Miesięczne archiwum: Listopad 2015

O prapsychologii

Alchemia. Wprowadzenie do symboliki i psychologii – Marie-Louise von Franz

alchemia

“Alchemia” to termin, który kojarzony jest głównie z prastarą nauką związaną z magią.

W swojej książce współpracownica Junga obala to przekonanie. Okazuje się bowiem, że alchemia jest swoistą prapsychologią i to z tą naukową dziedziną ma najwięcej wspólnego.

To wydanie książki zawiera dziesięć wykładów autorki, które ta wygłosiła w Szwajcarii w latach pięćdziesiątych i mimo tego, że nurt analityczny, ba, cała psychologia od tamtej pory poszła daleko do przodu, często zmieniając tor rozumowania, często odwracając się plecami do teorii Junga, to jej tezy nadal są aktualne i spokojnie można je odnieść do współczesnej analizy ludzkiej osobowości.

Sięgając po tą książkę trochę obawiałam się wodolejstwa, jakiś obłędnych wybiegów, bo znając teorie Junga, jego fascynację starożytnym pojmowaniem świata mogłam się spodziewać, że przygoda z tą książką skończy się na Olimpie;)

Okazało się, że uprzedzenia jakich nabawiłam się na studiach (nurt psychoanalityczny nie jest zbyt ceniony w Polsce) wprowadziły mnie w błąd w ocenie Jungowskich teorii.

Ta książka to takie sięgniecie do źródła psychoanalizy, psychologii w ogóle i jest doświadczeniem niezwykle ożywczym.

Polecam szczególnie psychologom przekonanym o słuszności jednego tylko nurtu poznawczo-behawioralnego;)

Marie bardzo ciekawie przedstawia zagadnienia chorób psychicznych, w zupełnie nie klinicznym wymiarze, co sprawia, ze nawet dla laika, który psychologię zna jedynie z kina czy lektury “Charakterów” może być początkiem głębszego zainteresowania tematem.

“Alchemia” uświadamia jak bardzo mało wiemy o samych sobie, jak wąsko pojmujemy własną naturę i pokazuje, że warto otworzyć swój umysł.

Czytając tą książkę podkreślałam całe fragmenty, czytałam je jeszcze raz odnosząc do tego o czym byłam świecie przekonana.

alchemia

Jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę, jak tylko przyjdzie mi do głowy, że już wszytko wiem;)

Jeśli chodzi o samo wydanie, to jest wzorowe. Twarda oprawa, treść uzupełniona i ilustracje, prezentuje się wybornie.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

http://www.zysk.com.pl/zapowiedzi

Muza artysty

Deep dark (2015)

deep dark

Hermann zawsze wiedział, że zostanie wielkim artystą. Jego dorosłe życie wskazywało jednak na to, że jego przekonanie o geniuszu jest mocno przesadzone. Instalacje, które tworzył i które szumnie mianował sztuką nie spotkały się z entuzjazmem krytyczki Devory.

Herman był jednak nieustępliwy toteż postanowił spróbować po raz kolejny. Na długie dwa tygodnie zamknął się w zrujnowanym mieszkaniu i zaczął tworzyć na nowo. Inspiracja przyszła do niego niespodziewanie, prosto z dziury w ścianie.

Hermann ze zdziwieniem odkrył, że za ścianą żyje kobieta. To ona podaje mu specyfik, który sprawia, że jego wena budzi się, a on tworzy coś co zaskarbia mu zachwyt nie tylko Devory ale i innych amatorów sztuki. Jego relacja z dziurą w ścianie wchodzi na coraz to wyższe poziomy, ale talent to brzemię, a noszenie go staje się dla Hermana coraz większym problemem.

deep dark

“Deep Dark” bardzo mile mnie zaskoczył. Wzięłam się za niego bez większego przekonania, bo uhonorowano go mianem czarnej komedii. Wg. nie ma w nim nic zabawnego. Faktem jest, że jeśli przeczytamy o facecie, który kopuluje z dziurą w ścianie, rozmawia z nią i przyjmuje od niej ‘magiczne fasolki’ można się uśmiechnąć, jednak po zapoznaniu się z tą historią perspektywa nieco się zmienia, bo w rzeczywistości mamy tu do czynienia z historią obłędu.

deep dark

Oczywiście to nie jedyna droga interpretacji, być może ktoś z widzów uzna, że ściana w mieszkaniu Hermana faktycznie posiadała jakieś niezwykłe właściwości i żyła własnym życiem.

Lubię filmy o szaleńcach, o szalonych artystach już w szczególności. Hermann jest przykładem na to, że posiadanie talentu ma swoje skutki uboczne. Życie mężczyzny przed spotkaniem z inspirującą dziurą może nie przypominało sielanki, nie dawało mu spełnienia jednak w chwili, gdy fortuna się do niego uśmiechnęła, nastąpił progres, jego życie zaczęło przypominać sen wariata. Był całkowicie zależy od kaprysu dziury i w żaden sposób nie potrafi wyrwać się z tej matni. Ostatecznie stwierdza, że wcale nie chce się wyrwać. Między nim, a źródłem jego inspiracji tworzy się osobliwa więź.

Dla mnie historia artysty i jego dziury w ścianie była ciekawym doświadczeniem. Jest to bardzo dziwny film i tak naprawdę to nie wróżę mu dużego sukcesu komercyjnego. To coś dla amatorów wariackich tematów.

deep dark

Nie widziałam żadnego innego filmu Michaela Medaglia więc ciężko mi ocenić jego potencjał. Patrząc tylko na ten jeden film myślę, że facet ma ciekawe pomysły i dobrze radzi sobie z ich realizacją. Do roli Hermana wybrał przekonującego aktora, podobnie zadbał o klimat swojej opowieści tworząc wokół niej aurę mrocznego szaleństwa.

Elementów stricte horrorowych jest mniej więcej tyle co komediowych. Ja ten film określiłabym raczej dramatem psychologicznym z elementami groteski.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

To coś:8

Oryginalność:9

69/100

W skali brutalności: 1/10

Potworne małżeństwo

I Married a Monster from Outer Space/

Wyszłam za kosmicznego potwora (1958)

kosmiczny potwor

Wracając ze swojego wieczoru kawalerskiego spędzonego wraz z kumplami, Bill napotyka na drodze coś co wygląda na ofiarę wypadku. Gdy mężczyzna opuszcza auto by sprawdzić kto leży na środku jezdni z pobocza wyłania się  coś, co swoim wyglądem wprawia Billa w osłupienie. Już po chwili owe coś roztacza nad mężczyzną siwą mgłę i ten znika.

Nazajutrz, w dniu ślubu nieomal spóźnia się na własną ceremonię. Jego narzeczona jest bardzo zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem. To dopiero początek, bo piękna Marge nie wie, że w rzeczywistości poślubia kosmicznego potwora bez żadnych ludzkich uczuć.

kosmiczny potwor

Do seansu z filmem Gene Flower’a przekonał mnie – po za rocznikiem produkcji- opis fabuły wskazujący na duże podobieństwo tego dzieła ze słynną “Inwazją porywaczy ciał”, która po raz pierwszy został przeniesiona na ekran w dwa lata przed premierą “Wyszłam za kosmicznego potwora”. I miałam rację, to filmy bardzo pokrewne.

Obydwa bardzo przypadły mi do gustu, co tylko potwierdza, że moje polowania na czarno- białe filmy grozy są warte fatygi, mimo iż zapewne niewielu z Was podziela mój zapał.

To film nakręcony w czasach zimnej wojny, więc zapewne miłośnicy drugiego dna znajdą tu wiele odwołań politycznych, jednak ten film jest przede wszystkim niegłupią rozrywką. Fabuła jest zbudowana w ciekawy sposób, tak by znalazło się miejsce na drobny dreszczyk.

Mogę się tylko domyślać jaką rekcję mogły kiedyś wzbudzać w widzach niektóre sceny z użyciem efektów specjalnych. Nie mamy ich tu co prawda zbyt wiele, bo w tamtych czasach nawet Hollywood zdawał sobie sprawę z tego, że nie samymi efektami widz żyje.

kosmiczny potwor

Podobała mi się scena na drodze kiedy Bill wpada na kosmitę. Kreacja potwora jest naprawdę ciekawa, choć na pewno niektórzy z Was zareagują gromkim śmiechem.Śmiech nie jest tu z resztą zakazany, twórcy często puszczają oko do widza, nie zabraknie tu sytuacji zabawnych nieprzypadkowo.

Historia jak wspomniałam ma bardzo wiele wspólnego z tą opisaną w powieści i przedstawioną w rozlicznych ekranizacjach “Inwazji porywaczy ciał”. Mamy tu bowiem do czynienia z kosmicznymi wędrowcami, którzy trafiają na ziemię i aby móc egzystować w społeczeństwie wykorzystują ciała ludzi, przejmują ich tożsamość, a nawet wspomnienia. Kłopot w tym, że nie potrafią przejąć strefy emocjonalnej, tak ważnej dla każdego ziemianina.

Wszytko zaczyna się od Billa. Jednak wkrótce szeregi kosmicznych potworów są zasilane przez większą ilość mieszkańców niewielkiego miasteczka.

Ich zachowanie jest na tyle podejrzane, że otoczenie orientuje się w sprawie i dochodzi do konfliktu. My jednak skupiamy się na obserwacjach Marge, która bodajże jako pierwsza zauważa zmianę w zachowaniu swojego ukochanego i zmiana ta bardzo ją niepokoi. Można się tu doszukiwać aluzji do relacji damsko męskich, bo kosmiczne potwory traktują ziemianki jedynie jako reproduktorki, ci mężczyźni nie posiadają uczuć.

kosmiczny potwor

Jeśli chodzi o kwestie realizacyjne, to powiem tak, trzeba to lubić. Jeśli ktoś ne czuje klimatu czarno białego kina w żaden sposób nie będę w stanie go do tego przekonać.

Dziś to już klasyczny film, choć sam nawiązuje do jeszcze starszej klasyki. W wielu scenach pojawiają się migawki jeszcze starszych horrorów. Jest Godzilla, jest King Kong, jest Dracula.

Na mój gust, świetna robota.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa: 8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Zaskoczenie:4

Oryginalność:6

to coś:7

65/100

W skali brutalności:0/10

O wilkołaku, który jeździł koleją

Howl (2015)

howl

Awaria w nocnym pociągu powoduje postój na odludziu. W pociągu stojącym w środku lasu spotykają się pasażerowie i obsługa by wspólnie stawić czoła intruzowi, który próbuje wedrzeć się do środka i rozszarpać wszystkich na strzępy. Tym intruzem jest znany z legend wilkołak. Skąd się wziął? Nie wiadomo, pewnym jest, że spotkanie z nim skończy się źle.

Oto nowy brytyjski straszak o wilkołaku. Jego reżyser jest znany między innymi z filmu “Seasoning house“, lecz brał też udział w wielu innych projektach, choć niekoniecznie jako przywódca całego zamieszania.

“Howl” w początkowej partii wzbudził we mnie spore nadzieje. Podobają mi się obrazy oparte na schemacie ‘zamknij ludzi w jednym pomieszczeniu, nie daj drogi ucieczki i wystrasz jak skurwysyn’.

howl

Nocny pociąg to dobra lokacja dla filmu grozy. Otaczający go ciemny bór to dodatkowy plus, teraz czas na wprowadzenie antagonisty. Tu wybór padł na klasykę, czyli wilkołaczka.

Jeden z reprezentantów tego gatunku doprowadza do awarii na torach. Pociąg gwałtownie stanął i ani rusz. Wkrótce ofiarą stwora pada maszynista wysłany na rozeznanie terenu. Wodze przejmuje więc młody konduktor. To on wspólnie z ‘pociągową odmianą stewardessy’ stara się ogarnąć sytuację. Histeria jaka ogrania nielicznych pasażerów nocnego kursu wcale w tym nie pomaga. Jednak prawdziwa jazda zacznie się gdy pod naciskiem pasażerów konduktor postanawia otworzyć drzwi i pozwolić ludziom wyjść na zewnątrz. Jak się można domyśleć przyczajony wilkołak tylko na to czeka.

Od tego miejsca tajemnica przestaje być tajemnicą. Wkrótce zagrożenie zostanie nazwane po imieniu, a próby odparcia ataku staną się jeszcze bardziej desperackie.

howl

Jeśli miałbym być bardzo surowa oceniłabym ten film raczej nisko. Głównie ze względu na jego przewidywalność i mało pomysłowe podejście do zagadnienia wilkołactwa. Jednakże pomimo tych wad obraz oglądało mi się dobrze. Zapewne duża w tym zasługa nastroju, który udało się zbudować w pierwszej partii filmu.

Dobre zdjęcia, scenografia, sposób operowania światłem, udźwiękowienie, no i aktorstwo. Wszytko to odnotowuję na plus, jednak scenariusz, ba, już sam pomysł na fabułę jest w gruncie rzeczy taki sobie i jeśli Wasze oczekiwania są wyższe to z pewnością się zawiedziecie. Zabrakło tu polotu.

Moja ocena:

Straszność:2

Klimat:7

Fabuła:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:4

50/100

W skali brutalności: 2/10

Niefortunne położenie

Curve (2015)

curve

Mallory jest przyszłą, szczęśliwą panną młodą i właśnie zmierza autem do swojego narzeczonego. Pojawia się problem z samochodem, który szczęśliwie szybko rozwiązuje napotkany na bezludziu turysta Christian. Kobieta w ramach wdzięczności proponuje gościowi podwózkę. Miła pogawędka w czasie jazdy kończy się wraz z jednym zapowiadającym katastrofę zdaniem, które pada z ust przystojnego Christiana.

Nasz czaruś okazuje się bowiem pospolitym sodomitą. W akcie desperacji Mallory zjeżdża autem z drogi. Teraz jest w pułapce. Nie może wydostać się z auta, a o jej położeniu wie tylko sodomita, który w ramach rekompensaty za jej nieostrożność ma zamiar rozkoszować się widokiem jej powolnej śmierci.

“Curve” to dość prosta historia, której tematem przewodnim jest nierówny pojedynek między silnym facetem a słabą kobietą. Mallory pada ofiarą uroku Christiana. Zaprasza go do swojego auta, a ten niczym wilk wyszczerza kły i już wiemy, że ma złe zamiary.

Mallory postanawia podjąć ryzyko powodując kraksę samochodem. Wie, że to jej jedyna szansa. Może szczęśliwie uda jej się przeżyć, a Christiana trafi szlag? A nawet jeśli nie, to szybka śmierć jest ostatecznie lepszą opcją niż tortury, które zapowiedział jej oprawca.

Problem w tym, że nie wzięła pod uwagę trzeciej opcji. Przeżyją oboje. Ona jest unieruchomiona we wraku auta, on wypadł na zewnątrz w wyniku zderzenia. On może się ruszać, ma się całkiem dobrze, ona skutecznie się zaklinowała.

Przez dłuższy czas, w zasadzie przez lwią część filmu widzimy zakleszczoną laskę i nabijającego się z niej niedoszłego oprawcę. Christian rozkoszuje się jej położeniem sugerując, że teraz jest zależna jedynie od jego dobrej woli.

W tym miejscu mamy sporą przestrzeń dla popisu wyobraźni twórcy, ten jednak nie wymyślił niczego nadzwyczajnego. Pozwolił mordercy odejść, zabawić się gdzie indziej i tylko od czasu do czasu napuszcza go na Mallory, generalnie tylko po to by sprawdzić, czy jeszcze żyje.

curve

curve

Przełomem jest nawałnica, która przechodzi nad rejonem, gdzie utknęła bohaterka. Tu przechodzimy na inny etap tej historii.

“Curve” jest filmem rozczarowującym. Nie jest filmem złym, ale ni rozwija skrzydeł. Fabuła drepcze w miejscu nie wychodzi po za schemat. Nawet punkt kulminacyjny, który następuje jest przewidywalny, na tyle, że cale nie trzeba śledzić rozwoju dalszych wydarzeń by domyślić się jak to się skończy. Trąci naiwnością.

Po twórcy takich obrazów jak “K-pax” czy “Klucz do koszmaru” spodziewałabym się o wiele więcej. Wiadomo, “K-pax” to wyższa połka, inny rodzaj filmu, ale nawet “klucz do koszmaru” mieszczący się w tym samym gatunku co “Curve” reprezentuje zupełnie inny poziom.

Przeciętna rozrywka.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Potwory nie potworne

Freaks/ Dziwolągi (1932)

freaks

Objazdowy cyrk dziwów Madame Tetrallini zarabia na szokowaniu obywateli, spragnionych mocnych wrażeń.

Nie chodzi tu tylko o siłaczy i akrobatów, główną atrakcją cyrku dziwów są ludzie pokrzywdzeni przez naturę, cierpiący na wszelakie wrodzone przypadłości objawiające się anomaliami w budowie ciała.

Spotkamy tu kobietę z brodą, człowieka -kadłubka pozbawionego wszystkich kończyn poruszającego się ruchem wężowym, człowieka bez nóg chodzący na rękach,Hermafrodytę, kobiety dotknięte deformacjami czaszki,mężczyznę o zdeformowanych rękach, karły i co tylko dusza zapragnie.

Wszyscy oni zepchnięci na margines społeczny tworzą swoją własną społeczność. Mają swoje własne problemy, z którymi radzą sobie wg. swoistego kodeksu dziwolągów. Z jedną z takich historii, o zemście dziwolągów mamy do czynienia w legendarnym filmie Toda Browninga.

freaks

“Dziwolągi” to bardzo głośny film. Przez trzydzieści lat był zakazany w większości krajów, a jego premiera w Stanach położyła się cieniem na karierze reżysera “Draculi” z Bellą Lugossim.

Browning do swojego projektu zatrudnił bowiem prawdziwe dziwolągi. Nie posłużył się charakteryzacją. Większość ekipy filmowej stanowili wyłapani w słynnych cyrkach dziwów okaleczeni ludzie. Nakręcił więc horror do bólu prawdziwy.

Każdy kto zna biografie pierwszego odtwórcy roli Hrabiego Draculi wie, że ten reżyser oczekiwał od obsady autentyczności o poziomie dziś niespotykanym w kinie.

Stąd szok i oburzenie publiczności, która mimo iż ochoczo toleruje tanią groteskę chce mieć pewność, że fikcja pozostanie w świecie fikcji.

Fabuła filmu opiera się na retrospekcji. Przewodnik oprowadzający tłumek gapiów po muzeum potworów snuje opowieść o jednym z nich. Jest nim, a raczej była ‘królowa przestworzy’ akrobatka zwana Kleopatrą. Piękna i zepsuta kobieta, rezydentka cyrku dziwów, rozkochała w sobie karła Hansa by uśmiercić go i przejąć jego majątek.

freaks

Szczęśliwie przyjaciele Hansa w porę ratują rozkochanego mężczyznę i wymierzają Kleopatrze karę w sposób najdotkliwszy z możliwych- czyniąc ją jedną z nich – dziwolągiem.

Walorów czysto horrorowych we współczesnym ich rozumieniu nie uświadczymy tu zbyt wielu – Jeśli nie liczyć samego widoku upośledzonych genetycznie ludzi i jednej sceny finałowej, gdy widzimy jak nocą w strugach deszczu dziwolągi napadają na chciwą piękność.

Dziś “Freks” nikogo nie z szokuje do tego stopnia, co w początku ubiegłego wieku. Dziś znamy medyczne uzasadnienia schorzeń jakie powodowały taki a nie inny efekt wizualny, możemy więc szok przełożyć na racjonalizm.

We mnie ta historia wzbudziła raczej współczucie, choć nie da się ukryć ze pokrzywdzeni przez los mutanci potrafili działać brutalnie. Pojawia się jednak pytanie, czy to natura uczyniła ich potworami, czy bezwzględność otoczenia?

W filmie pojawia się masa scen jednoznacznie pokazująca położenie grupy dziwolągów. Ukazanie losu takich osób było chyba nadrzędnym celem twórcy filmu, mimo iż jego chęci zostały odebrane, tak a nie inaczej.

Jeśli jesteście fanami serialu “American Horror story”, szczególnie sezonu “Freakshow” z pewnością po seansie z “Dziwolągami” zauważycie jak mocno twórcy serialu czerpali z historii jaką opowiada film Toda Browininga. Postaci dziwadeł, które pojawiają się w serialu zostały skrojone na wzór i podobieństwo tych w starym dreszczowcu.

freaks

“Freaks” polecam całym sercem. Miłośnicy starego kina grozy dostaną tu to czego oczekują. Jest klimat, jest historia, są wrażenia wizualne i morał do przemyślenia. To dobry, a nawet bardzo dobry film.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:10

Aktorstwo:10

Oryginalność:9

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

Strażnik drzew

Guardian/ Strażnik (1990)

guardian

Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu na przedmieściach Los Angeles. Ich rodzina właśnie się powiększyła i w związku z tym postanawiają zatrudnić opiekunkę dla nowo narodzonego synka. Wybór pada na Camillę, urodziwą, oddaną pracy młoda kobietę. Małżonkowie nie podejrzewają jej o złe zamiary wobec ich dziecka, a jednak…

Fani filmowej jakości jaką oferuje William Friedkin, rezyser “Egzorcysty” z pewnością już znają “Strażnika”. Ja sama pamiętam go z dzieciństwa i mimo iż jako całość nieszczególnie zapadł mi w pamięć, to rozpoznałam kilka bardziej charakterystycznych scen.

Fabuła “Guardian” nie jest zaskakująca. Widz bardzo szybko zostaje poinformowany o zagrożeniu, jakie ma stanowić młoda niania. Przesłanki są czytelne i wskazują na paranormalną naturę zagrożenia.

guardian

Właśnie w tym miejscu występuje kilka wspomnianych przeze mnie charakterystycznych scen. Mimo iż film nie cechuje się dużą dozą brutalności, to jednak takich mocniejszych smaczków nie zabraknie. Użyto tu też efektów specjalnych, w mojej ocenie całkiem dobrych.

Wiele z filmowych wydarzeń rozgrywa się w lesie, bowiem pewno drzewo za domem małżeństwa ma dla młodej niani szczególne znaczenie- jakie, nie będę Wam zdradzać.

guardian

Zaznamy tu kilku scen rodem z “Evil dead” z ożywającymi konarami drzewa. Dużym plusem jest nastrój filmu budowany za sprawą synchronizacji zdjęć o określonej kolorystyce z nieco upiorną muzyczką.

guardian

Wartościowa wydaje się też kreacja naszej antybohaterki. Jej uroda ma w sobie jakąś groźbę, o której skuteczności ma okazje przekonać się kilku bohaterów pobocznych. Celem Camilli jest jednak dziecko.

Zanim świeżo upieczeni rodzice zorientują się w sprawie zostaną zarzuceni wieloma poszlakami. Widz, uprzednio znając zamiary niani może kibicować bohaterom pozytywnym i cierpliwie czekać aż spadną im łuski z oczu. To typowe dla filmów grozy z lat ’90. W ten sam sposób śledzimy wydarzenia w chociażby “Ręce nad kołyską”.

Dla fanów horrorów z tamtego okresu “Strażnik” będzie praktycznie pewniakiem.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:8

Walory techniczne:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10

Książki, które niosly śmierć

Znalezione nie kradzione – Stephen King

znaezione nie kradzione

No, i znowu King.

I tym razem wybrałam coś z nowszych powieści Stephena. Miałam zamiar wziąć się za “Pana Mercedesa”, ale w ręce wpadło mi “Znalezione nie kradzione”. Generalnie te powieści mają wspólne wątki,mówi się nawet, że są częściami trylogii z motywem detektywistycznym za sprawą postaci Billa Hodgesa, który pojawia się w obydwu powieściach.

Historia z “Znalezione nie kradzione” jest opowieści o miłości do literatury. Miłości iście opętańczej. Taką miłością ogarnięty jest Steven Rothstein, pisarz któremu ‘krytyka włazi w dupę i zgarnia wszelkie możliwe nagrody’. Tak było kiedyś. Teraz jest osiemdziesięcioletnim starcem, który kompulsyjnie zapełnia notatniki tworząc wciąż nowe historie, ale wcale nie chcąc by ujrzały światło dzienne.

Pewnego dnia w jego sypialni zjawia się trzech włamywaczy. Jeden z nich rzecz: Pobudka geniuszu i to jest początek końca. Zabija pisarza. Być może dlatego, że stawiał opór sprawcom, celowo ich wkurwiał, a może zamaskowany Morris Bellamy od początku miał zamiar zabić pisarza tak, jak ten uśmiercił  ducha w jednej z najsłynniejszych literackich postaci- Jimmym Goldzie.

Morris też opętańczo kocha literaturę. Utożsamia się z fikcyjną postacią młodego buntownika o nazwisku Gold, którego wiele lat temu stworzył Rothstein. Nie może mu darować, że ten w ostatnim tomie trylogii sprowadził Jimmiego na ziemię. uczynił go jednym z maluczkich, który goni za złota monetą i nie jest już ani fascynujący ani inspirujący. To złamało serce Morrisa. W sejfie w domu pisarza włamywacze odnaleźli kasę i notatniki. Morris postanawia je ukryć do momentu aż sprawa morderstwa przycichnie i powrócić do nich z nadzieją, że znajduje się w nich dalszy ciąg historii Jimmyego.

Nie będzie miał okazji jej poznać, bo wkrótce wyląduje w więzieniu za gwałt po pijaku, a zakopany skarb znajdzie ktoś inny.

Nastoletni Peter również kocha literaturę i pokocha ją jeszcze bardziej gdy przeczyta notesy Rothsteina. To przypieczętuje jego los.

“Znalezione nie kradzione” bardzo przypomina mi “Misery“. Oczywiście jest to powieść zupełnie innego rodzaju. “Misery” była krwawa, ostro psychologiczna i mocna. W porównaniu z nią “Znalezione nie kradzione” to poczytanka dla dzieci. Łączy jej jednak wątek miłości do książki, wpływu jaki kultura popularna tj. bestsellery czytelnicze mają na odbiorców. Ot, mówią o tym jak człowiekowi może odpierdolić, jeśli zbyt mocno zwiążę się z fikcją. W obydwu przypadkach pisarz pada ofiarą psychicznego sprawcy, który czuje się urażony tym jak potoczyły się losy literackiego bohatera. Urażony to delikatnie powiedziane. Literatura może zabijać.

King jak zawsze świetnie prowadzi watki obyczajowe. Tworzy niebanalne postaci i z lekkością snuje historie ich losów jakby jedynie je opisywał, a nie z mozołem składał i tworzył.

“Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem a nie Bogiem.”

Po za wątkiem niesławnego przestępcy pojawia się tu historia chłopca, którego rodzina się rozpada. Rozpada się z powodu problemów finansowych. Z nieba spada mu rozwiązanie. Zakopany skarb, czyli pieniądze ukryte przez morderce. Peter wykorzystuje je by ratować domowy mir. Robi to w sposób sprytny i przemyślany. Niestety nastaje dzień, w którym pieniądze się kończą, a na wolność wychodzi Bellamy. Drogi dwóch miłośników książek Rothsteina skrzyżują się. W tym też momencie pojawia się wątek detektywa, który występuje w “Panu Mercedesie”.

Moje ogólne wrażenia są pozytywne, choć nie uważam tej książki za czołową w dorobku Kinga. Wątki obyczajowe są wielce interesujące, gorzej z tymi kryminalnymi. Jakoś mnie nie porwały. Postać Billa Hodgesa wydała mi się strasznie nijaka na tle pozostałych, o wiele barwniejszych bohaterów i do prawy nie wiem z jakiej okazji można by poświęcić mu całą trylogię.

Moja ocena:6+/10

Zapomniałam

Niezapominajka/ Forget me not (2009)

forget me not

Sandy ma grono oddanych przyjaciół, fajnego chłopaka i widoki na przyszłość. Pewnego dnia podczas niewinnej zabawy z przyjaciółmi spotyka tajemniczą dziewczynę. Panna przyłącza się do zabawy na cmentarzu, lecz nie oczekiwanie znika. Sandy i jej kumple początkowo są przejęci sprawą, ale szybko o niej zapominają.

Z czasem zapominają o coraz większym gronie osób, gdy szeregi kumpli głównej bohaterki przerzedzają się za sprawą złowrogich widm, z których istnienia zdaje sobie sprawę tylko ona. Jej bliscy zachowują się jakby nic się nie stało, jakby kolejno znikające osoby nigdy nie istniały.

Mój pierwszy seans z “Forget me not” odbył się jakieś wieki temu. No, może przesadzam, nie wieki, bo to stosunkowo nowy film.

Przy pierwszym spotkaniu wypadł jakby lepiej, może dlatego, że nie prowadziłam wówczas bloga i nie oglądałam go z zamiarem napisania recenzji, a wierzcie mi, to zupełnie inny rodzaj oglądania. Tym razem bardziej zwracałam uwagę na detale i muszę przyznać, że wiele rzeczy w tym tworze kole w oczy. Jednak moje ogólne wrażenia nadal odnotowuje na plus.

forget me not

Podobał mi się sam pomysł. Jest bardzo ciekawy. Motyw przewodni, czyli tajemnicze śmierci i niewytłumaczalne zbiorowe amnezje, jest klawy.

Wszystko zdaje się sprowadzać do owej niewinnej zabawy na cmentarzu i rymowanki, którą w trakcie niej się recytuje. “Czas twoją duszę wymazuje”…  W realnym świecie, wśród nastoletnich przyjaciół głównej bohaterki zdaje się spełniać złowroga klątwa tkwiąca w zabawie. Coś wymazuje ich dusze. Jak? Dlaczego? Niespodzianki na koniec.

I co jeszcze muszę Wam powiedzieć gwoli zachęty, nie jest to teen slasherhappy endem.

Teen slasherem jednak jest i w związku z tym podlega pewnym schematom. Temu zaprzeczyć się nie da. W dużej mierze opiera się na eliminacji kolejnych postaci, jednak towarzyszy temu tajemnicza otoczka.

Gdyby nieco dopracować widmową postać porywającą kumpli Sandy było by całkiem fajnie. Niestety budżet debiutantów nie pozwolił zaszaleć, a ewidentny brak doświadczenia w produkcji filmowej nie pomógł w stosowaniu alternatywnych rozwiązań.

forget me not

Ogólnie od strony technicznej film wypada bardzo blado. Aktorstwo jest bardzo słabe, egzaltacja wylewa się z młodych bohaterów całymi wiadrami, a prezentowanie skrajnych emocji  wychodzi im bardzo nieporadnie. No, może po za odtwórczynią głównej roli, ta jeszcze jako tako daje rade, ale generalnie zlewa się z niskim poziomem aktorstwa.

Ogólny klimat opowieści nie wiem czemu skojarzył mi się z “Koszmarem z ulicy wiązów”. Wiem, wielka rzecz, duży ukłon, ale nie potrafię Wam tego racjonalnie uzasadnić, więc możecie spokojnie zignorować to wynurzenie.

Mimo iż cały pomysł przypadł mi do gustu i uważam go za dość oryginalny to nie zabraknie w nim pewnych luk, i nonsensów, co też ochoczo zrzucę na brak doświadczenia twórców.

Jest to horror ewidentnie z pod znaku ghost story, ale jego kompilacja ze slasherem zapewnia sporo scen, że tak powiem brutalnych. Może nie jakoś ekstremalnie, ale spokojnie mogę powiedzieć, że trup ściele się gęsto.

Może zobaczycie coś w tym filmie, może nie. Mnie pomimo znacznie ilości wad się podoba.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Oryginalność:6

To coś:6

Aktorstwo:5

Walory techniczne:5

58/100

W skali brutalności:2/10

Dom z krwi

Crimson Peak/ Wzgórze krwi (2015)

crimson peak

Edith, młodziutka córka Nowojorskiego przedsiębiorcy marzy o zostaniu pisarką pokroju Mary Shelley. Na własnej skórze doświadczyła tego co nazywamy zjawiskami paranormalnymi toteż jej wrażliwa dusza chce podzielić się owymi wrażeniami z czytelnikami. Wrażliwa dusza jest też sprawcą nagłego wybuchu namiętności w kierunku zubożałego szlachcica który przybywa z Anglii by przekonać jej ojca do wspólnych interesów.

Gdy ojciec umiera dziewczę wpada w ramiona ukochanego Thomasa i wybywa wraz z nim do miejsca noszącego wdzięczną nazwę Wzgórze krwi. Znajdująca się pod zrujnowaną acz nadal dostojną posiadłością Thomasa i jego siostry kopalnia gliny sprawia iż ziemia barwi się tam na kolor krwistej czerwieni. Kiedy Edith poznaje bliżej swojego męża i jego historię odkrywa, że nazwa Wzgórze Krwi pasuje do tego miejsca także z kilku innych powodów…

crimson peak

“Crimson Peak” to nowy horror w reżyserii Guillermo del Toro. Pracowity Hiszpan ostatnimi czasy skupiał się na produkcji popularnego, przynajmniej w Stanach, serialu o wampirach, “Wirus”, jednak jak widać nie zamierza rezygnować z dużego ekranu. W najbliższych latach możemy się spodziewać z jego strony jeszcze przynajmniej dwóch ciekawych projektów, na którymi także pracuje i kolejnego serialu.

Oglądając “Wzgórze krwi” nie zdawałam sobie sprawy z tego, kto jest jego twórcą. Jak to ja;) Jednak rozpoznałam Guillermo po jednej scenie z duchem, w którym widzimy jak z rany na czole umarlaka sączy się krew, w bardzo charakterystyczny sposób, przypominając raczej unoszącą się w niebo smugę czerwonego dymu. Pomyślałam, że albo ktoś bezczelnie rżnie z “Kręgosłupa diabła“, albo to nowy film del Toro.

“Wzgórze krwi” spodobało mi się praktycznie od pierwszych scen. Uwielbiam horrory kostiumowe, rozgrywające się na przełomie XIX i XX wieku.

Del Toro czaruje widza wizualnie. Jego film przypomina przedstawienie iluzjonisty. Świetnie oddaje klimat czasów Poego, Dickensa, Lovecrafta.

Początkowo akcja rozgrywa się w Nowym Yorku gdzie poznajemy Edith Cushing. Nazwisko skojarzyło mi się jednym z czołowych aktorów Hamera, ale pewnie użyto go przypadkowo.

Młode dziewczę wyznaje widzom, że w dzieciństwie odwiedził ją duch matki przestrzegając przed tytułowym “Wzgórzem krwi”. Jednak zapomina o tym i poznając Thomasa, zakochując się w nim i przeprowadzając się do mglistej Anglii nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej życie jest zagrożone. Przedstawiona tu historia nosi znamiona klasycznego gotyckiego romansu, gdzie bladolica dama oddając się w objęcia miłości trafia wprost do mrocznej krypty, gdzie duchy poprzednich lokatorek próbują objawić jej straszliwą prawdę o jej położeniu.

crimson peak

W roli bladolicej damy doskonale sprawdziła się Mia Wasikowska słynąca ze swojej wiktoriańskiej urody. Lubię na nią patrzeć. Jej podejrzany ukochany to również znany z ról w filmach kostiumowych i kinie grozy Tom Hiddleston, ostatnio widziany w towarzystwie jasnowłosej wampirzycy w filmie “Tylko kochankowie przeżyją“.

W domu na krwawym wzgórzu po za małżonkami, duchami i widmami, mieszka także siostra Thomasa i jej rola w całej intrydze może mile zaskoczyć widza.

Fabula jednak nie jest tym czym ten film powinien najbardziej się chwalić. Wg. mnie w pewnym momencie scenariusz traci impet i zaczyna kręcić się w kółko i po prostu męczyć. Gama uczuć odgrywana przez aktorów jest mocno ograniczona i naznaczona dużą dozą egzaltacji. 

Dla mnie najlepsza była jednak oprawa. Iluzja operatorska, doskonałe efekty i rewelacyjna scenografia. Na domostwo na krwawym wzgórzu wręcz nie mogłam się napatrzeć. Każdy kąt tego domu był majstersztykiem, a ziejąca dziura w suficie, przez którą wpadał śnieg z miejsca skojarzyła mi się w domem szalonej Nory Dinsmoor w “Wielkich nadziejach” ’98.

crimson peak

Gra świateł, cieni, nasycona kolorystyka. To wszytko robi kolosalne wrażenie. To jest film do oglądania w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jego horrorowe walory opierają się na gotyckim klimacie, nie jest film nastawiony na przerażanie w taki sposób w jaki robią to mainstreamowe horrory.

Moja ocena:

Straszność:3

Klimat:9

Napięcie:5

Fabuła:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 1/10