Pewnej burzowej nocy

Ostatnia noc w Tremore Beach – Mikel Santiago

ostatnia noc

Peter Harper znany i doceniany kompozytor współczesnej muzyki osiadł w małym domku na plaży w odludnej części Irlandii. Szuka tu schronienia i inspiracji. Nieprzyjemności związane z rozwodem i rozłąką z dwójką dzieci przyczyniły się do twórczej niemocy, a wypadek do jakiego doszło w trzy miesiące po przeprowadzce całkowicie zburzył jego spokój.

W drodze powrotnej z przyjęcia urządzanego w domu jedynych sąsiadów w czasie burzowej nocy Peter zostaje porażony uderzeniem pioruna czego skutkiem stały się uporczywe bóle głowy, lecz na tym nie koniec. W rodzinie Harperów od pokoleń mówiło się o darze jasnowidzenia, miała go zarówno jego babka jak i matka. Wbrew swoim oporom i braku akceptacji faktów, posiada go też Peter. Teraz jego zdolności jakby zostały wzmocnione. Od tamtej chwili muzyka nawiedzają złe sny, sny bardzo żywe, których sam nie może odróżnić od jawy i które zwiastują zbliżające się zagrożenie.

Kiedy “Ostatnia noc w Tremore Beach” wpadła w moje ręce byłam przekonana, że mam tu do czynienia z kolejny owocem twórczości Skandynawów. Tak jakoś z góry założyłam. Ignorantką jestem okropną więc często nie zwracam nawet uwagi na nazwisko autora, ważne, że obrazek na okładce jest ładny. A tu proszę, coś zupełnie nie skandynawskiego, choć klimat Irlandii również powiewał chłodem szczególnie czytając o nocach w czasie których oszalały ze strachu muzyk śledził swoje widma odziany w pidżamę i marznący na deszczu.

Lokalizacja akcji powieści od razu przypadła mi do gustu, bo mam słabość do takich właśnie plenerów. Faktem jednak jest, że autor, debiutujący tą właśnie powieścią (wcześniej wysmarował kilka opowiadań i jednego e-booka) jest… Hiszpanem. Hiszpanii nie poczułam tu wcale, ale nie byłam tym rozczarowana.

Mikelowi Santiago przypięto łatkę hiszpańskiego Stephena Kinga, co do prawdy nie jest fajne. Nie jest fajne, bo przynajmniej kilka powieści rocznie porównywanych jest do twórczości Kinga, co może budzić w potencjalnym czytelniku błędne oczekiwania. Dobrze, że nie zwróciwszy uwagi na nazwisko autora nie zwróciłam też uwagi na to do kogo go porównywano.

Jeśli zacząć się nad tym zastanawiam, znajdziemy kilka punktów wspólnych, chociażby motywy oniryczne, które często zwykł wykorzystywać King, jasnowidzenie, czy profesja głównego bohatera. Wiadomo, że główni bohaterzy jego książek najczęściej bywają poszukującymi artystami. Myślę, że właśnie na tej podstawie zbudowano mit o podobieństwie Santiago do Kinga, bo innych podstaw nie widzę.

Hiszpan ma swój własny styl, całkowicie różny od tego, jak opowiada swoje historie King. Fabuła powieści oscyluje gdzieś między thrillerem, a horrorem, nie wnikając szczególnie w wątki psychologiczne, a już na pewno nie z lekkością z jaką zwykł robić to King.

Wątków obyczajowych jest tyle ile jest konieczne i ani odrobiny więcej. Pomyślałam, że autor narzucił sobie bardzo konkretne ramy, po których zamierzał się poruszać i ani myślał błądzić gdzieś bocznymi ścieżkami jak to zwykł robić King.

Głównym powieściowym wątkiem jest sprawa wizji jakich doświadcza bohater. Widzi w nich swoich bliskich. Swoje dzieci, które przyjechały do niego z wizytą, a teraz leżą martwe w jego kuchni, widzi sąsiadkę, Marie, która dobija się do niego w ciemną noc, a z jej zachowania można wywnioskować, że w ich małym sąsiedztwie doszło do tragedii. Każda kolejna wizja objawia przed nim więcej szczegółów, mogących pomóc w  odkryciu zagrożenia. Wszytko to spędza sen z oczu Petera, który powoli odchodzi od zdrowych zmysłów, czekając nocy, w którą senne proroctwo znajdzie spełnienie.

Z uwagi na to, że autor nie nie narzucił sobie zadania zaskoczenia czytelnika wszytko odbywa się zgodnie z przewidywaniem. Sądna noc nadchodzi, oczywiście u schyłku powieści. Po za oczekiwaniem, na spełnienie się wizji czytelnika może trapić jeszcze jeden element zagadki. Jaki udział w tym wszystkim mają sąsiedzi Petera? Czy para emerytów, Marie i Leo mają coś na sumieniu? Co też mówiłam o braku niespodzianek? A tak, nie będzie niespodzianek. Sprawa sekretu Marie i Leo rozstrzygnie się w dość prosty sposób.

Muszę jednak rozgrzeszyć autora z tego prostolinijnego podejścia do zagadek, bo fakt, że większość spraw wydaje się z góry oczywista wcale nie zniechęca do przekonania się na własne oczy o prawdziwości podejrzeń. Książkę czyta się z ochotą, tak po prostu.

Największego plusa daję jednak za bardzo plastyczną zdolność autora do tworzenia intrygujących opisów sennych mar jakich doświadczał bohater. stanowią one bardzo dużą część powieści i bardzo dobrą.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Publikując komentarz akceptujesz Politykę prywatności.