ale sądzę, że był znacznie bardziej zakręcony. Do tego dochodzi zamiłowanie do gotyckiego mroku i masa psychologii pomieszanej z mistyką i buddyzmem.

gustav myerink

Dziś „Golem” to już klasyka. A jak to z klasyką bywa, rozumieć nie trzeba tylko kochać. Meyrink, zwany dumnie ‚Szatanem z Pragi’ zrobił mi w głowie niezły burdel i muszę mu przyznać, że ciężko mi teraz będzie przeczytać coś normalnego. Myślami dalej tkwię w Kogucim Zaułku i wypatruje Golema.

golem

Na koniec jeden z moich ulubionych fragmentów:

„Myśli pan, że gdyby było inaczej, ludzie dawno temu nie wytępili by ogniem i mieczem teatrów? Kanalie najłatwiej rozpoznać po sentymentalizmie. Tysiące nędzników może głodować, nie uroniwszy nawet łezki, ale wystarczy, że jakiś uszminkowany dureń wyjdzie na scenę i zacznie przewracać do nich oczyma, a zaczną wyć jak porzucone pieski.”

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

http://www.zysk.com.pl/zapowiedzi

Poprostu chłopiec

The Boy (2015)

the boy

W małym motelu na odludziu mieszka dwuosobowa rodzina Hayley’ów, ojciec i dziewięcioletni syn, Ted. Wspólnie prowadzą przechodzący z pokolenia na pokolenie biznes, który z roku na rok coraz bardziej podupada.

Alienacja od otoczenia wcale nie sprzyja  rodzinnym więzom. Ted czuje się samotny, a z czasem ta samotność czyni niepowetowane straty w jego młodym umyśle.

„The Boy” jest niczym innym, jak relacją z narodzin szaleńca pokroju Normana Batesa i jego podobnym legendarnym antybohaterom.

Thriller „The Boy” stanowi rozwinięcie krótkometrażowego filmu na podstawie powieści, jego scenarzysty we współpracy z Clayem McLeod’em. Nie jest to dzieło, które powinno liczyć na większą popularność. Akcji w nim zero, a to co się dzieje ma wydźwięk mocno symboliczny i trzeba trochę namysłu i dużo cierpliwości by wychwycić z niego to, co twórcy mieli na myśli.

Tematyka młodocianych przestępców, of course, nie jest niczym nowym, bo takich filmów z cyklu ‚narodziny zła’ mieliśmy już sporo, jednak nigdy w takiej formie. Chociażby recenzowana przeze mnie niedawno „Córeczka” jest filmem z zupełnie innej bajki choć mówi o tym samym: samotność i lęk dziecka przed opuszczeniem doprowadzają go do zbrodni. Tak też się dzieje w przypadku tytułowego chłopca, Teda.

the boy

the boy

Mały Ted już raz został porzucony. Mamie nie odpowiadał styl życia Hayleyów, codzienna praca w motelu, nie przynoszącym dochodów i cierpki w obejściu małżonek, więc zwiała na Florydę, która od tej pory stała się dla małego Teda symbolem jakieś arkadii, do której należy dążyć.

Jego relacja z ojcem jest praktycznie żadna. Tata traktuje go raczej jako wspólnika w biznesie, czy podwładnego. To nic nadzwyczajnego jeśli chodzi o samotnych rodziców, ci często stawiają dziecko w roli partnera, czyniąc go współodpowiedzialnego za rodzinne decyzje i plany.
Problem w tym, że Ted nie ma nikogo innego, żadnego środowiska rówieśniczego jako odskoczni od domowych obowiązków, nikogo z kim mógłby porozmawiać.

Gości motelowych jest niewielu, ale jeden z nich staje się szansą dla młodego, przynajmniej on tak to widzi. Jeden z nielicznych przyjezdnych zaskarbia sobie sympatię chłopca i ten wierzy, że William zabierze go ze sobą. Młody chce uciec od samotności i wtłaczania go na siłę w dorosłość, od niepowodzeń dzielonych z ojcem i od gniewu, który w nim narasta.

Jeśli o gniewie mowa, to wkrada się on w scenariusz powoli. Jak to bywa u młodych psychopatów zaczyna się od znęcania nad zwierzętami, ale na eskalację, pięknie przedstawioną swoją drogą, musimy czekać do finału filmu.

I to jest spory ból, dla tych, którzy nie gustują w oszczędnych formach. Jest jednak coś, co różni film nudny od monotonnego. O „The Boy” można powiedzieć, że jest monotonny, ale na pewno nie że jest nudny. Jest w nim treść, o której spokojnie można rzec, że jest szokująca. Stagnacja jest tu środkiem wyrazu, za jej pomocą ukazana jest egzystencja chłopca, która zmierza jakby donikąd, tylko nagłe zrywy furii mogą coś tu zmienić i zmienią.

Spokojnie mogę pochwalić ten zamysł, bo osobiście lubię takie kino, ale na pewno nie będę nikomu wciskać, że przeżyje tu artystyczny wzlot, czy popuści z napięcia. Nic z tych rzeczy. To przemyślany film z pomysłem, który realizowany jest z precyzją i spokojem. Z dobrym aktorstwem i pięknymi, przygnębiającymi plenerami.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

60/100

W skali brutalności:2/10

Zjem twój mózg

The Stuff/ Substancja (1985)

substancja

Na terenie Stanów Zjednoczonych grupa górników w czasie pracy natrafia na dziwną białą maź wypływającą z pod ziemi. Jeden z mężczyzn kierowany dziwnym instynktem postanawia skosztować nieoczekiwanego płodu ziemi. Biała maź konsystencją przypominająca budyń tudzież gęstą śmietanę okazuje się przepyszna.

Tak rodzi się „Przysmak”, czyli podawany, jako przekąska produkt podbijający podniebienia całej Ameryki.

Nikt nie zdaj sobie sprawy jakie działania uboczne ma konsumowanie ‚niskokalorycznego i nieprzetworzonego’ produktu.

Korporacja konkurencji zainteresowana nieznaną recepturą „Przysmaku” postanawia zatrudnić szpiega przemysłowego, byłego agenta FBI Davida Rutherforda zwanego „Mo”.

To on wraz z małym chłopcem, który pewnej nocy odkrył, że zawartość jego lodówki ożyła na własne oczy przekonają się, jak działa tytułowy „Stuff”.

Filmy Larry’ego Cohena nieodmiennie kojarzą się z filmową groteską. Horrory takie jak „To żyje”, czy „Maniakalny glina” są dokładnie tym, za co Cohen został pokochany przez swoich fanów. Nie twierdzę, że kino tego rodzaju jest tym co uwielbiam, ale nie da się ukryć, że jego nieszablonowe podejście do gatunku grozy jest gwarantem ciekawej rozrywki.  I jeśli akurat ktoś ma ochotę na coś ‚pół żartem pół serio’, to świat oferowany przez Cohena spełni oczekiwania.

Spokojnie można stwierdzić iż „Substancja” jest trochę taką satyrą na amerykański konsumpcjonizm.

Głównym antybohaterem jest nieznana materia, którą korporacja sprzedaje, jako produkt żywieniowy. Jego skład jest tajemnicą, jak w przypadku wielu innych popularnych przysmaków. Konkurencja pragnie poznać tajemny skład i podrobić go.

Amerykańskie społeczeństwo totalnie sfiksowało na punkcie „Przysmaku” i nikt nie śmie poddać w wątpliwość jego walorów. „Przysmak” uzależnia, jeśli ktoś raz go spróbuje nie jest w stanie wytrzymać bez niego dłużej niż godzinę. Dochody są ogromne. W domu każdej amerykańskiej rodziny można znaleźć kubeczek przysmaku.

substancja

Jeden z małych bohaterów filmu pewnej nocy zauważa, ze substancja znajdująca się w kubku „Stuff” rusza się, żyje. Nikt mu nie wierzy. Chłopiec obserwuje jak cała jego rodzina pogrąża się w przysmakowym szaleństwie. Tak, jakby jedzenie tego szajsu wyżerało im mózgi. Nie myli się. „To nie ty zjadasz przysmak, to przysmak zjada ciebie”.

substancja

W miarę rozwoju filmowej akcji, gdy na arenę wkracza sprytny detektyw Mo, widz będzie miał okazję obserwować, jak kończy się spożywanie substancji. Tu zobaczymy hektolitry białej mazi wylewającej się z ludzi, hektolitry mazi zastępującej organy i krew i ludzi, którzy zmieniają się w bezrozumne zombie, które ma jeden cel: konsumować przysmak.  

Z jednej strony mamy wiec odjechane sci-fi pełne efektów i oparte na pomyśle żyjącego żarcia, a z drugiej poważną społeczną przestrogę przed zatraceniem człowieczeństwa na rzecz prymitywnych przyjemności.

Zamiast ‚jogurtu’ można by tu wstawić cokolwiek, bo to w zasadzie tylko symbol. Cohen postawił na produkt spożywczy by podkreślić znaczenie słowa konsumpcjonizm. 

Oglądanie „Substancji” przysporzy widzowi sporo uciechy. Nie zabraknie zabawnych sytuacji, nie zabraknie akcji i chyba możemy tu nawet wspomnieć o jakimś napięciu. Ostatecznie nasi bohaterzy pozytywni stanęli przed zadaniem uratowania świata przed zagładą.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś: 6 

60/100

W skali brutalności:2/10

Cienie

Shadow people (2012)

shadow people

Prezenter radiowy, Charlie Crowe, prowadząc nocną audycję odbiera dziwny telefon od nastoletniego słuchacza. Chłopak twierdzi, że prześladują go cienie, cienie mogące zabić go we śnie.

Próba samobójcza nastolatka kończy się w szpitalu, gdzie pozornie zupełnie zdrów umiera we śnie.

Charlie zaczyna się zastanawiać nad związkiem tego zgonu z legendami o demonach dręczących ludzi we śnie. Prywatne śledztwo sprawia iż do mediów przedostają się informacje o dziwnych śmierciach, napędzając spirale szaleństwa. Wydaje się, że każdy kto usłyszy o ‚ludziach cieniach’ i uwierzy w ich istnienie jest skazany na spotkanie z nimi we śnie.

Tytuł „Shadow people” już kilkakrotnie obił mi się o uszy, ale był problem z jego dostępnością. Polska dystrybucja, jak to często bywa, zawiodła i na możliwość zapoznania się z obrazem Matthew Arnolda trzeba było poczekać. Pytaniem jest, czy warto było czekać?

Thriller „Shadow people” nieco skojarzył mi się z horrorem „Pulse”. Tematyka jest dość podoba, choć w przypadku ‚ludzi cieni’ do całego zamieszania wystarczyła pogłoska.

Cały film opiera się na wątku koszmaru sennego, jak wiadomo w różnych kulturach często interpretowanego jako napaść sennego demona. Mitologie całego świata wspominają o zjawisku nagłego zgonu we śni dorabiając do niego tezę o ataku siły nadprzyrodzonej. Mimo iż niektórym śmierć we śnie może wydawać się opcją nie najgorszą, to wielu przeraża ta perspektywa i zaczyna utożsamiać ją z siłami nieczystymi.

Sen jest tematem dla poetów i naukowców, ale co tak naprawdę roi się w głowie śpiącego często nie wie nawet on sam. Mamy więc dobry temat na horror, co już potwierdził świętej pamięci Wes Craven, w swoim szlagierze „Koszmar z ulicy wiązów„. Takie skojarzenie wydaje się nieprzypadkowe, bo bohater „Shadow people” mieszkała zdaje się na ulicy Wiązów.

Tu koszmar nie ma twarzy, jest tylko cieniem. Cieniem powodującym paraliż i bezdech, rychło prowadzącym do zgonu śpiącego. Efekty jakich użył reżyser by ukazać złowrogą siłę atakującą bohaterów są wiec bardzo prostolinijne, ale ta prostota jest strzałem w dziesiątkę. Cień może przybrać dowolny kształt i tu jest przestrzeń dla wyobraźni widza.

Ta prostota odbija się też w ogólnym zamyśle filmu, ma jakiś dziwnie romantyczny rodowód i sprawia, że nie parskamy śmiechem na taki obraz zagrożenia.

shadow people

Inną sprawą jest sposób w jaki ów motyw poprowadzono dalej. Tu miałam jeden zasadniczy problem. Już w pierwszych minutach filmu dowiadujemy się, od ofiary cieni, że stanowią one zagrożenie wówczas gdy się o nich myśli. Nasz bohater, Charlie, bez wątpienia daje się wciągnąć tej historii. Zaczyna o tym myśleć, efekt jest taki jakiego należy się spodziewać.

Jego celem jest ostrzeżenie ludzi przed ‚cieniami’, ale w miarę rozwoju akcji widzi przecież, że efekt jest odwrotny. Im więcej gada o ‚cieniach’ na antenie swojej audycji tym więcej ludzi ginie. I wcale nie pomaga im fakt, że mogą swoje gorzkie żale związane z nocnymi przygodami wyjawić na antenie.

Co robi bohater? Szuka dowodów, żeby móc iść z tą historią do telewizji. Po co? Żeby uświadomić ludzi? Ale czemu to robi, skoro to właśnie nieświadomość istnienia ‚cieni’ może człowieka przed nimi uchronić? Urągałam na głupotę bohatera przez cały film.

shadow people

Nie jest to niestety sprawa marginalna, którą można by przełknąć, czy pominąć mimo, iż zasadniczo cała reszta filmu, w tym watek eksperymentu z lat ’70 który pojawił się w filmie, czy cała mitologiczna warstwa jest bardzo okej.

Obraz zbiorowej histerii jaka towarzyszy pogłosce o ‚cieniach’ jest ciekawy od strony socjologicznej, bo czy nie jest tak, że ludzie łatwo dają się wkręcić we wszytko jeśli będziemy im o tym mówić stosownie głośno?

Jeśli chodzi o wykonanie od strony technicznej to narzekać nie ma na co. Prostota efektów jest tym co lubię, choć nie powiem, mocniejszych momentów mogłoby być odrobinę więcej.

Fabuła filmu usiana jest przerywnikami w postaci ‚pseudo reportaży’, czyli ‚cudem zdobytych materiałów’. Chwyt podobny do tego zastosowanego w „Czwartym stopniu„.

Nie udało mi się znaleźć nic co potwierdziło by autentyczność historii ‚takiego a takiego’ dziennikarza radiowego, faktem jest jednak, że paraliż senny istnieje a jego przyczyny nie są do końca jasne. Na tym właśnie zbudowano fabułę „Shadow people”.

Doceniam ten pomysł, jest na swój sposób wiarygodny, może dzięki temu, że unika zbytnich udziwnień.

Film podobałby mi się nawet bardzo, gdyby nie wspomniany wcześniej głupotą napędzany wątek przewodni, czyli próby głównego bohatera oświecenia ludzkości.

Podobać się może, ale nie koniecznie. Niektórych pewno zniechęci stosunkowo monotonna fabuła, jej przewidywalność i potężna luka logiczna. Nadrabia jedna pomysłem i dobrym wykonaniem.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:0/10

Syrena

The Nymph/ Nimfa (2014)

nymph

Dwie turystki ze Stanów, Lucy i Kelly przyjeżdżają na wakacje do kolegi ze studiów, Serba, Alexa. W otoczeniu malowniczej przyrody Czarnogóry przyjdzie im się zmierzyć z legendarnym stworzeniem, syreną zamieszkującą wyspę Mamulę.

Mój pociąg do egzotyki sprawił iż pomimo banalności bijącej z opisu filmu postanowiłam się z nim zapoznać. W końcu nigdy nie oglądałam filmu z Czarnogóry, zaś twórczość Serbów kojarzy mi się jedynie z niesławnym „Srebskim filmem„.

Po cichu liczyłam na klimatyczny straszak z rodzaju tych jakie gwarantowały mi szwajcarskie filmy grozy, jednak Bałkany to co innego i moje nadzieje zderzyły się z twardą rzeczywistością.

Teraz będzie krótki manifest. Recenzując ostatnimi czasy moje, niegdyś, ulubione kino grozy made in Asia zauważyłam niepokojącą prawidłowość:Im nowszy film tym bardziej robiony na modę Amerykańską. Amerykańskie imiona, amerykańskie schematy, amerykańskie spłycenia i amerykańskie efekty. Czemu na rany Chrystusa, wszyscy chcą być tacy amerykańcy? Może i Bollywood jest śmieszny w swoim tańczeniu, ale przynajmniej trzyma się swojej estetyki, nie odwraca się dupą do tego, za co został pokochany przez swoich fanów.

Sięgając po kino z Czarnogóry oczekiwałam kina z Czarnogóry, a nie pseudo amerykańskiego slashera, który tylko skrawkiem zahacza o bałkańskie wierzenia.

Od „Nimfy” oczekiwałam czegoś nowszego, czegoś co może mnie nie zachwyci ale przynajmniej da jakiś obraz kina z tamtych rejonów. Po seansie mogę powiedzieć tylko tyle, że biedny serbski reżyser zagapił się na wspaniały ‚holiłud’ i nie pokazał nic co mogłabym skojarzyć z jego pochodzeniem.

Film nagrano oczywiście w języku angielskim, żeby uzasadnić jakoś ten pomysł w scenariuszu pchnięto dwie bohaterki amerykańskiego pochodzenia, o typowo amerykańskich imionach Lucy i Kelly. Na planie pojawi się jeszcze jedna piękność, tym razem z Czarnogóry i jej narzeczony, wspomniany wcześniej Alex. Nie zabranie przybocznego idioty, bo taki też musi pojawić się w slasherze, a żeby było wystarczająco po amerykańsku nazwano go ‚Bob’, bo ‚Boban’ brzmi źle. 

nymph

Piękne panie prężą swoje ciała odziane w skąpe stroje, co żeby oko nacieszyć, rzucone zostaje kilka żartów nawiązujący do popkultury amerykańskiej, w tym kina grozy, co byśmy nie zapomnieli o tym jakim tropem podążać ma filmowy scenariusz.

Grupa protagonistów po zakrapianej imprezie, gdzie nie zabraknie niesnasek o podłożu obyczajowym – amerykanka oczywiście musi okazać się puszczalską kurwą – uda się na wyspę przed, którą oczywiście zostaną ostrzeżeni przez sędziwego i podejrzanie wyglądającego mężczyznę. Na wsypie w pełni rozkręci się akcja slasherowa, momentami krwawa, w większości nonsensowna, choć kilka smaczków się pojawi.

Podobała mi się tytułowa Nimfa. Nimfa a w rzeczywistości syrena, czyli mitologiczna postać z rejonów morza śródziemnego słynąca ze swojej półrybiej postaci i morderczych zapędów kierowanych w stronę męskiej populacji. Syrena swym śpiewem wabi mężczyzn po czym ich pożera, chyba że… zakocha się w którymś. Wtedy ten zahipnotyzowany jej śpiewem trwa przy niej po wsze czasy.

nymph

Horror nawiązuje do tej legendy, choć postać nimfy, mówiąc szczerze, zepchnięta jest tu na margines na rzecz typowo amerykańskiego mordercy świra, który to będzie głównym antybohaterem i sprawca wszelkiego nieszczęścia.

Moim zdaniem zbyt mało uwagi poświęcono tej kobiecej antybohaterce i całej legendzie z nią związanej, a mogło być fajnie i klimatycznie, zwłaszcza, że sceneria do kręcenia tego filmu była wręcz wymarzona.

Potencjał filmu został zaprzepaszczony na rzecz ślepego podążania za amerykańską modą i amerykańskim sposobem robienia filmów. Niestety.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:4

Walory techniczne:5

Oryginalność:4

To coś:3

43/100

W skali brutalności:2/10