Miesięczne archiwum: Maj 2016

Zniknięcie żabich dzieci

A-i-deul aka Children (2011)

children

22 marca 1991 roku pięcioro chłopców mieszkających nieopodal Daegu w Korei Południowej ginie bez śladu. Zaalarmowani zniknięciem dzieci rodzice robią wszytko by jak najszybciej wszczęto poszukiwania, jednak odbywające się w tym czasie wybory skutecznie odciągają uwagę władz.

Chłopcy nigdy nie wrócili do domu. Z braku tropów, a raczej dowodów na ich potwierdzenie, sprawę zamknięto bodajże w 2002 roku.

Koreański „Children” jest sfabularyzowaną wersją wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni dziesięciu lat, od zaginięcia chłopców, do zamknięcia sprawy.

Film podsuwa rozwiązanie zagadki „zniknięcia żabich dzieci” jednak nie jest to potwierdzona wersja owych zdarzeń, lecz jedna z opcji.

children

Filmowe wydarzenia skupiają się na prywatnym śledztwie dziennikarza telewizyjnego, nagradzanego dokumentalisty, który zostaje wydelegowany z Seulu do Daegu. To tu Kang zaczyna interesować się starą sprawą zaginięcia grupy chłopców z pobliskiego miasteczka. Angażuje w sprawę profesora uniwersyteckiego, który stworzył ciekawą teorię dotyczącą przebiegu wydarzeń z 22 marca 1991 roku.  Ten trop bezlitośnie wbija nóż w serca rodziców najstarszego z zaginionych dzieci i to na nim skupiamy się przez lwią część filmu.

Podobnie jak w przypadku innego koreańskiego thrillera opartego na autentycznym zdarzeniu, Zagadka zbrodni„, „Children” nie skupia się na postaci antagonisty, jak najbardziej barwnej zgodnie z modą amerykańską, lecz na perspektywie śledczych, dokumentalisty, profesora, detektywów, rodziców.

children

Dzięki temu unikamy zbytniej brawury w portretowaniu filmowych bohaterów. Główna oś fabuły spoczywa na niepewności. Masa pytań, wiele podejrzeń, żadnych dowodów, nic pewnego.

Do pewnego momentu widz sam decyduje w jaką wersje wydarzeń uwierzyć. W finale pojawia się coś nowego, co nie do końca przypadło mi do gustu. Ta część jest zresztą najdalsza od rzeczywiście potwierdzonych wydarzeń.

Gdyby nie to, że tak przywarłam do tej zagadkowości i złożoności proponowane przez filmowców rozwiązanie zagadki przypadłoby mi do gustu, bo i tak jest sto razy lepsze niż w większości zachodnich produkcji.

Forma w jaką obleczono te historię na pewno podoba się miłośnikom nieszablonowych historii kryminalnych.

Film nie stara się na siłę zrobić wrażenia podsuwanymi obrazami a i tak mimochodem mu się to udaje. Brutalność, pozbawiona brutalności.

children

Zdjęcia uchwyciły jakąś dziwną poezję tkwiącą w zupełni przyziemnej ludzkiej tragedii. Wszytko ma bardzo wyważony ton, nawet aktorzy nie próbują szarżować w najbardziej dramatycznych momentach. Być może ktoś uzna tę stabilność narracji za kulawe, nudne rozwiązanie, ale moją uwagę najbardziej przyciągały właśnie te momenty ciszy. Milczenie porusza najbardziej, a jest to film o milczeniu, o ciszy, która zapada kiedy ktoś niespodziewanie znika.

Jeśli o mnie chodzi, kolejny punkt dla Koreańczyków.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

Zwykły pech

Snarveien (2009)

snarveien

Lina i Martin wybierają się do Szwecji by zakupić po taniości alkohol na ślub znajomego. Gdy mają już wracać do siebie, do Norwegii, natrafiają na blokadę na drodze, będącej skutkiem wypadku. Zmuszeni są ruszyć objazdem.

W takcie podróży w czasie, której dochodzi do nieprzyjemnego incydentu z miejscowym dziwakiem młodzi natrafiają na kolejną ‚przygodę’. Na środku drogi znajdują nieprzytomną kobietę w zjawiający się na miejscu policjant oczekuje od nich pomocy w odstawieniu kobiety do jej domu, gdzie jak twierdzi ta mieszka ze swoimi dziadkami.

Tak Lina i Martin trafiają do domu na odludziu gdzie nie spotka ich nic dobrego.

snarveien

Skandynawskie kino zwykło mnie nie zawodzić. Horrory ze Szwecji i Norwegii odznaczają się oryginalnym podejściem, specyficznym klimatem ciągnącym chłodem i nie rzadko zaskakują. Nawet ich podejście do gatunków tak prostych jak slashery zasługuje na pochwałę, jak to było choćby w przypadku „Hotelu zła” – filmu prostego jak konstrukcja cepa, a jednak chwytliwego.

Sądziłam, że podobnie będzie w przypadku „Snarveien”, ale tu nie mogę oddać się całkowitemu zachwytowi. Coś mi tu nie grało do końca i w efekcie film uznaje za średni.

Nie do końca przekonał mnie ten nadnaturalny przyrost nieszczęść na metr kwadratowy fabuły. W pewnym momencie wszystko robi się jakieś przekombinowane i mało czytelne. W filmach z cyklu młodzi na odludzi największym zagrożeniem dla protagonistów jest nieprzypadkowa przypadkowość. Tu tak na dobrą sprawę nie mogłam odnaleźć jakiejś celowości zarówno w zachowaniu Liny i Martina jak i depczącym im po piętach antagonistów.

Jeśli chodzi o czarne charaktery to nie poświęcono zbytniej uwagi na stworzeniem im określonego pola manewru, tak naprawdę to nie wiadomo po co dorwali tę parkę i co chcieli im zrobić. Jedynymi postaciami, o których można powiedzieć że były ‚jakieś’ jest para staruszków z domu na odludziu, postaci tak naprawdę dodatkowe, a jednak ciekawsze niż główne ofiary i główni oprawcy.

snarveien

Film trwa krótko, a mimo to nie utrzymał mnie w napięciu i tak naprawdę było mi wszystko jedno. Na plus mogę odnotować klimat zbudowany w zasadzie tylko i wyłącznie na dobrodziejstwie otoczenia w jakim rozgrywały się wydarzenia.

Gdyby była to rzecz amerykańska nie byłabym pewnie zawiedziona, ale od Skandynawów oczekuję jednak więcej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Aktorstwo:5

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Ku wolności

Deliverance/ Uwolnienie (1972)

uwolnienie

Czterech mężczyzn z Atlanty pod przewodnictwem zapalonego survivalowca Lewisa wyrusza na spływ po dzikiej rzece, której koryto niebawem zostanie zawłaszczone przez urbanistyczne plany władz Georgii.

W czasie wycieczki borykający się z wodnym żywiołem mężczyźni zostają zaatakowani przez dwóch miejscowych oberwańców. Bolesna konfrontacja mocno pokrzyżuje plany podróżników zmieniając spływ w walkę o przetrwanie.

Tytuł filmu błądził mi po głowie już od dawna. Zwróciłam na niego uwagę w czasie seansu z innym znanym horrorem survivalowym, „Droga bez powrotu. To tu ktoś od niechcenia rzuca tytuł szlagierowego w Stanach obrazu nawiązując tym samym do wydarzeń jakie miały miejsce we współczesnej produkcji. Miałam go w pamięci, podobnie jak „Z ziemną krwią” po seansie z „Sinisterem„. Polowałam, polowałam, aż upolowałam.

„Uwolnienie” bardzo mile mnie zaskoczyło. Spodziewałam bujdy w stylu „Wzgórza mają oczy”, gdzie motyw dziwnych niecywilizowanych społeczności podkręcony jest do granicy możliwości, tu tego nie ma. Jest natomiast czworo mężczyzn w średnim wieku, którzy ulubowali sobie dzikie podróże i właśnie wyruszają w kolejną z nich.

Ich sprawność fizyczna nie powala, więc nie ma tu miejsca na zagrywki w  stylu „Rambo”, a tego można się obawiać, jeśli puścić czterech chłopa do dżungli.

Jako że zawsze znajdzie się jakiś Tarzan, tu mamy postać Lewisa. Lewis to miłośnik przyrody nie mogący odżałować niszczącego wpływu cywilizacji na piękno natury. To jednocześnie pomysłodawca wyprawy.

uwolnienie

Filmowy wstęp prezentuje nam po pierwsze piękne kadry obrazujące tło wydarzeń, po drugie wskazówkę odnośnie stosunków jakie łączą tubylców i przyjezdnych.

Nasi bohaterzy zmuszeni są nawiązać kontakt z miejscowymi, którzy jawią się im jako typowa banda sodomitów posuwająca kuzynów i całą zagrodę. Tylko jeden z mężczyzn, sympatyczny i poprawny Drew nie szydzi z ułomności jaka przypadła tubylcom.

Dalej możemy obserwować bogatą we wrażenia wizualne wycieczkę naszych protagonistów w dół rzeki. Walka z żywiołem bardzo ich pokrzepia jednak nie jest to jedyne z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Następnego dnia gdy dwóch z nich wyjdzie na brzeg na swojej drodze napotka dwóch lokalnych myśliwych. Tu mamy akcję, której kompletnie się nie spodziewałam: gwałt. Tak, formuła rape & revage zakłada takie widoki i nie są mi one obce, jednak chyba po raz pierwszy widziałam gwałt dokonany na mężczyźnie. Małe zdziwko.

Jeden z napotkanych myśliwych dobiera się do dupy Bobbyego ni mniej ni więcej obsadzając w niej swój sprzęt. Sceny są mocne, choć nie tak brawurowo dosadne jak np. w starym Pluję na twój grób„.

uwolnienie

Gdy sponiewierany grubasek zbiera swoją godność z leśnej ściółki drugi z sodomitów z zainteresowaniem ocenia oralne możliwości drugiego z podróżników. Na szczęście Bobby i Ed nie są sami, przybywa odsiecz. To jednak nie koniec kłopotów. Można rzecz, prawdziwy dramat zacznie się dopiero teraz.

To, co zawsze najbardziej urzeka mnie w survivalowych filmach to naturalizm. Żadnego zagrożenia o paranormalnej naturze, żadnego nieśmiertelnego mordercy, tylko ludzie i natura i ewentualnie jeszcze inni ludzie. Dobrze zrealizowany survival nie uderza w przesadę i nie naraża się na śmieszność. Tak jest w przypadku „Uwolnienia”. Wszystko, co tu widzimy mogło się zdarzyć.

Film zaskarbił sobie nie małą uwagę publiczności za oceanem, został doceniony, odniósł sukces komercyjny, a obecnie znajduje się nawet na liście filmów stanowiących dziedzictwo narodowe Amerykanów.

Nie dziwię się temu, bo to solidne kino. W obsadzie zobaczymy wielu znanych hollywoodzkich aktorów, chociażby młodego Jona Voighta.

Ciekawscy mogą zapoznać się także z książką, na podstawie której powstał film napisanej przez twórce scenariusza.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Hold the door

The Other Side of the Door/ Po tamtej stronie drzwi (2016)

po tamtej stronie drzwi

Maria i Michael mieszkają w Indiach z dwójką dzieci. Pewnego dnia w wyniku tragicznego wypadku jedna z pociech żegna się ze światem, na oczach bezradnej matki. Od tamtej pory kobieta nie jest w stanie wyjść z żałoby. Gdy jest już na granicy załamania, gotowa umrzeć by móc być ze swoim synkiem z pomocą przychodzi jej hinduska służąca. Opowiada Marie o świątyni gdzie będzie mogła skontaktować z synkiem. Marie udaje się tam, ale sama rozmowa z Oliverem przez wrota świątyni nie wystarcza jej. Wbrew nakazom starej hinduski otwiera drzwi i wpuszcza zmarłą duszę do świata żywych.

Mogłabym powiedzieć, że „Po tamtej stronie drzwi” mnie rozczarował. Mogłabym, gdybym przezornie nie wyzbyła się jakichkolwiek oczekiwań wobec tej produkcji. Wyzbyłam się ich już zawczasu gdy musiałam co nieco dowiedzieć się o tym filmie by móc napisać coś o nim w ramach organizowanego konkursu. Niektórzy szczęśliwcy poszli na w związku z tym do kina. Mówię, szczęśliwcy, bo w czasie maratonu wyświetlano wile innych lepszych filmów, więc nie mam wyrzutów sumienia, że Was w to wrobiłam.

„Po tamtej stronie drzwi” reklamowano jako, uwaga, horror psychologiczny w stylu „Szóstego zmysłu„. Jeśli ktoś dał się na to nabrać, musiał się solidnie wkurzyć;) Oczywiście ta produkcja nie ma nic wspólnego ze starym thrillerem pod który próbowała się podszyć. Jest to typowe ghost story, którego fabuła zbudowana została na do zrzygania powielanym schemacie. Nie czyni to tego filmu tragicznie złym, ale nie ma też szansy by uczynić go dobrym.

Na początek mamy coś dramatycznego, ku utrapieniu maminych serc. Dzieciątko ginie w okrutnych okolicznościach, co wpędza jego matkę w poczucie winy. Kobieta nie radzi sobie, nawołuje kostuchę by po nią przyszła. Nie znajduje pociechy w ślicznej kędzierzawej córeczce, czy sympatycznym mężu. Wtedy hinduska służąca, Piki, pochyla się nad losem żałobnicy i oferuje pomoc. Wysyła Marie do starej świątyni. Mówi, nie otwieraj drzwi, nie mówi dlaczego, choć sądzę, że nawet gdyby wyłożyła sprawę łopatologicznie to rozpaczająca matka słysząca kwilenie za drzwiami, kwilenie swego pierworodnego i tak zrobiłaby to co zrobiła: otworzyła drzwi.

po tamtej stronie drzwi

Synka nie spotkała, ale wróciła niejako pokrzepiona na duchu nie wiedząc, że właśnie sprowadziła z za światów ducha. W myśl starej horrorowej zasady, która zawsze czyni ze zmarłych ortodoksyjnych przeciwników życia, duch niesie ze sobą śmierć. Jakie ma plany? Myślę, ze domyślicie się tego jeśli tylko dodacie dwa do dwóch. Zgodnie z tą wyższa matematyką przebiegają dalsze filmowe wydarzenia.

Tu oczywiście nie zabraknie efektów komputerowych dobrodusznie generujących martwe maszkary i skocznych scen z ich udziałem. Naliczyłam dwie dobre skoczne scenki, pierwsza nad wodą na ‚pogrzebie papużek’, druga w domu z udziałem małej Lucy oglądającej kreskówki. Reszta wypada blado, przesuwające się meble, samogrający fortepian etc. Wiadomym jest, że im dalej w las tym więcej grzybów, co przekłada się w filmowej taśmie na coraz większe nagromadzenie coraz nachalniejszych ujęć z udziałem nadprzyrodzonych istot.

po tamtej stronie drzwi

Finał bez słodkiego happy endu mogę łaskawie pochwalić, nie był zły, ale nie wysilono się z nim za nadto.

Co mnie mocno rozczarowało, jak na film produkcji brytyjskiej nie odczułam tu zimnego podmuchu gotyku, a Brytole umieją takie rzeczy robić, przecie. Było bardzo amerykańsko. Nie wykorzystano też potencjału miejsca. Indie świetna lokalizacja, ale twórcy filmu ograniczyli się jedynie do wyeksponowania wszechobecnego brudu, biedy i tłoku. Nie zagłębiano się w ich przebogatą duchowość, traktując szamańskie wątki bardzo pobieżnie.

po tamtej stronie drzwi

Mamy tu po prostu kolejny średniak. Czy się spodoba potencjalnym widzom? Myślę, ze niedzielni oglądacze będą zadowoleni, ale jeśli szukacie czegoś choć odrobinę innowacyjnego to w tym filmie tego nie znajdziecie. Trzeba uderzyć do innych drzwi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 1/10

Powiesić matkę, zabić bachora

We need to talk about Kevin/ Musimy porozmawiać o Kevinie (2011)

kevin

Eva, kobieta sukcesu, podróżniczka i pisarka rodzi swoje pierwsze dziecko ze związku z mężem, Frankiem. Jej życie zmienia się, a ona nie jest na to gotowa. Syn, któremu nadaje urocze imię Kevin, jest dzieckiem niezwykle trudnym. Jako niemowlę nieustannie płacze, jako mały chłopiec ucieka się do złośliwości i upokorzeń własnej matki, jako nastolatek… No, właśnie, o tym co zrobił Kevin dowiemy się dopiero w finale. Jednak już od pierwszych scen wiemy, że miało to kolosalne konsekwencje dla jego matki.

Postanowiłam napisać Wam o tym obrazie mimo iż nie mieści się gatunkowo w sekcji filmów grozy. To wcale nie znaczy, że seans z nim nie wpędzi Was w bardzo określony stan ducha. To film, z serii: zniszczę Cię psychicznie.

Jego narracja jest dość pogmatwana. Zaczynamy od końca. Widzimy kobietę w średnim wieku, naszą bohaterkę, Evę, która żyje w małym zapyziałym domku na przedmieściach i próbuje ukryć się przed światem. Świat jednak pamięta jej winy. Atakowana w domu i na ulicy przez społeczność miasta próbuje żyć. I w zasadzie tyle.

kevin

Następnie poznajemy jej życie przed kilkunastoma laty, jak oddaje się uciechom życia, podróżuje, kocha swojego męża.

Później widzimy, brzuch, Eva jest w ciąży i wcale nie wygląda na szczęśliwą. Kiedy rodzi się jej synek, jest jeszcze gorzej. Dzieciak wciąż płacze i w ogóle nie nawiązuje więzi z matką.Czy kobieta robi coś nie tak? Czy jej syn czuje, że ona go nie chce?

To pytanie będzie nam towarzyszyć przez cały film. Co było pierwsze? Zła matka czy złe dziecko? Czy Kevin urodził się potworem, czy wychowanie zrobiło z niego potwora?

Im Kevin jest starszy tym większe trudności sprawia. Jego zachowanie przyprawia o dreszcze. Nie wiem, czy dziecko jest w stanie zrobić coś więcej by matka mogła go znienawidzić. Czterolatek perfidnie srający w pieluchy, wykorzystujący każdą oznakę słabości z jej strony. Tratujący matkę jak największego wroga. Atakuje ją w każdy możliwy sposób jednocześnie pozostawiając sobie sprzymierzeńców w postaci ojca i siostrzyczki. Wydaje się, ze nikt po za Evą nie widzi w Kevinie zła.

Kevin dorasta, a widz obserwujący jego rozwój zastanawia się jak to się dzieje? Czemu Kevin taki jest? W finałowej scenie rozmowy matki z dorosłym już synem pada to pytanie: Dlaczego? Kevin odpowiada: Kiedyś myślałem, że wiem, ale teraz nie jestem pewien.

kevin

Widz też nie będzie pewien. Nie sądzę by ktoś z Was był w stanie jednoznacznie ocenić kto był winien tragedii, do której doszło. Może jakaś wojująca matka polka powie, że Eva była chujową mamą dlatego jej syn jej nienawidził, ale czy nie będzie to opinia nazbyt stronnicza?

Może ktoś uprzedzony do dzieciaków, powie, że bachor był perfidny, jak sam antychryst i matka powinna go udusić pępowiną po porodzie, ale czy faktycznie wina leżała po stronie dziecka?

No cóż, tego nie wiemy i się nie dowiemy. Na tym polega siła przekazu. Film rodzi masę pytań, ale nie daje żadnej odpowiedzi.

Ostatecznie nikt nie porozmawiał o Kevinie. Eva nie była wstanie przyznać się że coś jest nie tak, że coś trzeba zrobić. Czekała aż będzie lepiej. Ostatecznie matka musi kochać i wybaczać.

Nie jest to film łatwy w odbiorze nie tylko ze względu na treść jaką niesie. Narracja, jak wspomniałam jest nieco poszarpana. Nie pada tu zbyt wiele słów, opowiadają obrazy.

Z uwagi na to, że przestrzeń w jakiej rozgrywa się akacja filmu wydaje się bardzo sterylna i minimalna wszelkie odstępstwa od harmonii od razu rzucają siew  oczy. Największym odstępstwem jest oczywiście Kevin, Kevin i ślady jego działalności. Kevin jest tu wichrzycielem. Ujecie, w którym widzimy jak burzy spokojną taflę wody jednym palcem jest bardzo symboliczne. Jeden człowiek bez większego wysiłku potrafi zniszczyć czyjś spokój.

Do udziału w filmie zaangażowano obsadę, która bardzo wpada w oko. Przede wszystkim Tilda Swinton. Chyba nie ma drugiej aktorki, która tak potrafiłaby przyciągnąć uwagę. W postać Kevin wcielają się trzej aktorzy, każdy na innym etapie jego życia. Najmocniejszy jest oczywiście najstarszy. Ezra Miller jako Kevin wypada miażdżąco. Widziałam go w paru filmach, ale takiej roli jak Kevin już nie miał.

kevin

Na koniec wypada dodać, że produkcja powstała w oparciu o książkę pod tym samym tytułem autorstwa Lionel Shriver.

Nie pozostaje mi nic innego jak gorąco polecić Wam seans z „Musimy porozmawiać o Kevinie”

Mit superbohatera

Unbreakable/ Niezniszczalny (2000)

niezniszczalny

David Dunn to tytułowy niezniszczalny człowiek. Wychodzi bez szwanku z każdego wypadku, nigdy nie choruje, ale nie dostrzega w tym niczego niezwykłego. Dopiero gdy na swojej drodze spotyka fanatyka komiksów o superbohaterach Ellijah Price’a zaczyna dostrzegać niesamowitość swoich zdolności. Jest nie tylko odporny na uszkodzenia, ale posiada też ogromną siłę fizyczną i nadnaturalna intuicję. Wszystkie te cechy czynią z niego w oczach cierpiącego na wrodzoną łamliwość kości Ellijah’a superbohatera.

Ten film mi jakoś umknął. Nie wiem czemu, bo zwykłam śledzić filmografię moich ulubionych reżyserów, a tu ominęłam taki kwiatek z ogródka twórcy „Szóstego zmysłu„. Film bardzo mi się podobał mimo, że nie do końca spełnia oczekiwania jakie stawiam thrillerom. Ten obraz określiłabym raczej dramatem z wątkami nadprzyrodzonymi, ale do thrillera z krwi i kości to mu jeszcze trochę brakuje.

Jest to opowieść, która powinna się spodobać osobom, które kochają komiksy, ale widzą w nich coś więcej niż to co oferują ekranizacje Marvela. Nie są tylko czczą fantazją, kolorowym pełnym sensacji obrazkiem, ale uniwersalną opowieścią o walce dobra ze złem.

niezniszczalny

Scenariusz, nie da się ukryć wykorzystuje wszystkie komiksowe schematy.

Mamy bohatera o nadnaturalne mocy, który żyje w ukryciu. Wtapia się w tłum by móc żyć jak zwykły człowiek, mieć żonę, syna, zwykłą robotę.

Swoje zdolności spycha na margines i w ogromnej mierze nawet nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia dopiero spotkanie z osobnikiem skrajnie od niego rożnym sprawia, że zaczyna uznawać pewne fakty. Każdy superbohater ma swojego przybocznego, swoją kobietę, która wcale nie chce związku z supermenem. Tak też jest w przypadku Davida. Każdy dobry superbohater ma też swojego wroga, czarny charakter, wcielenie zła, całkowite przeciwieństwo jego osoby. Antybohatera często cechuje zazdrość wobec super mocy jako posiada bohater. I taka osobę też spotka David.

W główną rolę wciela się tu Bruce Willis, który jak zazwyczaj daje radę. Partneruje mu Samuel L. Jackson w roli Ellijaha.

niezniszczalny

Fabuła skupia się na powolnym odkrywaniu mocy, ale bez fruwania, ratowania wyskakujący z wieżowca niewiast czy walki wręcz z wrogiem. To zupełnie inne spojrzenie na komiksowy świat. I bardzo mi się to spojrzenie podoba.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:8

to coś:7

66/100

W skali brutalności:1/10

Wskrzeszanie

My Soul to take/ Zbaw mnie ode złego (2010)

my soul to take

W małym amerykańskim miasteczku grasuje seryjny morderca zwany Rzeźnikiem, który to zabija ludzi nożem z grawerunkiem ‚zemsta’. Mordercą okazuje się cierpiący na osobowość wieloraką Abel Plenkov, kochający mąż i ojciec, który nieświadom swojego drugiego ja od czasu do czasu zmienia się w bestię.

Tego wieczoru jego drugie ja dochodzi do głosu i zabija ciężarną żonę. Cudem ocalone dziecko dorasta wraz z kilkorgiem innych dzieciaków z miasta, które przyszły na świat tej feralnej nocy, gdyż Rzeźnik zostaje schwytany i najpewniej zabity.

Rok rocznie siódemka dzieciaków  z miasteczka świętują swoje urodziny i śmierć bestii. Niektórzy wierzą, że Rzeźnik wciąż żyje, żyje w duszach owych dzieciaków i wkrótce, może już teraz w szesnasta rocznicę śmierci, odrodzi się w którymś z nich.

my soul to take

Wes Craven zostawił po sobie nie licha spuściznę w postaci wielu bardzo dobrych filmów grozy. Jego obrazy to już klasyka i każdy kolejny film jaki nakręcił jest porównywany do „Koszmaru z ulicy wiązów” czy Krzyku„.

Niestety w takim porównaniu „Zbaw mnie ode złego” wypada blado.

Fabuła wskazywałaby na bardzo silnie osadzony w  w schemacie starych slasherów film, którego akcja rozgrywa się w świecie nastolatków, którzy muszą zmierzyć się z czystym złem. Jeśli nakręcił go Craven to musi być równie dobry co „Koszmar…”, ale nie jest. Dlaczego?

Niby fabuła spełnia z grubsza wymogi jakie stawia slasher, ale niestety duch starego slashera gdzieś uleciał. Próżno szukać w tym filmie klimatu jaki prezentowały starsze produkcje reżysera.

Pomysł jest z gruntu nie najgorszy. Zamiast niewinnej dziewczyny mamy niewinnego chłopaczka, który dowiaduje się czegoś strasznego o swojej rodzinie. Mamy innych młodych bohaterów, postaci ubarwiane nieco na siłę, ale wpisujące się w schemat. Wreszcie mamy morderce, który próbuje działać zza grobu.

my soul to take

Wszytko to już było i w dobrym wydaniu chętnych na powtórkę z rozrywki by nie zabrakło, a jednak. Dla mnie ten film był zbyt plastikowy, zbyt sztuczny, taki… na siłę. Jakby ktoś chciał wskrzesić człowieka, ale zapomniał wprawić w ruch najważniejszy organ, serce.

Nie powiem żeby przeprawa przez tę produkcję była bolesnym doświadczeniem. nic z tych rzeczy, ogląda się to dość przyjemnie ale… ale… ale… Nawet niezłe aktorstwo i kilka dobrze zrobionych scen mordów i nawiązanie do klasycznych rozwiązań fabularnych nie zastąpi mi nastroju, tego czegoś co uleciało i wiadomo, już nie wróci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa: 6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

Bardziej niż siostry

Single White Female/ Sublokatorka (1992)

sublokatorka

Allison odkrywa, że narzeczony zdradził ją z byłą żoną. Wyrzuca go z mieszkania i żeby wypełnić pustkę postanawia znaleźć sublokatorkę. Z pośród kandydatek wybiera Hedre, skromną pracownicę księgarni. Dziewczyna wprowadza się i obydwie szybko znajdują wspólny język, jednak gdy Alison wybacza swojemu lubemu i na powrót przyjmuje pod swój dach zaczynają się problemy.

„Sublokatorka” to bardzo klasyczny thriller, jak większość reprezentantów tego gatunku nakręconych w lata ’90 szybko wskazuje antybohatera, toteż główną przyczyną filmowego napięcie jest tu próba zneutralizowania wroga. Widz szybko dowie się, że Hedy zagraża Allison, teraz tylko ona musi to odkryć i nie stracić przy tym życia.

Jak na thriller psychologiczny przystało chodzi tu o pojedynek nie na miecze a na intrygi. Bardzo dużą uwagę scenariusz poświęca scharakteryzowaniu obydwu głównych bohaterek. Są do siebie bardziej podobne niż z pozoru może się wydawać. Łączy je jedna ważna cecha, obydwie panicznie boją się samotności. Po co dorosłej kobiecie sublokatorka? Na brak kasy nie narzeka, więc po cóż sprowadzać do domu obca osobę? Ano po to by wypełnić pustkę. Atrakcyjna, inteligentna i przedsiębiorcza Alison bardzo boi się opuszczenia.

sublokatorka

Podobny problem ma Hedy, która bardzo przywiązuje się do Allison i nie potrafi znieść myśli, że po powrocie jej narzeczonego schodzi na dalszy plan. Tu dużą rolę odgrywa przeszłość naszej antybohaterki, którą z resztą w końcu poznajemy. Ewidentnie jest to osoba niezdrowa na umyśle, a drobne pokazy szaleństwa są elementem składowym filmowej fabuły. Film rozkręca się w miarę jak Hedy bardziej obija.

Możecie liczyć na podstępną grę i mocną konfrontację w finale. Wszystko to okraszone przyjemną formą i dobrymi aktorskimi rolami. Film doczekał się sequelu, ale nie wiem czy po niego sięgnę, nie ze względu na poziom tej produkcji lecz ze względu na moje uprzedzenie wobec kontynuacji. Z resztą umówmy się, wątek szalonych przyjaciółek toksycznych relacji między kobietami, niszczącej zazdrości i drapieżnej wręcz chęci posiadania jest bardzo popularny i może już się nieco sprał.

sublokatorka

Tak czy inaczej „Sublokatorka” to dość pewna oferta, sprawdzi się w przypadku miłośników klasycznych rozwiązań.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Napięcie:7

Klimat:7

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

61/100

W skali brutalności:1/10

Eksmisja

Sweet Home (2015)

sweet home

Alicia organizuje swojemu chłopakowi Simonowi romantyczną schadzke w jednym z opuszczonych mieszkań w starej kamienicy. Gdy młodzi rozkoszują się swoim towarzystwem do budynku wpadają nieproszeni gości. Grupa mężczyzn udaje się do jedynego lokatora starego budynku i morduje go prawie na oczach Alicii. Wtedy sprawcy orientują się, że opuszczony dom nie jest taki opuszczony. Teraz muszą pozbyć się świadków swojej działalności.

Jak zapowiada wstęp do „Sweet home”, Hiszpania boryka się obecnie z dużymi problemami ekonomicznymi skutkującymi masowymi eksmisjami. Przedstawione tu statystyki mówią nam, że nie wszystkie wysiedlenia odbywają się zgodnie z literą prawa.

Dzięki tej informacji już wiemy, dlaczego dziadeczek, ostatni lokator starego budynku, musiał zginąć.

Sprawcy są może i zamaskowani, ale doskonale wiemy o co im chodzi, więc nastrój tajemnicy budowany wokół postaci intruzów w przykładnym home invasion w tym przypadku nie istnieje.

Panowie Zbirowie są bardzo bezwzględni, zaś nasza bohaterka bardzo głupia. Kilkakrotnie sama podkłada się potencjalnym oprawcom, sama doprowadza do wielu niebezpiecznych sytuacji narażając życie swoje i swojego ukochanego. Są to na tyle ewidentne gafy, że potrafią skutecznie zniesmaczyć widza. Jeśli chodzi o scenariusz to wiele brakuje tu do pełni szczęścia.

Na wysokim poziomie stoi natomiast realizacja. Zdjęcia, montaż, muzyka. Tu możemy poczuć się mile połechtani, bo za sporą część producenckich aspektów odpowiadają w tym filmie Polacy. Ha!

Właśnie to w dużej mierze zwróciło moja uwagę na ten właśnie obraz, hasło produkcja hiszpańsko – polska. Niestety jak wspomniałam o ile mogę pochwalić chociażby polskiego twórce odpowiadającego za udźwiękowienie doskonale grające na rzecz klimatu, to Hiszpanie odpowiadający za scenariusz nie popisali się zbytnio.

sweet home

Fabuła zbudowana jest względnie poprawnie jeśli spojrzeć na nią z daleka. Przy bliższym spotkaniu wychodzą jednak te wspomniane gafy, niedoróbki i zbytnie lecenie po łepkach.

Klimat jest fajny, co jest zasługą po pierwsze muzyki, po drugie zdjęć, po trzecie i najważniejsze wyboru lokalizacji: stara kamienica, odrapana, rozległa, pełna długich ciemnych korytarzy i klatka schodowa będącej głównym światkiem rozgrywających się tu dramatów i całkowita izolacja od świata zewnętrznego, za sprawą mroku nocy i niefajnych warunków atmosferycznych zagłuszających to, co dzieje się wewnątrz.

sweet home

Taki rozrzut między poziomem wykonania, a samą historią jest aż zadziwiający. Tyle wysiłku włożono w to by film wyglądał, a praktycznie zero starań o historię na której się opierał. Aktorstwo też wypada raczej biednie, więc mamy tu już przewagę minusów. Jeśli dołożyć do tego wysokie oczekiwania jakie budzi we mnie hiszpańskie kino grozy, mogę powiedzieć, że ten film się nie udał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 6

Klimat:8

napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Aktorstwo:6

Walory techniczne:8

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 2/10

Dlaczego fajnie jest mieć kobietę w piwnicy

The Woman/ Kobieta (2011)

woman

Chris, pracowity urzędnik i ojciec rodziny lubi polowania. W czasie jednego z nich udaje mu się złapać w siatkę niezwykły okaz. Jest nim dzika kobieta. Brudna, nie potrafiąca mówić, chętnie żywiąca się ludzkim, surowym mięsem. Chris zabiera tę prymitywną osobniczke do domu, umieszcza przykutą do ściany w piwnicy i oznajmia żonie i dwójce nastoletnich dzieci, że postanawia dziką kobietę ucywilizować.

Jak to ucywilizowanie będzie przebiegać, możecie się domyślić. Chris nie jest dobrym człowiekiem niosącym pomoc potrzebującym. Interesuje go głównie władza, absolutna i pozbawiona konsekwencji.

Lucky McKee po raz kolejny zaprosił do współpracy pisarza Jacka Ketchuma by wspólnie z nim z ekranizować jego powieść. Wcześniej zrobił to z „Red’em„, choć większości z Was Pan Ketchum kojarzy się głównie z „Dziewczyną z sąsiedztwa„, zaś jeśli chodzi o McKee to jednym z jego bardziej znanych filmów jest „May„.

Wcześniej „Kobieta” jakoś mi umknęła, pewnie w ramach dalekosiężnych planów by najpierw zapoznać się z wersją literacką tej historii. A tę z kolei musiałabym zacząć od powieści „Poza sezonem”, gdyż „Kobieta” jest częścią trylogii, do której należy jeszcze powieść „Potomstwo”, które doczekało się ekranizacji pod tytułem „Offspring”. Tak, czy siak wersji literackiej nadal nie znam, więc nie porównam z nią filmu.

Wszyscy, którzy znają twórczość Jacka Ketchuma wiedzą, że facet lubi obnażać ciemne tajemnice rodzin. Tak zrobił w przypadku „Jedynego dziecka„, czy właśnie „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Nie inaczej jest w przypadku „Kobiety”.

Pojawienie się w rodzinie Cleek nowej lokatorki stanowi jedynie pretekst do ukazania tego, co działo się tam do tej pory. A działo się źle. Filmowy scenariusz nie przewiduje szybkiego wykładania kawy na ławę, podrzuca nam raczej sugestie, na tyle czytelne by nikt nie miał wątpliwości co do ich interpretacji.

Głównym wątkiem w tej opowieści, jej siłą napędową, jest motyw władzy. W rodzinie, z którą się tu stykamy władzę niepodzielnie sprawuje, ojciec Chris. Jak większość czubków umie uzasadnić swoje czubowate zachowanie, choć nie wysila się w tym szczególnie opierając wszytko na zasadzie ‚mogę wszytko’.

woman

woman

I w tym wszytko jest w zasadzie wszytko. Każdy możliwy rodzaj przemocy, fizyczna, psychiczna, seksualna. Śledząc rozwój fabuły w pewnym momencie miałam wrażenie, że dzika kobieta kuma więcej niż mogłoby się wydawać i gdy patrzy na żonę i córkę Chrisa myśli sobie: Wy to dopiero macie przejebane. Mimo iż główną ofiarą ma tu być tytułowa kobieta, to ofiar jest znacznie więcej, ale to wszytko rozwiąże się na drodze dalszej opowieści.

Film jest brutalny, ale to twór wyobraźni Ketchuma, więc nie mogłoby być inaczej, ale większą brutalność widać w jego treści niż formie tej treści ukazywania.

Obrazów poruszających temat przemocy domowej jest gro, więc większość z widzów nie dozna po tym seansie jakiegoś większego szoku, nie mniej jednak to co się tu rozgrywa nie jest przyjemne. Miłośnicy mocniejszych wrażeń powinni być zadowoleni. Jeżeli jednak oczekiwać wrażeń typowych dla kina kanibalistycznego to możecie się rozczarować, bo fabuła nie idzie tropem tego rodzaju filmów, lecz odwraca role oprawcy i ofiary.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

To coś:6

Oryginalność:6

58/100

W skali brutalności:3/10