Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Paranormal Activity: uśmiercenie serii

Paranormal Activity: The Ghost Dimension/ Paranormal Activity: Inny wymiar (2015)

pa6

Rodzina Ryana i Emily wraz z małą córeczką wprowadza się do okazałego domu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Z tej świątecznej okazji z wizytą wpada także brat pana domu, Mike. Bracia szperając w rzeczach dawnych lokatorów znajdują stary sprzęt do nagrywania i sporo taśm z domowymi filmami.

Kiedy chłopcy bawią się kamerą odkrywając jej niezwykłe właściwości, najmłodsza lokatorka, mała Leila nawiązuje znajomość ze starym, dobrym Toby’m, demonem, który obecny jest we wszystkich odsłonach serii „Paranormal Activity„.

W domu zaczyna się źle dziać, a bracia ze zgrozą odkrywają, że taśmy w których posiadanie weszli są relacją z przed lat kiedy to dwie małe dziewczynki Kate i Kristy  były poddawane podejrzanym zabiegom sekty wyznającej diabła. Wszystko wskazuje na to, że ich rodzina będzie kolejną ofiarą nawiedzenia.

Dali by już spokój z tą serią, bo zaczynają być żałośni. Tak naprawdę cała formuła wypaliła się po dwóch pierwszych ‚odcinkach’, choć na plus odnotowuję również azjatycką odsłonę drugiej części.

To właśnie nieszczęsna trójka’, od której wszytko zaczęło się psuć jest punktem wyjściowym dla fabuły… ‚szóstki’, tak, „Inny wymiar” to już część szósta. I chyba ta liczba podkusiła twórców do zabawy w przywoływanie diabła. Wprowadzili nam tu jakąś porąbana sektę, której członkinią jest babcia znanych z trzeciej części małych Katie (opętanej numer 1) i jej siostry Kristy (P.A. 2). Z nagrań jakie znajdują nowi lokatorzy dawnej siedziby sekty, Mike i Ryan dowiadują się, że małe dziewczynki były wykorzystywane do rytuału przywołania diabła i co gorsza ów rytuał ma związek z córeczką Ryana i Emilly, Leilą.

pa6

Jak widać, demon to za mało, trzeba ściągnąć całą sektę, zorganizować przejście do innego wymiaru, zwykła kamerę zastąpić kamera widząca byty astralne, a cały obraz podać w 3D.

Fakt, że ten film nakręcono z myślą o efekcie 3D jest chyba w tym wszystkim zwieńczeniem desperacji twórców. Paradokument w 3D? Przecież oficjalnie atutem formuły found footage jest niedoskonałość obrazu, mamy się bać tego czego nie widać. Na tym też opierała się siła pierwszej części, to całe wpatrywanie się w każdy kadr, szukanie tego co nadnaturalne na wizji. Tu mamy mało, że kamerę, która pokazuje nam demona w całej okazałości, to jeszcze zostaje to podkreślone efektem 3D.

Mogę powiedzieć tylko tyle, że seria „Paranormal Activity” umarła.

Ale tak to właśnie jest. Nakręcić coś dobrego, a później rzucić to na pożarcie rządnym pieniędzy montażystom z reżyserskimi aspiracjami.

Nie udało mi się w tym filmie znaleźć praktycznie żadnych zalet jeśli chodzi o jego formę. Jeśli miałabym być łaskawa to przez pierwsze dwie sceny kontrastowanie ze sobą obrazu ze zwykłej kamery i z kamery widzącej demony daje niepokojący efekt. Tu jest, a tu nie ma. Jednak z czasem, gdy demon staje się coraz bardziej widoczny – rośnie w siłę – żaden efekt już nie pomoże.

pa6

Pomysł na fabułę jest już kompletna porażką i niejako pogrzebuje wszystkie dotychczasowe starania twórców serii.

W tej części dowiadujemy się skąd wzięły się nadprzyrodzone zjawiska we wszystkich poprzednich odsłonach. Jest to uzasadnione działaniem sekty. I to mi się bardzo nie podoba. Rozgrzebali całą działalność demona, rozkładają na czynniki pierwsze to co miało myć niewyjaśnione i paranormalne. Co więcej kazali widzą przyjąć najbardziej banalną i wyświechtaną wersję wydarzeń. Dzięki temu wszytko traci swój urok. Tak, to doprawdy wspaniałe zwieńczenie serii.

Aż strach co pokażą następnym razem, bo nie sądzę, żeby starczyło im przyzwoitości, żeby odpuścić ten temat.

Moja ocena:

Straszność: 2

Klimat:5

Napięcie:4

Fabuła:3

Zabawa:3

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:3

Aktorstwo:5

Oryginalność:2

To coś:1

32/100

W skali brutalności:1/10

Piekło ma kolor zieleni

Green Inferno (2013)

green inferno

Justine, córeczka prawnika z ramienia ONZ i grzeczna studentka snobistycznej uczelni postanawia przyłączyć się do lokalnych aktywistów zainteresowanych skazanymi na zagładę peruwiańskimi tubylcami. Wrażliwe serce dziewczyny łka żałośnie nad losem wycinanych lasów i uważa, że wchodząc do gry zbliży się do spraw bolących ją jeszcze bardziej- rytualnym obrzezaniom kobiet w krajach afrykańskich.

Wraz z przystojnym  charyzmatycznym Alejandro i grupą mu podległych studenciaków rusza wgłąb Ameryki Południowej by przykuwając się do drzewa uratować peruwiański las i jego mieszkańców.

Sprawy nie biegną jednak po jej myśli, a zwieńczeniem tego jest katastrofa samolotu.  Młodzi lądują w sercu dżungli. Będą mieli okazję osobiście poznać plemię, którego losem byli tak przejęci. Tubylcy powitają gości bardzo entuzjastycznie i z miejsca zapoznają ich z lokalną kuchnią, a także opieką medyczną;)

green inferno

Długo przyszło mi czekać na nowy film Eliego Rotha. Swoją premierę na świecie miał już dawno jednakże oficjalnymi źródłami nie dotarł wszędzie. Czy polska premiera kinowa w ogóle się odbędzie? Nie wiem.

Eli cały czas działa w świecie filmu, ale ostatnimi czasy bardziej jako producent niż reżyser, wspierając działania filmowe swoich druhów. To, że nakręci kolejny film i że będzie on bliski ‚jego’ estetyce było jednak pewne.

Tym razem zostawił w spokoju Europę i na wylęgarnie strachu obrał Amerykę Południową. Co zaskakujące, odwołał się do mocno zapomnianego nurtu horrorów kanibalistycznych. Myślę, że część widzów, podobnie jak ja w ogóle z owym nurtem nie miała styczności. Szczerze mówiąc kanibale mnie nie pociągają, chyba, że Ci tytułujący się lekarzami psychiatrii;)

Jednakże tego obrazu byłam bardzo ciekawa, a moją ciekawość podkręcał fakt jego niedostępności. Co i rusz widziałam w  sieci screeny z filmu zapowiadające niezła jatkę toteż postanowiłam za jego sprawą zapoznać się miłośnikami ludzkiego mięsa.

Z uwagi na to, że jestem kompletnie ciemna w tym podgatunku porównań z klasyką nie będzie, choć przewiduje, że Roth podszedł do tematu z należytą sumiennością. Wykorzystał chociażby roboczy tytuł najsłynniejszego horroru ludożerczego „Cannibal Hollocaust”, który to w zamyślę scenarzysty miał właśnie nosić tytuł „Green inferno”.

Co więc zaprezentował twórca?

Film ma dość długi wstęp. Zaserwowano nam potężną przystawkę nim przejdziemy do dania głównego. Najpierw poznajemy wspomnianych aktywistów, w tym naszą główną bohaterkę, Justine. Roth bardzo nieprzyjemnie potraktował organizacje zajmujące się ‚ratowaniem świata’. Aktywiści w „Green inferno” to banda dzieciaków, którzy nie bardzo zdają sobie sprawę z tego co robią i po co. Ich przywódca to cynik, któremu zależy na rozgłosie. Mimo iż scenariusz najbardziej dokopuje zielonym- pomijając korporację, bo po nich akurat nikt nie spodziewa się nic dobrego – to i tak niektórzy stwierdzili, że film negatywnie wypacza obraz tubylczych ludów żyjących z dala od naszej cywilizacji. Coś w tym jest, bo ostatecznie jako główni antagoniści występują tu kanibale z peruwiańskiego plemiona, ale filmy grozy rządzą się swoimi prawami i w ich świecie każdy może być oprawcą, dziecko, pies, krowa, bóbr… W moim przypadku seans z tym filmem nie zaowocował stertą uprzedzeń wobec Indian, więc? To tylko film, no nie?

green inferno

Mniej więcej po trzydziestu minutach zaczyna się akcja właściwa, czyli katastrofa samolotu, który miał odstawić zielonych do bezpiecznego hotelu i ich spotkanie z plemieniem kanibali. Sceny brutalne zaczynają się już przy kraksie – polecą głowy. Chwilę później pojawiają się nasi domownicy, bardzo brutalnie traktują przybyszy. Część zabierają ze sobą, a trupy pozostałych wywieszają na kijach jak strachy na wróble dla zaznaczenia terenu. Młodzi lądują w klatkach tu tu zaczyna się walka o przetrwanie. Widzimy pierwszy posiłek kanibali. Nie wiem co mnie bardziej obrzydziło, czy proces jego przygotowania, czy obserwowanie jak starzy i młodzi wymalowani na czerwono tubylcy z apetytem i radością konsumują młodego Amerykanina.

green inferno

To niejako punkt kulminacyjny wszystkiego, i fabuły i napięcia. W mojej ocenie w późniejszej partii filmu ciśnienie spada. Doskonale wiemy co będzie dalej. Nie trudno domyślić się jaką ofertę kulinarną mają kanibale dla reszty towarzystwa. Także nagroda specjalna dla ulubienicy jest łatwa do odgadnięcia. Robi się więc trochę naiwnie. Roth najwyraźniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo nawet w tragicznym położeniu bohaterów odnajdował okazję do żartów. Finał historii również nie zaskoczy, jednak epilog mnie dosyć zdziwił i to tak in plus.

„Green inferno” raczej nie sprawi, że pokocham horrory o ludożercach, ale bawiłam się nieźle. To brutalny film, trzeba mu przyznać. Nie wiem tylko jak odbiorą go osoby, które nurt ten poznały w oparciu o klasykę. Nie wiem czy zadowoli ich taka forma, jednak w latach osiemdziesiątych odbywało się to nieco inaczej. Mnie wizualnie pasował, zarówno sceny gore jak bajeczne plenery.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

To coś:6

Oryginalność:6

63/100

W skal brutalności:4/10

Remedium dla każdego

De Behandeling/ Remedium (2014)

remedium

Nick jest policjantem i właśnie pracuje nad trudną sprawą. Nieznany oprawca przez trzy dni przetrzymywał w ich własnym domu rodzinę, po ty czasie zostawił małżonków na wpół żywych i zniknął z ich synkiem.

Gdy chłopaczek zostaje znaleziony martwy, a podejrzenia wskazują na to, że działanie mordercy nie było jednorazowym wyskokiem Nick wpadnie na trop. Sprawa zboczeńca okazuje się być dziwniejsza niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, co więcej w jakiś sposób wiąże się z uprowadzonym przed laty braciszkiem policjanta.

remedium

Kiedy w opisie filmu czytam o trudnej sprawie kryminalnej, która otwiera wciąż żywą ranę w sercu strapionego, samotnego mściciela z policji, zazwyczaj omijam go szerokim łukiem. Powód jest prosty, takie historie zazwyczaj są na siłę ckliwe, starają się wymusić nieadekwatne emocje, przy czym nie ma w nich nic, czego nie można by było zmieścić w ciasnych ramach banału. Ogólnie filmy o seryjnych mordercach już od dłuższego czasu są mdłe i nijakie, powielają te same schematy, a ich tytuły wyparowują z głowy wraz z napisami kocowymi. Jak się okazuje zdarzają się wyjątki. Pierwszym z nich jest „Labirynt„, drugim  belgijskie „Remedium”.

Ten film bardzo mile mnie zaskoczył przede wszystkim złożonością filmowych bohaterów, ale też ciągłym komplikacjom jakie stają im na drodze do celu.

Zawsze powtarzam, że najważniejszy jest antagonista. On musi na swoich barkach ponieść cały ciężar fabuły. W tym przypadku są to bardzo obszerne bary i dosłownie i w przenośni. Mimo iż jego szaleństwo mieści się w schemacie fiksacji: seks i przemoc, to jednak jest wiele drobnych smaczków które go wyróżniają. To do prawdy ostry gracz.

Podobnie dobre odczucia maiłam w związku z pozostałymi bohaterami, nawet policyjnym detektywem. Obraz jego bolesnej przeszłości zostaje tu wprowadzony nie na zasadzie ckliwych wspominek, ta przeszłość jest obok niego – i dosłownie i przenośni;) Co do ofiar, to też twardy orzech do zgryzienia, bo po za tymi którzy nie żyją ciężko tu kogokolwiek całkowicie rozgrzeszyć – może nie powinnam tak twierdzić, ale pewne aspekty sprawy wzbudziły we mnie OBRZYDZENIE. Celowo zasunęłam drukowanymi literami, myślę, ze po seansie wyda Wam się to bardziej adekwatne.

remedium

Ten film naprawdę budzi nieprzyjemne emocje, zwłaszcza jeśli widz nastawi się na niegroźny thrillerek o dobrym policjancie i złym mordercy.

Bardzo blisko skojarzył mi się z „Labiryntem”, ale nie tyle ze względu na fabułę ile o nastrój, czy jakaś ukrytą wymowę. Zagadce nie brakuje złożoności, dlatego nie bardzo mogę dużo Wam zdradzić. Z tymi, którzy film już wdzieli dzielę się pewnymi wrażeniami w spoilerze.

SPOILER: Moje pierwsze wrażenie po demaskacji modus operandi sprawcy było: O KURWA. W tej kurwie mieści się wszystko, szok, niedowierzanie, obrzydzenie i ogromne współczucie dla ofiar. Wątek zmuszenia ojca do gwałtu na swoim synu zalatuje „Serpskim filmem” z tym, że tym obrazie widzimy to co dzieje się później. Sytuacja w jakiej oprawca stawiał rodziny niejako uzasadnia jego nieuchwytność, bo jaki ojciec przyznałby, że zgwałcił swojego syna, nawet jeśli alternatywą było poświęcenie jego życia?

Co żeby widza jeszcze do końca zdewastować emocjonalnie w finale mamy małego Bjorna, brata Nickiego, który przez lata był przetrzymywany przez pedofila. Widzimy co to z niego zrobiło. I co lepsze widzimy, że teraz już nikt mu nie pomoże, bo jego brat usadził jego opiekunkę. Cóż, nazwać to złośliwością losu, to chyba za mało. KONIEC SPOILERA

Raczej nie będzie to film, do którego będę często wracać, choć przypuszczam, że po którymś razie oglądania nie będzie mnie już tak psychicznie dewastował. Nie wiem też czy Wasze reakcje będą równie intensywne, jeśli nie, to nic. Nawet jeśli nie doznacie niczego z tej gamy nieprzyjemnych uczuć jakie wywołało we mnie działanie porywacza dzieci, to sens dostarczy Wam takich emocji jakich powinien dostarczyć dobry thriller. Będzie trzymał w napięciu, obfitował w zwroty akcji, przydusi przygnębiającym klimatem i uwiarygodni wszystko dobrą oprawą realizatorską.

Na koniec dodam, że film powstał w oparciu o powieść MO Hayder, jeszcze nie wydanej w języku polskim, ale kto wie, może niedługo do nas dotrze.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

72/100

W skali brutalności:2/10

Fuck Christmas

A Christmas horror story/ Krwawe święta (2015)

chrismas horror story

„A Christmas horror story” składa się  kilku łączących się ze sobą wątków, coś na zasadzie antologii, czy nowel filmowych z tym, że połączonych w jedną fabułę. Wszystko rozgrywa się w ciągu jednego dnia, wigilii świąt Bożego Narodzenia.

Fabułę otwierają sceny z pałacu świętego Mikołaja- wcale ni robię sobie jaj – gdzie najwyraźniej zły duch świąt, Krampus opętał sympatyczne elfy zmieniając je w krwiożercze potwory.

chrismas horror story

Następnie mamy  trójkę nastolatków, którzy z pomocą koleżanki dostają się do zamkniętej na czas świat akademii by nakręcić tam dokument o ubiegłorocznej zbrodni do której tam doszło. Rocznicowe wideo ma przybliżyć kulisy morderstwa dwójki studentów. Małoletni dokumentaliści padają ofiarami swoistej klątwy ciążącej na tym miejscu i związanej z czasami, gdy mieścił się tam zakon.

chrismas horror story

W tym samym czasie, ich koleżanka od ‚włamu’ wybiera się wraz z rodzicami i młodszym bratem z wizytą do starej ciotki. Jej ojciec liczy, że krewna wyciągnie jego firmę z tarapatów finansowych. Jednak ciotka zachowuje się co najmniej odpychająco toteż rodzina wraca z kwitkiem. Po drodze dochodzi do wypadku. To Krampus z jakiejś przyczyny zainteresował się rodziną. Według legendy ktoś o czystym sercu w czasie świąt zmienia się w Krampusa by ukarać niegodziwców. W pierwszej kolejności znika ktoś kogo należałoby uznać za najbardziej niewinnego, a jednak – znika młodszy brat naszej bohaterki.

chrismas horror story

W tym samym lesie w wigilijne popołudnie pewna rodzina urządza sobie polowanie na idealną choinkę. Gdy już wracają szczęśliwi ze swoim łupem orientują się, że kogoś zgubili. Synek pary zawieruszył się gdzieś w lesie. Udaje im się go odnaleźć jednak wraca stamtąd odmieniony i nie jest to zmiana pozytywna. Tej wigilii będą ofiary w ludziach.

chrismas horror story

Na koniec niejako scalający wszystko wątek prezentera radiowego, który w wigilię towarzyszy słuchaczom na antenie. Jedna zamiast umilać czas wesołymi kolędami zmuszony jest relacjonować masakrę do jakiej w tym dniu dojdzie w centrum handlowym za sprawą jednego świątecznego wariata.

Jak ostatnio wspominałam nie przepadam za horrorami okolicznościowymi i mało kiedy zdarza mi się taki obejrzeć. Postanowiłam jednak, niejako z braku laku, podzielić się z Wami tegorocznym horrorem świątecznym.

Kiedy zobaczyłam pierwsze filmowe ujęcia z pałacu Mikołaja, pomyślałam, że to chyba jakiś kiepski żart. Serio? Mikołaj, Pani Mikołajowa, elfy? Objętość brzucha wczorajszego wieczora nie pozwoliła mi jednak na podpełzniecie do komputera i zmienienie filmu więc patrzyłam jak małe, przyjazne elfy zmieniają się w zombie…

I muszę Wam powiedzieć, że nie żałuję tego seansu, bo finalnie okazał się całkiem zadowalający. Wątek Mikołaja finalnie został rozwiązany przepysznie, a pozostałe historie mimo swojego nieco baśniowego, nieco familijnego tonu zmieściły się w gatunku grozy.

chrismas horror story

Były momenty z jump scenkami, były urwane kończyny i rozprute brzuchy, był Krampus, nawiedzone piwnice i ciemne, zimowe lasy. Historie są krótkie i treściwe dzięki czemu nie znudziły. Połączone zostały w nienachalny sposób. Trochę ‚jakby strachu’ trochę czarnego humoru i efekt był taki, że bawiłam się całkiem dobrze. Istnieje też opcja że za dużo w siebie wlałam i dlatego film mi się podobał, ale co tam;)

Myślę, że na tle innych horrorów okolicznościowych wypada całkiem fajnie, zważywszy na to, że jest to produkcja świeżutka więc nie ma co jej stawiać obok świątecznych slasherów z lat ’80.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

klimat:7

Napięcie:6

zabawa:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

62/100

W skali brutalności: 1/10

Patrz i podziwiaj

Videodrome/ Videodrom (1983)

videodrom

Producent telewizyjny odpowiedzialny za kanał 84 amerykańskie telewizji komercyjnej szuka nowej inspiracji. Krąg jego zainteresowań jest dosyć wąski, bo jego kanał nadaje tylko seks i przemoc.Jak podtrzymać zainteresowanie widza, gdy już wszystkie granice przyzwoitości zostały przekroczone?

Z pomocą przychodzi mu jego asystent, któremu udaje się wyłapać pirackie nagranie emitowane z Pittsburgha i stanowiące przedstawienie bardzo realnych tortur i morderstw z pewną dozą porno. Program nazywa się Videodrom i Max Ren zrobi wszytko by móc zdobyć go dla swojej stacji.

videodrom

Tym czasem gdy trwają poszukiwania twórców Videodromu Max cieszy oko zdobytymi nagraniami. Okazuje się, że mają one katastrofalne skutki dla jego psychiki.

„Videodrom” jest obok „Muchy” jednym z najpopularniejszych i najbardziej lubianych filmów Cronnenberga. Ja osobiście wolę znacznie mniej jednoznaczne w interpretacji „Potomstwo„, nie zmienia to jednak faktu, że „Videodrom” w pełni zasłużył na rzesze fanów.

Jak zawsze u tego twórcy wizualna makabreska jest pretekstem do ukazania czegoś więcej. Poprzez szok zwraca uwagę widza na pewne aspekty społecznego funkcjonowania człowieka. I ma rację używając horroru i jego przymiotów jako narzędzia, bo ile już było kampanii społecznych piętnujących zły wpływ świata wirtualnego, świata przedstawionego w telewizji? Mnóstwo, ale dopiero gdy jakiś dzieciak wyskoczy z okna, bo myśli, że jest jajkiem z pokemonem ktoś zwraca uwagę na to jakie mogą być skutki przekłamania rzeczywistości.

videodrom

O ile dobrze pamiętam, w „Vidodromie” padają słowa: Nie ma innej rzeczywistości po za tą, którą postrzegamy – i są to święte słowa. Przypomina mi to stwierdzenie, nie ma prawdy są jedynie punty widzenia.

U Cronenberga jedną z prawd jest prawda telewizyjna. W pierwszej partii filmu widzimy jak w czasie telewizyjnego talk show Max, jego kochanka Nikki i profesor Oblivion dyskutują o tym jakie efekty uboczne przynosi wprowadzanie do masowego odbioru seksu i przemocy. Max utrzymuje, że zapewniając ludziom tego rodzaju obrazy pozwala im na niegroźne wyładowanie frustracji, na zasadzie, zamiast zabijać, tylko patrzą na zabijanie. Wierzy, że to ociąga ich od uzewnętrzniania złych popędów w prawdziwym życiu, lecz już za kilka scen widzimy ile w tym prawdy: Max zafascynowany przemocą z Videodromu pokazuje go swojej kochance, efekt jest taki że budzi to w niej sadomasochistyczne zapędy i żąda ona wprowadzenia do seksualnej gry przemocy. Widzimy więc jak ten świat fikcji przenika do świat realnego.

videodrom

Następnym punktem programu jest załamanie nerwowe Maxa. Tu Cronenberg może rozwinąć skrzydła zaserwować widzowi pokaz gore najwyższej klasy, pokaz paranoi o jaką trudno u jakiegokolwiek innego twórcy.

Im bardziej Max angażuje się w Videodrom tym więcej w jego umyśle halucynacji, aż dochodzi do punktu, w którym te obrazy przejmują kontrolę nad jego zachowaniem.

Działanie Videodromu jest tu uzasadnione naukowo, oczywiście jest to wyjaśnienie w stylu sci-fi, ale nie wybiega w kosmos. Nie będę Wam go jednak zdradzać.

„Videodrom” jest naładowany wszystkim tym co typowe dla Cronenberga: lękiem przed szaleństwem, lękiem przed ludzką słabością, makabryczną wizją upadku człowieka, jego przemiany w coś co nie jest już ludzkie.

Moja ocena:

Straszność:7

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W skali brutalności: 3/10

O tych, których wciągnęła rzeka tajemnic

Rzeka tajemnic – Dennis Lehane

rzeka tajemnic

Od dawna nosiłam się z zamiarem przeczytania „Rzeki tajemnic”. Jej ekranizacja stoi wysoko poród moich ulubionych filmów i mimo iż historia jest przygnębiająca to często po nią sięgam. W końcu, przypadkowo trafiłam na powieść i nadszedł czas wielkich porównań;)

„Rzeka tajemnic” Lahne to historia trójki chłopaczków, którzy razem dorastali mieszkając w tej samej okolicy, niedaleko rzeki Mistic. Pewnego dnia ich beztroską zabawę przerywa tragedia. W czasie szarpaniny między chłopcami podjeżdża do nich auto. Wysiadający z niego mężczyzna karci chłopaczków, nazywając ich punkami i zgarnia jednego z nich, najsłabszego, tego który nie umiałby się postawić. Jego koledzy są przekonani, że dwóch przyjezdnych to policjanci, ale to nie prawda. Porwany Dave nazwał ich wilkami. Jak się nad tym zastanowić, jest to częste określenie dla pedofilii, weźmy choćby nie dawny film „Duże złe wilki” poruszający takową tematykę.

Jedenastoletni Dave jest przetrzymywany w brudnej piwnicy i wykorzystywany seksualnie przez kilka dni. W końcu udaje mu się uciec, ale już do końca życia nosi piętno. Zawsze już będzie chłopcem, który uciekł wilkom. Sam w dorosłym życiu często mawia, że Dave zmarł w tej piwnicy, nigdy się stamtąd nie wydostał, uciekł ktoś inny, inny chłopiec – chłopiec który uciekł wilkom, i który po swoich przeżyciach straci wszystko, co mieścimy w ramach normalności.

Chłopców ponownie spotkamy po dwudziestupięciu latach gdy w okolicy ponownie dochodzi do zbrodni, a jej ofiarą pada córka jednego z dorosłych już chłopaczków, Jimmiego.

Autor powieści w przeciwieństwie do reżysera ekranizacji miał tę swobodę, że mógł dokładnie wymalować mozaikę uczuć Dave. Film jedynie zaznacza, że zgwałcony chłopiec został odsunięty, z lektury książki dowiadujemy się jak brutalne było to odsunięcie. Nie był małym bohaterem, który przeżył piekło, wrócił z tego piekła, lecz ofiarą, ciotą, pedałem.

Lepiej poznajemy też jego egzystencję po dwudziestupięciu latach. Bliżej przyglądamy się jego relacji z żoną i przede wszystkim jego walce z demonami. Od dawna wiadomo, że ofiary seksualnych nadużyć często w przyszłości sami stają się katami. Zbrodnie pedofilii zmieniają sferę psychoseksualną ofiary sprawiając, że ta w dorosły życiu też często odczuwa niezdrowy pociąg. W filmie nie zostało to ujęte. Nie zostało powiedziane, że Dave także ma takie ciągoty. Jego konfrontacja z finału książki, morderstwo, jest ukazane jako zemsta, nie jako desperacki akt walki z samym sobą. Jeśli czytaliście powieść, bądź widzieliście film, wiecie co dokładnie mam na myśli, nie mogę jednak użyć zbyt wielu konkretów, by nie zepsuć zabawy tym, którzy dopiero zmierza się z tą historią.

Przede wszystkim dlatego, że ważny jej elementem jest tytułowa tajemnica. Do końca książki nie wiemy, kto zabił dorastająca córkę Jmmiego, nie wiemy czy oskarżenia wobec jego kolegi z dzieciństwa, Dave’a są prawdziwe. Nie wiemy nic i to sprawia, że tytułowa „Rzeka tajemnic” wciąga nas bez reszty. Wszelkie tajemnice są pogrzebane na jej dnie.

Książka góruje nad filmem przede wszystkim tą dokładnościa. Możemy poznać motywacje i myśli każdego z uwikłanych w tę zagadkę osób. Różnic fabularnych między filmem, a powieścią jest niewiele, jeśli już to takie szczegóły jak zastąpienie rysowania po mokrym asfalcie bójką w pierwszej partii książki.

Sam ton opowieści jest przygnębiający, sączy się z niej smutek z rodzaju tych jakie powoduje bezsilność. W narracji wyczułam jakąś obojętność. Autor nie staje po żadnej ze stron, nie da się wyczuć by opowiadanie tej historii  budziło w nim jakieś emocje, po za bezradnością, jaką czujemy wobec przeszłości, której nie da się naprawić. Bo przecież w gruncie rzeczy o tym jest ta książka. O przeszłości, której nie da się naprawić. O ofierze, która pociąga za sobą jeszcze więcej ofiar.Jego styl jest gawędziarski, ale nie po kingowskiemu, jest znacznie bardziej surowy.

Jestem przekonana, że lektura dostarczyłaby mi jeszcze więcej frajdy, gdybym nie znała finału tej historii, gdybym wcześniej sto razy nie przerobiła filmu i stąd moja rada, dla wszystkich, którzy chcą zapoznać się z historią „Rzeki tajemnic”- najpierw książka, później film.

Moja ocena:9/10

Baciu, czemu masz obłęd w oczach?

The Visit/ Wizyta (2015)

wizyta

Dwoje nastolatków, starsza Becca i młodszy Tyler, wybierają się na tygodniową wizytę u dziadków. Dziadków, których nie znają, bo przed piętnastoma laty ich matka pokłóciła się z nimi i opuściła dom i rozpoczęła życie z dala od nich. Teraz jej dorastająca córka chce rozwiązać rodzinny konflikt a drogą ku temu mają być nagrania rozmów z dziadkami, mających przekonać matkę, że jej rodzice już dawno jej wybaczyli.

Dzieciaki przybywają do starszego małżeństwa, jednak okazuje się, że konflikt z matką to nie jedyny problem staruszków. Obydwoje wydają się psychicznie nie zdrowi. Becca i Tyler zamierzają dowiedzieć się jakie problemy trapią ich dziadków.

wizyta

Z filmami M. Night Shyamalana bywa bardzo różnie. Mogą budzić wielki entuzjazm jak „Szósty zmysł„, inne uważane są za średniaki, jak „Znaki„, a inne za kompletne gnioty jak „Ostatni władca wiatru”.

Niektórzy zarzucają reżyserowi, że tak naprawdę nie umie zrobić nic dobrego i jedzie na opinii jaką pozostawił po sobie „Szóstym zmysłem”.

Ja zawsze lubię jego filmy, przynajmniej te obracające się w gatunkach grozy. Uważam, że facet ma swój styl i jest jakiś, a to już dużo, bo byt dużo mamy naśladowców i kopiarzy bez talentu.

Jego najnowszy film to niejaki powrót do korzeni, bo już dłuższy czas facet nie kręcił horrorów, bo zajmował się wysokobudżetowymi hollywoodzkimi papkami, typu wspomniany „Ostatni władca wiatru”.

W „Wizycie” ten twórca po raz pierwszy sięga po konwencje paradokumentu, można by powiedzieć, że ślepo podąża za modą, ale w tej historii akurat taka formuła sprawdza się i jest uzasadniona. Nie odebrałam jej więc jako pójście na łatwiznę.

„Wizyta” to w zasadzie horror z elementami komediowymi. Twórca buduje napięcie, rzuca jakąś groźną wstawkę, a na koniec obraca to w żart.

To ciężki kawałek chleba zrobić coś takiego z umiarem i klasą, tak by nie przesadzić. Z racji tego, ze bohaterami tej opowieści jest para dzieciaków, takie bagatelizowanie zagrożenia, pewien brak rozeznania w sytuacji jest uzasadniony i wypada naturalnie.

Mnie taki chwyt się podobał, zwłaszcza, że to co miało być śmieszne, jak np. pierwsza z brzegu sytuacja z babcią, gdy popierdzielała na czworakach strasząc dzieciaki bawiące się w chowanego była tyle samo zabawna co upiorna. Takich sytuacji związanych z dziadkami jest ogrom.

wizyta

Szaleńcy mogą być przecież w jednej chwili przezabawni i przerażający. Podobał mi ie taki sposób na ukazanie problemów trapiących tę parę staruszków i sposób w jaki odbierały to dzieciaki. Z góry zakładam, że nie wszystkim przypadnie to do gustu, bo nie każdy toleruje takie mieszanki.

Sam pomysł na fabułę nie jest zły, choć twist fabularny jako zastosowano nie jest trudny do przewidzenia. Mogę o nim powiedzieć jedynie tyle, że pojawia się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

Na plus odnotowuje też fakt, że małym bohaterom poświecono sporo uwagi tworząc jakie psychologiczne tło wszystkich wydarzeń. To raczej rzadkość w paradokumentach, bo ich bohaterów odbierałam raczej jako stojaki na kamery, rekwizyty, nie jako element filmu, którym warto się interesować.

wizyta

Największym plusem obrazu jest jednak ten balans między szaleństwem, śmiechem a strachem, to sprawia, ze na tym filmie na prawdę można się dobrze bawić.

Całość oglądało mi się dobrze, mimo oczywistych wad jakie niesie za sobą sposób kręcenia z ręki. Film mi się spodobał, coś chwyciło.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Cztery razy King

Cztery pory roku – Stephen King

cztery pory roku

Zbiór nowel, czy też dłuższych opowiadań „Cztery pory roku” po raz pierwszy wydany w 1982 roku składa się z czterech historii. Trzy z nich doczekały się ekranizacji. Jest to drugi zbiór opowiadań jaki wydał Stephen King.

Najbardziej znaną z nich jest nowela „Skazani na Shawshank”. I od niej właśnie zacznę. Pewnie znowu się narażę, ale uważam, że film na jej podstawie był zdecydowanie lepszy.

Kiedy dorwałam się do tej historii wiązałam z nią duże nadzieje. Film oglądam wręcz kompulsywnie, przynajmniej raz w miesiącu i za każdym razem płaczę nad śmiercią Brooksa.

Nie pamiętam, czy jego wątek w ogóle pojawia się w opowiadaniu. Zmienionych zostało wiele rzeczy. Chociażby historia Red’a. Pomijając już kwestie koloru skóry, w opowiadaniu Kinga to Red był żonobójcom.

Mój ulubiony wątek – po za Broksem- wątek młodego włamywacza – też został zmieniony- nikt go nie zastrzelił.

Malwersacje finansowe naczelnika więzienia, których ostatecznie sam padł ofiarą i które zapewnił Andy’emu godne życie po ucieczce z więzienia zostały zastąpione wątkiem funduszy, które Andy zgromadził przed pójściem do pierdla. I takich zmian, mniejszych i większych jest jeszcze więcej.

cztery pory roku

Gdybym przeczytała tę nowelę przed obejrzeniem filmu zapewne uznałabym ją za bardzo dobrą, bo kluczowe motywy jak wytrwałą postaw Andy’ego i cała walka z systemem więziennym, jego desperackie próby radzenia sobie zostały niezmienne, dzięki czemu wymowa obydwu historii jest taka sama.

Problem w tym, że za bardzo polubiłam filmową fabułę bym mogła z aprobatą spojrzeć na jej alternatywną wersję.

Moja ocena:5/10

„Metoda oddychania” to jedyne opowiadanie, które do tej pory nie doczekało się przeniesienia na ekran. Podobnie jak w przypadku „Skazanych…” ma gawędziarski styl, a narratorem jest osoba przytaczająca zasłyszaną historię.

Jest to historia starego lekarza, który w czasie elitarnego spotkania w gronie wybrańców bawi gości historią, której natura może wydać się paranormalna. Traktuje o jednej z jego pacjentek, niezamężnej kobiecie, która zaszła w ciążę. Działo się to w czasach, gdy wzgarda dla niefortunnego położenia samotnej matki była sto razy większa niż obecnie.

Lekarz poświęca dużo uwagi swojej klientce i dzieli się z nią opracowaną przez siebie metodą oddychania, która ma zagwarantować spokojny poród, bez krzyków i traumy.

Lekarz będzie miał okazję na własne oczy przekonać się o skuteczności swojej tezy w okolicznościach delikatnie mówiąc niezwykłych.

Nie chcę Wam tu zdradzać szczegółów, bo tej historii macie szansę nie znać z racji tego, że w oparciu o nią nie powstał szlagierowy kinowy hit. Mnie ona bardzo przypadła do gustu. Jest do prawdy osobliwa, nawet jak na Kinga.

Moja ocena:7/10

Odkąd pierwszy raz obejrzałam film „Stand by me” pokochałam tę historię całym sercem. Wiedziałam, że gdzieś wśród zbiorów opowiadań Kinga znajduje się to, na podstawie, którego nakręcono ów film. Wiedziałam, że prędzej czy później na nie trafię.

To właśnie w „Czterech porach roku” trafiłam na „Ciało”.

Myślę, że ekranizacje twórczości Kinga są na tyle spopularyzowane, że każdy zna historię czterech chłopaczków z Manie, którzy w ostatni weekend wakacji wybrali się w podróż, na końcu której czekały niezapomniane wrażenia w postaci widoku zwłok ich zaginionego rówieśnika.

Mimo iż cel wyprawy był z goła makabryczny to jest ona niezwykle ciepła opowieść. Opowieść o dorastaniu, przekraczaniu tej magicznej bariery za którą kończy się dzieciństwo. Towarzyszy temu zarówno smutek jak i nadzieja.

cztery pory roku

Bardzo ucieszyło mnie, że film jest tak wiernym odwzorowaniem opowiadania, inaczej mogły by mnie dopaść wątpliwości w typie tych, których doświadczyłam po lekturze „Skazanych na Shawshank” i znowu byłby dylemat- która wersja lepsza?

Tu nie mam w zasadzie tego problemu, bo każda scena, każdy dialog w obydwu wersjach są identyczne, albo niemal identyczne. Różnią się jedynie niuansami.

Czytając „Ciało” brakowało mi tylko muzyki z filmu, Ben’a E. Kinga, którego pożegnaliśmy w tym roku, The Chordettes i wielu wielu innych wykonawców, którzy towarzyszyli chłopcom w ich podróży.

„Ciało” jest moim faworytem w tym zbiorze, mimo, że nie ma nic wspólnego z horrorem. To kolejny przykład na to, że wolę Kinga w obyczajówkach.

Moja ocena: 10/10

Na koniec, mój drugi faworyt tego zbioru, mianowicie „Zdolny uczeń”. Ostatnio, tuż po lekturze opowiadania odświeżyłam sobie jego ekranizacje i mimo iż nadal lubię ten film, a rolę Ian’a Mckellen’a uważam za rewelacyjną, to trochę stracił on w moich oczach.

„Zdolny uczeń” to historia trzynastoletniego Tod’a, który odkrywa, że w jego sąsiedztwie mieszka poszukiwany zbrodniarz wojenny, nazista, generał kilku obozów koncentracyjnych.

W opowiadaniu Kinga mammy świetnie przedstawiony proces rozwoju fascynacji młodzieńca makabrą, jaka rozgrywała się w obozach koncentracyjnych w czasie II wojny światowej. Chłopiec chłonie te historie, nasiąka nimi, ale nie współczuje ofiarom, to nie z nimi się utożsamia, jego idolami są nazistowscy naukowcy.

Kiedy poznaje Artura Dekera postanawia szantażować go w celu wyłudzenia od niego wszelkich informacji, im bardziej przerażających tym lepiej.

Odniosłam wrażenie, że opowiadanie znacznie dosadniej stawia sprawę, czyni Toda i Dekera bardziej potwornymi niż ukazał to film. King miażdży psychikę chłopaczka z taka mocą, że po karku przebiegają nam ciary.

cztery pory roku

Natomiast na plus dla ekranizacji odnotowuję oszczędzenie rudego kota, który w wersji literackiej dokonał żywota w piekarniku, w filmie przeżył.

Bardziej podobało mi się również filmowe zakończenie. To w opowiadaniu wydało mi się nieco przesadzone i nielogiczne, chodzi mi tu o konfrontacje Toda ze szkolnym pedagogiem.

Opowiadanie jest po prostu ‚bardziej’, niż film i robi większe wrażenie.

Moja ocena: 9/10

Cały zbiór „Cztery pory roku” uważam za bardzo udany. Czuję się zachęcona do zapoznania się z innymi krótkimi formami jakie pisał Stephen King i zapewne niebawem sięgnę po kolejny.

Nie wiem tylko jaki?

Moja ocena za całość: 8/10


Mała zadra

Splinter/ Cierń (2008)

cierń

Rezolutna Polly i jałopowaty Seth wyruszają na rocznicową wycieczkę na łono natury. Survival pod namiotem szybko przerasta ich możliwości organizacyjne, więc udają się do najbliższego motelu.

Po drodze stają się ofiarami napaści i uprowadzenia przez dwoje średnio rozgarniętych przestępców. Oberwaniec Denis i naćpana Lacey planują wraz z zakładnikami przedostać się do Meksyku, jednak na przeszkodzie staje im tytułowy cierń.

Dziwny kolczasty organizm funkcjonujący na zasadzie pasożyta po raz pierwszy spotykają na drodze gdy jego ofiarą pada pies, jednak dopiero po dotarciu na stację benzynową zobaczą do czego jest zdolny.

cierń

„Cierń” to jeden z tych nie do końca profesjonalnych, a jednak chwytliwych tytułów. Jego niedoróbki realizacyjne zarówno na poziomie scenariusza, jak i na poziomie wykonania mogą być jednocześnie odbierane jako wady jak i jako zalety.

Fabuła jest bardzo prosta. Czworo ludzi uwięzionych na stacji benzynowej i złowrogie coś uniemożliwiające im ucieczkę. Sam pomysł na owe coś jest tyle samo durny i prostacki, co genialny w tej swojej prostocie. Po prostu cierń, ale nie jakiś zwykły lecz żyjący własnym życiem. Przyczepia się do żywego organizmu, rozrasta na nim niczym grzyb i przejmuje kontrolę nad martwym już ciałem.

cierń

Wizualnie sprawdza się świetnie, choć ani razu nie zobaczymy go jako osobnej jednostki, zawsze w towarzystwie ‚uprowadzonej tkanki’, mogą być to flaki psa, albo ludzka ręka. Może obrosnąć całe ciało wprawiają je w konwulsyjne ruchy i zmusić je do ataku na kolejny obiekt.

cierń

Takie sceny dostarczą sporo uciechy, zwłaszcza, że są realizowane po chałupniczemu, bez efektów komputerowych.

Działania filmowych bohaterów opierają się na próbach, bardziej lub mniej logicznych zwalczenia przeciwnika i wydostania się ze stacji benzynowej na której utknęli. Przekrój postaci jest dość prosty ale i nieco ironiczny.

Możemy do woli drwić z mózgowca Setha, którego przerasta rozbicie namiotu i prowadzenie auta z ręczną skrzynią biegów, za to wpada na genialny pomysł ‚wykołowania pasożyta’. Jest też dzielna Polly, jego dziewczyna i para kryminalistów, ich relacje podręcznikowo wpisują się w schemat.

Ogólnie rzecz ujmując, nie jest to zły film. Kino czysto rozrywkowe i wartką akcją i dość ciekawym antagonistą.

Widać, że twórcy podeszli do tego na luzie, bez spiny i wielkich ambicji na wielkie kino i tak też trzeba go odbierać.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:6

Napięci:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

58/100

W skali brutalności:2/10