Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Syndrom Jerozolimski

Jeruzalem (2015)

jeruzalem

Dwie młode i bogate żydówki mieszkające w Stanach, Sarah i Rachel, wyruszają w podróż do Izraela. Szukają tam całonocnych imprez i rozrywek wszelkich maści jednak w samolocie poznają młodego archeologa, Kevina i to on namawia dziewczyny na zmianę kierunku i wybranie się z nim do Jerozolimy. Laski ochoczo porzucają swoje plany, jedna z nich porzuca nawet ciuszki na rzecz zabaw oferowany przez Kevina. Lądują w hotelu w starej części miasta przed dzień święta Jom Kippur, które według niektórych mieszkańców miasta skończy się katastrofą miary apokalipsy. Oczywiście młode niewiasty i ich towarzysze zabaw w to nie wierzą i oczywiście się mylą.

No, cóż mamy kolejny mcdocumentary religią w roli głównej, czyli coś w tylu niedawnego „Jako w piekle tak i na ziemi. Piekło jest tu z resztą ważnym tematem, bo wedle wierzeń to właśnie w Jerozolimie znajduje się jedna z trzech bram do piekła. W filmie pojawiają się apokaliptyczne nawiązania, począwszy od zmartwychwstania zmarłych po zjazd demonów na ludzkiej ziemi.

jeruzalem

Całą historię śledzimy dzięki bajeranckim smart okularom jakie w prezencie od tatusia otrzymała Sarah. To one są nam kamerzystą, co jest chyba nieco lepszym rozwiązaniem niż kręcenie z ręki, bo jednak głowa bywa bardziej stabilnym statywem:)

Pierwsza połowa filmu stanowi wieczorek zapoznawczy z bohaterami i tłem opowieści. Bohaterowie jak na amerykańskich turystów przystało piją i pieprzą się co dla obserwatora jest elementem średnio atrakcyjnym.

Tło, czyli Jerozolima i jej kontekst kulturowo religijny jest już elementem dużo ciekawszym. Nigdy nie byłam w Izraelu i pewnie nie będę więc mogłam się napatrzeć, a jest na co. Obraz miasta wypada tu świetnie, na każdym kroku historia, tajemnicze przejścia, ślepe uliczki, mieszanka wybuchowa narodowości.

jeruzalem

Pojawia się też wątek psychicznego kryzysu zwanego syndromem jerozolimskim, który dotyka niektóre osoby pielgrzymujące do ziemi świętej. O taką przypadłość podejrzewany jest Kevin, którego już pierwszej nocy po przybyciu do miasta zaczynają trapić złe przeczucia.

Innym jerozolimskim szaleńcem jest mężczyzna zwany ‚królem Davidem’, który nieustannie kursuje po ulicach wieszcząc apokalipsę. Wszytko to, całe tło wydarzeń wypada całkiem fajnie, przynajmniej dla mnie. Jest to pewnikiem zasługa twórców, braci Paz, którzy ze względu na swoje urodzenie potrafili w interesujący sposób pokazać widzowi Jerozolimę. Nigdy nie oglądałam żarnego horroru z tej części świata więc było to dla mnie nowe doświadczenie.

jeruzalem

W drugiej partii filmu zaczynamy mocnym tąpnięciem. W noc wspomnianego święta zaczynają dziać się niesłychane rzeczy. Niewiele jednak można z tego zrozumieć;) Na ulicach totalny chaos. Mówi się o ataku terrorystycznym. Z głośników wydobywają się jakieś niezrozumiałe komunikaty. Władze zamykają bramy miasta, a nasi bohaterzy muszą poradzić sobie sami. Nie zabraknie tu przestrzeni na zaprezentowanie zachowań podręcznikowo głupich, ale tego akurat należy się spodziewać.

Sarah, Rachel, Kevin i kilku miejscowych postanawiają wydostać się z miasta podziemiami. Wizualnie podziemia Jerozolimy wypadają super. W tej części filmu zaczyna się też szarżowanie efektami komputerowymi w celu zmajstrowania dobrze wyglądających zwiastunów apokalipsy. Demoniczne, skrzydlate postaci kojarzące mi się z harpiami wyglądają całkiem znośnie. Owe stwory polują na ludzi w tym na naszych protagonistów.

jeruzalem

Im bliżej finału tym więcej zamieszania. Ogólnie jak na tak długi wstęp film ma całkiem żywe tempo. Jak na tak ograny motyw jak sąd ostateczny nie znudził mnie tak żebym klęła z niesmaku. Nawet jak na found footage nie wkurwiał tak bardzo oka. Ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że wbrew moim oczekiwaniom, które były jak najgorsze, film nie jest taki kiepski.

Dużo dobrego robi miejsce akcji, w moim przypadku zrobiło chyba całą robotę, niestety obiektywnie patrząc mamy tu też bardzo asympatyczne bohaterki, tendencyjny motyw przewodni i obraz macdocumentary. Nie wiem, czy komuś tak bardzo jak mnie spodoba się klimat Jerozolimy by przymknąć na te rzeczy oko.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Ciekawość to pierwszy stopień do piwnicy

The Abandoned aka Confines/ Porzuceni (2015)

confinens

Julia Streak od lat boryka się z problemami psychicznymi objawiającymi się atakami paniki. Z tego powodu grozi jej pozbawienie praw rodzicielskich do córki, Clary. Ostatnią deską ratunku jest udowodnienie otoczeniu, że może normalnie funkcjonować. Pierwszym krokiem mam być znalezienie stałej pracy. Streak zatrudnia się więc na nocnej zmianie w ochronie opuszczonego apartamentowca. Tam wraz z współpracownikiem, Cooperem ma pilnować zabytkowych wnętrz przed intruzami.

Już pierwszej nocy łamie zasady wpuszczając do środka bezdomnego szukającego schronienia przed burzą. Następnym krokiem ku pogrożeniu swojej kariery jest wyprawa w zakazane części budynku. Tak Streak ładuje się w kłopoty, a te niestety wiążą się z nadprzyrodzonymi zjawiskami do jakich dochodzi w piwnicach budynku.

Wpis na temat „Porzuconych” mogłabym w zasadzie zakończyć jednym epitetem: schematyczny, ale to chyba zauważy każdy, już na podstawie szczątkowych informacji na temat fabuły.

Mamy tu standardową bohaterkę. Streak oczywiście boryka się z problemami emocjonalnymi i mimo iż ich charakter nakazywałby trzymanie się z dala od mrocznych miejsc i samotnych nocy to ta zatrudnia się właśnie tam gdzie jest ciemno i podejrzanie. Jak na problematyczną osobę przystało przyciąga kłopoty, jak magnes biurowe spinacze. O ile ulitowanie się nad bezdomnym z psem- tak pies jest argumentem – nie jest tu godne potępienia, to samotna wyprawa w głąb, ciemnego opuszczonego budynku, podążanie za głosami z zaświatów jest już świadomym pakowaniem się w tarapaty. To typowa cecha bohaterek horrorów, niestety, tu twórcy nie pokusili się o choćby szczątkowe uzasadnienie głupoty Streak.

confines

Zagadka jaką skrywają mury budynku też jest nie tyle oczywista, co często występująca w charakterze horrorowego ‚jądra ciemności’. Oczywiście zjawiska do jakich dochodzi w  budynku maja związek z haniebnym jego zastosowaniem w przeszłości. Tu mamy kolejny stały punkt programu, czyli udręczone dusze poprzednich lokatorów napastujące naszą problemowa bohaterkę.

Żeby nieco odświeżyć temat finał odwraca kota ogonem, posługując się również dość popularnym wątkiem. Jeśli więc chodzi o samą historie nie uświadczymy tu absolutnie nic ciekawego, wszytko już było i będzie pewno jeszcze nie raz.

Jak wielokrotnie zaznaczałam, jestem w stanie wybaczyć schematyczność, jeśli jest podana w dobrej formie i tu muszę trochę pochwalić twórców, bo „Porzuceni” mają naprawdę fajny klimat.

Po pierwsze lokalizacja. Opuszczony apartamentowiec, pełne przepychu wnętrza, ale wszytko porzucone i zapomniane. Gdy gasną światła atmosfera robi się gęsta, a gdy nasz głupiutka bohaterka schodzi do piwnicy można mówić o klaustrofobii.

Twórcy znaleźli też złoty środek pomiędzy found footage, a obrazem kręconym klasycznie. W niektórych scenach możemy oglądać nagrania z kamer przemysłowych monitorujących budynek, czy też osobistych kamer pary ochroniarzy. Tu zobaczy kilka dobrych ujęć które z pewnością spodobają się fanom „Łowców grobów”, z przemykającymi widami i oświetlanymi punktowo upiornymi piwnicznymi pomieszczeniami. W większości jednak film kręcony jest klasycznie, stabilnie przez co nie umordujemy oczu nieustannie skaczącym obrazem. Bardzo przypadła mi do gustu sytuacja z zamkniętymi drzwiami, tu ciśnienie mi skoczyło, ale niestety fabularnie wybrnięto z tej sytuacji dość po łepkach.

confines

Wiem, że twórcy nie mają dużego doświadczenia, ale co ciekawe nie widać tego w formie, lecz na poziomie budowania historii.

Niestety nie mogę tego filmu uznać za dobry, mimo dobrej realizacji, bo ciąg przedstawionych wydarzeń był po prostu nudny, abstrahując już od wtórności pomysłów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Oczy mogą kłamać

Dziewczyna z pociągu – Paula Hawkins

dziewczyna z pociągu

Trzydziestoczteroletnia Rachel Watson jest u kresu sił. Jej życie się rozpadło. Przed paroma laty zaczęła pogrążać się w depresji i alkoholizmie co doprowadziło do rozpadu jej małżeństwa. Po rozwodzie, zaczęła wlewać w siebie jeszcze więcej przez co straciła pracę. Teraz mieszka kątem u koleżanki nie przepuszczając żadnej okazji do zalania się w trupa.

Udając uczciwie pracującą kobietę każdego poranka wsiada po pociągu o 8.04 wiozącego ją z przedmieść do Londynu. Każdego dnia mija ulicę, przy której mieszkała. Widzi swój, niegdyś, dom i jego nowe lokatorki, córkę swojego byłego męża i jego nową żonę, Annę. Widzi coś jeszcze, stojący kawałek dalej dom młodego małżeństwa. Pociąg którym podróżuje ma zwyczaj zwalniać właśnie na wprost tego domu, dzięki czemu Rachel dwa razy dziennie podgląda życie jego mieszkańców snując wizję ich szczęścia. Nadaje im imiona, wymyśla profesje, fantazjuje o ich zwyczajach.

Pewnego dnia na tym wyidealizowanym obrazie powstaje rysa, a chwilę później szklana kula szczęścia pęka na kawałki. Jess, bo tak nazwała ją w myślach Rachel, znika w sobotnią noc i już nie wraca. Policja podejrzewa męża kobiety, jednak Rachel wie, że Jess- w rzeczywistości Megan, miała tajemnicę i to ona mogła mieć związek z jej zniknięciem.

W ogóle nie wzięłabym się za tą powieść gdyby nie została zmuszona do zorganizowania jej egzemplarza dla mamy. Niektórzy po prostu muszą być na bieżąco z nowościami. Ja zazwyczaj omijam tak nachalnie promowane tytuły, albo sięgam po nie z bardzo dużym opóźnieniem, kiedy wrzawa zachwytu już przycichnie.Tak, czy siak „Dziewczyna z pociągu” wpadła w mojej ręce.

Pierwsze za co muszę pochwalić tę powieść to narracja. Głównym bohaterem i głównym narratorem powieści jest Rachel i to jej punkt widzenia wychodzi na prowadzenie. Pojawiają się też relacje widziane oczami Anny, nowej małżonki ex męża Rachel i wreszcie wspomnienia zaginionej Megan. Nie ma tu więc miejsca na żadnego dzielnego glinę, samotnego i nieco zgorzkniałego, ale nadal z bohaterskim nastawieniem do pracy – czyli typem bohatera kryminału który pojawia się najczęściej w tego rodzaju powieściach i zawsze mnie mierzi swoją nijakością.

Zmiana punktu widzenia na osobę świadka zamiast mordercy czy śledczych wpływa na całą fabułę, która opiera się na zbieraniu pamięciowych skrawków pijanej w sztok obserwatorki zamiast wodolejczego obrazu policyjnego śledztwa, czy bardziej lub mniej udanych wynurzeń jakiego psychola.

Skojarzyło mi się to z jedną z moich ulubionych filmowych opowieści Hitchcocka, „Okno na podwórze” .Głównym podobieństwem jest oczywiście motyw vojeryzmu, podglądania czyjegoś życia i snucia teorii na jego temat na podstawie obserwacji. Po drugie mamy przestępstwo, przestępstwo jakie widzi Rachel nie ma natury kryminalnej, najwyżej jest moralnym uchybieniem, ale w jej przekonaniu to właśnie ono doprowadziło do późniejszej tragedii, czyli zniknięcia młodej mężatki.

W „Oknie na podwórze” mieliśmy przykutego do wózka faceta, który podglądał sąsiadów z nudów. Jego prywatne śledztwo było nie tyle wypadkową altruizmu i bohaterstwa ile wynikiem znudzenia i chęcią ucieczki od własnej smutnej egzystencji. Tak też jest w przypadku Rachel.

Na tej samej ulicy widzi dom swojego ex i dom Megan i Scotta. Woli obserwować sielankę tych drugich zamiast zastanawiać się co nowa kobieta robi w jej domu. Gdy okazuje się, że wizja jaka wysnuła na temat obserwowanych małżonków jest nieprawdziwa, a Megan najprawdopodobniej padła ofiara przestępstwa Rachel z butami włazi w życie Scotta. Mimo iż zdaje sobie sprawę z tego, że nie powinna angażować si aż tak, to właśnie cudza tragedia pozwala jej znaleźć odskocznie. Kiedy próbuje zrekonstruować wydarzenia z soboty wieczór potrafi zachować trzeźwość.

Jest coś jeszcze, jakieś mgliste pijackie wspomnienie, które nie daje jej spokoju. Przecież tej soboty była w pobliżu domu Megan, chciała zrobić kolejną awanturę swojemu ex i… i nazajutrz obudziła się w zasikanym i zarzyganym mieszkaniu swojej koleżanki z siniakami i ranami na ciele. Mogła coś widzieć, mogła widzieć sprawce, mogła by go rozpoznać, a może sama nim była? W pijackim amoku zatłukła bidule?

Jak na kryminał przystało, głównym wyzwaniem dla czytelnika jest zdemaskowanie przestępcy. U Pauli Hawkins nie jest to łatwe, ale nie jest też niewykonalne. U mnie pierwsze przeczycie pojawiło się już w początku książki, ale było równie niejasne jak pijacki przebłysk wspomnień Rachel. Wątek kryminalny odnotowuje więc na plus, może bardziej za sposób w jaki został przedstawiony, za oryginalna perspektywę niż za sam pomysł.

Kolejny bardzo duży plus za suspens, sposób budowania nastroju tajemnicy, bardzo sukcesywny bardzo powolny. Ostatni plus za watki obyczajowe. Tu należałoby zacząć od historii Rachel, od jej postaci, takiej zupełnie niezwyczajnej, a jednak tak normalnej. Zamiast bystrej piękności, mamy otyłą pijaczkę. To już chyba wystarczająca odmiana, a gdy jeszcze dorzucimy do tego psychologię tej postaci, jej sposób myślenia, jej zachowania to wszystko daje nam niezwykle ożywcza odmianę. Ja polubiłam Rachel już za samo to że nie była kolejną „Marry Sue”, miała wady których w żaden sposób nie można uznać za urocze, a i zalet u niej niewiele po za tym, że znalazła se w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Tak, polubiłam tą biedną pijaczkę. Polubiłam „Dziewczynę z pociągu”.

Jeśli pamięć mnie nie myli powieść jest debiutem dziennikarki, która pisywała owszem, ale zupełnie inne rzeczy. Jej kryminał zyskał na tyle pochlebne opinie, że w tym roku, już na jesieni mamy się spodziewać ekranizacji. W rolę Rachel ku mojej wielkiej uciesze wcieli się Emilly Blunt, bardzo lubię tę aktorkę.

Moja ocena: 7+/10

Męczeństwo na dwa sposoby

Martyrs/ Skazani na strach (2008)

vs

Martyrs (2015)

martyrs

martyrs

Stało się. Amerykanie wyciągnęli swe pazerne łapska po francuski film, który swoją brutalnością zszokował Europejczyków. Pogłoski na temat planowanego remake „Skazanych na strach” krążyły już od dawna. Sądziłam, że po takim czasie temat się szczęśliwie rozmył, ale skądże. Scenarzysta nominowanej w tym roku do Oscara „Zjawy” podjął się niewdzięcznego zadania wywabienia posoki z fabuły francuskiego straszaka i na zgliszczach pomysłu Pascala Laugiera wyhaftowania kolorowego i ślicznego obrazka, który zaspokoi fasfoodowe apetyty.

Do tej pory nie udało mi się nic naskrobać o oryginale – to nie jest film który można oglądać dla relaksu – więc teraz nadarza się doskonała okazja do recenzji porównawczej, której wyniku już się za pewne domyślacie, biorąc pod uwagę porcję jadu jaką zdążyłam już wylać na remake🙂

„Martyrs”, którego tytuł oznacza tyle co „męczennik” oraz „świadek” traktuje o pewnym zgromadzeniu fanatyków, chcących uzyskać wgląd w życie po śmierci. Chcą to oczywiście osiągnąć za życia, a zgodnie z ich teorią nic tak skutecznie nie prowadzi na granicę między życiem a śmiercią jak męczeństwo. Ostatecznie jak wspomniałam, męczennik to inaczej świadek, ale świadek czego? Tego właśnie chcą dowiedzieć się owi osobnicy.

martyrs

martyrs

Poznajemy ich dzięki jednej z ofiar ich zabiegów. Małej dziewczynce Lucie, która zostaje porwana w celu… zamęczenia. Zarówno początkowe sceny z oryginału jak i te z nieszczęsnego remake ukazują los małej Lucie po wydostaniu się z łap oprawców.

martyrs

martyrs

Oczywiście w wersji francuskiej Lucie po swoich przejściach wygląda znacznie gorzej. W wersji amerykańskiej ma jednego siniaka na twarzy. To dopiero hard core.

Następnie poznajemy jej relacje z poznaną w sierocińcu Anną. To właśnie przyjaciółka stanowi opokę dla straumatyzowanej dziewczynki, którą nawiedzają demony przeszłości i to ona będzie świadkiem tego jak z owymi demonami będzie się rozprawiać.

Lucie Wciąż widzi potwory i jak dowiemy się z dalszych wydarzeń w wersji oryginalnej filmu jest to konsekwencja przejścia przez pewien etap męczeństwa.

Lucie dorasta i jedyne czego chce to uwolnienie się do wspomnień. Ma jej w tym pomóc odnalezienie oprawców i wymierzenie im kary.

W scenach w domu szczęśliwej rodziny, której najstarsi członkowie dopuszczali się tych… eksperymentów pozornie nie różnią się w obydwu wersjach filmu. Pozornie, bo wersja francuska ma ostre pierdolnięcie. Kiedy Lucie wywala ze strzelby, ofiara niemal rozmazuje się na ścianie. W wersji amerykańskiej wystrzał przypomina raczej wystrzał z rewolweru i to o niewielkim kalibrze.

Podobnie wyglądają różnice w dalszej partii filmu. Wszyscy, którzy oglądali film Laugiera na pewno zapamiętali znalezisko z sali tortur martwych oprawców w osobie młodej kobiety, której próbuje pomóc przyjaciółka Lucie, Anna.

martyrs

Okaleczona postać wygląda makabrycznie. Tego nie da się po prostu opisać. Taki widok zrzuca z krzesła. W wersji amerykańskiej Anna znajduje w piwnicy małą dziewczynkę, której nawet włos z głowy nie spadł. Jeśli to miało kogoś zszokować to chyba tylko osoby, które nie widziały pierwotnej wersji wydarzeń. Dla mnie to było po prostu śmieszne.

Znaczące różnice fabularne rozpoczynają się z chwilą gdy Lucie po zamordowaniu oprawców postanawia targnąć się na swoje życie pozostawiając bezradną Annę. W wersji francuskiej robi to bardzo skutecznie, dzięki czemu reszta członków sekty, bo chyba tak można ich nazwać, nie ma szansy na powrót zaciągnąć ją do lochu i oskórować. Zamiast tego sędziwa dama przewodząca zgromadzeniu pierdolców bierze się za Annę.

W wersji oryginalnej będziemy teraz śledzić powolną, sukcesywną i postępującą drogę męczeństwa przyjaciółki Lucie. Dziewczyna jest poniewierana chyba na wszelkie możliwie sposoby z dużym naciskiem na upokorzenie. Na koniec widzimy ‚piękny’ obrazem kobiety, z której zdarto niemal każdy centymetr skóry.

martyrs

martyrs

Dla kontrastu w remake to Lucie na powrót staje się ofiarą i w stan agonalny wpędzają ją zadraśnięcia na dłoniach i chyba jedyny mocny element tortur, czyli zdarcie skóry z pleców. Męczeństwo w wersji amerykańskiej w każdym calu jest lajtowe.

Finał historii również różni się w obydwu wersjach i muszę to powiedzieć, amerykanie polecieli sobie „Dotykiem anioła”. żałość.

Możemy tu mówić o jakieś wersji ocenzurowanej pod względem brutalności. Taki pono był zamiar, ale czemu w związku z tym spłycono też przekaz, że tak powiem werbalny?

Oglądając obydwa filmy jeden po drugim (ja, w ramach dobrej woli, zaczęłam teraz od remake) zauważymy, że niektóre wypowiedzi bohaterów są niemal identyczne z tą różnicą, że w remake są mocno okrojone, jak np. rozmowa z przywódczynią.

W wersji francuskiej uzyskujemy dużo lepszy ogląd na sprawę męczenników. Wersja amerykańska zastępuje brutalność formy i treści jakimiś ganiankami po okolicy, dramatycznymi monologami i chaotycznym miotaniem się po wydzielonej przestrzeni.

Tak to właśnie wygląda. Amerykanie zabrali „Skazanym na strach”, cały strach, zabrali bardzo wiele, ale niestety nie dali nic w zamian.

Moja ocena:

Martyrs/ Skazani na strach (2008): 8/10

Martyrs (2015): 4/10

Skupmy się na przyszłości

Amnesiac (2015)

amnesiac

Po wypadku samochodowym mężczyzna traci pamięć. Nie pamięta domu, w którym znajduje się przykuty do łóżka, nie pamięta kobiety, która troskliwie się nim zajmuje, nie pamięta kim był, ani czym się zajmował. Wszystko, co pamięta to wypadek i dziewczynka z samochodu wzywająca tatę.

Od swojej pięknej opiekunki dowiaduje się, że jest jej mężem, dom jest jego domem, gdzie mieszka wraz z żoną i zgrają kotów. Musi od nowa ze wszystkim się oswoić, ale jak to robić, gdy wszytko wydaje się kłamstwem, wszytko jest nie tak?

amnesiac

„Amnestiac” to nowy thriller Michaela Polish’a, który wraz ze swoi bratem bliźniakiem od dawna z powodzeniem radzi sobie w świecie filmu.

Scenariusz obrazu sięga po ograny motyw zaniku pamięci, który nieodmiennie kojarzy mi się z brazylijskimi tasiemcami i raczej odrzuca od danej produkcji niż zachęca po sięgniecie po nią.

W początkowych partiach seansu już miałam pewien pomysł na rozwiązanie zagadki tożsamości głównego bohatera i relacji łączącej go z kobietą.

Nie miałam racji, ale to chyba dobrze, bo oznacza, że film nie jest tak łatwo przewidywany jak należałoby oczekiwać.

Główny wątek to utrata pamięci bohatera i jego próby odzyskania tożsamości poprzez rozmowy z żoną i myszkowanie po domu- tu mamy sceny rodem z „Misery„.

Elementem, który najbardziej przyciągnął moja uwagę w tym filmie jest postać kobiety. Niestety ani razu nie pada tu jej imię. Dzięki temu jej postać jeszcze zyskuje na tajemniczości. W tej roli widzimy piękną Kate Bosworth, prywatnie żonę, reżysera filmu. Widzimy ją tu jako bardzo majestatyczną, elegancką damę noszącą się na modę europejską z lat ’40. Bije od niej chłód i opanowanie, co i rusz zabawia męża ciekawostkami w stylu ‚wiedza bezużyteczna’, co każe sadzić, że jest niezwykle bystra, albo ma doskonałą pamięć. Jest troskliwa i czuła. Taka „Żona ze Stepford”.

amnesiac

Niestety, jak należy się spodziewać ideałów nie ma i owa dama także jest tego przykładem. Trup w piwnicy, dziecko w klatce… zaniepokoją najbardziej ugłaskanego małżonka. Za tę postać twórca odstaje ode mnie ogromnego plusa, podobnie jak odtwórczyni tejże roli.

Męskiego bohatera kojarzę zaś z serialu „American Horror Story„, czy starej roli w „American Beauty”. Facet ma w sobie coś niepokojącego, trzeb mu przyznać. Jego postać jest zdecydowanie mniej pociągająca, taki Jon ‚knows nothing’ Snow, marionetka w rękach pięknej żony. Jego historia, kiedy w końcu ją poznamy jest przykładem figli pamięci, jak rzecze piękna małżonka, sami możemy stworzyć swoje wspomnienia, co też oboje w pewnym sensie robią.

Finalnie mamy tu ciekawy film, dość złożoną historię z drugim dnem. Obraz raczej oszczędza na formie serwując nam surową oprawę filmowych wydarzeń. Jest dobrze zagrany, nieźle przemyślany, ot zgrabny thriller, który jak sądzę, spodoba się większości widzów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 1/10

Kto jest bez grzechu?

AfterDeath (2015)

afterdeath

Pięcioro młodych ludzi trafia do domku nad morzem. Zanim tam dotarli każde z nich zbudziło się kompletnie przemoczone na plaży, gdzie ze zdziwieniem odkryli, że … nie mają pulsu.

Jeśli umarli to gdzie teraz są?

Oto kolejny film z serii uwięzieni w zaświatach, gdzie widz ma przyjemność kibicować martwym bohaterom.

W takich scenariuszach fakt, że mamy do czynienia z ludźmi bez pulsu zazwyczaj zachowywane jest w tajemnicy, by finale zrobić ‚tadam’ i zaskoczyć widza zmyślnością takiego założenia. Fakt faktem powstało już stanowczo za dużo filmów opartych na tym motywie, przez co dochodzi do tego, że gdy scenarzysta nie ma pomysłu, jak spointować usianą absurdami fabułę swojej historii, uśmierca protagonistów dając nam do zrozumienia, że przecież w zaświatach wszytko jest możliwe – a przynajmniej nikt nie może potwierdzić, że nie;) Tu najlepszym przykładem takiego chwytu był „Zapach śmierci” puszczony gdzieś w drugiej fali wysypu produkcji z martwymi bohaterami.

Twórcy „AfterDeath” najwyraźniej przewidzieli, że owo zaskakujące zakończenie obecnie jest już zagraniem standardowym, toteż w czasie trwania seansu skupili uwagę widza na czym innym. Na czym? Ano na tym by bezpiecznie przetransportować naszych umarlaków do nieba.

W związku z powyższym zagadnieniem głównym tematem rozważań w filmie będzie kwestia  grzechu, tego co można mieć na sumieniu by mimo to dostąpić bram raju.

Tu powstaje przestrzeń, w której możemy bliżej poznać protagonistów. Mamy tu tylko jednego faceta, więc zacznę do niego. Seb ma sporo na sumieniu. Chłopak lubi sobie popić i pobzykać, i nie przeszkadza mu, że partnerka jest nieprzytomna. Dalej mamy Pati, której głównym grzechem jest zazdrość, czego tak zazdrości innym, nie powiem, bo to jedna z niewielu niespodzianek w tym filmie. Mamy jeszcze głupiutką acz waleczną Livy, której przewiną jest głównie puszczalstwo, oraz Onie, która grzeszy myślami samobójczymi. Na koniec mamy główną bohaterkę, Robin, która… nie koniecznie ma ochotę dzielić się swoimi winami, a ma za co pokutować.

afterdeath

Jak sami pewnie wywnioskowaliście fabularnie film ten jest mierny. Raz, że wtórny, dwa, że nudny, trzy, że niedopracowany – jeśli już jakiś wątek zaczyna być interesujący, to szybko zostaje porzucany.

Film ma jednak zaletę – podobały mi się efekty. No, dobra nie wszystkie, czarna, demoniczna postać gwałcąca Seb’a to nie szczyt mojego zachwytu, ale za bardzo udane uważam tło wydarzeń i nie chodzi mi o domek, w którym rozgrywa się większość wydarzeń, lecz o to co widzimy na zewnątrz. A są to bezludne połacie ziemi, zatopione w granatowym półmroku, czarne wody morza i upiorne światło latarni, gdzieś w oddali. Gdy nasi bohaterowie wychodzą na zewnątrz wreszcie można odczuć coś na kształt klimatu grozy, niestety ten wątek szybko zostaje porzucony…

afterdeath

Nie bardzo przypadł mi ten film. Głównie ze względu na mało ciekawy pomysł wyjściowy – na mój gust trochę za dużo religijnego biadolenia za mało prawdziwego strachu. Mamy tu zaledwie kilka interesujących elementów, ale jak wspomniałam twórcy nie poświęcają im zbytniej uwagi. Mamy kilka wstawek nieco komediowych, jak wątek wódki, którą nasi bohaterowie chlają hektolitrami, i mimo tych starań nie są w stanie się urżnąć – no, to chyba faktycznie musi być piekło.

Całość w nizinach średniej, nawet jak na debiutantów w pełnym metrażu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

50/100

W skali brutalności:0/10

Hotel Cortes życzy udanego pobytu

American horror story- Sezon 5 (2015)

hotel

Pierwsze przecieki na temat piątego sezonu sugerowały, że będzie on nawiązywał do konwencji slashera, a w roli głównej Jessike Lange zastąpi Jamie Lee Curtis znana przede wszystkim jako królowa krzyku z „Halloween”. Jak się szybko okazało informacje te dotyczyły zupełnie innego serialu, zupełnie nowego projektu pod szyldem „Scream Queens”.

Następny soczysty news przedpremierowy głosił, że w obsadzie zobaczymy Lady Gage. Myślałam, że to chory dowcip. Już abstrahując od moich muzycznych upodobań, jak najdalszych od Lady Gagi nie mogłam sobie tego pomysłu zracjonalizować. A tu proszę, faktycznie Lady Gaga zastąpiła Jessikę Lange i jeszcze została doceniona Złotym Globem za tą herezję;)

Z tą herezją to żartuje, bo mimo iż brak Jessiki uważam za błąd producentów, to Lady Gaga poradziła sobie z główną rolą bardzo dobrze. Może powinna zmienić branżę, bo jej teatralny styl sprawdziłby się w jeszcze nie jednym filmowym projekcie, gdzie dziwność jest w cenie.

Najnowszy sezon „American horror story” nosi podtytuł „Hotel”, a jego akcja rozgrywa się w starym hotelu w Los Angeles. Tu mogę przytoczy słowa Mike Enslina z 1408: „Pokoje hotelowe z natury są przerażające, bo ilu z gości zmarło, ilu było chorych etc.” Pasują one do tematu sezonu jak ulał.

Jak zazwyczaj, twórcy serialu swoja fabułę złożyli z kilku połączonych wątków dotyczących słynnych amerykańskich historii budzących grozę. Jedne z nich można uznać za autentyczne, inne tylko nawiązują do faktów, a jeszcze inne stanowią swoiste legendy.

Główną ‚osoba dramatu’ jest wampirzyca zwana Hrabiną. To w tą postać wciela się Lady Gaga i na niej skupiamy uwagę przez pierwsze kilka odcinków. Wampiry, jak wampiry nigdy jakoś szczególnie mnie nie kręciły, chyba te z pod znaku XIX wiecznych powieści gotyckich. Podobne wrażenia miałam względem postaci hrabiny, Nie urzekła mnie swoją krwistą seksualnością i mimo iż Lady Gaga poradziła sobie w roli femme fatale to i tak daleko jest do kreacji stworzonych przez Lange. Doceniam ją jednak, bo spodziewałam się istnej katastrofy.

Historia hrabiny jest naznaczoną żądzą władzy, miłością, i krwią. W pewnym momencie pojawia się ciekawe nawiązanie do  postaci amanta wszech czasów i gwiazdy kina niemego Rudolfa Valentino i jego ostatniej żony, Nataszy.

hotel

Idąc dalej trafiamy na legendarnego reżysera Friedricha Murnau i jego wampiryczne zapędy. Facet był posądzany o wampiryzm tak jak Bela Lugosi i ten moty zgrabnie wykorzystali twórcy serialu. Hrabina niejako scala wszystkie wątki, bo to ona decyduje kto trafi do Hotelu ‚Cortes’. Wciąż pojawiają się nowi kochankowie, kochanki i ofiary.

W ten sposób na arenę wkracza postać właściciela hotelu Jamesa Marcha, w tej roli znany z wszystkich wcześniejszych sezonów Evan Peters. Postać Marcha nawiązuje do bodajże- tego nikt nie może być pewien – pierwszego seryjnego mordercy Ameryki H.H Holmes’a, który w swoim hotelu w Chicago mordował ludzi, zazwyczaj hotelowych gości.  March jak większość stałych rezydentów hotelu jest duchem, który w noc Halloween zaprasza w swoje skromne progi inne duchy, duchy najsłynniejszych seryjnych zabójców. Tu spotkamy między innymi Gacy’ego, Alien, Ramireza itp.

hotel

Wątek seryjnych morderców jest tu bardzo istotny bo wprowadza nam kolejnego, o dziwno żywego bohatera, agenta FBI, który w Los Angeles tropi zbrodnie ‚mordercy od 10 przykazań’. Ten bohater przyniesie nam pewną niespodziankę, i wprowadzi kolejnych bohaterów na planszę. Agent John ma żonę i dwójkę dzieci. Niestety kilka lat temu jego synek Holdem zaginął i ups… pewnego dnia odnalazł się w niezmienionym kształcie w hotelu Hrabiny, jako wampirzątko.

hotel

Z seryjnym mordercom miała też do czynienia jedna z najzabawniejszych i najsmutniejszych jednocześnie postaci dalszoplanowych, mianowicie pokojówka Hazel. Wierna swemu morderczemu Panu nie radząca sobie z tragedią z przeszłości, kiedy to jej syn padł ofiarą zabójstwa. Ona także jest jednym z uwięzionych tu duchów.

Jeśli już o duchach mowa, nie można zapomnieć o zaćpanej Sally, heroinistce, która dokonała żywota w hotelu i od tamtej pory szuka ukojenia swojej samotności w budynku bez wyjścia. Sally dawała sobie w żyłę wraz z Donovanem, dopóki jego niewątpliwa urodą zainteresowała się Hrabina i uczyniła go swoim kochankiem i wampirem.

Wraz z Donovanem poznajemy jego strapioną matkę, która większość życia poświęciła na bezowocne próby wyciągnięcia syna z nałogu. By móc być przy nim zamieszkałą w hotelu i od tamtej pory pracuje jako recepcjonistka- w tej roli widzimy wymęczoną Kate Bates.

hotel

Za ladą recepcji towarzyszy jej, moim zdaniem najsympatyczniejsza postać sezonu, stary transwestyta zwany Liz Taylor lub Cleopatra. Losy wszystkich, tych bohaterów- plus kilku innych których pomijam z braku czasu – łączą siew historii gdzie głównym wątkiem jest życie po śmierci.

Czy ten sezon przypadł mi do gustu? Dosyć, jest na pewno lepszy niż sezon trzeci i czwarty, ale niestety nie zbliża się do wrażeń jakie zafundowały mi dwie pierwsze odsłony serialu.

Sam pomysł na lokalizacje jest tu udany, bo jak wspomniałam, hotele nadają się na siedlisko mrocznych tajemnic, jak żadne inne miejsce. Scenografia, którą stanowi wystrój hotelu jest jednym z najmocniejszych punktów programu.

Martwi mnie tylko jednak rzecz, twórcy coraz więcej uwagi poświęcają formie, a coraz mniej treści. Za dużo tu rozwleczonych scen gdzie ciężko o jakaś treść.

Pierwsze trzy odcinki nie nastroiły mnie pozytywnie i dopiero większe nagromadzenie wątków pobocznych sprawiło, że ta historia zaczęła mnie interesować. Jestem ciekawa, co będzie w następnym sezonie.

Był nawiedzony dom, był szpital psychiatryczny, była szkoła czarownic, był cyrk, był hotel… Może by tak wyszli po za budynki i rozkręcili coś powiedzmy na odludnej drodze? Za miejsce ‚przystankowe’ mógłby posłużyć upiorny motelik, czy na wpół opuszczona stacja benzynowa.  O Amerykańskich zapomnianych drogach krąży tyle samo legend podszytych zbrodnią co o hotelach, domach i szpitalach. 

Jednakże jak do tej pory jedyny znaleziony przeze mnie news z zagranicznej strony poświęconej horrorom głosi, że nowy sezon będzie nosił podtytuł „Summer Camp” co sugeruje nawiązanie do nurtu camp slasherów.

Czy to prawda, czy plotka, czy czyjeś pobożne życzenie, okaże się.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 7

Klimat: 8

Napięcie: 6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Zaskoczenie:6

Oryginalność:7

To coś:8

68/100

W skali brutalności:2/10

Posłańcy z zaświatów

The Messengers/ Posłańcy (2007) &

Messengers 2: The Scarecrow (2009)

posłańcy

posłańcy

Dwa filmy z pod jednego szyldu. Różni reżyserzy i scenarzyści, jak to często bywa w przypadku kontynuacji, różne historie z tym samym wątkiem przewodnim. Punktem wspólnym w „Posłańcach” i „Posłańcach 2” jest podupadająca farma, problemy finansowe i zjawiska nadprzyrodzone.

Pierwszy z filmów, dzieło dwóch reżyserów i można w sumie powiedzieć, dwóch scenarzystów, gdyż pierwotnie pierwsza część posłańców miała być oparta na pomyśle, który wykorzystano w drugiej części. Moim zdaniem twórcy jedynki powinni pluć sobie w brodę, bo fabuła proponowana im przez scenarzystę drugiej części była ciekawsza, ale do tego dojdziemy.

Pierwszy z filmów zaczyna się w chwili, gdy rodzina nastoletniej Jess – mama, tata i młodszy brat- przeprowadzają się z Chicago na kompletna prowincję. Resztki pieniędzy jakie im pozostały ładują w kupno zrujnowanej farmy. Ważnym punktem w programie są niesnaski pomiędzy nastolatką, a rodzicami. To jej przewina była przyczyną upadku ekonomicznego rodziny o czym często jej przypominają.

Gdy rodzina wprowadza się do nowego domu starzy całkowicie skupiają się na uprawie słoneczników. Tymczasem nastolatka zaczyna odbierać wiadomości od gości z zaświatów. Ataki nadprzyrodzonych istot stają się coraz bardziej inwazyjne, ale nikt nie słucha niegrzecznej Jess.

posłańcy

posłańcy

Wszystko zgodnie z klasycznym wzorcem. Wszytko płaskie i przewidywalne i tylko zwrot akcji w finale może kogoś zaskoczyć. Niestety nie jest to wystarczająca rekompensata za cała godzinę nudy, słabych efektów i drętwego aktorstwa czołowej bohaterki.

Dwa lata później inny reżyser nakręcił „Posłańców 2” i wykorzystał scenariusz, który pierwotnie miał stanowić fabularną podstawę pierwszego filmu.

Nie mamy tu przeprowadzki, ale kłopoty finansowe odgrywają taka samą, albo jeszcze większą rolę. Ponownie widzimy tu czteroosobową rodzinę farmerów tym razem uprawiających kukurydzę. Ojciec rodziny tonie w długach, a matka szuka wsparcia w ramionach dawnego adoratora.

Pewnego dnia John wraz z synkiem znajduje w szopie starego stracha na wróble. Jego mały synek jest przerażony kukłą i wymusza na ojcu obietnicę, że ten nigdy nie postawi go na polu. Niestety złośliwe ptactwo wyżera plony, a John za namową sąsiada postanawia skorzystać ze strach na wróble. Od tamtej pory los zaczyna się do niego uśmiechać. Wszyscy, którzy byli wrogo nastawieni wobec bohatera zaczynają ginąć, a on sam znajduje na polu wartościowe przedmioty. Jak się okazuje, nie ma nic za darmo.

posłańcy

posłańcy

Druga część „Posłańców” jest znacznie bardziej złożona pod względem fabuły. Pojawia się więcej wątków, a same zjawiska paranormalne nie mają kształtu złowrogich niewyjaśnionych emanacji, lecz są celowe i uzasadnione.

Jak nie trudno zgadnąć sprawa ma związek z tytułowym strachem na wróble. Aktorstwo też jest lepsze, a może po prostu postaci ciekawsze, w każdym bądź razie ogląda się to ciekawie. Nie mamy tu wysypu tanich efektów, ani eskalacji w postaci walki wręcz z demonicznym antybohaterem, co zawsze budzi we mnie niesmak. Jest lepiej, niż w przypadku części pierwszej, co jest dość zaskakujące, bo kontynuacje zazwyczaj są słabsze. Ne mniej jednak moje odczucia względem obydwu filmów są dalekie od zachwytu.

Moja ocena:

Posłańcy: 5/10

Posłańcy:6+/10

Na początku było Coś

The thing from another world (1951)

the thing from another world

W amerykańskiej bazie na terenie Alaski grupa naukowców wyłapuje podejrzany wzrost promieniowania w niedalekiej okolicy. Naukowcy udają się na miejsce i odkrywają pokryty lodem statek kosmiczny. Nie udaje im się bezpiecznie wykopać statku, ale wydobywają z jego wnętrza ‚pasażera’. Zabierają go do siebie zatopionego w bryle lodu.

Czekając na decyzje zwierzchników nie wszyscy potrafią wykazać się cierpliwością. Przypadek i nieostrożność prowadzi do tego, że obcy zostaje ‚rozmrożony’ i o zgrozo, ożywa. Nie jest przyjaźnie nastawiony wobec swoich znalazców.

the thing from another world

Czy ta fabuła Wam coś mówi? I powinna, bo dotyczy pierwowzoru „Coś” Carpentera.

Bardzo chciałam obejrzeć ten film. Porównać go ze znacznie popularniejszym remake. Liczyłam, że sprawa będzie wyglądać podobnie jak w przypadku „Inwazji porywaczy ciał” i jego rozlicznych readaptacji i poniekąd tak jest, z tym, że jestem znacznie mniej zachwycona oryginałem i dostrzegam przepaść między nim a filmem Carpentera.

Jak się okazuje jedynym niezmienionym elementem jest pierwszy człon tytułu i napis w czołówce filmu;) Chyba strasznie spodobał się Carpenterwi.

the thing from another world

Zmieniono nawet miejsce akcji, w remake jesteśmy już na terenie Arktyki. Ale to akurat niuans, bo Alaska prezentuje się tu niemal jak biegun północny.

the thing from another world

Najbardziej zasadnicza równicą fabularną jest sama postać antagonisty z kosmosu. Carpenter widział go zupełnie inaczej.

W filmie Christiana Nyby i Howarda Hanksa obcy jest genetycznym pokrewieńcem rośliny, pada nawet określenie Super Marchewka. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi wcale nie stanowi słabego puntu tego pomysłu.

Według obecnego na stacji badawczej doktora to właśnie ta prymitywna struktura, brak cech zwierzęcych, czy ludzkich przyczynił się do tak zaawansowanego rozwoju tej formy życia i jej cywilizacji. Jakby nie patrzeć to ‚Marchewka’ przemierzyła kosmos i wylądowała na Ziemi, a nie na odwrót;)

Naukowiec dopatrzył się w tym słabości swojego własnego gatunku i stwierdził, że obcy jest produktem ewolucji, tak jak ludzie z tym, że my mieliśmy pecha i pochodzimy od zwierząt, a on z roślin więc: „Jego rozwój nie był powstrzymywany przez emocjonalne bądź seksualne czynniki.”

Pomył Super Marchwi jest więc dość interesujący, gorzej natomiast twórcy spisali się przy wizualizacji tego pomysłu. Obcy wygląda jak… człowiek, jak człowiek w ciasnym kombinezonie. Nic więcej. Atakuje wyciągając przed siebie górne kończyny, porusza się przy pomocy kończyn dolnych. Nie ma w nim nic kosmicznego. Gdy wreszcie mogłam go zobaczyć w ostatnich minutach filmu byłam rozczarowana. Wiem, że w ’51 nie było takich możliwości jak dwadzieścia lat później, ale taki sposób zaprezentowania kosmity trącił kompletnym brakiem kreatywności. Już chyba wolałabym żeby z głowy wyrastała mu nać.

the thing from another world

Jak napisałam, starcie z obcym przypada dopiero na ostanie minuty filmu, co więc dzieje się wcześniej? Dzieje się podobnie jak w większości filmów starej daty – dużo gadania. Kiedyś scenarzyście wkładali duży wysiłek w dialogi, bo miały one kolosalne znacznie dla zbudowania całej fabuły. Po prostu trzeba było powiedzieć to, czego nie dało rady pokazać.

Mimo iż taka dysproporcja akcji właściwej i całego wstępniaka może niektórych znudzić, mnie to szczególnie nie przeszkadzało – może to kwestia przyzwyczajenia, bo jednak często oglądam stare filmy.

Mimo, że film mnie nie zachwycił, to warto go obejrzeć chociażby w ramach ciekawostki – co doprowadziło do powstania „Coś”.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

Nie ma dla nas miejsca na Ziemi

Planeta Małp – Pierre Boulle

planeta małp

Pamiętam, jak gdzieś między czwartą, a piątką klasą podstawówki po raz pierwszy obejrzałam w telewizji film Franklina J. Schaffnera „Planeta małp”. Pamiętam, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił, a scena finałowa ze Statuą Wolności pogrzebaną w piasku na plaży rozrastała się przeraźliwą wizją w mojej głowie. Byłam w szoku.Była to kompletnie inna wizja końca świata niż sobie wyobrażałam. Często myślałam o tym filmie, rozważałam w głowie jego główne założenie i z czasem uznałam, że gdyby faktycznie ludzkość zamienić miejscami w hierarchii ze zwierzętami, to byłaby to sprawiedliwa kara.

Science fiction przestało być absurdalne,  gdyby faktycznie coś w popieprzyło się w łańcuchu ewolucji i to małpy nie ludzie rozwinęły by w sobie inteligencję, czy jest to aż tak absurdalne i niemożliwe do zaakceptowania? Może te małpy myślały by o analogicznej sytuacji to samo – jak człowiek mógłby się rozwinąć?

O tym właśnie opowiada „Planeta małp”, powieść francuskiego pisarza Pierre Boulle, która zainspirowała twórców pamiętnego dla mnie filmu.

Szczerze powiedziawszy, jak w wielu wcześniejszych przypadkach nie wiedziałam, że film Schaffnera jest ekranizacją powieści. Trafiłam, ot przypadkiem i wpadłam. Wpadłam jak śliwka w kompot, bo okazało się, że wielbiony przeze mnie film nie umywa się do powieści.

Myślę, że większość z Was go widziała, dlatego spokojnie mogę pozwolić sobie na porównania. Po pierwsze książka jest krótka, albo taką mi się wydawała. Scenariusz w znaczący sposób odbiega od pierwowzoru i niestety, odbiega na minus. Akcja powieści rozpoczyna się w dalekiej przyszłości, kiedy to turystyczne loty w kosmos są już codziennością.

W czasie takiej wycieczki pewne małżeństwo natrafia na dryfującą w kosmosie butelkę z listem w środku. Udaje im się ją ‚odłowić’ i zaczynają czytać zawartość wiadomości. Jest to opowieść niejakiego Ullissesa, francuskiego dziennikarza ( w wersji filmowej, Tylera, amerykańskiego astronauty), który w czasie wyprawy badawczej w kosmos towarzystwie znanego profesora trafia na nieznaną planetę.

Tam z ogromnym zdziwieniem obydwaj odkrywają podobieństwo owego miejsca do ziemi, z tą tylko różnicą, że tam nie ludzie, a małpy sprawują niepodzielną władzę nad królestwem zwierząt.

Jak pamiętacie z filmu główny bohater wraz z towarzyszem zostaje złapany wraz z dzikimi ludźmi tworzącymi jakiej pierwotne plemię przez armię małp. Wówczas trafia do ośrodka badawczego, gdzie małpy eksperymentują na niższym gatunku – na ludziach. Tu film wiele traci w porównaniu z książką. Opisy autora, dzięki którym zapoznaje nas z życiem na planecie małp i funkcjonowaniem ich społeczeństwa są dużo bardziej szokujące niż to, co zaserwowano w filmie.

planeta małp

Po pierwsze filmowa planeta małp tkwi w epoce średniowiecza. Małpy, co prawda, mają swój system polityczny, ale zarówno pod względem techniki jak i nauki są daleko w lesie. W książce są mniej więcej na takim stopniu zaawansowania cywilizacyjnego, jak ziemianie w końcu XX wieku. Latają w kosmos, mają samoloty, samochody, bardzo zaawansowana medycynę, prowadza badania laboratoryjne i psychologiczne. Wszytko zupełnie jak na ziemi, z tym, że tu rządzą małpy. Ta różnica jest bardzo ważna dla fabuły powieści, bo dzięki temu możemy spojrzeć na małpy niczym w zwierciadło. Oni są tacy jak my. Opisy eksperymentów jakim poddawany jest Ulisses i inni schwytani ludzie są idealnym odwzorowaniem tego, co my robimy. W identyczny sposób badają zachowania osobnicze ludzi w jaki my badamy zachowania zwierząt.

Książka doskonale obrazuje szok głównego bohatera, to jak trudno było mu utrzymać swoją cywilizowaną naturę w pionie i nie dać się ponieść zdziczeniu do jakiego według małp został przeznaczony. Film niejako zbagatelizował kwestię relacji Ulissesa z ‚koleżanką z klatki’. W filmie jest nią co najwyżej zainteresowany w książce … ma z nią dziecko. Z dziką kobietą, która nie potrafi nawet mówić – to jak zoofilia.

Inny jest też finał całej opowieści. Nie twierdzę, że reżyser nie przywalił mi swego czasu po głowie tą Statuą Wolności, nie objawił smutnej prawdy o losach naszej cywilizacji, ale to jak pograł ze mną Boulle jest nie do pobicia.

Książka jest wprost rewelacyjna! Staram się nie krzyczeć na was tymi wykrzyknikami, ale po prostu się inaczej nie da. Forma w jakiej Francuz spisał swoją opowieść też bardzo przypadła mi do gustu. Styl nieco przypominał fantastyczną gawędę, a z drugiej strony szokujący raport naukowy.

Pożarłam tę książkę z apetytem i Wszystkim zalecam umieszczenie jej w swoim czytelniczym menu.

Moja ocena:10/10