Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Na zawsze w twoim łóżku

Nina Forever (2015)

nina forever

Studentka Holly dorabia sobie na kasie w markecie, gdzie wpada jej w oko przystojny, chmurny Rob. Wieść niesie, że chłopak pogrążył się w depresji po tragicznej śmierci swojej dziewczyny, Niny. Mimo to Holly udaje się go zaciągnąć do łóżka. Niestety radosne igraszki przerwa im …Nina. We własnej, martwej osobie pojawia się ranna, krwawiąca w łóżku kochanków. Przerażona Holly ucieka, ale za jakiś czas wspólnie z Robem podejmują koleją próbę zbliżenia. I co? Oczywiście martwa dziewczyna znowu tak jest. Wygląda na to, że miłość aż po grób pokonała barierę grobu.

Film debiutujących w długim metrażu twórców można określić mianem dziwoląga. Mówię o tym od razu, bo nie każdemu ten film trafi w gust.

Po opisie w zasadzie można by się spodziewać nastrojowego ghost story, ale ten obraz bliżej ma do zombie movie, czy body horroru eksponującego martwe zwłoki, które mówią i poruszają się. Ekspozycja ciała dziewczyny nie jest jednak tak duża i tak mocna by mogła odstraszać makabreską. Nie jest to też typowa nastrojówka, choć film ma taki smutny, melancholijny klimat.

Zaraz obok tej melancholii stoi groteska i podśmiewa się z tej irracjonalnej sytuacji. Wielu osobom takie połączenie sprawi kłopot, bo o co tu tak naprawdę chodzi?

W miarę rozwoju fabuły widzimy próby pary poradzenia sobie z natrętną Niną. Holly jest tak zdeterminowana , że próbuje nawet trójkąta ze zwłokami. Nina jednak nie wykazuje żadnego zainteresowania. I tu otwiera się pewna ścieżka interpretacji. Nina wciąż powtarza, że wcale nie chce tu być, co wskazywałoby na to, że jej martwe zwłoki to swego rodzaju manifestacja uczuć Roba.

nina forever

To nie jest tak jakby wszystkim się wydawało, że martwi tęsknią za żywymi stąd wszelkiego rodzaju nawiedzenia. Nina tłumaczy, że ona już nie chce niczego, nie pragnie, nie tęskni, bo… jest martwa. A więc… to Rob nie może wyrzucić jej z głowy. Później ta sama faza przerzuca się na Holly. Martwa Nina zagnieżdża się w jej głowie.

nina forever

Pod płaszczykiem, groteskowego pomysłu ukrywa się, więc całkiem sensowne przesłanie. Ważnym wątkiem, jeśli nie najważniejszym jest tu miłość dwojga ludzi. Związek dobiegł końca, ale nie w taki sposób w jaki zwykli rozstawać się młodzi ludzie. Nina po prostu umiera, wiec Rob myśli, że gdyby ją zawczasu odepchnął, zerwał z nią nie byłoby tej całej draki. Sprawa jednak nie została zakończona. A niedokończone sprawy ciągną się za nami niczym plamy krwi za zwłokami. Można to więc zinterpretować jako swego rodzaju satyrę ukazującą jak byłe związki wpływają na nowe. Nie nie jedna osoba wchodząca w relacje z partnerem, który dopiero co zakończył inną relacje ma wrażenie jakby ex cały czas był między nimi- nawet w łóżku;)

Tak to mniej więcej widzę. Oczywiście nie narzucam Wam tej drogi interpretacji. Sugeruję ją jedynie w przypadku gdybyście chcieli założyć, że to durny film, pozbawiony sensu. Myślę jednak, że miłośników oryginałów powinien się spodobać.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie: 6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:8

To coś:6

64/100

W skali brutalności:2/10

Gabinet strachu

Funhouse/ Lunapark (1981)

funhouse

Amy, Buzz, Liz i Richie wybierają się w sobotni wieczór do lunaparku. Karuzele i inne typowe dla takiego miejsca rozrywki szybko m się nudzą, więc postanawiają spożytkować resztę nocy na swój własny sposób. Zostają w lunaparku, palą trawkę i urządzają partyzanckie macanki w tunelu strachu.

Przypadkowo stają się świadkami sekretnego życia mieszkańców lunaparku. Widzą jak zamaskowany mężczyzna napada na wróżkę i zabija ją. Co gorsza krewniak mordercy odkrywa ich nielegalną bytność na swoim terenie. Dwaj rezydenci lunaparku postanawiają zapolować na młodych.

funhouse

“Lunapark” jest dość typowym teen slasherem, jakich sporo powstało na przełomie lat ’70 i ’80. Jego reżyserem jest Tobe Hopper, powszechnie znany jako twórca “Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Fabuła “Lunaparku” może być Wam znana także dzięki książce powstałej na szczątkach scenariusza, której autorem jest Dean Koontz.

Akcja filmu rozwija się  w oparciu o klasyczny schemat slasherów. Czworo młodych przyjaciół chce zaznać rozrywki w sobotnią noc. Udają się do lunaprarku mimo, że nie jest to miejsce cieszące się najlepsza opinią. Rok temu w jego okolicy doszło do podwójnego morderstwa. Nastolatki nic sobie z tego nie robią.

Przyglądamy się ich sylwetkom w czasie obszernego filmowego wstępniaka. Nikt z nich raczej nie wzbudzi w nas sympatii. Są głupawi i płytcy, nawet final girl nie jest szczególnie godna współczucia. Po za zapoznaniem z bohaterami jest to też czas na zapoznanie się z miejscem akcji i tu jest zdecydowanie ciekawiej.

funhouse

Klimat wesołego miasteczka w całej swojej upiorności i dziwności budowany jest już od napisów początkowych. Podobały mi się też sceny początkowe pokazujące złośliwy żart młodszego brata Amy, który nastraszył ją nie na żarty odtwarzając słynną scenę prysznicową z “Psychozy“. Powolny przejazd po wystroju pokoju młodego miłośnika grozy też wypada dobrze. Ogólnie jeśli chodzi o tło opowieści to jest chyba lepsze niż sama jej treść. Choć treść zła przecież nie jest. Wyłączając kreacje protagonistów z góry skazanych na śmierć wszytko inne wypada dobrze.

Antybohaterzy, ojciec i jego zmutowany syn tworzą wspólną linię obrony przed światem zewnętrznym. Stary zdaje sobie sprawę z ułomności syna i za najważniejsze uważa utrzymanie go w środowisku podobnym jemu dziwolągów i upartą ochronę przed wzrokiem środowiska zewnętrznego.

Nasz potwór mimo potwornej powierzchowności nie może jednoznacznie budzić niechęci. Wiele scen jednocześnie pokazuje, że nie jest walniętym sadystą, a raczej przerażonym i wrażliwym osobnikiem, który reaguje nad wyraz ‘żywo’ na zranienia. Zabijanie jest dla niego rodzajem obrony. Temat skojarzył mi się więc nieco z fabułą “Dziwolągów“,a to bardzo ciepłe skojarzenie i stawia tę w gruncie rzeczy prostą fabułę w zupełnie innym świetle.

Wizualnie film nie obfituje w sceny szczególnie drastyczne, a przestrach atakowany bohaterów, czy upiorny wrzask atakującego ich mutanta momentami wypada bardziej groteskowo niż strasznie. To zapewne ina niezbyt sprawnego warsztatu aktorskiego, tak często spotykanego w filmach z gatunku slasher.

funhouse

Reasumując jest to na pewno twór skierowany do miłośników starego nurtu, ci będą w stanie wybaczyć potknięcia jak prostota kreacji protagonistów i słaby warsztat aktorski i docenić to co dobre, czyli klimat upiornie wesołego miasteczka i niejednoznaczną charakterystykę antybohaterów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:7

61/100

W skali brutalności: 2/10

Kawałek piekła

Southbound (2015)

southbound

Amerykańskie autostrady na pustkowiu budzą niepokój. Co też tam się może czaić? Rodzina wiejskich sodomitów prowadząca jedyną na sto parę mil stację benzynową? Seryjny morderca z ciężarówki, a może grupa koczujących na pustyni kanibali? Wyobraźnia podsuwa najkoszmarniejsze opcje, dlatego tego rodzaju plenery cieszą się niesłabnącą popularnością wśród twórców horrorów.

W antologii kilku połączonych ze sobą filmów pt. “Southbound” spotkamy się w kilkoma typami zagrożeń, jakie oferują odludne miejsca. Nie koniecznie zmieszczą się one w łatwych do przewidzenia ramach, jak wspomniany morderca, kanibale, czy inni sodomici.

W przypadku “Southbound” podróżni przemierzają szlak rodem z piekła, gdzie ani prawa fizyki ani moralność, czy logika nie mają zastosowania.

Film został mi polecony przez jedną z czytelniczek bloga w ramach nowej podstrony “Jaki film polecasz i mogę powiedzieć, że jest to pierwszy przykład tego, że warto było taką opcje wprowadzić:)

Szybko udało mi się namierzyć film i po sensie mogę potwierdzić jego wartość.

Lubię filmowe antologie, szczególnie te, w których wątki są sprawnie i klarownie łączone. Tak jest w przypadku tej produkcji.

Wstęp pokrótce przedstawia nam, z czym będziemy mieli do czynienia, nasuwając skojarzenia z serialowymi “Opowieściami z krypty” , czy “Strefą mroku”. Z miejsca widzimy, że będzie to obraz utrzymany w starym stylu, choć skutecznie korzystający z dobrodziejstw techniki efektów komputerowych.

Pierwszy segment nosi tytuł “Way Out” i traktuje o dwóch typkach, którzy zatrzymują się w przydrożnym barze. To dziwne miejsce budzi w nich niepokój, a przeżycia poprzedniej nocy, które to w szczegółach poznamy dopiero w ostatnim segmencie nakazują dać stamtąd nogę. Jak się okazuje jest to niemożliwe. Wyjeżdżając z tego miejsca na powrót do niego trafiają, nie zależnie od kierunku, w którym się udadzą. Mocno psychodeliczna sprawa. Skojarzyło mi się to z niedawno widzianym meksykańskim thrillerem “Równolegle” – swoją drogą świetny film.

southbound

Choć sam zamysł zapętlenia nie jest niczym nowym, to okraszony odpowiednim retro klimatem i dodatkiem w postaci dziwnych stworów wyłaniających się z podziemi daje fajny efekt i pieczętuje sprawę dobrym gore.

Drugi segment, do którego płynnie przechodzimy nosi tytuł “Siren” i traktuje o mieszkańcach małego osiedla przy autostradzie. Ta mikra społeczność ma specyficzne sposoby pozyskiwania nowych członków, o czym przekonają się trzy niewiasty. Tu odnosimy się do klasycznego już wątku odizolowanych od cywilizacji osobników, którzy tworzą swoje małe plemię oparte na szokujących zasadach.

southbound

Bardzo fajny temat, zrealizowany podobnie jak w przypadku pierwszego segmentu w starym stylu.

Za sprawą jednej ze wspomnianych dziewcząt trafiamy do segmentu trzeciego (“Accident”), gdy uciekinierka, jedyna ocalała, trafia na podróżującego tą trasą Lucasa. Facet próbuje udzielić rannej dziewczynie pomocy dzwoniąc na 911, nie zdając sobie sprawy z tego, że w tym terenie nawet telefony alarmowe są inne.

southbound

Tak rozwija się schizolska akcja z próbą ocalenia rannej, w której uczestniczy Lucas i dwoje rozmówców z 911, którzy starają się pokierować facetem tak by ocalił dziewczę. Ale czy na pewno o to im chodzi? A może chcą chłopine wpędzić w paszcze szaleństwa? A może już w tej paszczy jest? 

Następnie mamy kolejne płynne przejście do segmentu przedostatniego, czyli “Jaillbreak”. Jest to opowieść o starszym mężczyźnie, który całe lata poszukiwał swojej zaginionej siostry. W końcu odnajduje ją w okolicy feralnej autostrady, ale ta wcale nie zamierza wracać do domu. Nie chce, czy nie może?

southbound

Tu intuicja nakazuje mi stanąć po stronie pewnej interpretacji, którą można odnieść do całej antologii: dziewczyna jest piekle, a z piekła nie ma wyjścia. Traumatyczne przeżycia z młodości najpewniej pchnęły ją do samobójstwa. Bratu udaje się ją odnaleźć dopiero gdy… sam jest już martwy.

Ostatni segment jak wspomniałam traktuje łączy się z pierwszym. W “Way in” mamy do czynienia z napadem jakiego ofiarami pada małżeństwo z nastoletnią córką. Już wiemy co też spotkało naszych ‘dwóch typków’ w noc przed przyjazdem do baru…

southbound

“Southbound” to klawa rozrywka dla miłośników starej szkoły straszenia. Trochę stylu Lyncha, trochę elementów nieodżałowanych retro horrorów, wszytko sprawnie połączone i lekko okraszone efektownym, nie nachalnym gore.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:2/10

Sprzedając złe sny

Bazar złych snów – Stephen King

bazar złych snów

Ze zbiorów opowiadań Stephena Kinga czytałam jak dotąd tylko dwa, “Cztery pory roku” i “Wszytko jest względne, plus kilka opowiadań z znalezionych gdzieś ‘luzem’.

W inionym roku pisarz wypuścił na świat swoje nowe dziecko “Bazar złych snów”, które to dorwałam na przecenie w biedronce. Za 21 opowiadań, z czego każde zostało opatrzone wstępem od autora dotyczącym inspiracji do jego powstania przyszło mi zabulić 27 zeta, więc uwaga, znacznie taniej niż empiku.

Z nowego Kinga jestem bardzo zadowolona, spotkałam tu opowiadania, od których wręcz nie mogłam się oderwać i mam swoją top listę.

Na pierwszym miejscu umieściłabym chyba “Wydmę”, która wygrała z opowiadaniem “Ur” o krótki łeb. W jakiś dziwny sposób skojarzyła mi się ona ze “Starym” Daphne du Maurier. Być może ze względu na narracje, ale raczej ze względu na mocne zakończenie.

“Wydma” to historia starego sędziego, który relacjonuje swojemu pełnomocnikowi do spraw testamentu historie pewnej plaży i wydmy znajdującej się na niej – wydmy przepowiadającej przyszłość. Wydmy, na której palec przeznaczenia wypisuje kolejne nazwiska osób mających pożegnać się ze światem.

Mój numer dwa to “Ur” opowiadanie napisane dla portalu Amazon w ramach promocji czytników e-booków. Haniebna, zdaniem niektórych, geneza tego opowiadania nie przeszkodziła Kingowi w wysmarowaniu opowieści, która bardzo pobudza wyobraźnię. Rzecz dotyczy profesora literatury, który w ramach otwierania się na nowe technologie nabywa w sprzedaży wysyłkowej małego kindleia, czyli czytnik e-booków. Facet odkrywa, że jego urządzenie daje dostęp do bazy książek pochodzących z alternatywnych rzeczywistości, rzeczywistości, w których znani pisarze żyli dłużej bądź krócej, napisali więcej lub mniej dzieł, a często kompletnie zmieniali literacie upodobania. Jak tylko pomyślałam o tych wszystkich książkach, które napisałby by Poe gdyby nie nie jego śmierć, co też jeszcze napisałby Grabiński gdyby pożył dłużej, ba.. może Nabokov dokończył by “Oryginał Laury”?! Jakże to cudowna wizja!. Czemu więc “Ur” znalazł się na drugim miejscu? Bo King trochę sknocił sprawę w pewnym momencie odchodząc od fantazji na temat literatury niedokonanej na rzecz czegoś absolutnie ‘niewyjściowego’ jak ‘gazeta z przyszłości’. Wkurzył mnie takim zagraniem, choć rozumiem, że dla większości czytelników mój argument może być durny, bo kogo interesowałby Poe gdyby mógł zapobiec śmierci kogoś bliskiego?

Na trzecim miejscu umieszczam, nie będąc pewna swego wyroku opowiadanie “Letni grom”. Spłakałam się, przy czytaniu tego krótkiego tekstu. Jest to historia, krótka historia mężczyzny, który jako jeden z nielicznych przetrwał wojnę nuklearną. Cóż z tego, że przetrwał jak teraz jego i jego psa czeka powolne konanie z powodu choroby popromiennej? Cóż, przetrwanie czasami nie jest warte swojej ceny.

Tak wygląda podium.

W tym zbiorze mamy z resztą dużo teksów o śmierci, ale nie z rodzaju tych gwałtownych i nadnaturalnych. King chyba zaczął podochodzić do tematu z większym spokojem i może z racji wieku nie przedstawia śmierci tylko i wyłącznie jako wyniku nadprzyrodzonych zdarzeń, czy gwałtownych ludzkich zapędów.

Tu świetnym przykładem wydaje się “Pan Ciacho”, czyli opowieść sędziwego lokatora domu starców, który zapowiedź śmierci utożsamia ze wspomnieniem z młodości, które powraca by przypomnieć mu o jego śmiertelności.

Podobnie wątek jak najbardziej naturalnego zgonu mamy w opowiadaniu “Premium Harmony”, gdzie śmierć przychodzi nagle zaskakując, tych którzy zostali.

Sprawa jest bardziej złożona w przypadku “Kiepskiego samopoczucia”, choć dotyczy generalnie tego samego: jeden z małżonków umiera, co ma zrobić, ten który został?

King wziął też na tapetę pytanie: a co dzieje się po śmierci z tymi, który umarli? Tu ciekawa wizję odpowiedzi mamy w opowiadaniu “Życie po życiu”.

Wszechobecna w zbiorze śmierć triumfuje także w opowiadaniu pod tytułem… “Śmierć”, znacznie różniącym się stylem od tego jak zwykł pisywać King. Sam autor zaznacza, że było to swego rodzaju eksperyment. Moim zdaniem był udany, czego nie mogę powiedzieć o “Kościele z kości”, utworem napisanym jakąś bełgotliwą liryką, zupełnie od czapy. Podobnie sprawy mają się z “Tommym” – to dwa najgorsze opowiadania ze zbioru.

Do gustu przypadła mi też “Moralność”, a raczej jej powolny rozpad w opowiadaniu o tym tytule.  Wysoko w rankingu umieściłabym też “Batman i Robin wdają się w scysję”, choć jest to opowiadanie bardziej obyczajowe, ale za to w sposób bezwzględny.

Trochę więcej z nadprzyrodzonymi mocami mamy do czynienia w “Nekrologach”: Tylko pomyślcie, piszecie czyjś nekrolog, a on pada martwy jak na zamówienie, kuszące.

Jeśli jednak miałbym wybrać opowiadanie które jest najbardziej ‘kingowskie’ ze wszystkich, postawiłabym chyba na “130 kilometr” o samochodzie pożerającym ludzi, lub na “Wrednego dzieciaka” o emanacji zła pod postacią małego rudego chłopaczka, który prześladuje naszego bohatera niczym Wiliam Wilson w opowiadaniu Poego. To zresztą dwa opowiadania, które prezentują bardzo wysoki poziom. Jest też sporo średniawek, które jednak czytało się całkiem dobrze.

Podsumowując uważam, że to całkiem klawy zbiór. Bardzo podobał mi się pomysł ze wstępami do każdego z opowiadań.Fajna sprawa dowiedzieć, się co natchnęło autora do opowiedzenia takiej właśnie historii, jak powstawała etc.

Moja ocena:

130 kilometr:7/10

Premium Harmony: 6+/10

Batman i Robin zdają się w scysję:8/10

Wredny dzieciak:7/10

Wydma:9/10

Śmierć:6/10

Kościół z kości:3/10

Moralność:6+/10

Życie po życiu:7/10

Ur:8/10

Herman Wouk jeszcze żyje:6/10

Kiepskie samopoczucie:7/10

Billy Blokada:6/10

Pan Ciacho:7/10

Tommy:3/10

Zielony Bożek cierpienia:6/10

Ten autobus to inny świat:5/10

Nekrologi:7/10

Pijackie fajerwerki:6/10

Letni grom:7/10

Całość:7+/10

Krocząc krętymi schodami

The Spiral Staircase/ Kręte schody (1945)

kręte schody

W wyniku doznanego w dzieciństwie szoku, młodziutka Helen przestała mówić. Teraz pracuje jako opiekunka schorowanej starszej Pani o wyjątkowo trudnym charakterze. Helen jednak dogaduje się z nią świetnie – pewnie dlatego, że nie mówi. Mieszka wraz z nią, jej córką i zięciem.

Od jakiegoś czasu w miasteczku giną kobiety, a Helen wydaje się, że może stać się kolejna ofiarą. Z pomocą przychodzi jej adorator, miejscowy lekarz, ale zdemaskowanie obłąkanego sprawcy nie jest takie proste.

Bardzo chciałam obejrzeć te film. Szukałam go od dłuższego czasu, ale jak to bywa z produkcjami z przed wielu lat, namierzenie go nie było wcale proste. W końcu, nie małym kosztem, udało się. Czy było warto? z pewnością. Dla kogoś kto darzy filmy noir tak obłędną i bezkrytyczną miłością jak ja jest to nie lada gratka.

kręte schody

Film Siodmaka powstał w oparciu o powieść Ethel White, której inne dzieło swego czasu zekranizował sam Hitchcock (“Starsza Pani znika“).

Siodmak wziął na warsztat “Some must watch”, która doczekała się readaptacji w latach ’70, a także przymierzano się do nakręcenia na jego bazie serialu.

“Kręte schody” to dość klasyczny kryminał, dość, aczkolwiek nie do końca. Policyjni detektywi odgrywają tu bardzo niewielką rolę, nikt tu praktycznie nie tropi zabójcy a działania skupiają się raczej na uniknięciu spotkania z nim.Klasyczny film noir to też nie jest, bo gdzie podziała się femme fatale? Zamiast takiej gwiazdy z papierosem mamy nieme jagniątko w głównej roli żeńskiej.

kręte schody

Morderca zbija młode kobiety, które z jakieś przyczyny, którą poznany w finale, wybrał jako niegodne by żyć. Tu muszę przyznać motywacja mordercy wygląda dość ciekawie. Można doszukać się tu związku między pochodzeniem reżysera, a taką właśnie kreacją antybohatera.Jeśli więc chodzi o samą zagadkę, wszyto jest na swoim miejscu. Jednak bardziej godnych pochwały zalet dopatruję się gdzie indziej.

Po pierwsze jest to obraz czarno biały, czyli taki jak lubię. Po drugie używa wszystkich miłych moim sercu zgrań, jak samotne przechadzki po domu gdzie z nagła gasną światła, mrok nocy i szalejąca na dworze burza, przerażona omdlewająca niewiasta i ostre zbliżenia na ciemne kałuż oczu zabójcy, który obserwuje z ukrycia swoją przyszłą ofiarę.

kręte schody

Z uwagi na rodowód reżysera w filmie bardzo żywe jest echo niemego kina ekspresjonistycznego. W pierwszych scenach widzimy jak Helen ogląda niemy obraz z 1914 roku (“The Kiss”) i z zachwytem podziwia aktorów, którzy mimo iż pozbawieni głosu wyrażają swoje emocje. Helen jest taka jak oni. Jej twarz ukazuje wszytko, jednak cóż z tego jak w konfrontacji z mordercą nie może nawet krzyknąć o ratunek?

Oczywiście nawiązania do kina niemego są też żywe w filmowych zdjęciach. Bardzo duży nacisk kładziony jest na operowanie światłem, by dzięki temu prostemu zabiegowi uzyskać kontrasty, ukryć to co powinno być ukryte i lepiej uwidocznić to co ma być pokazane.

kręte schody

Jak dotąd “Kręte schody” są dopiero drugim filmem tego twórcy jaki miałam okazję obejrzeć.Wcześniej widziałam nakręcone rok później “Mroczne zwierciadło”. Oczywiście ogromnie liczę, że nie będzie on ostatnim.

Moja ocena:

Straszność:4

Klimat:9

Fabuła:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:0/10