Miesięczne archiwum: Luty 2016

ŁAPAĆ PLAGIATORA

Moi drodzy. Dziś dotarła do mnie wiadomość od zaprzyjaźnionej blogerki, że jakiś mały kutas o nicku: MANIAK HORRORÓW prowadzący swojego bloga na filmweb kopiuje moje recenzje, W CAŁOŚCI, RAZEM Z OCENAMI I GRAFIKĄ!!!

Podaje link: http://www.filmweb.pl/user/Maniak_horrorow_/blog

Zgłosiłam sprawę redakcji filmweb, ale czy to coś da? Czy trzeba gnidę wytropić i złożyć całopalną ofiarę?

Pod wpływem chwili

Gorączka chwili – Viveca Sten

gorączka chwili

W noc świętojańską w nadmorskim miasteczku Sandhamn dochodzi do serii wypadków.

Wszytko zaczyna się od młodej na wpółprzytomnej dziewczyny próbującej odszukać w pijanym tłumie swoim znajomych. Do tego dochodzi zniknięcie czternastoletniej dziewczynki, która wyruszyłam na swoją pierwsza popijawę  i na koniec zwłoki nastoletniego chłopaka zatłuczonego nieopodal plaży. Wszystkie te wydarzenia próbują złożyć do kupy policjanci pod przewodnictwem inspektora Andreassona.

„Gorączka chwili” to już piąty tom cyklu „Morderstwa w Sandhamn” autorstwa Vivecy Sten, szwedzkiej prawniczki. Do tej pory w ogóle nie miałam do czynienia z tą pisarką. Jakoś zaginęła mi w tłumie innych skandynawskich autorów kryminałów- tak popularnych w Polsce, głównie dzięki wydawniczej serii „Czarna seria”.

Fakt, że w moje ręce trafiła piąta część cyklu w żaden sposób nie wpłynęło na mój odbiór książki. Nie czułam się pogubiona w gąszczu wątków rodzinnych i obyczajowych, jak to może się dziać, jeśli w ten sposób zaczniecie przygodę np. z Camillą Lackberg.  Oznacza to, że książki  Sten spokojnie możecie czytać w dowolnej kolejności. Możecie zacząć np. od „Gorączki chwili”.

Już sam tytuł powieści zdradza nam naturę piątego z kolei ‚morderstwa w Sandhamn’.

Jest to zbrodnia, która rozegrała się w środowisku młodych ludzi, nie szczędzących wysiłku by w doborowym towarzystwie wprowadzać się w stan nieważkości wszystkimi dostępnymi metodami. Jedna z takich osób staje się ofiarą morderstwa. Jest nią, szesnastoletni Victor.

Chłopak wraz z ze swoją dziewczyną, koleżanką i kolegą wybierają się na świętojańską balangę na jachcie. Tam dochodzi do spięć i w efekcie każde z nich rozbiega się w swoją stronę. Pamiętajmy też  o tym, że koledzy Victora nie są jedynymi, którzy postanowili tej nocy zaszaleć. Baluje całe miasteczko i co i rusz dochodzi do jakiś incydentów.

Jak w tej gęstwinie chwilowo niepoczytalnych wyłonić sprawce morderstwa? Jak odtworzyć wydarzenia z tej nocy skoro większość świadków była tak nawalona, że niewiele pamięta.

Kto zabił?

Tu mamy, jak na kryminał przystało, kilka tropów. Żaden z potencjalnych sprawców, jakich podejrzewał inspektor Andreasson nie przekonał mnie i z niecierpliwością czekałam aż autorka w końcu go zdemaskuje.

W toku śledztwa poznajemy świat młodych rozbawionych, którzy pewnego dnia przeholowali z używkami i jedno z  nich nie wróciło do domu. Jest to obraz mało zabawny, wbrew pozorom. Młodym ludziom towarzyszy przerastająca ich możliwości gama emocji. Jak zazwyczaj w takiej sytuacji rodzice nie zdają sobie z niczego sprawy. Wątki obyczajowe są więc całkiem ciekawe i wiarygodne. Samo zaś rozwiązanie głównej zagadki pokazuje nam jak niewiele potrzeba żeby zejść z tego świata.

Dodatkowy plus daję za zakończenie historii, jest do prawdy mocne i silnie przygnębiające. Żaden tam tęczowy happy end i trzymanie się za rączki.

Styl autorki jak i samo prowadzenie fabuły przypadło mi do gustu i przekonało swoją prostotą i klarownością. Jest to opowieść napisana bez wysiłku, którą czyta się z przyjemnością.

Moja ocena:7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Był sobie chłopiec, bardzo niegrzeczny chłopiec

Th Boy (2016)

the boy

Młoda Amerykanka, Greta ucieka przed agresywnym facetem aż do Wielkiej Brytanii, gdzie udało jej się znaleźć posadę niani ośmioletniego chłopca imieniem Brahms. Tak trafia do starego, wiktoriańskiego domu Państwa Heelshire i tu dowiaduje się więcej o charakterze swojej pracy.

Sędziwi rodzice zatrudniający Gretę wciskają jej w ręce porcelanową lalkę i każą ją niańczyć, podczas, gdy oni udadzą się na zasłużony urlop. Matka Brahmsa przedstawia młodej opiekunce szereg zadań jakim ma oddawać się w ramach opieki nad lalką. Są to te rzeczy, które należałoby wykonywać przy zwyczajnym, rozpieszczonym dziecku, bo według Państwa Heelshire Brahms takim dzieckiem jest. Zdają się być kompletnie obłąkani w swoim przekonaniu. Greta ignoruje zalecenia, ale wkrótce przekona się, że Brahmsowi trzeba jednak poświecić uwagę.

the boy

„The boy” był pierwszym filmem wyświetlanym w ramach maratonu grozy w kinie Helios, na który dostałam zaproszenia od organizatora event’u.

O samym maratonie nie mogę powiedzieć wiele dobrego i nie ze względu na jego repertuar. Tej nocy kino zostało zaatakowane przez chmarę małolatów zachowujących się jak bydło i skutecznie utrudniających cieszenie się seansem. Sala była pełna, co powinno świadczyć o dużym zainteresowaniu kinem grozy, ale przyczyną tego spędu była raczej możliwość wyrwania się z domu na noc i uspawania pod kinem w czasie przerw miedzy wyświetlanymi filmami…

Ale do rzeczy, film. Już po zapoznaniu się z preessbookiem tego filmu wiedziałam, że będzie to klasyczny straszak oparty na ogranych motywach. Jego twórca zmajstrował do tej pory takie filmy jak „Demony”, „Wer”, czy „Stay alive”. Tu przestawia nam historię lalki, nawiedzonej lalki, którą ukochało sobie stare, bezdzietne małżeństwo.

Sytuacja uderza irracjonalnością praktycznie od progu. Młoda opiekunka ma niańczyć lalkę. Mogłoby się wydawać, praca marzeń, ale po pewnym czasie Greta zorientuje się, że z Brahmsem faktycznie jest coś na rzeczy.

Pierwszą rzeczą jaką dostrzega jest to, że lalka przemieszcza się. Gdy ta przebywa w innym pomieszczeniu Brahms potrafi zmienić położenie, czy odwrócić porcelanową główkę wbijając tym samym celnie swój szklany wzrok w opiekunkę.

the boy

Takie drobne fragmenty są całkiem udane, na mnie jednak najbardziej zrobiła wrażenie scena, w której kapiąca z sufitu woda zaczęła imitować łzy płynące po policzku lalki. Innym udanym fragmentem jest scena, gdzie Greta zauważa przesuwający się cień po drugiej stronie drzwi, drzwi za którymi przebywa lalka. Słyszy kroki i tym samym utwierdza siebie – i nas – w przekonaniu, że lalka żyje swoim opętanym życiem.

Ciekawie przedstawia się też rodowód lalki, a raczej jej wersja oryginalna, czyli prawdziwy chłopiec imieniem Bramhs. Przed dwudziestoma laty, jedyny syn Państwa Heelshire miał zginąć w pożarze domu. Jaki był za życia? Dziwny. Od tej pory towarzyszy im w postaci porcelanowej lalki i portretu na ścianie skąd patrzy na domowników niewinnymi oczkami. Mały Brahms jednak nigdy niewinny nie był, ani jako chłopiec, ani jako lalka.

the boy

Wszystkie filmowe wydarzenia idą w stronę ghost story, może zbyt typowego i mało porywającego, nie licząc drobnych fragmentów obliczonych na jednorazowy postrach, nie na długofalowy nastrój grozy. Jednak w pewnym momencie historia całkowicie zmienia tor.

Twórcy wypinają swe tyły na motyw nawiedzenia serwując nam zwrot akcji. Nie powiem, zaskoczyło mnie to, ale wcale nie pozytywnie. Po prostu w tym momencie to, co udało się w bólach wyrzeźbić na tym mało oryginalnym schemacie legło w gruzach. Mamy tu jedno z typowych zagrań ‚z dupy’. Taki zwrot akcji mało, że niweczy aspiracje ghost story to jeszcze nie oferuje w zamian nic nowego, nic oryginalnego. Po prostu przechodzimy z typowego ghost story pokracznym skokiem ku marnemu wątkowi shlashera.

Zdecydowanie wolałabym aby zostawiono historię Brahmsa w wersji niewypowiedzianej. Chociażby posługując się tu wątkiem psychicznego załamania jakiego miałaby doznać Greta. Ostatecznie za sprawą agresywnego chłopa straciła dziecko, więc można by było wykorzystać ten fakt i ukazać rozwój psychozy, który sprawi, że Greta podzieli los swoich chlebodawców i tak jak oni pokocha lalkę, która zastąpi jej dziecko. To moim zdaniem dużo ciekawsza alternatywa, ale cóż, nie ja piszę hollywoodzkie scenariusze;)

Pod względem wykonania film jest bardzo poprawny. Aktorstwo nie najgorsze, choć raczej średnie, szczególnie jeśli chodzi o główną postać. Bardzo dobra scenografia i dobrze wkomponowana muzyka. 

Zabrakło tu jednak systematyczności w pracy. Film jest bardzo nierówny. Niektóre fragmenty są bardzo dobre w czasie innych towarzyszy nam smętna nuda. Gdyby fabuła nie zboczyła z kursu mogłabym go zaakceptować jako poprawne, typowe ghost story, ale desperacki ruch twórców w finale nakazuje mi sądzić, że jest to film ze zmarnowanym potencjałem, który więcej by chciał niż mógł.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie: 5

Aktorstwo:6

Walory techniczne:7

Oryginalność:4

To coś:5

55/100

W skali brutalności:1/10

* Wpisy dotyczące pozostałych filmów wyświetlanych w czasie maratonu pojawia się w przeciągu kilku najbliższych dni.

Na weselu

Demon(2015)

demon

Jasnowłosa Żania przywozi z pobytu w Londynie przystojnego narzeczonego, Petera. Zamierza wraz z nim zamieszkać w domu odziedziczonym po dziadku, a przyjecie weselne urządzić w pobliskiej stodole. Tak też się dzieje. Jednakże dzień przed ceremonią Peter wykopuje na podwórku przed domem ludzie szczątki. To zdarzenie w jaki sposób zmienia go. Mimo iż w czasie przyjęcia weselnego chce zachować zimną krew jego stan psychiczny i fizyczny cały czas się pogarsza. To co wygląda na epilepsje według obecnego na weselu starego Żyda jest opętaniem.

Bardzo trudno jest przekonać polskich widzów, że ich rodacy potrafią robić filmy grozy. Kiedy tylko nadarzy mi się ku temu okazja zawsze staram się unaocznić ten fakt. Polacy czują takie klimaty, ich filmy są nietypowe i dziwne.

Niestety od dawna żadne polski twór nie przebił się komercyjnie na tyle by przekonać do tego młodsze pokolenie. Wszyscy pamiętają tylko fiasko „Pory mroku„, a psychodeliczne horrory Żuławskiego giną w tłumie doniesień o tym, że facet był dupkiem.

W ubiegłym roku nieznany mi zbytnio reżyser Marcin wrona podjął się zadania nakręcenia horroru. W Polsce, dla polskich widzów. Po czym popełnił samobójstwo. To nie czas i miejsce na roztrząsanie motywów jakie kierowały twórcą „Demona”, wspominam o tym jedynie z powodu żalu, bo facet odwalił kawał dobrej roboty i szkoda, ze nie nakręci już nic więcej.

„Demon” podobał mi się szalenie. Na pewno to kwestia mojego sentymentu do polskiego kina grozy, ale dostrzegam w nim nawiązania do takich dzieł jak chociażby Widziadło„.

Poszczególne elementy fabuły skojarzyły mi się także z moim ulubionym filmem Smarzowskiego „Weselem”. Chodzi tu głównie o pokazanie polskie tradycji, polskiej mentalności w sposób satyryczny i dosadny. Z tym, że na weselu Wojnarówny był tylko trup, tu jest trup i duch, który opętał pana młodego.

demon

Obraz Wesela w filmie Wrony bardzo silnie łączy się z przymiotami należnymi epoce romantyzmu. Wesele w stodole, tradycyjne przyśpiewki zamiast disco polo, panna młoda jest zwiewna i eteryczna nie wypindrzona i zmanierowana. Zaproszeni goście zachowują się w sposób bardzo swobodny – osobiście nigdy nie byłam na takiej imprezie. Wszystko wygląda pięknie, barwnie, sentymentalnie, oczywiście do czasu. Wiele scen, jak i całe przesłanie, jak domniemam, oparte jest na symbolice, tej zapomnianej i niechcianej.

demon

Głównym punktem programu są szczątki jakie pan młody, ten obcy, a jednak przyjęty do rodziny chłopak, znajduje na podwórku. Wbrew typowo polskiej mentalności nakazującej trzymanie trupów głęboko w szafie ten wrażliwiec o tym mówi.

Pojawia się ciekawa charakterystyka ojca pany młodej, który niczym Wojnar stara się nad wszystkim zapanować. Grabowski powala tą rolą i sprawnie wplata groteskę i czarny humor w irracjonalną sytuację, w której panu młodemu odbija na weselu. Wszytko wypada tak naturalnie jakby scenariusz pisał się sam. Jeśli już o panu młodym mowa, wcielający się w te rolę Itay Tiran pokazał warsztat na najwyższym poziomie. Jego zadanie było bardzo trudne, bo musiał pokazać się zarówno do strony typowego młodego żonkisia, zakochanego i chcącego pokazać rodzinie panny młodej najlepszą wersję siebie, po czym ma płynnie przejść w histerię związaną z doznawanymi halucynacjami, tu dać popis obłędnych konwulsji rodem z „Opętania” Żuławskiego, by na koniec odegrać rolę młodej dziewczyny w ciele faceta o_O.

demon

Agnieszka Żulewska w roli panny młodej też wypada kwitnąco. Tak naturalnie, eterycznie i bardzo emocjonalnie.

Film dostarczył mi dano nie spotykanych wrażeń. Jest klimat, za sprawą wyboru otoczenia i wykonanych tam zdjęć, jest dobry warsztat aktorski, jest polskość w nieco nieprzyjemnym kontekście, i duchy przeszłości – nie koniecznie chodzi mi tu o tytułowego demona.

demon

Film nie jest łatwy w interpretacji i zdania na temat tego skąd pojawiły się zwłoki pod domem panny młodej i co stało się z żąkisiem, jaki udział w tym wszystkim przypadł rodzinie dziewczyny są zdecydowanie podzielone.

Jeśli chodzi o moje zdanie, to…

SPOILER: Zacznę do tego, że nie koniecznie podpisuję się pod teorią dybuka. Demonem nawiedzającym pana młodego równie dobrze mogłaby być strzyga, bo jak wskazuje słowiańska mitologia dziewczyna zabita w dniu ślubu zmienia się w strzygę i prześladuje żywych. A zakładam, że Hana mogła zostać załatwiona w dniu ślubu z jakimś krewnym nowej panny młodej – jej dziadkiem, wujkiem, tak że po jej śmierci rodzina Żanety przejęła dom. Z uwagi na to, że zabita była żydówką, można to podciągnąć pod dybuka, czyli ducha opętania w religii żydowskiej, który chce odzyskać swoje życie. Ale z drugiej strony, Hana powinna w takim razie wziąć się za Żanetę i odzyskać w ten sposób obiecanego ukochanego. To by było logiczniejsze.

Jeśli chodzi o końcówkę filmu, to nie sądzę żeby było tak jak sądzą niektórzy, że ojciec Żanety o wszystkim wiedział, dlatego przyjaciel rodziny, Rolando, czy jak mu tam było ‚zniknął’ żonkisia. Myślę, że chłopaczek zrobił to z zazdrości o dziewczynę. Jej ociec był tak wypięty na przeszłość, że nie sądzę by uczestniczył w jakiś rodzinnych tajemnicach. Jak powiedział stary żyd w czasie ślubnego przemówienia, nie trzeba być złym człowiekiem żeby robić złe rzeczy. Czysta kropla wody w połączeniu z brudną kałużą zmienia się, przestaje być czysta. Myślę, że to odnosiło się właśnie do przodków Żanety i jej ojca. KONIEC SPOILERA

Podsumowując, uważam, że film jest niezwykle udany. Na pewno będę do niego wracać, bo aż przyjemnie patrzy się na tak dobrze wykonaną robotę. Bez efekciarstwa, bez naśladowania amerykańskich sposobów tworzenia kina grozy. Wszytko jest tak jak powinno. Przesunęłam relacje z maratonu grozy w Helios żeby napisać Wam o tym filmie. Na prawdę warto go obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

79/100

W skali brutalności:1/10

Idałów nie ma

Rebeka – Daphne du Maurier

rebeka

Młoda Amerykanka wraz ze swoją chlebodawczynią bawi w Monte Carlo. Tam dziewczyna poznaje przystojnego wdowca, Max’a de Wintera, właściciela słynnego pałacu Manderley. Uprzejmość gentlemana sprawia, że dziewczę zakochuje się w nim bez reszty, a ten nieoczekiwanie oświadcza się jej.

Szara myszka i bogaty przystojniak, to mogła by być nowa historia kopciuszka, ale sprawa jest bardziej złożona. Nasza bohaterka czuje, że mężczyzna wcale nie daży jej uczuciem, a mimo to pojmuje ją za żonę i zabiera do okazałego domostwa. Tam na każdym kroku ktoś przypomina jej o poprzedniej właścicielce domu, Rebece de Winter, niedoścignionym ideale. Przed rokiem żona Maxa utonęła w wodach pobliskiej zatoki i wszytko wskazuje na to, że ten nadal jeszcze nie pogodził się z jej śmiercią. Młoda żona popada w coraz większą rozpacz porównując siebie do Rebeki. Jest już na granicy całkowitego załamania, odtrącona i wyszydzana jako nowa pani domu, gdy wreszcie prawda na temat małżeństwa Rebeki i Maxa wychodzi na jaw.

„Rebeka” to szlagierowa powieść Daphne du Maurier. Sama mam już w zapasie jej kolejne dzieła i na pewno jeszcze wrócę do tej autorki. Po raz pierwszy zetknęłam się z jej prozą dzięki filmowej ekranizacji powieści „Rebeka”, później ekranizacji opowiadania „Ptaki”. O ile pierwszy z filmów Alfreda Hitchcocka mnie totalnie zachwycił to „Ptaki” nadal nie budzą we mnie ciepłych uczuć. Po lekturze tytułowego opowiadania ze zbioru „Ptaki” przekonałam się jak niewiele ma z nim wspólnego filmowa fabuła, toteż zaczęłam obawiać się, że tak też może być w przypadku „Rebeki”, a przecież kocham ten film. Moje obawy okazały się całkowicie bezzasadne, w przypadku „Rebeki” Hitchcock wiernie oddał fabułę powieści dzięki czemu ta, urzekła mnie nie mniej niż film na jej podstawie.

rebeka

Powieść liczy sobie jakieś trzysta stron, na których śledzimy historię ciężką do gatunkowego sklasyfikowania. Jest to na pewno powieść o miłości, ale nie kopciuszkowy melodramat jak można by się spodziewać po początkowych partiach powieści. Bardzo szeroko omawiana jest tu psychologia bohaterów.

Po pierwsze mamy nasza bezimienną bohaterkę. Autorka włożyła wiele wysiłku by pokazać nam jej nieśmiałość, kompleks niższości i desperację. Ba, nie dała jej nawet imienia, co doskonale kontrastuje z tytułową postacią, która mimo iż nie istnieje fizycznie na kartach powieści, jest martwa od roku, to siła jej charakteru determinuje poczynania wszystkich bohaterów jacy się z nią zetknęli albo choćby o niej usłyszeli.

Tytułowa Rebeka to w oczach narratorki powieści kobieta idealna. Piękna, pełna ogłady, szczodra, towarzyska, dowcipna i bystra. Wszystkie te cechy w ciemno przypisuje jej jej następczyni, szara myszka. W jej głowie Rebeka rośnie do miana legendy. Wciąż zadręcza się myślą o tym, jak blado wypada przy poprzedniej żonie swojego ukochanego. Wierzy, że ten nigdy nie pokochałby takiego byle jakiego stworzenia, młodego, niedoświadczonego. Co często mnie bawiło, narratorka utrzymuje, że chciałby mieć 36 lat i nosić czarne aksamity, jakby wiek i strój miały być przepustką do życiowego doświadczenia.

Rozważania narratorki na temat poprzedniej żony swego męża rosną tu do rangi neurozy. I pewnie biedulka straciłaby w końcu rozum gdyby nie pewna noc w czasie której wypłynął trup…

Odczucia i refleksje jakie odzwierciedla powieść, ten paraliżujący lęk przed widmem poprzedniej pani domu spokojnie można zakwalifikować do powieści gotyckiej, ale następuje zwrot i wchodzimy w sferę kryminału. Tu widmo Rebeki nabiera właściwego kształtu, jej postać jest jeszcze silniejsza, choć nie mniej martwa. Wreszcie poznajemy Rebekę taką jaką była, poznajemy przyczyny oschłości Maxa de Wintera względem młodej żony. Spokojnie mogę powiedziecie że Daphne du Maurier stworzyła tu postać psychopaty, bodajże pierwszego literackiego antybohatera, którego można by bez trudu zdiagnozować pod kątem takiego właśnie zaburzenia. Bezwzględność, brak moralności, powierzchowny urok to wszytko te właśnie składowe. Daphne świetnie sobie poradziła z rozegraniem tej partii szachując emocjami. Któż by się spodziewał?

Oglądając film i czytając książkę miałam wrażenie, że Du Maurier czerpała nieco z Poego, konkretnie z „Grobowca Ligei„. Nie wiem, czy to trafna uwaga, ale obydwie historie mają wiele wspólnego. Z resztą, przeczytajcie i sprawdzicie sami, Daphne nie zawodzi ani pod względem formy ani treści.

Moja ocena:9/10

Jak zostać mordercą?

Making a Murder – odc. 1-10 (2015)

making a murder

Steven Avery po raz pierwszy trafił przed sąd jeszcze jako 19letni chłopak. W ramach zabawy z kumplami podpalił kota. Kto by pomyślał, że ta zbrodnia doczeka się wyroku dożywocia?

Okrucieństwo wobec zwierząt to w zasadzie jedyny zarzut, który został mu w pełni udowodniony, to zarzut, do którego się przyznał.

Parę lat później gdy Steve założył rodzinę i wraz z nimi wiódł spokojny żywot ‚janusza cebulaka’ w małym mieście w Wisconsin, na pobliskiej plaży doszło do napaści seksualnej na szanowaną członkinie małej społeczności hrabstwa Manitowoc. Otoczenie od razu wskazali na Stevena. Okruszek do okruszka zbierali wysokiej wątpliwości dowody aż doprowadzili do skazania chłopaka na 60 lat.

making a murder

Po 18 latach Steven wychodzi na wolność,  bo drodzy Państwo okazało się, że dowody były zmanipulowane, a wyniki badan DNA wskazywały zupełnie innego sprawce. Swoją drogą był nim seryjny gwałciciel, którego władze hrabstwa spuściły z oka na jeden dzień. Co lepsze, wszyscy włącznie z prokuratorem zdawali sobie sprawę, że wina Averyego jest wielce wątpliwa. Chłopina wyszedł z paki i zażądał od zamieszanych w preparowanie dowodów śledczych, prokuratury i hrabstwa odszkodowania w wysokości 36 milionów dolarów.

Pewnie nie jednokrotnie słyszeliście o sprawach karnych, w których zapadały wyroki oparte na dowodach prosto z dupy. Po kilku latach, gdy dobrodziejstwo nauki pozwalało na zgłębienie fizycznych dowodów okazywało się, że naoczny świadek gówno widział, a facet, który odsiedział w pierdlu pół życia nigdy nie był na miejscu zbrodni. W Stanach istnieje nawet organizacja pozwalająca ubiegać się niesłusznie skazanym o powtórne procesy sądowe. Avery był jednym z nich. Niestety cieszył się wolnością tylko przez siedem miesięcy. Bo nim sprawa odszkodowania nabrała rozpędu, a odpowiedzialni za feralny wyrok potracili stołki Steven powtórnie został aresztowany. Tym razem za morderstwo.

Dziesięcioodcinkowy serial produkcji Netflix ukazuje historię człowieka skazanego za dwie zbrodnie, których nie popełnił. Przynajmniej taki jest zamysł twórców i tak wygląda perspektywa z jakiej ta opowieść jest przedstawiana.

making a murder

Jeśli chodzi o moją prywatną opinię, to niczego nie mogę być pewna, aczkolwiek muszę przyznać, że twórcy filmu pokazali sprawę Averyego w sposób tak sugestywny, że zagryzałam zęby z furii.Uwierzyłam im.

Serial pokazuje walkę jednostki z systemem. System każdorazowo kopie po dupie wybranego kozła ofiarnego, czyli faceta z biednej rodziny żyjącej na społecznym marginesie.

Po tym jak Steven dowiódł swojej niewinności w sprawie o gwałt system postawił veto. To wygląda jakby mówili: Mało ci było odsiadki? Teraz chcesz kasy? To cie wpierdolimy w takie łajno, że do końca życia będziesz zeskrobywał z siebie gówno. Stawiasz się? To jeszcze w kopiemy twojego upośledzonego siostrzeńca, niech też posiedzi.

Nie mogę Wam zrelacjonować tej historii ze wszystkimi bulwersującymi szczegółami, bo zabrakło by mi liter. A z reszta liczę, że ktoś z Was będzie na tyle szalony, że poświeci dziesięć godzin życia i obejrzy ten serial.

Chciałabym Wam powiedzieć, że scenariusz jest zajebisty, a twórcom należą się brawa. Ale scenarzystą jest samo życie i Steven Avery do dziś dnia siedzi w pierdlu. Again.

Powtórnie skazano go w roku 2007 i mimo iż cały proces był… uh… maksymalnie dziwny to chłopina ma marne szansę na wyście na wolność mimo iż nad jego losem ronią łzy ludzie z całego świata i sam Barac Obama.

making a murder

Oglądając pierwszy odcinek i słysząc o akcji z kotem, pomyślałam sobie: masz za swoje pogięty pojebie. Później zmieniałam zdanie. Osiemnaście lat za kota w pełni mnie usatysfakcjonowało. Niestety nie usatysfakcjonowało systemu.Po odparciu zarzutu za gwałt pojawiło się morderstwo. Miałam wrażenie, że trup tej dziewczyny spadł im z nieba…

Serial utrzymany jest w konwencji paradokumentu. Stanowi gratkę dla osób zainteresowanych kryminologią, a także miłośników potyczek sądowych. Mamy tu nagrania z rozmów telefonicznych, relacje z sali sądowej, nagrania przesłuchań, Relacje z mediów, rozmowy z rodziną ofiary i skazanego ( jak mi się serce krajało na widok rodziców Averyego, mam nadzieję że dożyją wyjścia syna na wolność) i oczywiście rozmowy z samym osadzonym.

making a murder

Historia opowiadana jest chronologicznie. Z odcinka na odcinek rośnie napięcie, ba, rośnie wkurwienie.

Co mnie osobiście zaintrygowało to nadnaturalny przerost polsko brzmiących nazwisk wśród osób z zamieszanych w sprawę;)

Przez dziesięć godzin będziecie trwać z opadem dolnej szczęki, mogę Wam to praktycznie zagwarantować. Wszyto jest pokazane tak szczegółowo, że zęby bolą.

Oczywiście pamiętajcie, że film narzuca pewną perspektywę. Być może prawdziwą, ja tak podejrzewam, ale jest to perspektywa z góry zakładająca niewinność skazanego. Czy jest to słuszna perspektywa? Oby nie, bo jeśli tak to znaczy, że ten świat powinien spłonąć, za podłość, za bezwzględność, za brak refleksji, za brak sumienia.

making a murder

Serial polecam gorąco! Jeśli kto już go widział niech podzieli się wrażeniami w komentarzu.

Moja ocena:9/10

Idź i się powieś

The Forest/ Las samobójców(2016)

forest

Sara mieszka z mężem w Stanach. Z pozoru wiedzie spokojne, szczęśliwe życie do chwili gdy dowiaduje się o zaginięciu swojej siostry bliźniaczki. Jess jakiś czas temu zaczęła prace jako nauczycielka w Tokio. Gdy do Sary dociera informacja, że jej siostra po raz ostatni była widziana w okolicy Aokigahary, słynnego lasu samobójców, nie zwleka ani chwili i rusza do Japonii na poszukiwania zaginionej.

Na miejscu poznaje młodego dziennikarza i to z jego pomocą udaje jej się dotrzeć do lasu. Wraz z poznanym Aidenem i japońskim przewodnikiem znajdują porzucony w gąszczu namiot Jess. Zapada zmrok i Sara wraz z Aidenem postanawiają zostać w owianym złą sława lesie i kontynuować poszukiwania.

forest

Aokigaharze usłyszałam po raz pierwszy dzięki pewnemu azjatyckiemu horrorowi, którego akcja osadzona była właśnie w tym miejscu. Nosił bodajże ten sam tytuł co tegoroczny amerykański twór, niestety nie mogę go teraz nigdzie namierzyć. Tu prośba do Was, ktokolwiek widział ktokolwiek wie, może ktoś kojarzy oryginalny tytuł? Bardzo chętnie obejrzę go ponownie, jest o wiele lepszy niż produkcja, o której dziś będzie mowa.

Dlaczego tamten jest lepszy? Bo jest azjatycki. Nie da się ukryć, że owiany złą sławą las Aokigahara jest urban legend należną kulturze japońskiej, a wiadomo jak daleka jest od niej kultura amerykańska. Ciężko więc oczekiwać, że jakakolwiek próba oddania azjatyckich wierzeń przez amerykanów zakończy się pełnym sukcesem. Co więcej tamten film był autentycznie kręcony w Japonii, a twór Jasona Zada w… Serbii.

Amerykańska historia Aokigahary jest amerykańska i nie ma co się względem tego oszukiwać. Fabuła jest skrojona na miarę mainstreamu i wypełniona klasycznymi postrachowymi chwytami.

forest

Nie jest to oczywiście film zły, ale jakoś nie poczułam tego miażdżącego smutku jaki towarzyszył mi gdy śledziłam tą przeklętą z goła przestrzeń widzianą oczami Azjatów.

Kilka rzeczy przypadło mi do gustu, ale generalnie całość oceniam średnio i nie przypuszczam, aby opinie większości widzów były bardziej żarliwe. Ode mnie każdy film którego akcja osadzona jest w lesie, automatycznie dostaje dodatkowy punkt.

Właściwa fabuła rozpoczyna się z chwilą wejścia do lasu. To wtedy dowiadujemy się więcej o specyfice tego miejsca. Między innymi o tym, że skłania ono ludzi do samobójstw poprzez wtłaczanie go głowy uporczywych myśli o charakterze wytwórczym. Taki chwyt to poniekąd pójście na łatwiznę, bo po cóż stwarzać przygnębiający klimat, który w konsekwencji udzieli się bohaterom doprowadzają ich do tego z czego las słynie? W zamian można posłużyć się halucynacjami, które sprawiają, że bohater nawet nie wie kiedy popełnia samobójstwo.

Ostra jazda zaczyna się po zmroku, gdy nieostrożna Margery Tyrell ( tak w rolę Sary wciela się Natalie Dormer) postanawia przenocować w namiocie porzuconym przez siostrę. Towarzyszy jej Aiden, który wkrótce stanie się obiektem jej paranoi.

Tu mamy sporo scen typowo horrorowych z upiornymi postaciami wyłaniającymi się z ciemności i tym podobne. Skupiamy się na tym, co ma wpędzić naszą bohaterkę w szaleństwo i ubogacić wystrój lasu o kolejnego wisielca. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia, jednakże tuż przed finałem pojawi się jedna miła niespodzianka.

forest

Zastosowany tu chwyt jest właśnie tym miłym mojemu sercu elementem. Żeby to uściślić muszę użyć spoilera. SPOILER: W pewnym momencie zauważamy, że Jess wbrew powszechnemu przekonaniu nadal żyje. Słyszy gdzieś głos Sary. Jest przerażona. Widzimy jak Sara za nią biegnie, ale nie może dogonić. Jess nie może jej zobaczyć, bo ta jest martwa. Scena tego pościgu jest bardzo udana mimo iż sam pomysł nie należy do najoryginalniejszych.

Okazuje się, że Sara, która uważała się za tę bardziej odporną nie przetrwała dwóch nocy w lesie samobójców. Jej mechanizmy obronne oparte na wyparciu (faktyczna śmierć rodziców) okazały się bezradne wobec naciskowi jaki las wywierał na jej świadomość. To Jess, która przez całe życie mierzyła się z problemami- z różnym skutkiem – przetrwała, a Sara pozostała bezradna w sytuacji, w której ‚nie mogła już odwrócić wzroku’. KONIEC SPOILERA

Zapewne wiecie, że film w dużej mierze przypomina niedawno nakręcony przez Kanadyjczyków „Grave Halllowen”. Tu Was mogę uspokoić, że amerykańska produkcja jest lepsza. Nie dorównuje Azjatom, ale jest w porządku. Mieści się w w bezpiecznym średniaku i nie posiada jakiś rażących mankamentów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie: 5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:6

58/100

W skali brutalności:1/10

Po co to komu?

Cabin Fever (2016)

cabin fever

Opis fabuły jest tu w zasadzie zbędnym zachodem, bo „Cabin Fever” jest remake „Cabin Fever/ Śmiertelna gorączka”. Od premiery pierwszego filmu nie minęło nawet 15 lat, a jego spora popularność jest w zasadzie gwarantem tego, że wszyscy dobrze pamiętają o czym był.

Jest to prosta historia grupy studentów, którzy wybierają się na wypoczynek w do chatki nad jeziorem, a tam zamiast rozrywki czeka ich śmiertelna zaraza. I tyle. Jednakże sposób w jaki Eli Roth przedstawił tą opowieść, czyli w mojej oceni świetnie oddał ducha starej szkoły kręcenia slasherów sprawił, że „Śmiertelna gorączka” wyróżniała się na tle innych filmów z cyklu: grupa przyjaciół i śmierć na odludziu.

Mogę Wam powiedzieć, że twórca remake zrobił coś zdecydowanie odwrotnego. Wykorzystał scenariusz i pomysł Rotha tylko po to, żeby nakręcić kolejną mdłą rąbankę niczym ie nie wyróżniającą wśród współczesnych horrorów.

cabin fever

Fabuła jest więc identyczna. No, po za niuansami, ale jeśli zachodzą zmiany to in minus.

Już pierwsze sceny pozbawiły mnie nadziei na dobrą zabawę. Dialogi, niby podobne do pierwowzoru wypadają strasznie drętwo, humor jest ciężki i w ogóle nie trafiony. Bohaterzy, mimo iż podlegają temu samemu schematowi co w oryginale to wypadają zdecydowanie mniej naturalnie. Brakuje im indywidualności. Wszystko jest jakieś no sztuczne, plastikowe, mdłe.

cabin fever

Najbardziej uderzające są jednak różnice w oprawie. Wszytko to, co tak przyjemnie kojarzyło nam się ze starymi slasherami, czyli dobór muzyki, lekko matowe zdjęcia, nawet nieco posępne otoczenie zastąpiono feerią kolorów, śliczności, gładkości i jeszcze na domiar złego, w scenach otwierających użyto ścieżki dźwiękowej z „Lśnienia” Kubicka i wykorzystano ujęcia z góry na jadący samochód. Serio?

Nie wiedzę żadnej nadziei dla tego filmu, zginie w tłumie, a jedyna reakcja jakiej może się spodziewać jego twórca to wkurwienie fanów pierwowzoru.  Nadzieją dla tego typa jest chyba tylko gimbaza, która w czasie premiery oryginału była jeszcze w powijakach i mogła filmu nie zobaczyć.

Zachęcam do bojkotu tej produkcji. Travis Zariwny, niech na przyszłość nie będzie taki wyrywny, niech idzie w ciemny las i nie grzeszy więcej pychą myśląc, że ma jakieś pojęcie o tym jak powinien wyglądać dobry horror. A i Eliemu należy się solidny kop w dupę za to, że przyłożył rękę do tego prostackiego wymysłu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:4

Napięcie:3

Zabawa:3

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:0

To coś:1

Zaskoczenie:3

31/100

w sali brutalności:2/10

Victor Frankenstein – historia bzdurna

Victor Frankenstein (2015)

victor frankenstein

Pewnego razu, w pewnym cyrku był sobie akrobaty błazen. Błazen był zakochany pięknej akrobatce i marzył, że ta odwzajemni jego uczucie. W czasie jednego z występów, piękna akrobatka spada z wysokości i gdyby nie szybka interwencja biegłego w sztukach medycznych błazna biedulka pożegnałaby się z życiem.

Na umiejętności biednego garbusa uwagę zwraca jeden z widzów, jest nim młody student królewskiej akademii medycznej, Victor Frankenstein. To on odmienia los błazna, zabiera go z cyrku, uświadamia o jego zdolnościach i pomaga pozbyć się wrzodu an plecach branego za garba. W zamian Błazen któremu nadano imię Igor ma pomóc mu w badaniach nad wskrzeszeniem zwłok. Tak też się dzieje.

victor frankenstein

Mój boże, ile to gniotów nieraz przyjdzie mi obejrzeć w jeden wieczór… O drugim niewypale, który miałam nieprzyjemność obejrzeć zeszłego wieczoru będzie jutro.

A dziś… profanacja klasycznej historii Victora Frankensteina w reżyserii Paula McGuiana – kimkolwiek jest.

Kiedy doszły mnie słuchy o planowanym odsmażeniu historii spisanej jeszcze w erze Mickiewicza przez młodą Mary Shelley nie miałam jakiś wielkich obaw. Co prawda historia miała skupiać się nie na losach potwora stworzonego przez Frankensteina, lecz na historii samego lekarza geniusza. No cóż, może być. Ostatecznie w oryginale, Victor był jedynie narratorem, a cała uwaga skupiała się na losach jego stwora.

Muszę to powiedzieć: po raz kolejny Hollywood pograł sobie w chuja z klasyką.

Nic, absolutnie nic w tym filmie nie zgadza się z oryginalną historią. Ręce mi opadły już na sam dźwięk imienia Igor, czyli postaci z jednego z pobocznych tworów, które tylko nawiązywały do historii Frankensteina.

Nie, moim drodzy, nigdy nie było żadnego garbatego, wyłupiastego Igora powtarzającego teatralnym szeptem: Tak Paaaanieee.

To wymysł twórców filmów. Paradoksalnie cała filmowa opowieść w tej wersji skupia się właśnie na Igorze. Na jego moralnych wątpliwościach względem zamiarów wskrzeszania ludzi, jego mdłej miłostki do akrobatki. Tak się to wlecze przez ponad dwie godziny. Tytułowy Frankenstein to natomiast pajacowaty cynik, który stracił w  dzieciństwie brata i wyrzuty sumienia z tym związane pchnęły go do nekromanckich zabiegów. Chyba nie muszę zaznaczać, że w książce sprawa wygląda inaczej. Charyzmę powieściowego Victora zastąpiono tanimi sztuczkami i popisami walki wręcz. Nie powiem żebym przepadała za tą postacią w takiej wersji w jakiej ukazała ją pisarka, ale przynajmniej budził we mnie jakiej emocje, tu jedynie śmieszność.

Filarem tej… fabuły są więc: niespełniona miłość nieistniejącego Igora, potyczki z policją tropiącą Frankensteina za kradzieże zwierzęcych zwłok i oczywiście iście komediowe próby pokonania śmierci poprzez wskrzeszenie. Wiecie, że Frankenstein wskrzesił szympansa? Tak, tak to tu wygląda. Dopiero u schyłku tej niekończącej się opowieści pojawia się właściwy potwór, którego trudno jest zabić bo za radą Igora Victor uposażył go w naddatek organów…. Potwór oczywiście w końcu zginie, po efektownej walce wręcz, która prawie doprowadził do ruiny zamek, gdzie Victor prowadził badania.

victor frankenstein

Na miejscu Daniela Radcliffe’a odleciałabym z planu zdjęciowego na miotle, a jednak został i zagrał tego nieszczęsnego Igora, w parze ze znanym z chociażby „Wanted” Jamesem McAvoy’em w roli Victora. Większość tego co widzimy w tym filmie powstała dzięki dobrodziejstwu dużego budżetu przeznaczonego na efekty komputerowe, gładkie pięknaśne, że ach. Obejrzenie tego filmu do końca było z mojej strony dużą ofiarą. Jeśli chcecie zapoznać się z historia „Frankensteina” polecam sięgnąć albo po powieść, albo ekranizację z 1994 roku.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:2

Klimat:3

Napięcie:3

Zaskoczenie:5

Zabawa:2

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:1

32/100

W skali brutalności: 1/10