Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Gdybyś tu mieszkał już byłbyś w domu

House of 1000 corpses/ Dom tysiąca trupów (2003)

dom 1000 trupów

Przeddzień Halloween czworo przyjaciół  trafia na stacje benzynową prowadzoną przez ekscentrycznego klowna nazywanego Kapitanek Spauldingiem. Tam po zapoznaniu się z eksponatami jego ‘Alei morderców’ postanawiają zgłębić zagadkę ‘Dead wood” czyli miejsca gdzie stracono miejscowego zabójcę ‘szaleńca i mistrza chirurgii ‘Doktora Stana’.

Na trasie nieopodal miasteczka Rackville spotykają autostopowiczkę, która w momencie awarii auta proponuje im pomoc którą mają uzyskać w jej pobliskim domu.

Właśnie tak dwie pary małolatów trafiają do tytułowego ‘Domu tysiąca trupów’ gdzie króluje szaleństwo i sadyzm.

dom 1000 trupów

Jak bardzo typowo brzmi ten opis, jednakże o filmie Rob’a Zombie’ego, bodaj jednym z moich ulubionych, mogę powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest typowy.

Jeśli oglądaliście “Krzyk” Craven’a wiecie jak wyśmienicie można się zabawić znaną konwencją horroru. Rob Zombie robi coś bardzo podobnego, choć ciężko uznać “Dom tysiąca trupów” za pastisz mimo królującego tu czarnego humoru.

Rob Zombie, człowiek orkiestra, śpiewa, kręci i pali kociętami w piecu, był skarbnica niebywale wykręconych pomysłów. Używam czasu przeszłego bo jego ostatnie dokonania nie bardzo przypadły mi do gustu. Facet dalej unika mainstreamu, ale jego dzieła nie są już tak obłędne, tak charakterystyczne. A szkoda.

Po raz pierwszy miałam okazję obejrzeć ten film jakoś przed maturą. Razem z trójką znajomych postanowiliśmy rozpocząć akcje bezalkoholowych weekendów, z obawy, że nasze młode umysły nie udźwigną ciężaru wiedzy jeśli dalej będziemy uprawiać weekendowy alkoholizm. Zamiast tego grywaliśmy w monopol, i urządzaliśmy seanse horrorów. Na jednym z nich obejrzałam “Dom tysiąca trupów”. Nie wiem, czy to kwestia młodego wieku, a co za tym idzie większej podatności na wizualne sugestie, ale po obejrzeniu “Domu tysiąca trupów” znalazłam się w dużo gorszym stanie umysłu niż po nie jednym alkoholowym weekendzie. Jak na to teraz patrzę z perspektywy czasu to podejrzewam, że wystąpiły u mnie objawy paniki i stresu pourazowego. Ten film mnie zniszczył. I za to go kocham.

dom 1000 trupów

Teraz wracam do niego już spokojniej, jednak nie da się ukryć, że to co wtedy działało na mnie tak mocno nadal potrafię docenić.

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Rob Zombie składa tu hołd całemu gatunkowi horroru.

W filmie pojawiają się migawki starych horrorów z lat ’30, ’40 i dalej. Pojawiają się kadry, które możecie rozpoznać, jeśli lubujecie się w czarno-białym kinie. Pojawiają się też sugestie i nawiązania wplecione w fabułę filmu za pomocą postaci i ciągu wydarzeń.

“Dom 1000 trupów” nawiązuje do takich obrazów jak “Stary mroczny dom, Wilkołak“, “American Gothic“, “Ra-animator”, czy szeregu bardzo klasycznych slasher’ów jak np. “Teksańska masakra piłą mechaniczną”.

Pojawia się wiele nawet pobocznych sytuacji jawnie oszpecających amerykańską mentalność i popkulturę, chociażby fascynację seryjnymi mordercami. Niby przypadkowe migawki przerywające właściwą fabułę są całkowicie nieprzypadkowe i jeszcze podkręcają atmosferę szaleństwa, która całą sobą wylewa się z głównej fabuły.

To co jest w tym filmie najistotniejsze to chyba wyśmienite kreacje antybohaterów, rodziny porąbańców, którzy na swojej farmie w Teksasie oddają się najbardziej zwyrodniałym praktykom wszytko to w atmosferze dobrej zabawy.

dom 1000 trupów

Najpierw poznajemy ‘autostopowiczkę’ Weronice Ellen Firefly zwaną “Baby” w polskim tłumaczeniu “Cipcią”. Cipcia to bardzo fajna cipcia, seksowna, z burzą blond loków i anielska twarzyczką. Co do tego, że jest obłąkana nie ma najmniejszych wątpliwości już od pierwszych scen z jej udziałem. Później widzimy jak oprawia jednego z protagonistów, ale jak wskazują migawki to nie jest szczyt jej możliwości. W tę postać wcieliła się późniejsza zona Rob’a, Seri Moon, za co została doceniona tytułem “Królowej krzyku”. Fakt, głos ma nie od parady, jej upiorny śmiech jest jednym z mocniejszych elementów obłędnej atmosfery domu.

dom 1000 trupów

Dalej mamy jej mamusie, ‘bardzo pracowita kurwę’ zwaną matką Firefly, która po za kurestwem trudni się ludobójstwem przewodząc wesołej gromadzie swoich dzieci – a trochę ich ma. Na czele latorośli obok słodkiej Cipci stoi Otis (Bill Mosely) chirurg artysta, którego dzieło stworzone ze zwłok jednego z protagonistów będziecie mieli okazje podziwiać.

Dalej mamy marginalnie zarysowaną postać Tiny’ego milczącego olbrzyma i najmłodszego synusia, RJ, którego powierzchowność została naznaczona piromańskimi zapędami ojca. Kto jest ojcem tej wesołej gromady będziecie mieli okazję przekonać się w następnej części, “Bękartach diabła”. Na koniec mamy sympatycznego dziadziunia, którego można nazwać maskotką drużyny.

Wszyscy oni posiadają cechy największych popaprańców jakie mógł wymyślić twórca kina grozy, a jednak dających się lubić.

Większość filmowych scen mogłabym nazwać ulubionymi, ale postaram się wyłonić te moim zdaniem najlepsze. Po pierwsze występ Baby w czasie halloweenowego wieczorku przed zaproszonymi gośćmi. Dalej halloweenowe after party w plenerze kiedy wszyscy radośnie oddają się złożeniu do grobu swoich gości. Na koniec sceny w podziemiach farmy gdzie jedyną ocalałą spotykają… eh… co ją tak nie spotyka. Istny popis najwyższej klasy gore.

dom 1000 trupów

Wiem, że za sprawą tego filmu Zombie nabawił się tyle samo fanów co antyfanów. Ja uważam ten projekt za bardzo udany i polecam zapoznanie się z nim wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli takiej okazji, chociażby po to by mieć o nim własne zdanie.

Moja ocena:

Straszność:6

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:10

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:10

82/100

W skali brutalności:3/10

Opowieści zwykle niezwykłe

Wigilijne psy i inne opowieści – Łukasz Orbitowski

wigilijne psy

Zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego “Wigilijne psy” po raz pierwszy został wydany ładnych parę lat temu. Mimo iż książka została doceniona przez krytyków nie przyniosła młodemu pisarzowi kokosów.

Rynek wydawniczy przypomina burdel. Największe wzięcie mają te książki, które spełniają najwięcej czytelniczych oczekiwań. Spełniają marzenia kur domowych o bogatym perwersyjnym kochanku, nielatki z płaskim biustem zabierają w paranormalny świat gdzie zaliczenie klasówki z matmy nie ma znaczenia, czy dają społeczny dowód słuszności tezy, że zło zawsze przegrywa z dobrem za sprawą bystrego detektywa/ prokuratora/ profilera. Takich książek na miarę potrzeb jest masa i będzie ich jeszcze więcej.

Z niepokojem obserwuje dobrych pisarzy, którzy wybili się na niebanalnych pomysłach którzy teraz przechodzą na stronę mainstreamu bo z jakiegoś przyczyny wytracili odbicie. Mam wrażenie, że dla wielu autorów ważniejszym jest by dobrze się sprzedać niż dobrze pisać.

Orbitowski na ten moment stanowi dla mnie taka ostoję. Zawsze gdy czytam jego twory-potwory rozpala się dla mnie iskierka nadziei, że w tym burdelu znajdzie się coś dla literackich dewiantów takich jak ja. Dlatego też uroczyście obiecuję, że następna książkę tego autora kupie, nie wyżebram od wydawcy. kupię, a co, niech sobie chłopina zarobi.

Wydanie wznowione po dziesięciu latach zawiera wszystkie te opowieści, które znalazły się z pierwotnym zbiorze “Wigilijnych psów” plus jeden bonus.

Podobnie jak w przypadku innych zbiorów jakie miałam okazję czytać, stworzyłam coś na zasadzie rankingu.

Bezapelacyjnie na szczycie podium stawiam tytułowe opowiadanie “Wigilijne psy”. Jest to historia PRL’owskiego literata, którzy upada wraz z upadkiem systemu. A może i nie? A może jego życie, cała ta droga na szczyt była niczym innym jak powolnym opadaniem? Tak w sumie myślę. Jego historia pełna jest przyziemnych uciech i przyziemnych rozpaczy, ale to co czyni ją wyjątkową to mały pierwiastek magii, który dobija się do drzwi w każdą wigilijną noc, od czasu gdy ojciec bohatera poszedł topić psy i sam utonął.

Ojciec już nie wrócił choć synek bohatera/narratora widywał go w jakiś sposób, wróciły natomiast psy. Zupełnie żywe i radosne, ich pokrzepiająca obecność była tym co towarzyszyło bohaterowi na dobre i na złe. Sama nie wiem czy moja interpretacja ma coś wspólnego z założeniem autora, ale myślę, że młody Orbitowski chciał pokazać, że w każdej najpodlejszej egzystencji znajdzie się jakiś pierwiastek magii. To jest coś stałego i nieprzemijalnego podczas, gdy rzeczywistość zmienia się, załamuje. Póki magi, póty nadziei. Psy w jakiś sposób stanowiły odzwierciedlenie duszy bohatera. Gdy on zaczął podupadać psy również się zmieniły.

Drugie miejsce daje opowiadaniu “Pan Śnieg i Pan Wiatr”. Jest tak samo melancholijne i celnie dołujące jak “Wigilijne psy”, czyli dokładnie takie jak lubię. Rzecz jest o pewnym starym pijaczku, jakich wielu. Nękany, gnojony i zrezygnowany żyje, bo musi. Pewnej nocy w jego norze odwiedzają o dwaj niezwykli goście tyłowi Pan Śnieg i Pan Wiatr, stanowiący personifikację tego co towarzyszy Panu Buczkowi w jego smutnej egzystencji – chłód.

Dwaj kompani niosą mu pociechę w postaci flaszki i kują jego zamroczone alkoholem sumienie sugerując, że za łatwo odpuścił sobie swoje życie. To to dobrzy towarzysze, w zasadzie jedyni na jakich ktoś taki jak Pan Buczek może liczyć. Zakończenie tej opowieści jest stosownie gorzkie. Dla mnie to taka współczesna “Dziewczynka z zapałkami”.

Na trzecim miejscu umieszczam ex æquo “Serce kolei” i “Opowieść taksówkarską”. Pierwsze opowiadanie bardzo silnie zaleciało mi prozą Grabińskiego, a Grabińskiego wielbię na kolanach to też skojarzenie to jest bardzo memu sercu miłe.

Rzecz dotyczy grupy podróżnych, na czele z profesorem logiki, który dzieli się z kompanami podróży swoim spostrzeżeniem: pociąg egzystuje, co więcej przyjmuje ludzka postać, którą można dostrzec w szeregach pasażerów.

“Opowieść taksówkarska” nieco zbliża się do mainstreamu, ale tylko na bezpieczną odległość. Nie jest zhańbiona zbyt oczywistymi oczywistościami. Pisana jest z tym charakterystycznym dla młodych zdolnych, nerwem i nie wymusza na czytelniku łzawych wzruszeń, choć nie da się ukryć że celnie trafia w ludzka wrażliwość.

Opowiadanie traktuje o synu taksówkarza, który zgłębia tajemnicę szeregu niewyjaśnionych wypadków z udziałem taksówkarzy – w tym, jego nieszczęsnego ojca. Opowiadanie spokojnie mieści się w ramach ghost story i myślę, że jest na tyle uniwersalne, że spodoba się większości osób.

To cztery moim zdaniem najlepsze historie choć nie mogę powiedzieć by reszta umieszczonych w zbiorze opowiadań była jakoś rażąco słabsza.

Dużo dobrego jest w “Autostradzie”, historii grupki przyjaciół, którzy po latach wracają do rodzinnego miasta gdzie jako małolaty doświadczyli czegoś co można prostacko określić bardzo intensywna wizją przyszłości. Oczywiście nie w dosłownym znaczeniu, może niepotrzebnie sprawę upraszczam, ale wierzę, że nikt się o to nie pogniewa.

Podobnie jak w większości opowiadań Orbitowskiego mamy tu do czynienia z historia obyczajową, ot tak, o dorastaniu i tym co się z nim wiąże, ale ukutą igiełką fantastyki.

Bardzo mile czytało mi się także “Nie umieraj przede mną”. To chyba jedna z bardziej lekki opowieści w zbiorze, ale przekonała mnie do niej postać Vincenta Price’a.

Dobry przykład horroru mamy w opowiadaniu “Kacper Klepacz”. To taka naturalistyczna wizja blokowej codzienności, z dużą dawką przykładnej grozy.

Dobry jest także “Lombard”, czyli historia przedpiekla na ziemi, gdzie paru ludzi bierze się za bary z Panem Diabłem a jedyną rzeczą jaką mają na swoja obronę to dobre uczynki.

“Angelus” w  dziwny sposób skojarzył mi się z filmem “Harry Angel. Mamy tu motyw diabelskich cyrografów i konsekwencji ich podpisywania. Wszytko oczywiście podane w sposób bardzo nieoczywisty.

“Droga do modlichy” jest natomiast przesympatyczna. To chyba jedyne opowiadanie w zbiorze, które nie ma dołującego wydźwięku, a zjawisko nadprzyrodzone nie pojawia się tu po to by zadawać ciosy poniżej pasa bohaterowi.

Najmniej ujęła mnie ostania historia “Zmierz rycerzy światła”. To powieść o samospełniającym się proroctwie, coś na zasadzie jeśli  uwierzysz, że coś się stanie to, to się właśnie stanie, ale nie dlatego że takie jest przeznaczenie tylko dlatego że sam do tego doprowadzisz.

Nie wiem czemu ale ta historia wydała mi się trochę niedopracowana w szczegółach, za to sam pomysł i jego spointowana bardzo udane.

Podsumowując, muszę zadeklarować gorącą sympatię do tego co Łukasz Orbitowski wyprawia na polskim rynku wydawniczym. Facet ma niebywałą zdolność ukazywania czegoś zwyczajnego w sposób nadzwyczajny. Do prozaicznych opowieści, które mogą być udziałem każdego umie przemycić pierwiastek fantastyki w sposób tak naturalny jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

Moja ocena:

Serce Kolei: 8/10

Autostrada:7/10

Opowieść taksówkarska: 8/10

Kacper Klepacz:7/10

Wigilijne psy:10/10

Angelus:7/10

Lombard:6/10

Nie umieraj przede mną:7/10

Droga do modlichy:6/10

Pan Śnieg i Pan wiatr: 9/10

Zmierzch rycerzy światła:5/10

Całość:8+/10


Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN

sqn

Tamten tor

Backtrack/ Poprzednie życie (2015)

backtrack

Peter, w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił córkę. Jego małżonka pogrąża się w depresji, a on próbuje poskładać fragmenty tego zdarzenia niestety nie jest w stanie przypomnieć sobie co sprawiło, że na chwilę spuścił z oka swoje dziecko. Coś mu podpowiada, że ma to związek z niejasnym wspomnieniem z jego dzieciństwa. Peter postanawia wrócić w rodzinne strony by przywołać przeszłość – jaka by nie była.

“Poprzednie życie” to bardzo typowy thriller. Jego twórca ma na koncie sporo udanych produkcji jednak nie celuje on w innowacyjnych rozwiązaniach fabularnych. Tak też jest w przypadku “Poprzedniego życia”, jednak nie nazwałabym go do bólu przewidywalnych, choć…

backtrack

Znaczna część filmu jest dość niejasna. Widzimy mężczyznę w średnim wieku- w tej roli jeden z moich ulubieńców Adrien Brody – który boryka się z bolesną stratą. Pewnego dnia w czasie spaceru z córką odwraca na chwilę wzrok, a jego latorośl pakuje się pod samochód.

Tym co nie daje mu spokoju jest ten ułamek minuty, w której jego wzrok skierował go na sklepową wystawę. Być może dlatego, że sam zawodowo zajmuje się psychoanalizą zaczyna doszukiwać się w tym drugiego dna. Co było na tej przeklętej wystawie, co miało tak wielkie znaczenie?

Jakby tego było mało w życiu Petera pojawiają się inne przesłanki, wskazówki. W jego gabinecie pojawiają się pacjenci, którzy w jakiś sposób wiążą się z przeszłością Petera. Szereg dziwnych zdarzeń szczególnie bardzo niepokojące emanacje z udziałem młodej dziewczyny popychają bohatera do poszukiwań. Mężczyzna wraca do domu rodzinnego, spotyka się ze staruszkiem ojcem, spotyka kumpla z dzieciństwa i znajduje wycinek z gazety, starej gazety gdzie opisano katastrof pociągu w rodzinnym mieście Petera.

backtrack

Kilka minut później wydaje nam się, że wszytko jest już jasne, ale jak wspomniałam mimo typowości fabuła filmu nie jest aż tak do bólu przewidywalna.

Pomysł jest zrealizowany całkowicie poprawni i nie ma się tu do czego przyczepić. Strapiona mina Brody’ego – w każdym filmie ujmuje mnie ta jego twarz zbitego psa – towarzyszy nam nieprzerwanie i przynajmniej w moim przypadku działa to na rzecz udzielającego się nastroju przygnębienia. Niejasne przebłyski, dziwne zdarzenia i jeszcze dziwniejsze rozmowy Petera z jego pacjentami i superwizorem popychają fabułę w rejony psychologicznej zagadki, jej stopniowe rozwiązywanie będzie jak sądzę stanowić całkiem dobrą rozrywkę. Mamy więc film całkiem niezły, ale czy zapadnie on w pamięć? Raczej nie. Przypuszczam, ze szybko wywietrzeje mi z głowy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:8

Oryginalność:4

To coś:6

57/100

W skali brutalności:1/10

Hipnoza

Cui mian da shi/ Mistrz hipnozy (2014)

mistrz hipnozy

Chen Ting jest psychoterapeutą specjalizującym się w hipnozie. Pewnego dnia profesor, z którą pracuje na uczelni prosi go o pomoc w sprawie pewnej pacjentki. Kobieta ma poważne problemy psychiczne i wszytko wskazuje na to, że konwencjonalne metody nic tu nie pomogą. Chen niechętnie zgadza się przyjąć Ren i pomóc jej.

“Mistrz hipnozy” to nowy azjatycki thriller. Od czasu do czasu mam chęć na coś skośnego i muszę powiedzieć, że szczęście mi dopisuje, bo i tym razem udało mi się złowić interesujący film.

Oponentom kina azjatyckiego muszę zadeklarować iż różni się on od typowego, skośnego kina grozy. Owszem pojawia się tu wątek duchów, bo to właśnie z nimi ma problem Ren, jednak całość fabuły to jeden wielki dialog pomiędzy terapeutą a pacjentem.

Fani tematów w stylu “In treatment”, czy jego polskiej wersji czyli “Bez tajemnic”, osobiście uwielbiam – znajdą tu coś dla siebie. Podobnie jak fani pierwszego sezonu serialu “Hannibal” gdzie fabuła opiera się psychologicznych pułapkach.

mistrz hipnozy

mistrz hipnozy

W tym filmie istotny jest dialog. Ważone jest każde słowo. Mamy tu do czynienia z nie lada podstępem, ale niestety nie mogę Wam zbyt wiele zdradzić, bo to popsułoby seans.

Chiński reżyser postawił tu na psychologiczną grę gdzie każdy może być ofiara i każdy może być myśliwym. Watek hipnozy jest fascynujący sam w sobie, więc dobre go wykorzystanie jest praktycznie gwarantem sukcesu.

Historia jest bardzo wciągająca, wymaga odrobiny myślenia więc nie będzie tylko czczą rozrywką. Dla fanów kina azjatyckiego i nie tylko.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:0/10

Pewnej burzowej nocy

Ostatnia noc w Tremore Beach – Mikel Santiago

ostatnia noc

Peter Harper znany i doceniany kompozytor współczesnej muzyki osiadł w małym domku na plaży w odludnej części Irlandii. Szuka tu schronienia i inspiracji. Nieprzyjemności związane z rozwodem i rozłąką z dwójką dzieci przyczyniły się do twórczej niemocy, a wypadek do jakiego doszło w trzy miesiące po przeprowadzce całkowicie zburzył jego spokój.

W drodze powrotnej z przyjęcia urządzanego w domu jedynych sąsiadów w czasie burzowej nocy Peter zostaje porażony uderzeniem pioruna czego skutkiem stały się uporczywe bóle głowy, lecz na tym nie koniec. W rodzinie Harperów od pokoleń mówiło się o darze jasnowidzenia, miała go zarówno jego babka jak i matka. Wbrew swoim oporom i braku akceptacji faktów, posiada go też Peter. Teraz jego zdolności jakby zostały wzmocnione. Od tamtej chwili muzyka nawiedzają złe sny, sny bardzo żywe, których sam nie może odróżnić od jawy i które zwiastują zbliżające się zagrożenie.

Kiedy “Ostatnia noc w Tremore Beach” wpadła w moje ręce byłam przekonana, że mam tu do czynienia z kolejny owocem twórczości Skandynawów. Tak jakoś z góry założyłam. Ignorantką jestem okropną więc często nie zwracam nawet uwagi na nazwisko autora, ważne, że obrazek na okładce jest ładny. A tu proszę, coś zupełnie nie skandynawskiego, choć klimat Irlandii również powiewał chłodem szczególnie czytając o nocach w czasie których oszalały ze strachu muzyk śledził swoje widma odziany w pidżamę i marznący na deszczu.

Lokalizacja akcji powieści od razu przypadła mi do gustu, bo mam słabość do takich właśnie plenerów. Faktem jednak jest, że autor, debiutujący tą właśnie powieścią (wcześniej wysmarował kilka opowiadań i jednego e-booka) jest… Hiszpanem. Hiszpanii nie poczułam tu wcale, ale nie byłam tym rozczarowana.

Mikelowi Santiago przypięto łatkę hiszpańskiego Stephena Kinga, co do prawdy nie jest fajne. Nie jest fajne, bo przynajmniej kilka powieści rocznie porównywanych jest do twórczości Kinga, co może budzić w potencjalnym czytelniku błędne oczekiwania. Dobrze, że nie zwróciwszy uwagi na nazwisko autora nie zwróciłam też uwagi na to do kogo go porównywano.

Jeśli zacząć się nad tym zastanawiam, znajdziemy kilka punktów wspólnych, chociażby motywy oniryczne, które często zwykł wykorzystywać King, jasnowidzenie, czy profesja głównego bohatera. Wiadomo, że główni bohaterzy jego książek najczęściej bywają poszukującymi artystami. Myślę, że właśnie na tej podstawie zbudowano mit o podobieństwie Santiago do Kinga, bo innych podstaw nie widzę.

Hiszpan ma swój własny styl, całkowicie różny od tego, jak opowiada swoje historie King. Fabuła powieści oscyluje gdzieś między thrillerem, a horrorem, nie wnikając szczególnie w wątki psychologiczne, a już na pewno nie z lekkością z jaką zwykł robić to King.

Wątków obyczajowych jest tyle ile jest konieczne i ani odrobiny więcej. Pomyślałam, że autor narzucił sobie bardzo konkretne ramy, po których zamierzał się poruszać i ani myślał błądzić gdzieś bocznymi ścieżkami jak to zwykł robić King.

Głównym powieściowym wątkiem jest sprawa wizji jakich doświadcza bohater. Widzi w nich swoich bliskich. Swoje dzieci, które przyjechały do niego z wizytą, a teraz leżą martwe w jego kuchni, widzi sąsiadkę, Marie, która dobija się do niego w ciemną noc, a z jej zachowania można wywnioskować, że w ich małym sąsiedztwie doszło do tragedii. Każda kolejna wizja objawia przed nim więcej szczegółów, mogących pomóc w  odkryciu zagrożenia. Wszytko to spędza sen z oczu Petera, który powoli odchodzi od zdrowych zmysłów, czekając nocy, w którą senne proroctwo znajdzie spełnienie.

Z uwagi na to, że autor nie nie narzucił sobie zadania zaskoczenia czytelnika wszytko odbywa się zgodnie z przewidywaniem. Sądna noc nadchodzi, oczywiście u schyłku powieści. Po za oczekiwaniem, na spełnienie się wizji czytelnika może trapić jeszcze jeden element zagadki. Jaki udział w tym wszystkim mają sąsiedzi Petera? Czy para emerytów, Marie i Leo mają coś na sumieniu? Co też mówiłam o braku niespodzianek? A tak, nie będzie niespodzianek. Sprawa sekretu Marie i Leo rozstrzygnie się w dość prosty sposób.

Muszę jednak rozgrzeszyć autora z tego prostolinijnego podejścia do zagadek, bo fakt, że większość spraw wydaje się z góry oczywista wcale nie zniechęca do przekonania się na własne oczy o prawdziwości podejrzeń. Książkę czyta się z ochotą, tak po prostu.

Największego plusa daję jednak za bardzo plastyczną zdolność autora do tworzenia intrygujących opisów sennych mar jakich doświadczał bohater. stanowią one bardzo dużą część powieści i bardzo dobrą.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca