Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Bój się dziewczyny o oczach Bette Davis

Final girls/ Dziewczyny śmierci (2015)

dziewczyny śmierci

Nastoletnia Max niedawno straciła w matkę w wypadku samochodowym. A jej mama to nikt inny jak gwiazda kultowego horroru z lat ’80 „Obóz skąpany we krwi”. W związku z tym kumpel Max, Duncan i jego siostra Gerttie namawiają dziewczynę do uczestnictwa w specjalnym pokazie starego horroru. Max nie jest zachwycona taką formą oddania hołdu mamie zwłaszcza, że ta wcieliła się tam w ostać szeregowej ofiary. Ostatecznie przystojny Chris namawia Max na randkę w kinie. Zjawia się tam też jego była, Vicky. Wszyscy udają się na seans w trakcie którego niefortunnym zrządzeniem losu rodem z Oszukać przeznaczenie” na sali wybucha pożar. Max i jej kumple szukając drogi ucieczki przedostają się za ekran. Jednak nie znajdują tam spodziewanego wyjścia ewakuacyjnego lecz… świat przedstawiony horroru „Camp Bloodbath”.

„Dziewczyny  śmierci” to zdaniem wielu, zwłaszcza Was, drodzy czytelnicy, to jeden z najlepszych horrorów jakie ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku. Ja sama nie nastawiałam się na niego zbyt pozytywnie, bo filmów, które to w założeniu mają oddawać cześć nieśmiertelnej formule camp slashera powstało sporo, jednak niewielu współczesnych twórców naprawdę czuje ten klimat toteż efekt najczęściej bywa mierny. A tu taka miła niespodzianka:)

dziewczyny śmierci

Tak, film bardzo mi się spodobał, bo posiada wszystkie elementy niezbędne do dobrej zabawy.

Za sprawą wykorzystania motywu ‚filmu w filmie’ sprawnie balansujemy między przeszłością a teraźniejszością, co skutkuje podwójną perspektywą. Fajnie jest śledzić losy bohaterów, którzy patrzą na stare slashery naszymi oczami. Rozumieją zasady świata przedstawionego. To tak jakbyśmy to my trafili do starego horroru z całą nasza wiedzą wyniesioną z wielu godzin seansów ze starymi slasherami. Pewnie sądzicie, że poradzilibyście sobie świetnie, tak też sądziła Max i jej przyjaciele. Efekt takiego przekonania bywał do prawdy przezabawny.

Zderzenie dwóch światów- bohaterów starego slashera śpiewających „Kumbaya” i konsekwentnie dążących do kopulacji z cynicznymi małolatami dla których seryjny zabójca to postać fikcyjna i niegroźna tworzy połączenie komedii pomyłek z czarnym humorem. Jedną z najlepiej ukazujących to scen jest fragment w której Duncan próbuje strzelić sobie selfie z mordercą przekonany, że filmowa postać nic mu nie zrobi.

dziewczyny śmierci

Fabułą filmu z gruntu opiera się na takim samym założeniu jak każdy slasher – przetrwać do końca. Max i spółka wierzą, że jeżeli będą się trzymać filmowej Final Girl, Pauli, nic im nie grozi, ale na schemacie filmu powstaje rysa i Paula ginie. Kto może zostać Final Girl? Kto ich uratuje?

Ważnym motywem jest też wątek matki Max, która to po trzech latach od śmierci rodzicielki znowu ma szanse ją zobaczyć, dotknąć, porozmawiać. Tu nie powiem, nawet się troszkę wzruszyłam przy scenach finałowych. Wszytko to daje nam fany balans między pastiszem a historią opowiadaną na serio.

dziewczyny śmierci

Nie mam żadnych zarzutów względem pomysłu na tę historię, jest krwawo, jest seksownie, jest zabawnie, jest nawet sentymentalnie. Nie można by jednak osiągnąć takiego efekt gdyby nie praca włożona w wykonanie tego pomysłu. Twórcy włożyli masę wysiłku w wierne oddanie klimatu dawnych camp slasherów,  zdjęcia, muzyka,  aktorstwo, dialogi, wszytko ekstra. Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Do tego jeszcze spore grono lubianych przeze mnie aktorów w obsadzie: Nina Dobrev, Taissa Farmiga, Alexander Ludwig. Bardzo fajnie. Z pewnością „Dziewczyny śmierci” staną obok „Porąbanych” na liście moich ulubionych horrorów komediowych.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:9

klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

79/100

W skali brutalności:2/10

Murowane morderstwo

Sette note in nero/ Siedem czarnych nut (1977)

siedem czarnych nut

Gloria Ducci pod nieobecność męża, który wyjechał w interesach za granicę postanawia wyremontować jego dom we Włoszech. Jako projektantka wnętrz ma w tym pewne obeznanie, jednak prosty plan przyniesie jej więcej problemów niż korzyści.

Już w drodze do posiadłości dopada ją coś co można określić mianem wizji. Gdy światła gasną przed jej oczami maluje się obraz tragedii z udziałem kobiety. Po przybyciu do domu męża ze zdziwieniem odkrywa, że jest to miejsce  z jej wizji. Nigdy wcześniej tu nie była a jednak jej umysł odtworzył wnętrze domu w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli tak, to gdzieś za ścianą powinna spodziewać się znalezienia ukrytych zwłok…

siedem czarnych nut

Piękna Gloria rozbija ścianę i tym sposobem demaskuje morderstwo. Ofiarą okazuje się młoda dziewczyna, co ciekawe, różniąca się od postaci, którą Gloria widziała w swojej wizji.

Intuicja nakazuje podejrzewać, że to nie koniec kłopotów. Teraz przed jasnowidzką stoi wyzwanie połączenia strzępów obrazów w fakty by w ten sposób odkryć prawdę o wydarzeniach, które jak żywe wymalowały się przed jej oczami.

„Siedem czarnych nut” to film bardzo odrębny od estetyki z jaką kojarzę Lucio Fulci. Żadnych gnijących ciał, zaropiałych zombie, krwi i flaków. Jest to czyste giallo nie skażone makabreską, oparte na doskonale snutej intrydze.

siedem czarnych nut

Reżyser prezentuje nam historię kryminalną z wątkiem paranormalnym w postaci nadprzyrodzonych wizji głównej bohaterki. Niewątpliwie piękna Gloria, której to odtwórczyni wsławiła się rekordową ilością małżeństw, już od dzieciństwa doznaje tego, co nazywamy szóstym zmysłem. W jej głowie znienacka pojawiają się obrazy, które znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości mimo iż dotyczą rzeczy, o których ta nie miała prawa wiedzieć. Tak też się dzieje po jej przybyciu do Włoch.

Jeszcze nim przekroczy próg domu swojego małżonka będzie posiadać wiedzę o niechlubnym wydarzeniu jakie pozostawiło ślad w postaci zamurowanego trupa młodej dziewczyny.

Z pomocą przychodzi jej miejscowy psychiatra i jego asystentka. Jako jedni z nielicznych poważnie traktują obawy kobiety, co więcej starają się jej pomóc w złożeniu fragmentów wizji w kompletną całość.

siedem czarnych nut

Tak krok za krokiem trafiają na kolejne tropy, które ani nie są oczywiste ani jednoznaczne. Nie zabraknie tu niespodzianek i zwrotów akcji. Można nawet powiedzieć, że następuje całkowite odwrócenie głównego założenia.

Dla fanów giallo będzie to nie lada gratka. Pomysł jest świetny, pozbawiony niepotrzebnych udziwnień i naciągnięć. Jest też po mistrzowsku zrealizowany, ale któż śmiałby podejrzewać Fulciego o fuszerkę w tej kwestii?

Nie wiem tylko czy „Siedem czarnych nut” zaspokoi apetyty tych widzów, którzy cenią Fulciego przede wszystkim za efekty gore.

Dla mnie była to miła i zaskakująca odmiana. Mimo iż reżyser odżegnuje się od pewnych typowych dla niego elementów wizualnych, jego styl jest nadal do rozpoznania. Nadal pojawiają się tak charakterystyczne ujęcia jak gwałtowne zbliżenia na oczy pięknej bohaterki, a jak wiadomo ten chwyt jest u Fulciego wszechobecny. Aktorzy poprowadzeni są jak zawsze konsekwentną ręką twórcy niepozwalającego na nadekspresję uderzającą w egzaltowane tony, na co zwykł pozwalać chociażby jego rodak Mario Bava.

To solidny film grozy i dobre giallo, co więcej myślę, że spodoba się nie tylko fanom włoskiego nurtu, ale wszystkim tym, którzy cenią dobrze skonstruowane zagadki kryminalne.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Dobry adres dla naiwnych

10 Rillington Place/ Dom przy Rillington Place (1971)

10 rillington place

Pod adresem umieszczonym w tytule filmu Richarda Fleischera mieszkał niejaki John Reginald Christie, który rozsławił swój dom jako miejsce zbrodni.

Christie był właścicielem kamienicy i podnajmował mieszkania o niskim standardzie chętnym lokatorom.

W 1949 roku do jednego z mieszkań wprowadza się młode ubogie małżeństwo z małym dzieckiem. Śliczna Beryl od razu wpada w oko Johnowi, który konsekwentnie wciela w życie plan zaspokojenia swoich potrzeb z udziałem młodej mężatki.

„Dom przy…” jest sfabularyzowaną historią działalności jednego z chyba mniej znanych seryjnych morderców.

John Christie po wojnie osiadł w dzielnicy Notting Hill w Londynie by tam wykorzystywać wiedzę medyczną jaką nabył jako lekarz polowy. Po za zabiegami medycznymi, na którymi delikatnie mówiąc średnio się znał, pielęgnował swoją fascynację śmiercią.

10 rillington place

Ze specyfiką jego działania możemy zapoznać się już we wstępie filmu kiedy mężczyzna dopada jedną z ofiar. Co ciekawe Christie nie musiał polować na ulicach. Mordował w kuchni własnego domu, tuż pod nosem nierozgarniętej żony.

Widzimy zatem, jak młoda kobieta przychodzi do niego po poradę medyczną. Ten z uśmiechem oferuje jej zabieg leczniczy, który w rzeczywistości sprowadza się do podtrucia ofiary czadem. Zakłada niczego nieświadomej kobiecie maskę by za jej pośrednictwem wprowadzić do jej płuc zabójcza substancję. Odurzoną kobietę dusi i wreszcie może cieszyć się jej towarzystwem, gwałcąc zwłoki.

10 rillington place

Jak dowiemy się później wszystkie ofiary zostały pochowane na terenie posesji mordercy.

To tylko wstęp, ale stanowi bardzo klarowną przesłankę zarówno dla treści filmu, jak i dla sposobu w jaki będzie tę treść opowiadać.

Powiedziałabym, że jest to film nakręcony z niebywałą klasą. Nie nastawiony na groteskę, czy operowanie sadyzmem w bardzo dosłownym rozumieniu. Oddziaływanie tego obrazu jest jednak duże. Głównie ze względu na jego czytelność zbudowaną dzięki oszczędności. Nie zobaczymy tu żadnego lochu tortur, brawurowych pościgów, czy nawet kryminalnego śledztwa. Skupiamy się raczej na obrazi działania mordercy, który cały swój ekwipunek mieści w jednej kuchennej szafce.

10 rillington place

Możemy zapoznać się z metodyka jego działania nie tyle na poziomie samych zabójstw ile zgrabnym sposobie w jaki do nich dąży.

Christie mimo iż nie należał do morderców mogących budzić podziw bystrością swojego umysłu to pragmatycznego sprytu miał w sam raz by wodzić za nos niczego nie świadome otoczenie.

Jakby tego był mało w drugiej połowie obrazu, gdy strapiona kłopotem Beryl przyszła do miłego sąsiada po pomoc i w efekcie otrzymała śmierć, możemy obserwować dalszy rozwój wypadków. Myślę, że sposób w jaki morderca manipuluje mężem ofiary jest nie mniej frapujący niż obserwowanie jego morderczych zapędów. Finał tej rozgrywki jest zaskakujący.

Dobry scenariusz to podstawa sukcesu tego filmu, jednak w mojej ocenie największa zasługa stoi po stronie odtwórców rol. Zacznę od kreacji Christiego w wykonaniu Richarda Samuela Attenborough’a. Jego postać wywołuje dreszcze. Taki sympatyczny, niepozorny potrafił w jednej sekundzie zmienić się w śliniącą się bestię.

10 rillington place

Druga największa rola to John Hurt w roli męża Beryl. Postać bardzo sprawnie nakreślona i wspaniale przedstawiona. Facet raczej nie wzbudzi w nikim ciepłych uczuć w momencie, gdy go poznamy. Nie da się ukryć, że rola takiego męża nie była łatwa zważywszy na późniejsze zadania jakie przed nim stanęły. Do tej pory jest z niego wyśmienity aktor, choć już staruszek. Nie rozmieniając się dalej na drobne powiem, że cała obsada przyczyniła się do sukcesu filmu. Czemu więc nie jest szczególnie popularny? Może dlatego, że amerykańscy seryjni mordercy to lepsze materiały na ‚gwiazdy’? Christie był skromny, a jego historia raczej niechlubnie zapisała się na liście dokonać brytyjskich władz.

Jeśli miałbym wyłonić jakiś motyw przewodni tego filmu to postawiłabym na naiwność. Naiwność, która sprawiła, że typek taki jak Christie mógł sobie bez problemu działać.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

74/100

W skali brutalności;1/10

Rzeź niewiniątek

Cherry Falls/ Krew niewinnych (2000)

cherry falls

Tytułowe Charry Falls to małe amerykańskie miasteczko, gdzie pewnego dnia rozpoczyna się fala morderstw. Ofiarami padają zarówno chłopcy jak i dziewczęta. Morderca ma tylko jedno kryterium – niewinność. Zabija wyłącznie dziewice i prawiczków. Gdy policja próbuje rozwikłać tajemnicę tożsamości mordercy dokopując się do historii z przed dwudziestu laty, licealiści z Cherry Falss planują masową deflorację w celu zabezpieczenia się przed zainteresowaniem ze strony zabójcy.

Thriller „Krew niewinnych” powstał na fali popularności teen slasherów jaką przywróciła premiera „Krzyku” Cravena. Jak na teen horrorek, czy teen thrillerek przystało znajdziemy tu kompilację wątków opery mydlanej i dreszczowca.

cherry falls

Główną bohaterką jest córka policjanta Jody, która boryka się z tym samym dylematem co Sydney Prescot w „Krzyku”, stracić dziewictwo, czy też nie. Tym czasem w okolicy zaczynają ginąć młodzi i nietknięci. Jakiś wariat morduje kolejnych protagonistów i oznacza ich ciała krwawym znakiem ‚Virgin’. Bystra Jody podsłuchuje rozmowę swojego ojca z dyrektorem liceum i tym samym poznaje nazwisko potencjalnego mordercy. W myśl żelaznej zasady slashera sprawa morderstw ma związek z tragedią z przeszłości, a zabijanie niewinnych mieszkańców Cherry Falls jest niczym innym jak zemstą.

cherry falls

Fabuła filmu jest gęsto usiana młodymi atrakcyjnymi zwłokami. Pojawiają się elementy pastiszu, ale stosowane są z wyczuciem, bez ingerencji w klimat grozy. Jak na próbę podrobienia słynnego „Krzyku” nie jest źle, widziałam gorsze ‚podróbki’.

Film będzie dobrą rozrywką dla kogoś kto szuka filmu nie zobowiązującego do zbytniej aktywności umysłowej, ale też nie chce się doszczętnie ogłupić.

W mojej ocenie największym plusem produkcji jest postać final girl, czyli Jody w którą z powodzeniem wciela się Brittany Murphy, z pośród mdłych i nijakich postaci słodkich niewiniątek, które spotkamy na pierwszy planie w niemal każdym slasherze ona wyróżnia się stylem i charyzmą.

Mimo iż mamy tu do czynienia z seryjnym mordercą to sceny zbrodni nie zszokują widza z tej prostej przyczyny, że zawsze rozgrywają się po za kadrem.

cherry falls

Jeśli idzie o główną filmową zagadkę to jest na poziomie przeciętnego teen horroru. Trochę naiwna i w dużej mierze przewidywalna. Czy mi to przeszkadzało? Jakoś nie specjalnie. „Krew niewinnych” ogląda się przyjemnie i bez irytacji, chyba że widz oczekiwał czegoś ze znacznie wyższej półki.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:7

Walory techniczne:6

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

Free Birds

Devil’s Rejects/ Bękarty Diabła (2005)

bękarty diabła

Rodzinka Firefly doskonale bawi się na swojej farmie w Teksasie, o czym mieli okazję przekonać się wszyscy, którzy widzieli film „Dom 1000 trupów.

„Bękarty diabła” stanowią sequel horroru Rob’a Zombie’ego.

Krótko po tym jak kolejne dzieciaki zniknęły bez śladu a wraz z nimi ekipa poszukiwawcza złożona z trzech policjantów, dzielny szeryf Wyldell wyrusza śladem ostatniego tropu na jaki trafili policjanci- wprost na farmę rodziny Firefly. Fabułę filmu otwiera ‚totalna rozpierducha’ której dokonują gliniarze. Niestety udaje im się ustrzelić tylko jednego członka rodziny, RJ i pojmać matkę Firefly. Cipcia i Otis uciekają a ‚Knypek’ Tiny jest w tym czasie zajęty zabawą ze zwłokami w plenerze.

Para zbiegów, niczym Bony i Clyde ruszają w podróż ku ocaleniu wolności. Z pomocą przychodzą im krewniacy- nie mniej popieprzeni niż reszta rodziny – a ofiarami padną przypadkowi przyjezdni, których ‚Bękarty diabła’ dopadną w motelu.

bękarty diabła

„Bękarty diabła”, drugi film Zombie’ego bardzo różni się od „Domu tysiąca trupów”. Różni się przede wszystkim pomysłem. Tu nie uświadczymy atrakcji rodem z festiwalu gore, obłęd też przygasa. Co ciekawe mimo mojego wielkiego zachwytu nad pierwszą odsłona przygód rodzinki morderców wcale nie uważam „Bękartów…” za film słabszy.

Twórca odżegnuje się tu od nieco teledyskowego sposobu kręcenia, pełnego przerywników, hardcorowych wstawek i ostrej muzyki. Zamiast tego serwuje nam kino drogi, wywołujące skojarzenia z najlepszymi filmami o mordercach tułaczach.

bękarty diabła

Jest zdecydowanie bardziej poważny. Przypuszczam, że sukces „Domu…” nieco go zaskoczył dlatego odnoszę wrażenie, że dopiero teraz, od projektu pod tytułem „Bękarty diabła”, zaczął traktować swoją pracę reżyserską serio.

O ile „Dom…” tarzał się w oparach absurdu tu mamy bardzo klarowny ciąg wydarzeń. Od strony technicznej „Bękarty…” wypadają fenomenalnie. Jaskrawe słońce, pustynne plenery, kurz i zaschnięta krew. Większość filmowych ujęć zasługuje na specjalne wyróżnienie.

Do tego muzyka takich klasyków jak Terry Reid – jak ja go kocham! – czy Lynard Skynard, zamiast straszyć ostrością … wzrusza.

No, tak muszę to powiedzieć, prawie się spłakałam w finale filmu poruszona okrutnym losem zbiegłych sadystów. Dziwne, jak wspaniale Rob odwrócił tutaj rolę dobra i zła. Dzięki temu, że skupiamy się tu głównie na postaciach uciekinierów możemy ich bliżej poznać. Zżyć się z nimi nawet bym rzekła. Oczywiście Rob nie zrobił z nich misiaczków przytulaczków, ale obdarzył ich szatańska naturę bardzo ludzkim pierwiastkiem. Mogę powiedzieć, że Baby i spółka chyba po raz pierwszy doświadczyli uczucia strachu zarezerwowanego przecież dla ich ofiar. Skutek tego jest taki, że wczułam się w ich przykrą sytuację bardziej niż w los oprawianych małolatów w pierwszym filmie.

Makabry jest tu zdecydowanie mniej, a może po prostu sposób jej prezentowania nie jest tak jaskrawy i kiczowaty. Zagrania jakie stosują bohaterzy/antybohaterzy są jednak nie mniej bezwzględne niż to było w przypadku pierwszej odsłony filmu. Cięty język i czarny humor nadal przoduje.

bękarty diabła

Akcja nie ustaje, lecz nie jest tak chaotyczna jak w przypadku „Domu…”, traci na tym odczucie paranoi, ale większa klarowność fabuły sprawia, że nie stanowi on tylko czczej rozrywki, lecz jest całkiem rozsądnym filmem o czymś. Powiedziałabym, że sprawdza się nie tylko jako horror.

Dla miłośników „Domu 1000 trupów” pozycja obowiązkowa.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:6

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:9

To coś:10

81/100

W skali brutalności:2/10

Gdybyś tu mieszkał już byłbyś w domu

House of 1000 corpses/ Dom tysiąca trupów (2003)

dom 1000 trupów

Przeddzień Halloween czworo przyjaciół  trafia na stacje benzynową prowadzoną przez ekscentrycznego klowna nazywanego Kapitanek Spauldingiem. Tam po zapoznaniu się z eksponatami jego ‚Alei morderców’ postanawiają zgłębić zagadkę ‚Dead wood” czyli miejsca gdzie stracono miejscowego zabójcę ‚szaleńca i mistrza chirurgii ‚Doktora Stana’.

Na trasie nieopodal miasteczka Rackville spotykają autostopowiczkę, która w momencie awarii auta proponuje im pomoc którą mają uzyskać w jej pobliskim domu.

Właśnie tak dwie pary małolatów trafiają do tytułowego ‚Domu tysiąca trupów’ gdzie króluje szaleństwo i sadyzm.

dom 1000 trupów

Jak bardzo typowo brzmi ten opis, jednakże o filmie Rob’a Zombie’ego, bodaj jednym z moich ulubionych, mogę powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest typowy.

Jeśli oglądaliście „Krzyk” Craven’a wiecie jak wyśmienicie można się zabawić znaną konwencją horroru. Rob Zombie robi coś bardzo podobnego, choć ciężko uznać „Dom tysiąca trupów” za pastisz mimo królującego tu czarnego humoru.

Rob Zombie, człowiek orkiestra, śpiewa, kręci i pali kociętami w piecu, był skarbnica niebywale wykręconych pomysłów. Używam czasu przeszłego bo jego ostatnie dokonania nie bardzo przypadły mi do gustu. Facet dalej unika mainstreamu, ale jego dzieła nie są już tak obłędne, tak charakterystyczne. A szkoda.

Po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć ten film jakoś przed maturą. Razem z trójką znajomych postanowiliśmy rozpocząć akcje bezalkoholowych weekendów, z obawy, że nasze młode umysły nie udźwigną ciężaru wiedzy jeśli dalej będziemy uprawiać weekendowy alkoholizm. Zamiast tego grywaliśmy w monopol, i urządzaliśmy seanse horrorów. Na jednym z nich obejrzałam „Dom tysiąca trupów”. Nie wiem, czy to kwestia młodego wieku, a co za tym idzie większej podatności na wizualne sugestie, ale po obejrzeniu „Domu tysiąca trupów” znalazłam się w dużo gorszym stanie umysłu niż po nie jednym alkoholowym weekendzie. Jak na to teraz patrzę z perspektywy czasu to podejrzewam, że wystąpiły u mnie objawy paniki i stresu pourazowego. Ten film mnie zniszczył. I za to go kocham.

dom 1000 trupów

Teraz wracam do niego już spokojniej, jednak nie da się ukryć, że to co wtedy działało na mnie tak mocno nadal potrafię docenić.

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Rob Zombie składa tu hołd całemu gatunkowi horroru.

W filmie pojawiają się migawki starych horrorów z lat ’30, ’40 i dalej. Pojawiają się kadry, które możecie rozpoznać, jeśli lubujecie się w czarno-białym kinie. Pojawiają się też sugestie i nawiązania wplecione w fabułę filmu za pomocą postaci i ciągu wydarzeń.

„Dom 1000 trupów” nawiązuje do takich obrazów jak „Stary mroczny dom, Wilkołak„, „American Gothic„, „Ra-animator”, czy szeregu bardzo klasycznych slasher’ów jak np. „Teksańska masakra piłą mechaniczną”.

Pojawia się wiele nawet pobocznych sytuacji jawnie oszpecających amerykańską mentalność i popkulturę, chociażby fascynację seryjnymi mordercami. Niby przypadkowe migawki przerywające właściwą fabułę są całkowicie nieprzypadkowe i jeszcze podkręcają atmosferę szaleństwa, która całą sobą wylewa się z głównej fabuły.

To co jest w tym filmie najistotniejsze to chyba wyśmienite kreacje antybohaterów, rodziny porąbańców, którzy na swojej farmie w Teksasie oddają się najbardziej zwyrodniałym praktykom wszytko to w atmosferze dobrej zabawy.

dom 1000 trupów

Najpierw poznajemy ‚autostopowiczkę’ Weronice Ellen Firefly zwaną „Baby” w polskim tłumaczeniu „Cipcią”. Cipcia to bardzo fajna cipcia, seksowna, z burzą blond loków i anielska twarzyczką. Co do tego, że jest obłąkana nie ma najmniejszych wątpliwości już od pierwszych scen z jej udziałem. Później widzimy jak oprawia jednego z protagonistów, ale jak wskazują migawki to nie jest szczyt jej możliwości. W tę postać wcieliła się późniejsza zona Rob’a, Seri Moon, za co została doceniona tytułem „Królowej krzyku”. Fakt, głos ma nie od parady, jej upiorny śmiech jest jednym z mocniejszych elementów obłędnej atmosfery domu.

dom 1000 trupów

Dalej mamy jej mamusie, ‚bardzo pracowita kurwę’ zwaną matką Firefly, która po za kurestwem trudni się ludobójstwem przewodząc wesołej gromadzie swoich dzieci – a trochę ich ma. Na czele latorośli obok słodkiej Cipci stoi Otis (Bill Mosely) chirurg artysta, którego dzieło stworzone ze zwłok jednego z protagonistów będziecie mieli okazje podziwiać.

Dalej mamy marginalnie zarysowaną postać Tiny’ego milczącego olbrzyma i najmłodszego synusia, RJ, którego powierzchowność została naznaczona piromańskimi zapędami ojca. Kto jest ojcem tej wesołej gromady będziecie mieli okazję przekonać się w następnej części, „Bękartach diabła”. Na koniec mamy sympatycznego dziadziunia, którego można nazwać maskotką drużyny.

Wszyscy oni posiadają cechy największych popaprańców jakie mógł wymyślić twórca kina grozy, a jednak dających się lubić.

Większość filmowych scen mogłabym nazwać ulubionymi, ale postaram się wyłonić te moim zdaniem najlepsze. Po pierwsze występ Baby w czasie halloweenowego wieczorku przed zaproszonymi gośćmi. Dalej halloweenowe after party w plenerze kiedy wszyscy radośnie oddają się złożeniu do grobu swoich gości. Na koniec sceny w podziemiach farmy gdzie jedyną ocalałą spotykają… eh… co ją tak nie spotyka. Istny popis najwyższej klasy gore.

dom 1000 trupów

Wiem, że za sprawą tego filmu Zombie nabawił się tyle samo fanów co antyfanów. Ja uważam ten projekt za bardzo udany i polecam zapoznanie się z nim wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli takiej okazji, chociażby po to by mieć o nim własne zdanie.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:10

82/100

W skali brutalności:3/10

Opowieści zwykle niezwykłe

Wigilijne psy i inne opowieści – Łukasz Orbitowski

wigilijne psy

Zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego „Wigilijne psy” po raz pierwszy został wydany ładnych parę lat temu. Mimo iż książka została doceniona przez krytyków nie przyniosła młodemu pisarzowi kokosów.

Rynek wydawniczy przypomina burdel. Największe wzięcie mają te książki, które spełniają najwięcej czytelniczych oczekiwań. Spełniają marzenia kur domowych o bogatym perwersyjnym kochanku, nielatki z płaskim biustem zabierają w paranormalny świat gdzie zaliczenie klasówki z matmy nie ma znaczenia, czy dają społeczny dowód słuszności tezy, że zło zawsze przegrywa z dobrem za sprawą bystrego detektywa/ prokuratora/ profilera. Takich książek na miarę potrzeb jest masa i będzie ich jeszcze więcej.

Z niepokojem obserwuje dobrych pisarzy, którzy wybili się na niebanalnych pomysłach którzy teraz przechodzą na stronę mainstreamu bo z jakiegoś przyczyny wytracili odbicie. Mam wrażenie, że dla wielu autorów ważniejszym jest by dobrze się sprzedać niż dobrze pisać.

Orbitowski na ten moment stanowi dla mnie taka ostoję. Zawsze gdy czytam jego twory-potwory rozpala się dla mnie iskierka nadziei, że w tym burdelu znajdzie się coś dla literackich dewiantów takich jak ja. Dlatego też uroczyście obiecuję, że następna książkę tego autora kupie, nie wyżebram od wydawcy. kupię, a co, niech sobie chłopina zarobi.

Wydanie wznowione po dziesięciu latach zawiera wszystkie te opowieści, które znalazły się z pierwotnym zbiorze „Wigilijnych psów” plus jeden bonus.

Podobnie jak w przypadku innych zbiorów jakie miałam okazję czytać, stworzyłam coś na zasadzie rankingu.

Bezapelacyjnie na szczycie podium stawiam tytułowe opowiadanie „Wigilijne psy”. Jest to historia PRL’owskiego literata, którzy upada wraz z upadkiem systemu. A może i nie? A może jego życie, cała ta droga na szczyt była niczym innym jak powolnym opadaniem? Tak w sumie myślę. Jego historia pełna jest przyziemnych uciech i przyziemnych rozpaczy, ale to co czyni ją wyjątkową to mały pierwiastek magii, który dobija się do drzwi w każdą wigilijną noc, od czasu gdy ojciec bohatera poszedł topić psy i sam utonął.

Ojciec już nie wrócił choć synek bohatera/narratora widywał go w jakiś sposób, wróciły natomiast psy. Zupełnie żywe i radosne, ich pokrzepiająca obecność była tym co towarzyszyło bohaterowi na dobre i na złe. Sama nie wiem czy moja interpretacja ma coś wspólnego z założeniem autora, ale myślę, że młody Orbitowski chciał pokazać, że w każdej najpodlejszej egzystencji znajdzie się jakiś pierwiastek magii. To jest coś stałego i nieprzemijalnego podczas, gdy rzeczywistość zmienia się, załamuje. Póki magi, póty nadziei. Psy w jakiś sposób stanowiły odzwierciedlenie duszy bohatera. Gdy on zaczął podupadać psy również się zmieniły.

Drugie miejsce daje opowiadaniu „Pan Śnieg i Pan Wiatr”. Jest tak samo melancholijne i celnie dołujące jak „Wigilijne psy”, czyli dokładnie takie jak lubię. Rzecz jest o pewnym starym pijaczku, jakich wielu. Nękany, gnojony i zrezygnowany żyje, bo musi. Pewnej nocy w jego norze odwiedzają o dwaj niezwykli goście tyłowi Pan Śnieg i Pan Wiatr, stanowiący personifikację tego co towarzyszy Panu Buczkowi w jego smutnej egzystencji – chłód.

Dwaj kompani niosą mu pociechę w postaci flaszki i kują jego zamroczone alkoholem sumienie sugerując, że za łatwo odpuścił sobie swoje życie. To to dobrzy towarzysze, w zasadzie jedyni na jakich ktoś taki jak Pan Buczek może liczyć. Zakończenie tej opowieści jest stosownie gorzkie. Dla mnie to taka współczesna „Dziewczynka z zapałkami”.

Na trzecim miejscu umieszczam ex æquo „Serce kolei” i „Opowieść taksówkarską”. Pierwsze opowiadanie bardzo silnie zaleciało mi prozą Grabińskiego, a Grabińskiego wielbię na kolanach to też skojarzenie to jest bardzo memu sercu miłe.

Rzecz dotyczy grupy podróżnych, na czele z profesorem logiki, który dzieli się z kompanami podróży swoim spostrzeżeniem: pociąg egzystuje, co więcej przyjmuje ludzka postać, którą można dostrzec w szeregach pasażerów.

„Opowieść taksówkarska” nieco zbliża się do mainstreamu, ale tylko na bezpieczną odległość. Nie jest zhańbiona zbyt oczywistymi oczywistościami. Pisana jest z tym charakterystycznym dla młodych zdolnych, nerwem i nie wymusza na czytelniku łzawych wzruszeń, choć nie da się ukryć że celnie trafia w ludzka wrażliwość.

Opowiadanie traktuje o synu taksówkarza, który zgłębia tajemnicę szeregu niewyjaśnionych wypadków z udziałem taksówkarzy – w tym, jego nieszczęsnego ojca. Opowiadanie spokojnie mieści się w ramach ghost story i myślę, że jest na tyle uniwersalne, że spodoba się większości osób.

To cztery moim zdaniem najlepsze historie choć nie mogę powiedzieć by reszta umieszczonych w zbiorze opowiadań była jakoś rażąco słabsza.

Dużo dobrego jest w „Autostradzie”, historii grupki przyjaciół, którzy po latach wracają do rodzinnego miasta gdzie jako małolaty doświadczyli czegoś co można prostacko określić bardzo intensywna wizją przyszłości. Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu, może niepotrzebnie sprawę upraszczam, ale wierzę, że nikt się o to nie pogniewa.

Podobnie jak w większości opowiadań Orbitowskiego mamy tu do czynienia z historia obyczajową, ot tak, o dorastaniu i tym co się z nim wiąże, ale ukutą igiełką fantastyki.

Bardzo mile czytało mi się także „Nie umieraj przede mną”. To chyba jedna z bardziej lekki opowieści w zbiorze, ale przekonała mnie do niej postać Vincenta Price’a.

Dobry przykład horroru mamy w opowiadaniu „Kacper Klepacz”. To taka naturalistyczna wizja blokowej codzienności, z dużą dawką przykładnej grozy.

Dobry jest także „Lombard”, czyli historia przedpiekla na ziemi, gdzie paru ludzi bierze się za bary z Panem Diabłem a jedyną rzeczą jaką mają na swoja obronę to dobre uczynki.

„Angelus” w  dziwny sposób skojarzył mi się z filmem „Harry Angel. Mamy tu motyw diabelskich cyrografów i konsekwencji ich podpisywania. Wszytko oczywiście podane w sposób bardzo nieoczywisty.

„Droga do modlichy” jest natomiast przesympatyczna. To chyba jedyne opowiadanie w zbiorze, które nie ma dołującego wydźwięku, a zjawisko nadprzyrodzone nie pojawia się tu po to by zadawać ciosy poniżej pasa bohaterowi.

Najmniej ujęła mnie ostania historia „Zmierz rycerzy światła”. To powieść o samospełniającym się proroctwie, coś na zasadzie jeśli  uwierzysz, że coś się stanie to, to się właśnie stanie, ale nie dlatego że takie jest przeznaczenie tylko dlatego że sam do tego doprowadzisz.

Nie wiem czemu ale ta historia wydała mi się trochę niedopracowana w szczegółach, za to sam pomysł i jego spointowana bardzo udane.

Podsumowując, muszę zadeklarować gorącą sympatię do tego co Łukasz Orbitowski wyprawia na polskim rynku wydawniczym. Facet ma niebywałą zdolność ukazywania czegoś zwyczajnego w sposób nadzwyczajny. Do prozaicznych opowieści, które mogą być udziałem każdego umie przemycić pierwiastek fantastyki w sposób tak naturalny jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

Moja ocena:

Serce Kolei: 8/10

Autostrada:7/10

Opowieść taksówkarska: 8/10

Kacper Klepacz:7/10

Wigilijne psy:10/10

Angelus:7/10

Lombard:6/10

Nie umieraj przede mną:7/10

Droga do modlichy:6/10

Pan Śnieg i Pan wiatr: 9/10

Zmierzch rycerzy światła:5/10

Całość:8+/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN

sqn

Tamten tor

Backtrack/ Poprzednie życie (2015)

backtrack

Peter, w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił córkę. Jego małżonka pogrąża się w depresji, a on próbuje poskładać fragmenty tego zdarzenia niestety nie jest w stanie przypomnieć sobie co sprawiło, że na chwilę spuścił z oka swoje dziecko. Coś mu podpowiada, że ma to związek z niejasnym wspomnieniem z jego dzieciństwa. Peter postanawia wrócić w rodzinne strony by przywołać przeszłość – jaka by nie była.

„Poprzednie życie” to bardzo typowy thriller. Jego twórca ma na koncie sporo udanych produkcji jednak nie celuje on w innowacyjnych rozwiązaniach fabularnych. Tak też jest w przypadku „Poprzedniego życia”, jednak nie nazwałabym go do bólu przewidywalnych, choć…

backtrack

Znaczna część filmu jest dość niejasna. Widzimy mężczyznę w średnim wieku- w tej roli jeden z moich ulubieńców Adrien Brody – który boryka się z bolesną stratą. Pewnego dnia w czasie spaceru z córką odwraca na chwilę wzrok, a jego latorośl pakuje się pod samochód.

Tym co nie daje mu spokoju jest ten ułamek minuty, w której jego wzrok skierował go na sklepową wystawę. Być może dlatego, że sam zawodowo zajmuje się psychoanalizą zaczyna doszukiwać się w tym drugiego dna. Co było na tej przeklętej wystawie, co miało tak wielkie znaczenie?

Jakby tego było mało w życiu Petera pojawiają się inne przesłanki, wskazówki. W jego gabinecie pojawiają się pacjenci, którzy w jakiś sposób wiążą się z przeszłością Petera. Szereg dziwnych zdarzeń szczególnie bardzo niepokojące emanacje z udziałem młodej dziewczyny popychają bohatera do poszukiwań. Mężczyzna wraca do domu rodzinnego, spotyka się ze staruszkiem ojcem, spotyka kumpla z dzieciństwa i znajduje wycinek z gazety, starej gazety gdzie opisano katastrof pociągu w rodzinnym mieście Petera.

backtrack

Kilka minut później wydaje nam się, że wszytko jest już jasne, ale jak wspomniałam mimo typowości fabuła filmu nie jest aż tak do bólu przewidywalna.

Pomysł jest zrealizowany całkowicie poprawni i nie ma się tu do czego przyczepić. Strapiona mina Brody’ego – w każdym filmie ujmuje mnie ta jego twarz zbitego psa – towarzyszy nam nieprzerwanie i przynajmniej w moim przypadku działa to na rzecz udzielającego się nastroju przygnębienia. Niejasne przebłyski, dziwne zdarzenia i jeszcze dziwniejsze rozmowy Petera z jego pacjentami i superwizorem popychają fabułę w rejony psychologicznej zagadki, jej stopniowe rozwiązywanie będzie jak sądzę stanowić całkiem dobrą rozrywkę. Mamy więc film całkiem niezły, ale czy zapadnie on w pamięć? Raczej nie. Przypuszczam, ze szybko wywietrzeje mi z głowy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

Hipnoza

Cui mian da shi/ Mistrz hipnozy (2014)

mistrz hipnozy

Chen Ting jest psychoterapeutą specjalizującym się w hipnozie. Pewnego dnia profesor, z którą pracuje na uczelni prosi go o pomoc w sprawie pewnej pacjentki. Kobieta ma poważne problemy psychiczne i wszytko wskazuje na to, że konwencjonalne metody nic tu nie pomogą. Chen niechętnie zgadza się przyjąć Ren i pomóc jej.

„Mistrz hipnozy” to nowy azjatycki thriller. Od czasu do czasu mam chęć na coś skośnego i muszę powiedzieć, że szczęście mi dopisuje, bo i tym razem udało mi się złowić interesujący film.

Oponentom kina azjatyckiego muszę zadeklarować iż różni się on od typowego, skośnego kina grozy. Owszem pojawia się tu wątek duchów, bo to właśnie z nimi ma problem Ren, jednak całość fabuły to jeden wielki dialog pomiędzy terapeutą a pacjentem.

Fani tematów w stylu „In treatment”, czy jego polskiej wersji czyli „Bez tajemnic”, osobiście uwielbiam – znajdą tu coś dla siebie. Podobnie jak fani pierwszego sezonu serialu „Hannibal” gdzie fabuła opiera się psychologicznych pułapkach.

mistrz hipnozy

mistrz hipnozy

W tym filmie istotny jest dialog. Ważone jest każde słowo. Mamy tu do czynienia z nie lada podstępem, ale niestety nie mogę Wam zbyt wiele zdradzić, bo to popsułoby seans.

Chiński reżyser postawił tu na psychologiczną grę gdzie każdy może być ofiara i każdy może być myśliwym. Watek hipnozy jest fascynujący sam w sobie, więc dobre go wykorzystanie jest praktycznie gwarantem sukcesu.

Historia jest bardzo wciągająca, wymaga odrobiny myślenia więc nie będzie tylko czczą rozrywką. Dla fanów kina azjatyckiego i nie tylko.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:0/10

Pewnej burzowej nocy

Ostatnia noc w Tremore Beach – Mikel Santiago

ostatnia noc

Peter Harper znany i doceniany kompozytor współczesnej muzyki osiadł w małym domku na plaży w odludnej części Irlandii. Szuka tu schronienia i inspiracji. Nieprzyjemności związane z rozwodem i rozłąką z dwójką dzieci przyczyniły się do twórczej niemocy, a wypadek do jakiego doszło w trzy miesiące po przeprowadzce całkowicie zburzył jego spokój.

W drodze powrotnej z przyjęcia urządzanego w domu jedynych sąsiadów w czasie burzowej nocy Peter zostaje porażony uderzeniem pioruna czego skutkiem stały się uporczywe bóle głowy, lecz na tym nie koniec. W rodzinie Harperów od pokoleń mówiło się o darze jasnowidzenia, miała go zarówno jego babka jak i matka. Wbrew swoim oporom i braku akceptacji faktów, posiada go też Peter. Teraz jego zdolności jakby zostały wzmocnione. Od tamtej chwili muzyka nawiedzają złe sny, sny bardzo żywe, których sam nie może odróżnić od jawy i które zwiastują zbliżające się zagrożenie.

Kiedy „Ostatnia noc w Tremore Beach” wpadła w moje ręce byłam przekonana, że mam tu do czynienia z kolejny owocem twórczości Skandynawów. Tak jakoś z góry założyłam. Ignorantką jestem okropną więc często nie zwracam nawet uwagi na nazwisko autora, ważne, że obrazek na okładce jest ładny. A tu proszę, coś zupełnie nie skandynawskiego, choć klimat Irlandii również powiewał chłodem szczególnie czytając o nocach w czasie których oszalały ze strachu muzyk śledził swoje widma odziany w pidżamę i marznący na deszczu.

Lokalizacja akcji powieści od razu przypadła mi do gustu, bo mam słabość do takich właśnie plenerów. Faktem jednak jest, że autor, debiutujący tą właśnie powieścią (wcześniej wysmarował kilka opowiadań i jednego e-booka) jest… Hiszpanem. Hiszpanii nie poczułam tu wcale, ale nie byłam tym rozczarowana.

Mikelowi Santiago przypięto łatkę hiszpańskiego Stephena Kinga, co do prawdy nie jest fajne. Nie jest fajne, bo przynajmniej kilka powieści rocznie porównywanych jest do twórczości Kinga, co może budzić w potencjalnym czytelniku błędne oczekiwania. Dobrze, że nie zwróciwszy uwagi na nazwisko autora nie zwróciłam też uwagi na to do kogo go porównywano.

Jeśli zacząć się nad tym zastanawiam, znajdziemy kilka punktów wspólnych, chociażby motywy oniryczne, które często zwykł wykorzystywać King, jasnowidzenie, czy profesja głównego bohatera. Wiadomo, że główni bohaterzy jego książek najczęściej bywają poszukującymi artystami. Myślę, że właśnie na tej podstawie zbudowano mit o podobieństwie Santiago do Kinga, bo innych podstaw nie widzę.

Hiszpan ma swój własny styl, całkowicie różny od tego, jak opowiada swoje historie King. Fabuła powieści oscyluje gdzieś między thrillerem, a horrorem, nie wnikając szczególnie w wątki psychologiczne, a już na pewno nie z lekkością z jaką zwykł robić to King.

Wątków obyczajowych jest tyle ile jest konieczne i ani odrobiny więcej. Pomyślałam, że autor narzucił sobie bardzo konkretne ramy, po których zamierzał się poruszać i ani myślał błądzić gdzieś bocznymi ścieżkami jak to zwykł robić King.

Głównym powieściowym wątkiem jest sprawa wizji jakich doświadcza bohater. Widzi w nich swoich bliskich. Swoje dzieci, które przyjechały do niego z wizytą, a teraz leżą martwe w jego kuchni, widzi sąsiadkę, Marie, która dobija się do niego w ciemną noc, a z jej zachowania można wywnioskować, że w ich małym sąsiedztwie doszło do tragedii. Każda kolejna wizja objawia przed nim więcej szczegółów, mogących pomóc w  odkryciu zagrożenia. Wszytko to spędza sen z oczu Petera, który powoli odchodzi od zdrowych zmysłów, czekając nocy, w którą senne proroctwo znajdzie spełnienie.

Z uwagi na to, że autor nie nie narzucił sobie zadania zaskoczenia czytelnika wszytko odbywa się zgodnie z przewidywaniem. Sądna noc nadchodzi, oczywiście u schyłku powieści. Po za oczekiwaniem, na spełnienie się wizji czytelnika może trapić jeszcze jeden element zagadki. Jaki udział w tym wszystkim mają sąsiedzi Petera? Czy para emerytów, Marie i Leo mają coś na sumieniu? Co też mówiłam o braku niespodzianek? A tak, nie będzie niespodzianek. Sprawa sekretu Marie i Leo rozstrzygnie się w dość prosty sposób.

Muszę jednak rozgrzeszyć autora z tego prostolinijnego podejścia do zagadek, bo fakt, że większość spraw wydaje się z góry oczywista wcale nie zniechęca do przekonania się na własne oczy o prawdziwości podejrzeń. Książkę czyta się z ochotą, tak po prostu.

Największego plusa daję jednak za bardzo plastyczną zdolność autora do tworzenia intrygujących opisów sennych mar jakich doświadczał bohater. stanowią one bardzo dużą część powieści i bardzo dobrą.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca