Miesięczne archiwum: Listopad 2015

O prapsychologii

Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii – Marie-Louise von Franz

alchemia

“Alchemia” to termin, który kojarzony jest głównie z prastarą nauką związaną z magią.

W swojej książce współpracownica Junga obala to przekonanie. Okazuje się bowiem, że alchemia jest swoistą prapsychologią i to z tą naukową dziedziną ma najwięcej wspólnego.

To wydanie książki zawiera dziesięć wykładów autorki, które ta wygłosiła w Szwajcarii w latach pięćdziesiątych i mimo tego, że nurt analityczny, ba, cała psychologia od tamtej pory poszła daleko do przodu, często zmieniając tor rozumowania, często odwracając się plecami do teorii Junga, to jej tezy nadal są aktualne i spokojnie można je odnieść do współczesnej analizy ludzkiej osobowości.

Sięgając po tą książkę trochę obawiałam się wodolejstwa, jakiś obłędnych wybiegów, bo znając teorie Junga, jego fascynację starożytnym pojmowaniem świata mogłam się spodziewać, że przygoda z tą książką skończy się na Olimpie;)

Okazało się, że uprzedzenia jakich nabawiłam się na studiach (nurt psychoanalityczny nie jest zbyt ceniony w Polsce) wprowadziły mnie w błąd w ocenie Jungowskich teorii.

Ta książka to takie sięgniecie do źródła psychoanalizy, psychologii w ogóle i jest doświadczeniem niezwykle ożywczym.

Polecam szczególnie psychologom przekonanym o słuszności jednego tylko nurtu poznawczo-behawioralnego;)

Marie bardzo ciekawie przedstawia zagadnienia chorób psychicznych, w zupełnie nie klinicznym wymiarze, co sprawia, ze nawet dla laika, który psychologię zna jedynie z kina czy lektury “Charakterów” może być początkiem głębszego zainteresowania tematem.

“Alchemia” uświadamia jak bardzo mało wiemy o samych sobie, jak wąsko pojmujemy własną naturę i pokazuje, że warto otworzyć swój umysł.

Czytając tą książkę podkreślałam całe fragmenty, czytałam je jeszcze raz odnosząc do tego o czym byłam świecie przekonana.

alchemia

Jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę, jak tylko przyjdzie mi do głowy, że już wszytko wiem;)

Jeśli chodzi o samo wydanie, to jest wzorowe. Twarda oprawa, treść uzupełniona i ilustracje, prezentuje się wybornie.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

http://www.zysk.com.pl/zapowiedzi

Muza artysty

Deep dark (2015)

deep dark

Hermann zawsze wiedział, że zostanie wielkim artystą. Jego dorosłe życie wskazywało jednak na to, że jego przekonanie o geniuszu jest mocno przesadzone. Instalacje, które tworzył i które szumnie mianował sztuką nie spotkały się z entuzjazmem krytyczki Devory.

Herman był jednak nieustępliwy toteż postanowił spróbować po raz kolejny. Na długie dwa tygodnie zamknął się w zrujnowanym mieszkaniu i zaczął tworzyć na nowo. Inspiracja przyszła do niego niespodziewanie, prosto z dziury w ścianie.

Hermann ze zdziwieniem odkrył, że za ścianą żyje kobieta. To ona podaje mu specyfik, który sprawia, że jego wena budzi się, a on tworzy coś co zaskarbia mu zachwyt nie tylko Devory ale i innych amatorów sztuki. Jego relacja z dziurą w ścianie wchodzi na coraz to wyższe poziomy, ale talent to brzemię, a noszenie go staje się dla Hermana coraz większym problemem.

deep dark

“Deep Dark” bardzo mile mnie zaskoczył. Wzięłam się za niego bez większego przekonania, bo uhonorowano go mianem czarnej komedii. Wg. nie ma w nim nic zabawnego. Faktem jest, że jeśli przeczytamy o facecie, który kopuluje z dziurą w ścianie, rozmawia z nią i przyjmuje od niej ‘magiczne fasolki’ można się uśmiechnąć, jednak po zapoznaniu się z tą historią perspektywa nieco się zmienia, bo w rzeczywistości mamy tu do czynienia z historią obłędu.

deep dark

Oczywiście to nie jedyna droga interpretacji, być może ktoś z widzów uzna, że ściana w mieszkaniu Hermana faktycznie posiadała jakieś niezwykłe właściwości i żyła własnym życiem.

Lubię filmy o szaleńcach, o szalonych artystach już w szczególności. Hermann jest przykładem na to, że posiadanie talentu ma swoje skutki uboczne. Życie mężczyzny przed spotkaniem z inspirującą dziurą może nie przypominało sielanki, nie dawało mu spełnienia jednak w chwili, gdy fortuna się do niego uśmiechnęła, nastąpił progres, jego życie zaczęło przypominać sen wariata. Był całkowicie zależy od kaprysu dziury i w żaden sposób nie potrafi wyrwać się z tej matni. Ostatecznie stwierdza, że wcale nie chce się wyrwać. Między nim, a źródłem jego inspiracji tworzy się osobliwa więź.

Dla mnie historia artysty i jego dziury w ścianie była ciekawym doświadczeniem. Jest to bardzo dziwny film i tak naprawdę to nie wróżę mu dużego sukcesu komercyjnego. To coś dla amatorów wariackich tematów.

deep dark

Nie widziałam żadnego innego filmu Michaela Medaglia więc ciężko mi ocenić jego potencjał. Patrząc tylko na ten jeden film myślę, że facet ma ciekawe pomysły i dobrze radzi sobie z ich realizacją. Do roli Hermana wybrał przekonującego aktora, podobnie zadbał o klimat swojej opowieści tworząc wokół niej aurę mrocznego szaleństwa.

Elementów stricte horrorowych jest mniej więcej tyle co komediowych. Ja ten film określiłabym raczej dramatem psychologicznym z elementami groteski.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

To coś:8

Oryginalność:9

69/100

W skali brutalności: 1/10

Potworne małżeństwo

I Married a Monster from Outer Space/

Wyszłam za kosmicznego potwora (1958)

kosmiczny potwor

Wracając ze swojego wieczoru kawalerskiego spędzonego wraz z kumplami, Bill napotyka na drodze coś co wygląda na ofiarę wypadku. Gdy mężczyzna opuszcza auto by sprawdzić kto leży na środku jezdni z pobocza wyłania się  coś, co swoim wyglądem wprawia Billa w osłupienie. Już po chwili owe coś roztacza nad mężczyzną siwą mgłę i ten znika.

Nazajutrz, w dniu ślubu nieomal spóźnia się na własną ceremonię. Jego narzeczona jest bardzo zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem. To dopiero początek, bo piękna Marge nie wie, że w rzeczywistości poślubia kosmicznego potwora bez żadnych ludzkich uczuć.

kosmiczny potwor

Do seansu z filmem Gene Flower’a przekonał mnie – po za rocznikiem produkcji- opis fabuły wskazujący na duże podobieństwo tego dzieła ze słynną “Inwazją porywaczy ciał”, która po raz pierwszy został przeniesiona na ekran w dwa lata przed premierą “Wyszłam za kosmicznego potwora”. I miałam rację, to filmy bardzo pokrewne.

Obydwa bardzo przypadły mi do gustu, co tylko potwierdza, że moje polowania na czarno- białe filmy grozy są warte fatygi, mimo iż zapewne niewielu z Was podziela mój zapał.

To film nakręcony w czasach zimnej wojny, więc zapewne miłośnicy drugiego dna znajdą tu wiele odwołań politycznych, jednak ten film jest przede wszystkim niegłupią rozrywką. Fabuła jest zbudowana w ciekawy sposób, tak by znalazło się miejsce na drobny dreszczyk.

Mogę się tylko domyślać jaką rekcję mogły kiedyś wzbudzać w widzach niektóre sceny z użyciem efektów specjalnych. Nie mamy ich tu co prawda zbyt wiele, bo w tamtych czasach nawet Hollywood zdawał sobie sprawę z tego, że nie samymi efektami widz żyje.

kosmiczny potwor

Podobała mi się scena na drodze kiedy Bill wpada na kosmitę. Kreacja potwora jest naprawdę ciekawa, choć na pewno niektórzy z Was zareagują gromkim śmiechem.Śmiech nie jest tu z resztą zakazany, twórcy często puszczają oko do widza, nie zabraknie tu sytuacji zabawnych nieprzypadkowo.

Historia jak wspomniałam ma bardzo wiele wspólnego z tą opisaną w powieści i przedstawioną w rozlicznych ekranizacjach “Inwazji porywaczy ciał”. Mamy tu bowiem do czynienia z kosmicznymi wędrowcami, którzy trafiają na ziemię i aby móc egzystować w społeczeństwie wykorzystują ciała ludzi, przejmują ich tożsamość, a nawet wspomnienia. Kłopot w tym, że nie potrafią przejąć strefy emocjonalnej, tak ważnej dla każdego ziemianina.

Wszytko zaczyna się od Billa. Jednak wkrótce szeregi kosmicznych potworów są zasilane przez większą ilość mieszkańców niewielkiego miasteczka.

Ich zachowanie jest na tyle podejrzane, że otoczenie orientuje się w sprawie i dochodzi do konfliktu. My jednak skupiamy się na obserwacjach Marge, która bodajże jako pierwsza zauważa zmianę w zachowaniu swojego ukochanego i zmiana ta bardzo ją niepokoi. Można się tu doszukiwać aluzji do relacji damsko męskich, bo kosmiczne potwory traktują ziemianki jedynie jako reproduktorki, ci mężczyźni nie posiadają uczuć.

kosmiczny potwor

Jeśli chodzi o kwestie realizacyjne, to powiem tak, trzeba to lubić. Jeśli ktoś ne czuje klimatu czarno białego kina w żaden sposób nie będę w stanie go do tego przekonać.

Dziś to już klasyczny film, choć sam nawiązuje do jeszcze starszej klasyki. W wielu scenach pojawiają się migawki jeszcze starszych horrorów. Jest Godzilla, jest King Kong, jest Dracula.

Na mój gust, świetna robota.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa: 8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:4

Oryginalność:6

to coś:7

65/100

W skali brutalności:0/10

O wilkołaku, który jeździł koleją

Howl (2015)

howl

Awaria w nocnym pociągu powoduje postój na odludziu. W pociągu stojącym w środku lasu spotykają się pasażerowie i obsługa by wspólnie stawić czoła intruzowi, który próbuje wedrzeć się do środka i rozszarpać wszystkich na strzępy. Tym intruzem jest znany z legend wilkołak. Skąd się wziął? Nie wiadomo, pewnym jest, że spotkanie z nim skończy się źle.

Oto nowy brytyjski straszak o wilkołaku. Jego reżyser jest znany między innymi z filmu “Seasoning house“, lecz brał też udział w wielu innych projektach, choć niekoniecznie jako przywódca całego zamieszania.

“Howl” w początkowej partii wzbudził we mnie spore nadzieje. Podobają mi się obrazy oparte na schemacie ‘zamknij ludzi w jednym pomieszczeniu, nie daj drogi ucieczki i wystrasz jak skurwysyn’.

howl

Nocny pociąg to dobra lokacja dla filmu grozy. Otaczający go ciemny bór to dodatkowy plus, teraz czas na wprowadzenie antagonisty. Tu wybór padł na klasykę, czyli wilkołaczka.

Jeden z reprezentantów tego gatunku doprowadza do awarii na torach. Pociąg gwałtownie stanął i ani rusz. Wkrótce ofiarą stwora pada maszynista wysłany na rozeznanie terenu. Wodze przejmuje więc młody konduktor. To on wspólnie z ‘pociągową odmianą stewardessy’ stara się ogarnąć sytuację. Histeria jaka ogrania nielicznych pasażerów nocnego kursu wcale w tym nie pomaga. Jednak prawdziwa jazda zacznie się gdy pod naciskiem pasażerów konduktor postanawia otworzyć drzwi i pozwolić ludziom wyjść na zewnątrz. Jak się można domyśleć przyczajony wilkołak tylko na to czeka.

Od tego miejsca tajemnica przestaje być tajemnicą. Wkrótce zagrożenie zostanie nazwane po imieniu, a próby odparcia ataku staną się jeszcze bardziej desperackie.

howl

Jeśli miałbym być bardzo surowa oceniłabym ten film raczej nisko. Głównie ze względu na jego przewidywalność i mało pomysłowe podejście do zagadnienia wilkołactwa. Jednakże pomimo tych wad obraz oglądało mi się dobrze. Zapewne duża w tym zasługa nastroju, który udało się zbudować w pierwszej partii filmu.

Dobre zdjęcia, scenografia, sposób operowania światłem, udźwiękowienie, no i aktorstwo. Wszytko to odnotowuję na plus, jednak scenariusz, ba, już sam pomysł na fabułę jest w gruncie rzeczy taki sobie i jeśli Wasze oczekiwania są wyższe to z pewnością się zawiedziecie. Zabrakło tu polotu.

Moja ocena:

Straszność:2

Klimat:7

Fabuła:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 2/10

Niefortunne położenie

Curve (2015)

curve

Mallory jest przyszłą, szczęśliwą panną młodą i właśnie zmierza autem do swojego narzeczonego. Pojawia się problem z samochodem, który szczęśliwie szybko rozwiązuje napotkany na bezludziu turysta Christian. Kobieta w ramach wdzięczności proponuje gościowi podwózkę. Miła pogawędka w czasie jazdy kończy się wraz z jednym zapowiadającym katastrofę zdaniem, które pada z ust przystojnego Christiana.

Nasz czaruś okazuje się bowiem pospolitym sodomitą. W akcie desperacji Mallory zjeżdża autem z drogi. Teraz jest w pułapce. Nie może wydostać się z auta, a o jej położeniu wie tylko sodomita, który w ramach rekompensaty za jej nieostrożność ma zamiar rozkoszować się widokiem jej powolnej śmierci.

“Curve” to dość prosta historia, której tematem przewodnim jest nierówny pojedynek między silnym facetem a słabą kobietą. Mallory pada ofiarą uroku Christiana. Zaprasza go do swojego auta, a ten niczym wilk wyszczerza kły i już wiemy, że ma złe zamiary.

Mallory postanawia podjąć ryzyko powodując kraksę samochodem. Wie, że to jej jedyna szansa. Może szczęśliwie uda jej się przeżyć, a Christiana trafi szlag? A nawet jeśli nie, to szybka śmierć jest ostatecznie lepszą opcją niż tortury, które zapowiedział jej oprawca.

Problem w tym, że nie wzięła pod uwagę trzeciej opcji. Przeżyją oboje. Ona jest unieruchomiona we wraku auta, on wypadł na zewnątrz w wyniku zderzenia. On może się ruszać, ma się całkiem dobrze, ona skutecznie się zaklinowała.

Przez dłuższy czas, w zasadzie przez lwią część filmu widzimy zakleszczoną laskę i nabijającego się z niej niedoszłego oprawcę. Christian rozkoszuje się jej położeniem sugerując, że teraz jest zależna jedynie od jego dobrej woli.

W tym miejscu mamy sporą przestrzeń dla popisu wyobraźni twórcy, ten jednak nie wymyślił niczego nadzwyczajnego. Pozwolił mordercy odejść, zabawić się gdzie indziej i tylko od czasu do czasu napuszcza go na Mallory, generalnie tylko po to by sprawdzić, czy jeszcze żyje.

curve

curve

Przełomem jest nawałnica, która przechodzi nad rejonem, gdzie utknęła bohaterka. Tu przechodzimy na inny etap tej historii.

“Curve” jest filmem rozczarowującym. Nie jest filmem złym, ale ni rozwija skrzydeł. Fabuła drepcze w miejscu nie wychodzi po za schemat. Nawet punkt kulminacyjny, który następuje jest przewidywalny, na tyle, że cale nie trzeba śledzić rozwoju dalszych wydarzeń by domyślić się jak to się skończy. Trąci naiwnością.

Po twórcy takich obrazów jak “K-pax” czy “Klucz do koszmaru” spodziewałabym się o wiele więcej. Wiadomo, “K-pax” to wyższa połka, inny rodzaj filmu, ale nawet “klucz do koszmaru” mieszczący się w tym samym gatunku co “Curve” reprezentuje zupełnie inny poziom.

Przeciętna rozrywka.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10