Miesięczne archiwum: Maj 2016

Zniknięcie żabich dzieci

A-i-deul aka Children (2011)

children

22 marca 1991 roku pięcioro chłopców mieszkających nieopodal Daegu w Korei Południowej ginie bez śladu. Zaalarmowani zniknięciem dzieci rodzice robią wszytko by jak najszybciej wszczęto poszukiwania, jednak odbywające się w tym czasie wybory skutecznie odciągają uwagę władz.

Chłopcy nigdy nie wrócili do domu. Z braku tropów, a raczej dowodów na ich potwierdzenie, sprawę zamknięto bodajże w 2002 roku.

Koreański “Children” jest sfabularyzowaną wersją wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni dziesięciu lat, od zaginięcia chłopców, do zamknięcia sprawy.

Film podsuwa rozwiązanie zagadki “zniknięcia żabich dzieci” jednak nie jest to potwierdzona wersja owych zdarzeń, lecz jedna z opcji.

children

Filmowe wydarzenia skupiają się na prywatnym śledztwie dziennikarza telewizyjnego, nagradzanego dokumentalisty, który zostaje wydelegowany z Seulu do Daegu. To tu Kang zaczyna interesować się starą sprawą zaginięcia grupy chłopców z pobliskiego miasteczka. Angażuje w sprawę profesora uniwersyteckiego, który stworzył ciekawą teorię dotyczącą przebiegu wydarzeń z 22 marca 1991 roku.  Ten trop bezlitośnie wbija nóż w serca rodziców najstarszego z zaginionych dzieci i to na nim skupiamy się przez lwią część filmu.

Podobnie jak w przypadku innego koreańskiego thrillera opartego na autentycznym zdarzeniu, Zagadka zbrodni“, “Children” nie skupia się na postaci antagonisty, jak najbardziej barwnej zgodnie z modą amerykańską, lecz na perspektywie śledczych, dokumentalisty, profesora, detektywów, rodziców.

children

Dzięki temu unikamy zbytniej brawury w portretowaniu filmowych bohaterów. Główna oś fabuły spoczywa na niepewności. Masa pytań, wiele podejrzeń, żadnych dowodów, nic pewnego.

Do pewnego momentu widz sam decyduje w jaką wersje wydarzeń uwierzyć. W finale pojawia się coś nowego, co nie do końca przypadło mi do gustu. Ta część jest zresztą najdalsza od rzeczywiście potwierdzonych wydarzeń.

Gdyby nie to, że tak przywarłam do tej zagadkowości i złożoności proponowane przez filmowców rozwiązanie zagadki przypadłoby mi do gustu, bo i tak jest sto razy lepsze niż w większości zachodnich produkcji.

Forma w jaką obleczono te historię na pewno podoba się miłośnikom nieszablonowych historii kryminalnych.

Film nie stara się na siłę zrobić wrażenia podsuwanymi obrazami a i tak mimochodem mu się to udaje. Brutalność, pozbawiona brutalności.

children

Zdjęcia uchwyciły jakąś dziwną poezję tkwiącą w zupełni przyziemnej ludzkiej tragedii. Wszytko ma bardzo wyważony ton, nawet aktorzy nie próbują szarżować w najbardziej dramatycznych momentach. Być może ktoś uzna tę stabilność narracji za kulawe, nudne rozwiązanie, ale moją uwagę najbardziej przyciągały właśnie te momenty ciszy. Milczenie porusza najbardziej, a jest to film o milczeniu, o ciszy, która zapada kiedy ktoś niespodziewanie znika.

Jeśli o mnie chodzi, kolejny punkt dla Koreańczyków.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

Zwykły pech

Snarveien (2009)

snarveien

Lina i Martin wybierają się do Szwecji by zakupić po taniości alkohol na ślub znajomego. Gdy mają już wracać do siebie, do Norwegii, natrafiają na blokadę na drodze, będącej skutkiem wypadku. Zmuszeni są ruszyć objazdem.

W takcie podróży w czasie, której dochodzi do nieprzyjemnego incydentu z miejscowym dziwakiem młodzi natrafiają na kolejną ‘przygodę’. Na środku drogi znajdują nieprzytomną kobietę w zjawiający się na miejscu policjant oczekuje od nich pomocy w odstawieniu kobiety do jej domu, gdzie jak twierdzi ta mieszka ze swoimi dziadkami.

Tak Lina i Martin trafiają do domu na odludziu gdzie nie spotka ich nic dobrego.

snarveien

Skandynawskie kino zwykło mnie nie zawodzić. Horrory ze Szwecji i Norwegii odznaczają się oryginalnym podejściem, specyficznym klimatem ciągnącym chłodem i nie rzadko zaskakują. Nawet ich podejście do gatunków tak prostych jak slashery zasługuje na pochwałę, jak to było choćby w przypadku “Hotelu zła” – filmu prostego jak konstrukcja cepa, a jednak chwytliwego.

Sądziłam, że podobnie będzie w przypadku “Snarveien”, ale tu nie mogę oddać się całkowitemu zachwytowi. Coś mi tu nie grało do końca i w efekcie film uznaje za średni.

Nie do końca przekonał mnie ten nadnaturalny przyrost nieszczęść na metr kwadratowy fabuły. W pewnym momencie wszystko robi się jakieś przekombinowane i mało czytelne. W filmach z cyklu młodzi na odludzi największym zagrożeniem dla protagonistów jest nieprzypadkowa przypadkowość. Tu tak na dobrą sprawę nie mogłam odnaleźć jakiejś celowości zarówno w zachowaniu Liny i Martina jak i depczącym im po piętach antagonistów.

Jeśli chodzi o czarne charaktery to nie poświęcono zbytniej uwagi na stworzeniem im określonego pola manewru, tak naprawdę to nie wiadomo po co dorwali tę parkę i co chcieli im zrobić. Jedynymi postaciami, o których można powiedzieć że były ‘jakieś’ jest para staruszków z domu na odludziu, postaci tak naprawdę dodatkowe, a jednak ciekawsze niż główne ofiary i główni oprawcy.

snarveien

Film trwa krótko, a mimo to nie utrzymał mnie w napięciu i tak naprawdę było mi wszystko jedno. Na plus mogę odnotować klimat zbudowany w zasadzie tylko i wyłącznie na dobrodziejstwie otoczenia w jakim rozgrywały się wydarzenia.

Gdyby była to rzecz amerykańska nie byłabym pewnie zawiedziona, ale od Skandynawów oczekuję jednak więcej.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Aktorstwo:5

Walory techniczne:6

Zaskoczenie:5

Zabawa:5

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Ku wolności

Deliverance/ Uwolnienie (1972)

uwolnienie

Czterech mężczyzn z Atlanty pod przewodnictwem zapalonego survivalowca Lewisa wyrusza na spływ po dzikiej rzece, której koryto niebawem zostanie zawłaszczone przez urbanistyczne plany władz Georgii.

W czasie wycieczki borykający się z wodnym żywiołem mężczyźni zostają zaatakowani przez dwóch miejscowych oberwańców. Bolesna konfrontacja mocno pokrzyżuje plany podróżników zmieniając spływ w walkę o przetrwanie.

Tytuł filmu błądził mi po głowie już od dawna. Zwróciłam na niego uwagę w czasie seansu z innym znanym horrorem survivalowym, “Droga bez powrotu. To tu ktoś od niechcenia rzuca tytuł szlagierowego w Stanach obrazu nawiązując tym samym do wydarzeń jakie miały miejsce we współczesnej produkcji. Miałam go w pamięci, podobnie jak “Z ziemną krwią” po seansie z “Sinisterem“. Polowałam, polowałam, aż upolowałam.

“Uwolnienie” bardzo mile mnie zaskoczyło. Spodziewałam bujdy w stylu “Wzgórza mają oczy”, gdzie motyw dziwnych niecywilizowanych społeczności podkręcony jest do granicy możliwości, tu tego nie ma. Jest natomiast czworo mężczyzn w średnim wieku, którzy ulubowali sobie dzikie podróże i właśnie wyruszają w kolejną z nich.

Ich sprawność fizyczna nie powala, więc nie ma tu miejsca na zagrywki w  stylu “Rambo”, a tego można się obawiać, jeśli puścić czterech chłopa do dżungli.

Jako że zawsze znajdzie się jakiś Tarzan, tu mamy postać Lewisa. Lewis to miłośnik przyrody nie mogący odżałować niszczącego wpływu cywilizacji na piękno natury. To jednocześnie pomysłodawca wyprawy.

uwolnienie

Filmowy wstęp prezentuje nam po pierwsze piękne kadry obrazujące tło wydarzeń, po drugie wskazówkę odnośnie stosunków jakie łączą tubylców i przyjezdnych.

Nasi bohaterzy zmuszeni są nawiązać kontakt z miejscowymi, którzy jawią się im jako typowa banda sodomitów posuwająca kuzynów i całą zagrodę. Tylko jeden z mężczyzn, sympatyczny i poprawny Drew nie szydzi z ułomności jaka przypadła tubylcom.

Dalej możemy obserwować bogatą we wrażenia wizualne wycieczkę naszych protagonistów w dół rzeki. Walka z żywiołem bardzo ich pokrzepia jednak nie jest to jedyne z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Następnego dnia gdy dwóch z nich wyjdzie na brzeg na swojej drodze napotka dwóch lokalnych myśliwych. Tu mamy akcję, której kompletnie się nie spodziewałam: gwałt. Tak, formuła rape & revage zakłada takie widoki i nie są mi one obce, jednak chyba po raz pierwszy widziałam gwałt dokonany na mężczyźnie. Małe zdziwko.

Jeden z napotkanych myśliwych dobiera się do dupy Bobbyego ni mniej ni więcej obsadzając w niej swój sprzęt. Sceny są mocne, choć nie tak brawurowo dosadne jak np. w starym Pluję na twój grób“.

uwolnienie

Gdy sponiewierany grubasek zbiera swoją godność z leśnej ściółki drugi z sodomitów z zainteresowaniem ocenia oralne możliwości drugiego z podróżników. Na szczęście Bobby i Ed nie są sami, przybywa odsiecz. To jednak nie koniec kłopotów. Można rzecz, prawdziwy dramat zacznie się dopiero teraz.

To, co zawsze najbardziej urzeka mnie w survivalowych filmach to naturalizm. Żadnego zagrożenia o paranormalnej naturze, żadnego nieśmiertelnego mordercy, tylko ludzie i natura i ewentualnie jeszcze inni ludzie. Dobrze zrealizowany survival nie uderza w przesadę i nie naraża się na śmieszność. Tak jest w przypadku “Uwolnienia”. Wszystko, co tu widzimy mogło się zdarzyć.

Film zaskarbił sobie nie małą uwagę publiczności za oceanem, został doceniony, odniósł sukces komercyjny, a obecnie znajduje się nawet na liście filmów stanowiących dziedzictwo narodowe Amerykanów.

Nie dziwię się temu, bo to solidne kino. W obsadzie zobaczymy wielu znanych hollywoodzkich aktorów, chociażby młodego Jona Voighta.

Ciekawscy mogą zapoznać się także z książką, na podstawie której powstał film napisanej przez twórce scenariusza.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

oryginalność:7

To coś:8

73/100

W skali brutalności:2/10

Hold the door

The Other Side of the Door/ Po tamtej stronie drzwi (2016)

po tamtej stronie drzwi

Maria i Michael mieszkają w Indiach z dwójką dzieci. Pewnego dnia w wyniku tragicznego wypadku jedna z pociech żegna się ze światem, na oczach bezradnej matki. Od tamtej pory kobieta nie jest w stanie wyjść z żałoby. Gdy jest już na granicy załamania, gotowa umrzeć by móc być ze swoim synkiem z pomocą przychodzi jej hinduska służąca. Opowiada Marie o świątyni gdzie będzie mogła skontaktować z synkiem. Marie udaje się tam, ale sama rozmowa z Oliverem przez wrota świątyni nie wystarcza jej. Wbrew nakazom starej hinduski otwiera drzwi i wpuszcza zmarłą duszę do świata żywych.

Mogłabym powiedzieć, że “Po tamtej stronie drzwi” mnie rozczarował. Mogłabym, gdybym przezornie nie wyzbyła się jakichkolwiek oczekiwań wobec tej produkcji. Wyzbyłam się ich już zawczasu gdy musiałam co nieco dowiedzieć się o tym filmie by móc napisać coś o nim w ramach organizowanego konkursu. Niektórzy szczęśliwcy poszli na w związku z tym do kina. Mówię, szczęśliwcy, bo w czasie maratonu wyświetlano wile innych lepszych filmów, więc nie mam wyrzutów sumienia, że Was w to wrobiłam.

“Po tamtej stronie drzwi” reklamowano jako, uwaga, horror psychologiczny w stylu “Szóstego zmysłu“. Jeśli ktoś dał się na to nabrać, musiał się solidnie wkurzyć;) Oczywiście ta produkcja nie ma nic wspólnego ze starym thrillerem pod który próbowała się podszyć. Jest to typowe ghost story, którego fabuła zbudowana została na do zrzygania powielanym schemacie. Nie czyni to tego filmu tragicznie złym, ale nie ma też szansy by uczynić go dobrym.

Na początek mamy coś dramatycznego, ku utrapieniu maminych serc. Dzieciątko ginie w okrutnych okolicznościach, co wpędza jego matkę w poczucie winy. Kobieta nie radzi sobie, nawołuje kostuchę by po nią przyszła. Nie znajduje pociechy w ślicznej kędzierzawej córeczce, czy sympatycznym mężu. Wtedy hinduska służąca, Piki, pochyla się nad losem żałobnicy i oferuje pomoc. Wysyła Marie do starej świątyni. Mówi, nie otwieraj drzwi, nie mówi dlaczego, choć sądzę, że nawet gdyby wyłożyła sprawę łopatologicznie to rozpaczająca matka słysząca kwilenie za drzwiami, kwilenie swego pierworodnego i tak zrobiłaby to co zrobiła: otworzyła drzwi.

po tamtej stronie drzwi

Synka nie spotkała, ale wróciła niejako pokrzepiona na duchu nie wiedząc, że właśnie sprowadziła z za światów ducha. W myśl starej horrorowej zasady, która zawsze czyni ze zmarłych ortodoksyjnych przeciwników życia, duch niesie ze sobą śmierć. Jakie ma plany? Myślę, ze domyślicie się tego jeśli tylko dodacie dwa do dwóch. Zgodnie z tą wyższa matematyką przebiegają dalsze filmowe wydarzenia.

Tu oczywiście nie zabraknie efektów komputerowych dobrodusznie generujących martwe maszkary i skocznych scen z ich udziałem. Naliczyłam dwie dobre skoczne scenki, pierwsza nad wodą na ‘pogrzebie papużek’, druga w domu z udziałem małej Lucy oglądającej kreskówki. Reszta wypada blado, przesuwające się meble, samogrający fortepian etc. Wiadomym jest, że im dalej w las tym więcej grzybów, co przekłada się w filmowej taśmie na coraz większe nagromadzenie coraz nachalniejszych ujęć z udziałem nadprzyrodzonych istot.

po tamtej stronie drzwi

Finał bez słodkiego happy endu mogę łaskawie pochwalić, nie był zły, ale nie wysilono się z nim za nadto.

Co mnie mocno rozczarowało, jak na film produkcji brytyjskiej nie odczułam tu zimnego podmuchu gotyku, a Brytole umieją takie rzeczy robić, przecie. Było bardzo amerykańsko. Nie wykorzystano też potencjału miejsca. Indie świetna lokalizacja, ale twórcy filmu ograniczyli się jedynie do wyeksponowania wszechobecnego brudu, biedy i tłoku. Nie zagłębiano się w ich przebogatą duchowość, traktując szamańskie wątki bardzo pobieżnie.

po tamtej stronie drzwi

Mamy tu po prostu kolejny średniak. Czy się spodoba potencjalnym widzom? Myślę, ze niedzielni oglądacze będą zadowoleni, ale jeśli szukacie czegoś choć odrobinę innowacyjnego to w tym filmie tego nie znajdziecie. Trzeba uderzyć do innych drzwi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W skali brutalności: 1/10

Powiesić matkę, zabić bachora

We need to talk about Kevin/ Musimy porozmawiać o Kevinie (2011)

kevin

Eva, kobieta sukcesu, podróżniczka i pisarka rodzi swoje pierwsze dziecko ze związku z mężem, Frankiem. Jej życie zmienia się, a ona nie jest na to gotowa. Syn, któremu nadaje urocze imię Kevin, jest dzieckiem niezwykle trudnym. Jako niemowlę nieustannie płacze, jako mały chłopiec ucieka się do złośliwości i upokorzeń własnej matki, jako nastolatek… No, właśnie, o tym co zrobił Kevin dowiemy się dopiero w finale. Jednak już od pierwszych scen wiemy, że miało to kolosalne konsekwencje dla jego matki.

Postanowiłam napisać Wam o tym obrazie mimo iż nie mieści się gatunkowo w sekcji filmów grozy. To wcale nie znaczy, że seans z nim nie wpędzi Was w bardzo określony stan ducha. To film, z serii: zniszczę Cię psychicznie.

Jego narracja jest dość pogmatwana. Zaczynamy od końca. Widzimy kobietę w średnim wieku, naszą bohaterkę, Evę, która żyje w małym zapyziałym domku na przedmieściach i próbuje ukryć się przed światem. Świat jednak pamięta jej winy. Atakowana w domu i na ulicy przez społeczność miasta próbuje żyć. I w zasadzie tyle.

kevin

Następnie poznajemy jej życie przed kilkunastoma laty, jak oddaje się uciechom życia, podróżuje, kocha swojego męża.

Później widzimy, brzuch, Eva jest w ciąży i wcale nie wygląda na szczęśliwą. Kiedy rodzi się jej synek, jest jeszcze gorzej. Dzieciak wciąż płacze i w ogóle nie nawiązuje więzi z matką.Czy kobieta robi coś nie tak? Czy jej syn czuje, że ona go nie chce?

To pytanie będzie nam towarzyszyć przez cały film. Co było pierwsze? Zła matka czy złe dziecko? Czy Kevin urodził się potworem, czy wychowanie zrobiło z niego potwora?

Im Kevin jest starszy tym większe trudności sprawia. Jego zachowanie przyprawia o dreszcze. Nie wiem, czy dziecko jest w stanie zrobić coś więcej by matka mogła go znienawidzić. Czterolatek perfidnie srający w pieluchy, wykorzystujący każdą oznakę słabości z jej strony. Tratujący matkę jak największego wroga. Atakuje ją w każdy możliwy sposób jednocześnie pozostawiając sobie sprzymierzeńców w postaci ojca i siostrzyczki. Wydaje się, ze nikt po za Evą nie widzi w Kevinie zła.

Kevin dorasta, a widz obserwujący jego rozwój zastanawia się jak to się dzieje? Czemu Kevin taki jest? W finałowej scenie rozmowy matki z dorosłym już synem pada to pytanie: Dlaczego? Kevin odpowiada: Kiedyś myślałem, że wiem, ale teraz nie jestem pewien.

kevin

Widz też nie będzie pewien. Nie sądzę by ktoś z Was był w stanie jednoznacznie ocenić kto był winien tragedii, do której doszło. Może jakaś wojująca matka polka powie, że Eva była chujową mamą dlatego jej syn jej nienawidził, ale czy nie będzie to opinia nazbyt stronnicza?

Może ktoś uprzedzony do dzieciaków, powie, że bachor był perfidny, jak sam antychryst i matka powinna go udusić pępowiną po porodzie, ale czy faktycznie wina leżała po stronie dziecka?

No cóż, tego nie wiemy i się nie dowiemy. Na tym polega siła przekazu. Film rodzi masę pytań, ale nie daje żadnej odpowiedzi.

Ostatecznie nikt nie porozmawiał o Kevinie. Eva nie była wstanie przyznać się że coś jest nie tak, że coś trzeba zrobić. Czekała aż będzie lepiej. Ostatecznie matka musi kochać i wybaczać.

Nie jest to film łatwy w odbiorze nie tylko ze względu na treść jaką niesie. Narracja, jak wspomniałam jest nieco poszarpana. Nie pada tu zbyt wiele słów, opowiadają obrazy.

Z uwagi na to, że przestrzeń w jakiej rozgrywa się akacja filmu wydaje się bardzo sterylna i minimalna wszelkie odstępstwa od harmonii od razu rzucają siew  oczy. Największym odstępstwem jest oczywiście Kevin, Kevin i ślady jego działalności. Kevin jest tu wichrzycielem. Ujecie, w którym widzimy jak burzy spokojną taflę wody jednym palcem jest bardzo symboliczne. Jeden człowiek bez większego wysiłku potrafi zniszczyć czyjś spokój.

Do udziału w filmie zaangażowano obsadę, która bardzo wpada w oko. Przede wszystkim Tilda Swinton. Chyba nie ma drugiej aktorki, która tak potrafiłaby przyciągnąć uwagę. W postać Kevin wcielają się trzej aktorzy, każdy na innym etapie jego życia. Najmocniejszy jest oczywiście najstarszy. Ezra Miller jako Kevin wypada miażdżąco. Widziałam go w paru filmach, ale takiej roli jak Kevin już nie miał.

kevin

Na koniec wypada dodać, że produkcja powstała w oparciu o książkę pod tym samym tytułem autorstwa Lionel Shriver.

Nie pozostaje mi nic innego jak gorąco polecić Wam seans z “Musimy porozmawiać o Kevinie”