Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Syndrom Jerozolimski

Jeruzalem (2015)

jeruzalem

Dwie młode i bogate żydówki mieszkające w Stanach, Sarah i Rachel, wyruszają w podróż do Izraela. Szukają tam całonocnych imprez i rozrywek wszelkich maści jednak w samolocie poznają młodego archeologa, Kevina i to on namawia dziewczyny na zmianę kierunku i wybranie się z nim do Jerozolimy. Laski ochoczo porzucają swoje plany, jedna z nich porzuca nawet ciuszki na rzecz zabaw oferowany przez Kevina. Lądują w hotelu w starej części miasta przed dzień święta Jom Kippur, które według niektórych mieszkańców miasta skończy się katastrofą miary apokalipsy. Oczywiście młode niewiasty i ich towarzysze zabaw w to nie wierzą i oczywiście się mylą.

No, cóż mamy kolejny mcdocumentary religią w roli głównej, czyli coś w tylu niedawnego “Jako w piekle tak i na ziemi. Piekło jest tu z resztą ważnym tematem, bo wedle wierzeń to właśnie w Jerozolimie znajduje się jedna z trzech bram do piekła. W filmie pojawiają się apokaliptyczne nawiązania, począwszy od zmartwychwstania zmarłych po zjazd demonów na ludzkiej ziemi.

jeruzalem

Całą historię śledzimy dzięki bajeranckim smart okularom jakie w prezencie od tatusia otrzymała Sarah. To one są nam kamerzystą, co jest chyba nieco lepszym rozwiązaniem niż kręcenie z ręki, bo jednak głowa bywa bardziej stabilnym statywem:)

Pierwsza połowa filmu stanowi wieczorek zapoznawczy z bohaterami i tłem opowieści. Bohaterowie jak na amerykańskich turystów przystało piją i pieprzą się co dla obserwatora jest elementem średnio atrakcyjnym.

Tło, czyli Jerozolima i jej kontekst kulturowo religijny jest już elementem dużo ciekawszym. Nigdy nie byłam w Izraelu i pewnie nie będę więc mogłam się napatrzeć, a jest na co. Obraz miasta wypada tu świetnie, na każdym kroku historia, tajemnicze przejścia, ślepe uliczki, mieszanka wybuchowa narodowości.

jeruzalem

Pojawia się też wątek psychicznego kryzysu zwanego syndromem jerozolimskim, który dotyka niektóre osoby pielgrzymujące do ziemi świętej. O taką przypadłość podejrzewany jest Kevin, którego już pierwszej nocy po przybyciu do miasta zaczynają trapić złe przeczucia.

Innym jerozolimskim szaleńcem jest mężczyzna zwany ‘królem Davidem’, który nieustannie kursuje po ulicach wieszcząc apokalipsę. Wszytko to, całe tło wydarzeń wypada całkiem fajnie, przynajmniej dla mnie. Jest to pewnikiem zasługa twórców, braci Paz, którzy ze względu na swoje urodzenie potrafili w interesujący sposób pokazać widzowi Jerozolimę. Nigdy nie oglądałam żarnego horroru z tej części świata więc było to dla mnie nowe doświadczenie.

jeruzalem

W drugiej partii filmu zaczynamy mocnym tąpnięciem. W noc wspomnianego święta zaczynają dziać się niesłychane rzeczy. Niewiele jednak można z tego zrozumieć;) Na ulicach totalny chaos. Mówi się o ataku terrorystycznym. Z głośników wydobywają się jakieś niezrozumiałe komunikaty. Władze zamykają bramy miasta, a nasi bohaterzy muszą poradzić sobie sami. Nie zabraknie tu przestrzeni na zaprezentowanie zachowań podręcznikowo głupich, ale tego akurat należy się spodziewać.

Sarah, Rachel, Kevin i kilku miejscowych postanawiają wydostać się z miasta podziemiami. Wizualnie podziemia Jerozolimy wypadają super. W tej części filmu zaczyna się też szarżowanie efektami komputerowymi w celu zmajstrowania dobrze wyglądających zwiastunów apokalipsy. Demoniczne, skrzydlate postaci kojarzące mi się z harpiami wyglądają całkiem znośnie. Owe stwory polują na ludzi w tym na naszych protagonistów.

jeruzalem

Im bliżej finału tym więcej zamieszania. Ogólnie jak na tak długi wstęp film ma całkiem żywe tempo. Jak na tak ograny motyw jak sąd ostateczny nie znudził mnie tak żebym klęła z niesmaku. Nawet jak na found footage nie wkurwiał tak bardzo oka. Ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że wbrew moim oczekiwaniom, które były jak najgorsze, film nie jest taki kiepski.

Dużo dobrego robi miejsce akcji, w moim przypadku zrobiło chyba całą robotę, niestety obiektywnie patrząc mamy tu też bardzo asympatyczne bohaterki, tendencyjny motyw przewodni i obraz macdocumentary. Nie wiem, czy komuś tak bardzo jak mnie spodoba się klimat Jerozolimy by przymknąć na te rzeczy oko.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Ciekawość to pierwszy stopień do piwnicy

The Abandoned aka Confines/ Porzuceni (2015)

confinens

Julia Streak od lat boryka się z problemami psychicznymi objawiającymi się atakami paniki. Z tego powodu grozi jej pozbawienie praw rodzicielskich do córki, Clary. Ostatnią deską ratunku jest udowodnienie otoczeniu, że może normalnie funkcjonować. Pierwszym krokiem mam być znalezienie stałej pracy. Streak zatrudnia się więc na nocnej zmianie w ochronie opuszczonego apartamentowca. Tam wraz z współpracownikiem, Cooperem ma pilnować zabytkowych wnętrz przed intruzami.

Już pierwszej nocy łamie zasady wpuszczając do środka bezdomnego szukającego schronienia przed burzą. Następnym krokiem ku pogrożeniu swojej kariery jest wyprawa w zakazane części budynku. Tak Streak ładuje się w kłopoty, a te niestety wiążą się z nadprzyrodzonymi zjawiskami do jakich dochodzi w piwnicach budynku.

Wpis na temat “Porzuconych” mogłabym w zasadzie zakończyć jednym epitetem: schematyczny, ale to chyba zauważy każdy, już na podstawie szczątkowych informacji na temat fabuły.

Mamy tu standardową bohaterkę. Streak oczywiście boryka się z problemami emocjonalnymi i mimo iż ich charakter nakazywałby trzymanie się z dala od mrocznych miejsc i samotnych nocy to ta zatrudnia się właśnie tam gdzie jest ciemno i podejrzanie. Jak na problematyczną osobę przystało przyciąga kłopoty, jak magnes biurowe spinacze. O ile ulitowanie się nad bezdomnym z psem- tak pies jest argumentem – nie jest tu godne potępienia, to samotna wyprawa w głąb, ciemnego opuszczonego budynku, podążanie za głosami z zaświatów jest już świadomym pakowaniem się w tarapaty. To typowa cecha bohaterek horrorów, niestety, tu twórcy nie pokusili się o choćby szczątkowe uzasadnienie głupoty Streak.

confines

Zagadka jaką skrywają mury budynku też jest nie tyle oczywista, co często występująca w charakterze horrorowego ‘jądra ciemności’. Oczywiście zjawiska do jakich dochodzi w  budynku maja związek z haniebnym jego zastosowaniem w przeszłości. Tu mamy kolejny stały punkt programu, czyli udręczone dusze poprzednich lokatorów napastujące naszą problemowa bohaterkę.

Żeby nieco odświeżyć temat finał odwraca kota ogonem, posługując się również dość popularnym wątkiem. Jeśli więc chodzi o samą historie nie uświadczymy tu absolutnie nic ciekawego, wszytko już było i będzie pewno jeszcze nie raz.

Jak wielokrotnie zaznaczałam, jestem w stanie wybaczyć schematyczność, jeśli jest podana w dobrej formie i tu muszę trochę pochwalić twórców, bo “Porzuceni” mają naprawdę fajny klimat.

Po pierwsze lokalizacja. Opuszczony apartamentowiec, pełne przepychu wnętrza, ale wszytko porzucone i zapomniane. Gdy gasną światła atmosfera robi się gęsta, a gdy nasz głupiutka bohaterka schodzi do piwnicy można mówić o klaustrofobii.

Twórcy znaleźli też złoty środek pomiędzy found footage, a obrazem kręconym klasycznie. W niektórych scenach możemy oglądać nagrania z kamer przemysłowych monitorujących budynek, czy też osobistych kamer pary ochroniarzy. Tu zobaczy kilka dobrych ujęć które z pewnością spodobają się fanom “Łowców grobów”, z przemykającymi widami i oświetlanymi punktowo upiornymi piwnicznymi pomieszczeniami. W większości jednak film kręcony jest klasycznie, stabilnie przez co nie umordujemy oczu nieustannie skaczącym obrazem. Bardzo przypadła mi do gustu sytuacja z zamkniętymi drzwiami, tu ciśnienie mi skoczyło, ale niestety fabularnie wybrnięto z tej sytuacji dość po łepkach.

confines

Wiem, że twórcy nie mają dużego doświadczenia, ale co ciekawe nie widać tego w formie, lecz na poziomie budowania historii.

Niestety nie mogę tego filmu uznać za dobry, mimo dobrej realizacji, bo ciąg przedstawionych wydarzeń był po prostu nudny, abstrahując już od wtórności pomysłów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Oczy mogą kłamać

Dziewczyna z pociągu – Paula Hawkins

dziewczyna z pociągu

Trzydziestoczteroletnia Rachel Watson jest u kresu sił. Jej życie się rozpadło. Przed paroma laty zaczęła pogrążać się w depresji i alkoholizmie co doprowadziło do rozpadu jej małżeństwa. Po rozwodzie, zaczęła wlewać w siebie jeszcze więcej przez co straciła pracę. Teraz mieszka kątem u koleżanki nie przepuszczając żadnej okazji do zalania się w trupa.

Udając uczciwie pracującą kobietę każdego poranka wsiada po pociągu o 8.04 wiozącego ją z przedmieść do Londynu. Każdego dnia mija ulicę, przy której mieszkała. Widzi swój, niegdyś, dom i jego nowe lokatorki, córkę swojego byłego męża i jego nową żonę, Annę. Widzi coś jeszcze, stojący kawałek dalej dom młodego małżeństwa. Pociąg którym podróżuje ma zwyczaj zwalniać właśnie na wprost tego domu, dzięki czemu Rachel dwa razy dziennie podgląda życie jego mieszkańców snując wizję ich szczęścia. Nadaje im imiona, wymyśla profesje, fantazjuje o ich zwyczajach.

Pewnego dnia na tym wyidealizowanym obrazie powstaje rysa, a chwilę później szklana kula szczęścia pęka na kawałki. Jess, bo tak nazwała ją w myślach Rachel, znika w sobotnią noc i już nie wraca. Policja podejrzewa męża kobiety, jednak Rachel wie, że Jess- w rzeczywistości Megan, miała tajemnicę i to ona mogła mieć związek z jej zniknięciem.

W ogóle nie wzięłabym się za tą powieść gdyby nie została zmuszona do zorganizowania jej egzemplarza dla mamy. Niektórzy po prostu muszą być na bieżąco z nowościami. Ja zazwyczaj omijam tak nachalnie promowane tytuły, albo sięgam po nie z bardzo dużym opóźnieniem, kiedy wrzawa zachwytu już przycichnie.Tak, czy siak “Dziewczyna z pociągu” wpadła w mojej ręce.

Pierwsze za co muszę pochwalić tę powieść to narracja. Głównym bohaterem i głównym narratorem powieści jest Rachel i to jej punkt widzenia wychodzi na prowadzenie. Pojawiają się też relacje widziane oczami Anny, nowej małżonki ex męża Rachel i wreszcie wspomnienia zaginionej Megan. Nie ma tu więc miejsca na żadnego dzielnego glinę, samotnego i nieco zgorzkniałego, ale nadal z bohaterskim nastawieniem do pracy – czyli typem bohatera kryminału który pojawia się najczęściej w tego rodzaju powieściach i zawsze mnie mierzi swoją nijakością.

Zmiana punktu widzenia na osobę świadka zamiast mordercy czy śledczych wpływa na całą fabułę, która opiera się na zbieraniu pamięciowych skrawków pijanej w sztok obserwatorki zamiast wodolejczego obrazu policyjnego śledztwa, czy bardziej lub mniej udanych wynurzeń jakiego psychola.

Skojarzyło mi się to z jedną z moich ulubionych filmowych opowieści Hitchcocka, “Okno na podwórze” .Głównym podobieństwem jest oczywiście motyw vojeryzmu, podglądania czyjegoś życia i snucia teorii na jego temat na podstawie obserwacji. Po drugie mamy przestępstwo, przestępstwo jakie widzi Rachel nie ma natury kryminalnej, najwyżej jest moralnym uchybieniem, ale w jej przekonaniu to właśnie ono doprowadziło do późniejszej tragedii, czyli zniknięcia młodej mężatki.

W “Oknie na podwórze” mieliśmy przykutego do wózka faceta, który podglądał sąsiadów z nudów. Jego prywatne śledztwo było nie tyle wypadkową altruizmu i bohaterstwa ile wynikiem znudzenia i chęcią ucieczki od własnej smutnej egzystencji. Tak też jest w przypadku Rachel.

Na tej samej ulicy widzi dom swojego ex i dom Megan i Scotta. Woli obserwować sielankę tych drugich zamiast zastanawiać się co nowa kobieta robi w jej domu. Gdy okazuje się, że wizja jaka wysnuła na temat obserwowanych małżonków jest nieprawdziwa, a Megan najprawdopodobniej padła ofiara przestępstwa Rachel z butami włazi w życie Scotta. Mimo iż zdaje sobie sprawę z tego, że nie powinna angażować si aż tak, to właśnie cudza tragedia pozwala jej znaleźć odskocznie. Kiedy próbuje zrekonstruować wydarzenia z soboty wieczór potrafi zachować trzeźwość.

Jest coś jeszcze, jakieś mgliste pijackie wspomnienie, które nie daje jej spokoju. Przecież tej soboty była w pobliżu domu Megan, chciała zrobić kolejną awanturę swojemu ex i… i nazajutrz obudziła się w zasikanym i zarzyganym mieszkaniu swojej koleżanki z siniakami i ranami na ciele. Mogła coś widzieć, mogła widzieć sprawce, mogła by go rozpoznać, a może sama nim była? W pijackim amoku zatłukła bidule?

Jak na kryminał przystało, głównym wyzwaniem dla czytelnika jest zdemaskowanie przestępcy. U Pauli Hawkins nie jest to łatwe, ale nie jest też niewykonalne. U mnie pierwsze przeczycie pojawiło się już w początku książki, ale było równie niejasne jak pijacki przebłysk wspomnień Rachel. Wątek kryminalny odnotowuje więc na plus, może bardziej za sposób w jaki został przedstawiony, za oryginalna perspektywę niż za sam pomysł.

Kolejny bardzo duży plus za suspens, sposób budowania nastroju tajemnicy, bardzo sukcesywny bardzo powolny. Ostatni plus za watki obyczajowe. Tu należałoby zacząć od historii Rachel, od jej postaci, takiej zupełnie niezwyczajnej, a jednak tak normalnej. Zamiast bystrej piękności, mamy otyłą pijaczkę. To już chyba wystarczająca odmiana, a gdy jeszcze dorzucimy do tego psychologię tej postaci, jej sposób myślenia, jej zachowania to wszystko daje nam niezwykle ożywcza odmianę. Ja polubiłam Rachel już za samo to że nie była kolejną “Marry Sue”, miała wady których w żaden sposób nie można uznać za urocze, a i zalet u niej niewiele po za tym, że znalazła se w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Tak, polubiłam tą biedną pijaczkę. Polubiłam “Dziewczynę z pociągu”.

Jeśli pamięć mnie nie myli powieść jest debiutem dziennikarki, która pisywała owszem, ale zupełnie inne rzeczy. Jej kryminał zyskał na tyle pochlebne opinie, że w tym roku, już na jesieni mamy się spodziewać ekranizacji. W rolę Rachel ku mojej wielkiej uciesze wcieli się Emilly Blunt, bardzo lubię tę aktorkę.

Moja ocena: 7+/10

Męczeństwo na dwa sposoby

Martyrs/ Skazani na strach (2008)

vs

Martyrs (2015)

martyrs

martyrs

Stało się. Amerykanie wyciągnęli swe pazerne łapska po francuski film, który swoją brutalnością zszokował Europejczyków. Pogłoski na temat planowanego remake “Skazanych na strach” krążyły już od dawna. Sądziłam, że po takim czasie temat się szczęśliwie rozmył, ale skądże. Scenarzysta nominowanej w tym roku do Oscara “Zjawy” podjął się niewdzięcznego zadania wywabienia posoki z fabuły francuskiego straszaka i na zgliszczach pomysłu Pascala Laugiera wyhaftowania kolorowego i ślicznego obrazka, który zaspokoi fasfoodowe apetyty.

Do tej pory nie udało mi się nic naskrobać o oryginale – to nie jest film który można oglądać dla relaksu – więc teraz nadarza się doskonała okazja do recenzji porównawczej, której wyniku już się za pewne domyślacie, biorąc pod uwagę porcję jadu jaką zdążyłam już wylać na remake🙂

“Martyrs”, którego tytuł oznacza tyle co “męczennik” oraz “świadek” traktuje o pewnym zgromadzeniu fanatyków, chcących uzyskać wgląd w życie po śmierci. Chcą to oczywiście osiągnąć za życia, a zgodnie z ich teorią nic tak skutecznie nie prowadzi na granicę między życiem a śmiercią jak męczeństwo. Ostatecznie jak wspomniałam, męczennik to inaczej świadek, ale świadek czego? Tego właśnie chcą dowiedzieć się owi osobnicy.

martyrs

martyrs

Poznajemy ich dzięki jednej z ofiar ich zabiegów. Małej dziewczynce Lucie, która zostaje porwana w celu… zamęczenia. Zarówno początkowe sceny z oryginału jak i te z nieszczęsnego remake ukazują los małej Lucie po wydostaniu się z łap oprawców.

martyrs

martyrs

Oczywiście w wersji francuskiej Lucie po swoich przejściach wygląda znacznie gorzej. W wersji amerykańskiej ma jednego siniaka na twarzy. To dopiero hard core.

Następnie poznajemy jej relacje z poznaną w sierocińcu Anną. To właśnie przyjaciółka stanowi opokę dla straumatyzowanej dziewczynki, którą nawiedzają demony przeszłości i to ona będzie świadkiem tego jak z owymi demonami będzie się rozprawiać.

Lucie Wciąż widzi potwory i jak dowiemy się z dalszych wydarzeń w wersji oryginalnej filmu jest to konsekwencja przejścia przez pewien etap męczeństwa.

Lucie dorasta i jedyne czego chce to uwolnienie się do wspomnień. Ma jej w tym pomóc odnalezienie oprawców i wymierzenie im kary.

W scenach w domu szczęśliwej rodziny, której najstarsi członkowie dopuszczali się tych… eksperymentów pozornie nie różnią się w obydwu wersjach filmu. Pozornie, bo wersja francuska ma ostre pierdolnięcie. Kiedy Lucie wywala ze strzelby, ofiara niemal rozmazuje się na ścianie. W wersji amerykańskiej wystrzał przypomina raczej wystrzał z rewolweru i to o niewielkim kalibrze.

Podobnie wyglądają różnice w dalszej partii filmu. Wszyscy, którzy oglądali film Laugiera na pewno zapamiętali znalezisko z sali tortur martwych oprawców w osobie młodej kobiety, której próbuje pomóc przyjaciółka Lucie, Anna.

martyrs

Okaleczona postać wygląda makabrycznie. Tego nie da się po prostu opisać. Taki widok zrzuca z krzesła. W wersji amerykańskiej Anna znajduje w piwnicy małą dziewczynkę, której nawet włos z głowy nie spadł. Jeśli to miało kogoś zszokować to chyba tylko osoby, które nie widziały pierwotnej wersji wydarzeń. Dla mnie to było po prostu śmieszne.

Znaczące różnice fabularne rozpoczynają się z chwilą gdy Lucie po zamordowaniu oprawców postanawia targnąć się na swoje życie pozostawiając bezradną Annę. W wersji francuskiej robi to bardzo skutecznie, dzięki czemu reszta członków sekty, bo chyba tak można ich nazwać, nie ma szansy na powrót zaciągnąć ją do lochu i oskórować. Zamiast tego sędziwa dama przewodząca zgromadzeniu pierdolców bierze się za Annę.

W wersji oryginalnej będziemy teraz śledzić powolną, sukcesywną i postępującą drogę męczeństwa przyjaciółki Lucie. Dziewczyna jest poniewierana chyba na wszelkie możliwie sposoby z dużym naciskiem na upokorzenie. Na koniec widzimy ‘piękny’ obrazem kobiety, z której zdarto niemal każdy centymetr skóry.

martyrs

martyrs

Dla kontrastu w remake to Lucie na powrót staje się ofiarą i w stan agonalny wpędzają ją zadraśnięcia na dłoniach i chyba jedyny mocny element tortur, czyli zdarcie skóry z pleców. Męczeństwo w wersji amerykańskiej w każdym calu jest lajtowe.

Finał historii również różni się w obydwu wersjach i muszę to powiedzieć, amerykanie polecieli sobie “Dotykiem anioła”. żałość.

Możemy tu mówić o jakieś wersji ocenzurowanej pod względem brutalności. Taki pono był zamiar, ale czemu w związku z tym spłycono też przekaz, że tak powiem werbalny?

Oglądając obydwa filmy jeden po drugim (ja, w ramach dobrej woli, zaczęłam teraz od remake) zauważymy, że niektóre wypowiedzi bohaterów są niemal identyczne z tą różnicą, że w remake są mocno okrojone, jak np. rozmowa z przywódczynią.

W wersji francuskiej uzyskujemy dużo lepszy ogląd na sprawę męczenników. Wersja amerykańska zastępuje brutalność formy i treści jakimiś ganiankami po okolicy, dramatycznymi monologami i chaotycznym miotaniem się po wydzielonej przestrzeni.

Tak to właśnie wygląda. Amerykanie zabrali “Skazanym na strach”, cały strach, zabrali bardzo wiele, ale niestety nie dali nic w zamian.

Moja ocena:

Martyrs/ Skazani na strach (2008): 8/10

Martyrs (2015): 4/10

Skupmy się na przyszłości

Amnesiac (2015)

amnesiac

Po wypadku samochodowym mężczyzna traci pamięć. Nie pamięta domu, w którym znajduje się przykuty do łóżka, nie pamięta kobiety, która troskliwie się nim zajmuje, nie pamięta kim był, ani czym się zajmował. Wszystko, co pamięta to wypadek i dziewczynka z samochodu wzywająca tatę.

Od swojej pięknej opiekunki dowiaduje się, że jest jej mężem, dom jest jego domem, gdzie mieszka wraz z żoną i zgrają kotów. Musi od nowa ze wszystkim się oswoić, ale jak to robić, gdy wszytko wydaje się kłamstwem, wszytko jest nie tak?

amnesiac

“Amnestiac” to nowy thriller Michaela Polish’a, który wraz ze swoi bratem bliźniakiem od dawna z powodzeniem radzi sobie w świecie filmu.

Scenariusz obrazu sięga po ograny motyw zaniku pamięci, który nieodmiennie kojarzy mi się z brazylijskimi tasiemcami i raczej odrzuca od danej produkcji niż zachęca po sięgniecie po nią.

W początkowych partiach seansu już miałam pewien pomysł na rozwiązanie zagadki tożsamości głównego bohatera i relacji łączącej go z kobietą.

Nie miałam racji, ale to chyba dobrze, bo oznacza, że film nie jest tak łatwo przewidywany jak należałoby oczekiwać.

Główny wątek to utrata pamięci bohatera i jego próby odzyskania tożsamości poprzez rozmowy z żoną i myszkowanie po domu- tu mamy sceny rodem z “Misery“.

Elementem, który najbardziej przyciągnął moja uwagę w tym filmie jest postać kobiety. Niestety ani razu nie pada tu jej imię. Dzięki temu jej postać jeszcze zyskuje na tajemniczości. W tej roli widzimy piękną Kate Bosworth, prywatnie żonę, reżysera filmu. Widzimy ją tu jako bardzo majestatyczną, elegancką damę noszącą się na modę europejską z lat ’40. Bije od niej chłód i opanowanie, co i rusz zabawia męża ciekawostkami w stylu ‘wiedza bezużyteczna’, co każe sadzić, że jest niezwykle bystra, albo ma doskonałą pamięć. Jest troskliwa i czuła. Taka “Żona ze Stepford”.

amnesiac

Niestety, jak należy się spodziewać ideałów nie ma i owa dama także jest tego przykładem. Trup w piwnicy, dziecko w klatce… zaniepokoją najbardziej ugłaskanego małżonka. Za tę postać twórca odstaje ode mnie ogromnego plusa, podobnie jak odtwórczyni tejże roli.

Męskiego bohatera kojarzę zaś z serialu “American Horror Story“, czy starej roli w “American Beauty”. Facet ma w sobie coś niepokojącego, trzeb mu przyznać. Jego postać jest zdecydowanie mniej pociągająca, taki Jon ‘knows nothing’ Snow, marionetka w rękach pięknej żony. Jego historia, kiedy w końcu ją poznamy jest przykładem figli pamięci, jak rzecze piękna małżonka, sami możemy stworzyć swoje wspomnienia, co też oboje w pewnym sensie robią.

Finalnie mamy tu ciekawy film, dość złożoną historię z drugim dnem. Obraz raczej oszczędza na formie serwując nam surową oprawę filmowych wydarzeń. Jest dobrze zagrany, nieźle przemyślany, ot zgrabny thriller, który jak sądzę, spodoba się większości widzów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

67/100

W skali brutalności: 1/10