Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Bój się dziewczyny o oczach Bette Davis

Final girls/ Dziewczyny śmierci (2015)

dziewczyny śmierci

Nastoletnia Max niedawno straciła w matkę w wypadku samochodowym. A jej mama to nikt inny jak gwiazda kultowego horroru z lat ’80 “Obóz skąpany we krwi”. W związku z tym kumpel Max, Duncan i jego siostra Gerttie namawiają dziewczynę do uczestnictwa w specjalnym pokazie starego horroru. Max nie jest zachwycona taką formą oddania hołdu mamie zwłaszcza, że ta wcieliła się tam w ostać szeregowej ofiary. Ostatecznie przystojny Chris namawia Max na randkę w kinie. Zjawia się tam też jego była, Vicky. Wszyscy udają się na seans w trakcie którego niefortunnym zrządzeniem losu rodem z Oszukać przeznaczenie” na sali wybucha pożar. Max i jej kumple szukając drogi ucieczki przedostają się za ekran. Jednak nie znajdują tam spodziewanego wyjścia ewakuacyjnego lecz… świat przedstawiony horroru “Camp Bloodbath”.

“Dziewczyny  śmierci” to zdaniem wielu, zwłaszcza Was, drodzy czytelnicy, to jeden z najlepszych horrorów jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku. Ja sama nie nastawiałam się na niego zbyt pozytywnie, bo filmów, które to w założeniu mają oddawać cześć nieśmiertelnej formule camp slashera powstało sporo, jednak niewielu współczesnych twórców naprawdę czuje ten klimat toteż efekt najczęściej bywa mierny. A tu taka miła niespodzianka:)

dziewczyny śmierci

Tak, film bardzo mi się spodobał, bo posiada wszystkie elementy niezbędne do dobrej zabawy.

Za sprawą wykorzystania motywu ‘filmu w filmie’ sprawnie balansujemy między przeszłością a teraźniejszością, co skutkuje podwójną perspektywą. Fajnie jest śledzić losy bohaterów, którzy patrzą na stare slashery naszymi oczami. Rozumieją zasady świata przedstawionego. To tak jakbyśmy to my trafili do starego horroru z całą nasza wiedzą wyniesioną z wielu godzin seansów ze starymi slasherami. Pewnie sądzicie, że poradzilibyście sobie świetnie, tak też sądziła Max i jej przyjaciele. Efekt takiego przekonania bywał do prawdy przezabawny.

Zderzenie dwóch światów- bohaterów starego slashera śpiewających “Kumbaya” i konsekwentnie dążących do kopulacji z cynicznymi małolatami dla których seryjny zabójca to postać fikcyjna i niegroźna tworzy połączenie komedii pomyłek z czarnym humorem. Jedną z najlepiej ukazujących to scen jest fragment w której Duncan próbuje strzelić sobie selfie z mordercą przekonany, że filmowa postać nic mu nie zrobi.

dziewczyny śmierci

Fabułą filmu z gruntu opiera się na takim samym założeniu jak każdy slasher – przetrwać do końca. Max i spółka wierzą, że jeżeli będą się trzymać filmowej Final Girl, Pauli, nic im nie grozi, ale na schemacie filmu powstaje rysa i Paula ginie. Kto może zostać Final Girl? Kto ich uratuje?

Ważnym motywem jest też wątek matki Max, która to po trzech latach od śmierci rodzicielki znowu ma szanse ją zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Tu nie powiem, nawet się troszkę wzruszyłam przy scenach finałowych. Wszytko to daje nam fany balans między pastiszem a historią opowiadaną na serio.

dziewczyny śmierci

Nie mam żadnych zarzutów względem pomysłu na tę historię, jest krwawo, jest seksownie, jest zabawnie, jest nawet sentymentalnie. Nie można by jednak osiągnąć takiego efekt gdyby nie praca włożona w wykonanie tego pomysłu. Twórcy włożyli masę wysiłku w wierne oddanie klimatu dawnych camp slasherów,  zdjęcia, muzyka,  aktorstwo, dialogi, wszytko ekstra. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Do tego jeszcze spore grono lubianych przeze mnie aktorów w obsadzie: Nina Dobrev, Taissa Farmiga, Alexander Ludwig. Bardzo fajnie. Z pewnością “Dziewczyny śmierci” staną obok “Porąbanych” na liście moich ulubionych horrorów komediowych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

79/100

W skali brutalności:2/10

Murowane morderstwo

Sette note in nero/ Siedem czarnych nut (1977)

siedem czarnych nut

Gloria Ducci pod nieobecność męża, który wyjechał w interesach za granicę postanawia wyremontować jego dom we Włoszech. Jako projektantka wnętrz ma w tym pewne obeznanie, jednak prosty plan przyniesie jej więcej problemów niż korzyści.

Już w drodze do posiadłości dopada ją coś co można określić mianem wizji. Gdy światła gasną przed jej oczami maluje się obraz tragedii z udziałem kobiety. Po przybyciu do domu męża ze zdziwieniem odkrywa, że jest to miejsce  z jej wizji. Nigdy wcześniej tu nie była a jednak jej umysł odtworzył wnętrze domu w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli tak, to gdzieś za ścianą powinna spodziewać się znalezienia ukrytych zwłok…

siedem czarnych nut

Piękna Gloria rozbija ścianę i tym sposobem demaskuje morderstwo. Ofiarą okazuje się młoda dziewczyna, co ciekawe, różniąca się od postaci, którą Gloria widziała w swojej wizji.

Intuicja nakazuje podejrzewać, że to nie koniec kłopotów. Teraz przed jasnowidzką stoi wyzwanie połączenia strzępów obrazów w fakty by w ten sposób odkryć prawdę o wydarzeniach, które jak żywe wymalowały się przed jej oczami.

“Siedem czarnych nut” to film bardzo odrębny od estetyki z jaką kojarzę Lucio Fulci. Żadnych gnijących ciał, zaropiałych zombie, krwi i flaków. Jest to czyste giallo nie skażone makabreską, oparte na doskonale snutej intrydze.

siedem czarnych nut

Reżyser prezentuje nam historię kryminalną z wątkiem paranormalnym w postaci nadprzyrodzonych wizji głównej bohaterki. Niewątpliwie piękna Gloria, której to odtwórczyni wsławiła się rekordową ilością małżeństw, już od dzieciństwa doznaje tego, co nazywamy szóstym zmysłem. W jej głowie znienacka pojawiają się obrazy, które znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości mimo iż dotyczą rzeczy, o których ta nie miała prawa wiedzieć. Tak też się dzieje po jej przybyciu do Włoch.

Jeszcze nim przekroczy próg domu swojego małżonka będzie posiadać wiedzę o niechlubnym wydarzeniu jakie pozostawiło ślad w postaci zamurowanego trupa młodej dziewczyny.

Z pomocą przychodzi jej miejscowy psychiatra i jego asystentka. Jako jedni z nielicznych poważnie traktują obawy kobiety, co więcej starają się jej pomóc w złożeniu fragmentów wizji w kompletną całość.

siedem czarnych nut

Tak krok za krokiem trafiają na kolejne tropy, które ani nie są oczywiste ani jednoznaczne. Nie zabraknie tu niespodzianek i zwrotów akcji. Można nawet powiedzieć, że następuje całkowite odwrócenie głównego założenia.

Dla fanów giallo będzie to nie lada gratka. Pomysł jest świetny, pozbawiony niepotrzebnych udziwnień i naciągnięć. Jest też po mistrzowsku zrealizowany, ale któż śmiałby podejrzewać Fulciego o fuszerkę w tej kwestii?

Nie wiem tylko czy “Siedem czarnych nut” zaspokoi apetyty tych widzów, którzy cenią Fulciego przede wszystkim za efekty gore.

Dla mnie była to miła i zaskakująca odmiana. Mimo iż reżyser odżegnuje się od pewnych typowych dla niego elementów wizualnych, jego styl jest nadal do rozpoznania. Nadal pojawiają się tak charakterystyczne ujęcia jak gwałtowne zbliżenia na oczy pięknej bohaterki, a jak wiadomo ten chwyt jest u Fulciego wszechobecny. Aktorzy poprowadzeni są jak zawsze konsekwentną ręką twórcy niepozwalającego na nadekspresję uderzającą w egzaltowane tony, na co zwykł pozwalać chociażby jego rodak Mario Bava.

To solidny film grozy i dobre giallo, co więcej myślę, że spodoba się nie tylko fanom włoskiego nurtu, ale wszystkim tym, którzy cenią dobrze skonstruowane zagadki kryminalne.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Dobry adres dla naiwnych

10 Rillington Place/ Dom przy Rillington Place (1971)

10 rillington place

Pod adresem umieszczonym w tytule filmu Richarda Fleischera mieszkał niejaki John Reginald Christie, który rozsławił swój dom jako miejsce zbrodni.

Christie był właścicielem kamienicy i podnajmował mieszkania o niskim standardzie chętnym lokatorom.

W 1949 roku do jednego z mieszkań wprowadza się młode ubogie małżeństwo z małym dzieckiem. Śliczna Beryl od razu wpada w oko Johnowi, który konsekwentnie wciela w życie plan zaspokojenia swoich potrzeb z udziałem młodej mężatki.

“Dom przy…” jest sfabularyzowaną historią działalności jednego z chyba mniej znanych seryjnych morderców.

John Christie po wojnie osiadł w dzielnicy Notting Hill w Londynie by tam wykorzystywać wiedzę medyczną jaką nabył jako lekarz polowy. Po za zabiegami medycznymi, na którymi delikatnie mówiąc średnio się znał, pielęgnował swoją fascynację śmiercią.

10 rillington place

Ze specyfiką jego działania możemy zapoznać się już we wstępie filmu kiedy mężczyzna dopada jedną z ofiar. Co ciekawe Christie nie musiał polować na ulicach. Mordował w kuchni własnego domu, tuż pod nosem nierozgarniętej żony.

Widzimy zatem, jak młoda kobieta przychodzi do niego po poradę medyczną. Ten z uśmiechem oferuje jej zabieg leczniczy, który w rzeczywistości sprowadza się do podtrucia ofiary czadem. Zakłada niczego nieświadomej kobiecie maskę by za jej pośrednictwem wprowadzić do jej płuc zabójcza substancję. Odurzoną kobietę dusi i wreszcie może cieszyć się jej towarzystwem, gwałcąc zwłoki.

10 rillington place

Jak dowiemy się później wszystkie ofiary zostały pochowane na terenie posesji mordercy.

To tylko wstęp, ale stanowi bardzo klarowną przesłankę zarówno dla treści filmu, jak i dla sposobu w jaki będzie tę treść opowiadać.

Powiedziałabym, że jest to film nakręcony z niebywałą klasą. Nie nastawiony na groteskę, czy operowanie sadyzmem w bardzo dosłownym rozumieniu. Oddziaływanie tego obrazu jest jednak duże. Głównie ze względu na jego czytelność zbudowaną dzięki oszczędności. Nie zobaczymy tu żadnego lochu tortur, brawurowych pościgów, czy nawet kryminalnego śledztwa. Skupiamy się raczej na obrazi działania mordercy, który cały swój ekwipunek mieści w jednej kuchennej szafce.

10 rillington place

Możemy zapoznać się z metodyka jego działania nie tyle na poziomie samych zabójstw ile zgrabnym sposobie w jaki do nich dąży.

Christie mimo iż nie należał do morderców mogących budzić podziw bystrością swojego umysłu to pragmatycznego sprytu miał w sam raz by wodzić za nos niczego nie świadome otoczenie.

Jakby tego był mało w drugiej połowie obrazu, gdy strapiona kłopotem Beryl przyszła do miłego sąsiada po pomoc i w efekcie otrzymała śmierć, możemy obserwować dalszy rozwój wypadków. Myślę, że sposób w jaki morderca manipuluje mężem ofiary jest nie mniej frapujący niż obserwowanie jego morderczych zapędów. Finał tej rozgrywki jest zaskakujący.

Dobry scenariusz to podstawa sukcesu tego filmu, jednak w mojej ocenie największa zasługa stoi po stronie odtwórców rol. Zacznę od kreacji Christiego w wykonaniu Richarda Samuela Attenborough’a. Jego postać wywołuje dreszcze. Taki sympatyczny, niepozorny potrafił w jednej sekundzie zmienić się w śliniącą się bestię.

10 rillington place

Druga największa rola to John Hurt w roli męża Beryl. Postać bardzo sprawnie nakreślona i wspaniale przedstawiona. Facet raczej nie wzbudzi w nikim ciepłych uczuć w momencie, gdy go poznamy. Nie da się ukryć, że rola takiego męża nie była łatwa zważywszy na późniejsze zadania jakie przed nim stanęły. Do tej pory jest z niego wyśmienity aktor, choć już staruszek. Nie rozmieniając się dalej na drobne powiem, że cała obsada przyczyniła się do sukcesu filmu. Czemu więc nie jest szczególnie popularny? Może dlatego, że amerykańscy seryjni mordercy to lepsze materiały na ‘gwiazdy’? Christie był skromny, a jego historia raczej niechlubnie zapisała się na liście dokonać brytyjskich władz.

Jeśli miałbym wyłonić jakiś motyw przewodni tego filmu to postawiłabym na naiwność. Naiwność, która sprawiła, że typek taki jak Christie mógł sobie bez problemu działać.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

74/100

W skali brutalności;1/10

Rzeź niewiniątek

Cherry Falls/ Krew niewinnych (2000)

cherry falls

Tytułowe Charry Falls to małe amerykańskie miasteczko, gdzie pewnego dnia rozpoczyna się fala morderstw. Ofiarami padają zarówno chłopcy jak i dziewczęta. Morderca ma tylko jedno kryterium – niewinność. Zabija wyłącznie dziewice i prawiczków. Gdy policja próbuje rozwikłać tajemnicę tożsamości mordercy dokopując się do historii z przed dwudziestu laty, licealiści z Cherry Falss planują masową deflorację w celu zabezpieczenia się przed zainteresowaniem ze strony zabójcy.

Thriller “Krew niewinnych” powstał na fali popularności teen slasherów jaką przywróciła premiera “Krzyku” Cravena. Jak na teen horrorek, czy teen thrillerek przystało znajdziemy tu kompilację wątków opery mydlanej i dreszczowca.

cherry falls

Główną bohaterką jest córka policjanta Jody, która boryka się z tym samym dylematem co Sydney Prescot w “Krzyku”, stracić dziewictwo, czy też nie. Tym czasem w okolicy zaczynają ginąć młodzi i nietknięci. Jakiś wariat morduje kolejnych protagonistów i oznacza ich ciała krwawym znakiem ‘Virgin’. Bystra Jody podsłuchuje rozmowę swojego ojca z dyrektorem liceum i tym samym poznaje nazwisko potencjalnego mordercy. W myśl żelaznej zasady slashera sprawa morderstw ma związek z tragedią z przeszłości, a zabijanie niewinnych mieszkańców Cherry Falls jest niczym innym jak zemstą.

cherry falls

Fabuła filmu jest gęsto usiana młodymi atrakcyjnymi zwłokami. Pojawiają się elementy pastiszu, ale stosowane są z wyczuciem, bez ingerencji w klimat grozy. Jak na próbę podrobienia słynnego “Krzyku” nie jest źle, widziałam gorsze ‘podróbki’.

Film będzie dobrą rozrywką dla kogoś kto szuka filmu nie zobowiązującego do zbytniej aktywności umysłowej, ale też nie chce się doszczętnie ogłupić.

W mojej ocenie największym plusem produkcji jest postać final girl, czyli Jody w którą z powodzeniem wciela się Brittany Murphy, z pośród mdłych i nijakich postaci słodkich niewiniątek, które spotkamy na pierwszy planie w niemal każdym slasherze ona wyróżnia się stylem i charyzmą.

Mimo iż mamy tu do czynienia z seryjnym mordercą to sceny zbrodni nie zszokują widza z tej prostej przyczyny, że zawsze rozgrywają się po za kadrem.

cherry falls

Jeśli idzie o główną filmową zagadkę to jest na poziomie przeciętnego teen horroru. Trochę naiwna i w dużej mierze przewidywalna. Czy mi to przeszkadzało? Jakoś nie specjalnie. “Krew niewinnych” ogląda się przyjemnie i bez irytacji, chyba że widz oczekiwał czegoś ze znacznie wyższej półki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

Free Birds

Devil’s Rejects/ Bękarty Diabła (2005)

bękarty diabła

Rodzinka Firefly doskonale bawi się na swojej farmie w Teksasie, o czym mieli okazję przekonać się wszyscy, którzy widzieli film “Dom 1000 trupów.

“Bękarty diabła” stanowią sequel horroru Rob’a Zombie’ego.

Krótko po tym jak kolejne dzieciaki zniknęły bez śladu a wraz z nimi ekipa poszukiwawcza złożona z trzech policjantów, dzielny szeryf Wyldell wyrusza śladem ostatniego tropu na jaki trafili policjanci- wprost na farmę rodziny Firefly. Fabułę filmu otwiera ‘totalna rozpierducha’ której dokonują gliniarze. Niestety udaje im się ustrzelić tylko jednego członka rodziny, RJ i pojmać matkę Firefly. Cipcia i Otis uciekają a ‘Knypek’ Tiny jest w tym czasie zajęty zabawą ze zwłokami w plenerze.

Para zbiegów, niczym Bony i Clyde ruszają w podróż ku ocaleniu wolności. Z pomocą przychodzą im krewniacy- nie mniej popieprzeni niż reszta rodziny – a ofiarami padną przypadkowi przyjezdni, których ‘Bękarty diabła’ dopadną w motelu.

bękarty diabła

“Bękarty diabła”, drugi film Zombie’ego bardzo różni się od “Domu tysiąca trupów”. Różni się przede wszystkim pomysłem. Tu nie uświadczymy atrakcji rodem z festiwalu gore, obłęd też przygasa. Co ciekawe mimo mojego wielkiego zachwytu nad pierwszą odsłona przygód rodzinki morderców wcale nie uważam “Bękartów…” za film słabszy.

Twórca odżegnuje się tu od nieco teledyskowego sposobu kręcenia, pełnego przerywników, hardcorowych wstawek i ostrej muzyki. Zamiast tego serwuje nam kino drogi, wywołujące skojarzenia z najlepszymi filmami o mordercach tułaczach.

bękarty diabła

Jest zdecydowanie bardziej poważny. Przypuszczam, że sukces “Domu…” nieco go zaskoczył dlatego odnoszę wrażenie, że dopiero teraz, od projektu pod tytułem “Bękarty diabła”, zaczął traktować swoją pracę reżyserską serio.

O ile “Dom…” tarzał się w oparach absurdu tu mamy bardzo klarowny ciąg wydarzeń. Od strony technicznej “Bękarty…” wypadają fenomenalnie. Jaskrawe słońce, pustynne plenery, kurz i zaschnięta krew. Większość filmowych ujęć zasługuje na specjalne wyróżnienie.

Do tego muzyka takich klasyków jak Terry Reid – jak ja go kocham! – czy Lynard Skynard, zamiast straszyć ostrością … wzrusza.

No, tak muszę to powiedzieć, prawie się spłakałam w finale filmu poruszona okrutnym losem zbiegłych sadystów. Dziwne, jak wspaniale Rob odwrócił tutaj rolę dobra i zła. Dzięki temu, że skupiamy się tu głównie na postaciach uciekinierów możemy ich bliżej poznać. Zżyć się z nimi nawet bym rzekła. Oczywiście Rob nie zrobił z nich misiaczków przytulaczków, ale obdarzył ich szatańska naturę bardzo ludzkim pierwiastkiem. Mogę powiedzieć, że Baby i spółka chyba po raz pierwszy doświadczyli uczucia strachu zarezerwowanego przecież dla ich ofiar. Skutek tego jest taki, że wczułam się w ich przykrą sytuację bardziej niż w los oprawianych małolatów w pierwszym filmie.

Makabry jest tu zdecydowanie mniej, a może po prostu sposób jej prezentowania nie jest tak jaskrawy i kiczowaty. Zagrania jakie stosują bohaterzy/antybohaterzy są jednak nie mniej bezwzględne niż to było w przypadku pierwszej odsłony filmu. Cięty język i czarny humor nadal przoduje.

bękarty diabła

Akcja nie ustaje, lecz nie jest tak chaotyczna jak w przypadku “Domu…”, traci na tym odczucie paranoi, ale większa klarowność fabuły sprawia, że nie stanowi on tylko czczej rozrywki, lecz jest całkiem rozsądnym filmem o czymś. Powiedziałabym, że sprawdza się nie tylko jako horror.

Dla miłośników “Domu 1000 trupów” pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

81/100

W skali brutalności:2/10