Miesięczne archiwum: Czerwiec 2016

Śmierć turystom

Turistas/ Turyści (2006)

turistas

Grupa amerykanów podróżuje po Brazylii. Feralny wypadek autobusu sprawia, że lądują na wybrzeżu z dala od kurortów. Wędrując trafiają do wioski przy plaży, gdzie poznają pogodnych tubylców.

Wesoła zabawa kończy się o świcie, gdy półprzytomni orientują się, że brazylijscy towarzysze imprezy okradli ich niemal do majtów. Z pomocą jedynego pozytywnie nastawionego miejscowego przemierzają dżunglę by bezpiecznie dotrzeć do cywilizacji. Niestety miejscowi kradną nie tylko fanty…

„Turistas” to film utrzymany w konwencji survival horroru. Akcja toczy się w malowniczych i niebezpiecznych rejonach Ameryki Południowej.

Grupa młodych turystów nastawiona na dobra zabawę zostaje postawiona w sytuacji, w której muszą walczyć o życie. Dziesięciokilometrowe marsze przez leśną gęstwinę to nic w porównaniu z zagrożeniem jakie stanowią dla nich miejscowi.

Jak na survival, a tym bardziej jak na horror, film jest dość lekki. Przez większa część czasu nic strasznego się nie dzieje. Ot młodzi spotkali się z nieprzyjemnym przyjęciem, zostają wykorzystani i pozostawieni na pastwę losu.

turistas

Akcja horrorowa rozpoczyna się w punkcie, w którym młodzi docierają do pustego domu po środku lasu. To tu nastąpi spotkanie z właściwymi oprawcami.

Tu mamy zastosowany bardzo tani chwyt. Bardzo tani i bardzo niedopracowany. Filmów z tego rodzaju antagonistami mamy gro i „Turyści” z pewnością nie zaliczają się do grona tych lepszych.

Film ma swoje plusy, ale są raczej dalekie od tego, co czyni kino grozy kinem grozy. Ładne zdjęcia, przepiękne plenery, dużo zbliżeń na trzęsące się pośladki młodych brazylijek, sympatyczni bohaterowie – takie walory można by przypiąć do każdego filmu.

Jeśli chodzi to co ma straszyć, jest raczej licho. Finałowe sceny, gdzie dochodzi do bardziej gwałtownych akcji prezentują się marnie. Po pierwsze sam motyw agresorów, jak wspomniałam wypada blado. Przemowy argumentujące atak na młodych turystów są słabiutkie i toporne, a wizualizacja zamachu na ich życie naszpikowana jest błędami.

turistas

Na dodatek wyjątkowo słabe oświetlenie jakim zostają potraktowane finałowe sceny plenerowe rozgrywające się pod osłoną nocy, sprawia, że niewiele możemy zobaczyć. Jest jakiś chaos i zamieszanie i niewiele z tego wynika.

Z epilogu dowiadujemy się, że kluczowym postaciom włos z głowy nie spadł więc wszytko mieści się w ramach happy endu.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

56/100

W skali brutalności:1/10

Jeszcze o cudownych dzieciach

Children of the Damned/ Dzieci przeklętych (1963)

childred of the damned

Naukowcy pracujący dla organizacji Unesco prowadzą szeroko zakrojone badania nad dziećmi, ich rozwojem i inteligencją. W toku eksperymentów przeprowadzanych na dzieciakach w wieku szkolnym udaje im się wyłonić pięcioro dzieci wyróżniających się niezwykle rozwiniętą inteligencją. Dzieci mieszkają w różnych zakątkach świata, wszystkie wychowywane są przez samotne matki i nieznane jest pochodzenie ich ojców.

Gdy na polecenie badaczy dzieci sprowadzone zostają do Londynu w celu dalszych badań okazuje się, że łączy znacznie więcej niż wysokie wskaźniki  IQ.

Nie wiem czym tak naprawdę są „Dzieci przeklętych”. Czy jest to sequelWioski przeklętych„, czy może readaptacja „Kukułczych jaj z Midvich”?

Film powstał w trzy lata po sukcesie obrazu Wolfa Rilla „Wioska przeklętych” traktującego o grupie dziwnych dzieci jakie przyszyły na świat w pewnym małym amerykańskim miasteczku. Okoliczności poczęcia dzieci są co najmniej niezwykłe, a zdolności jakie posiadają wskazując na ich pozaziemski rodowód. Dzieci budzą fascynacje i lęk, co ostatecznie doprowadza do ich eksterminacji. 

W przypadku „Dzieci przeklętych” mamy do czynienia z bliźniaczą historią opowiedzianą ‚na większą skalę’.

Niezwykłe dzieci nie rodzą się w jednym miasteczku, lecz są rozrzucone po świecie od Chin, przez Rosję, do Nigerii i dalej do Ameryki północnej.

childred of the damned

Grupa badaczy, w tym genetyk i psycholog są pod ogromnym wrażeniem wyników jakie owe dzieci osiągają w testach inteligencji. Co więcej okazuje się, że bystrość umysłu to nic w porównaniu z innymi zdolnościami jakie posiadają dziwne dzieci. Potrafią wpływać na innych ludzi, kierując ich działaniem siłą umysłu. Potrafią także porozumiewać się ze sobą telepatycznie, choć bliższym prawdy byłoby stwierdzenie, że mają ‚wspólną świadomość’.

Fabuła filmu rozważa przypadek dzieci pod podobnymi aspektami co ‚pierwowzór’. Czy te dzieci należy podziwiać czy się ich obawiać. Efekt tych rozważań w obydwu przypadkach jest taki sam. Ludzkość niezmiennie obawia się nieznanego.

childred of the damned

Zmiany następują na poziomie przyczyn całego zamieszania. W „Wiosce przeklętych” ewidentnie mieliśmy do czynienia z ingerencją z kosmosu. Kobiety zaszły w ciąże jednocześnie, w jakiś magiczny nienaturalny sposób i urodziły dzieci podobne do siebie także pod względem fizycznym: jasne fosforyzujące oczy i białe włosy. Dzieciaki są po prostu kosmitami.

W przypadku „Dzieci przeklętych”  nie mamy mowy o ingerencji przybyszy z kosmosu. Zdolności dzieci są tłumaczone jako wynik nagłej genetycznej mutacji, która sprawiła ze ich organizmy przeskoczyły kilka stopni ewolucji, która poszła w kierunku wykształcenia się takich właśnie umiejętności. Zastanawiający jest jednak watek ‚ojców’. Jest raczej mało prawdopodobne by wszystkie te dzieci miały takiego samego pecha względem tatusiów. Więc, może jednak ich poczęciu towarzyszyło coś nie z tej ziemi? Identyczne są też właściwości oczu dzieci w obydwu filmach. W chwili zagrożenia zapalają się jak lasery i dzięki temu dzieciaki mogą uczynić człowiekowi najróżniejsze krzywdy.

childred of the damned

Obydwa filmy traktujące o ‚przeklętych dzieciach’ poruszają te same wątki, w bardzo zbliżony sposób. Obydwa filmy dzieli zaledwie trzy letnia różnica więc poziom realizacji i użyte tu technologie są praktycznie identyczne. Obydwa filmy są czarno-białe.

Przedstawiona w „Dzieciach przeklętych” historia jest prosta, ale opowiedziane w interesujący sposób i nie chodzi mi tu jakieś szczególne uatrakcyjnienia akcji, raczej o sposób narracji, dialogi, charakterystykę postaci etc. Jeśli pozbawić film tych przymiotów byłoby kiepsko. W pewnym momencie oglądanie i  tak zaczyna się dłużyć.

Z pewnością osoby, które nie widziały „Wioski przeklętych” odnajdą większą satysfakcje w śledzeniu fabuły tego filmu, będzie to dla nich coś nowego. Niestety porównując film z jego poprzednikiem nie uświadczymy tu nic ciekawego.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:5

50/100

W skali brutalności: 0/10

Projekt: Lęk

Dread/ Lęk (2009)

dread

Troje studentów, Quaid, Stephen i Cheryl kręcą dokument w ramach pracy zaliczeniowej. Tematem ich filmu ma być lęk i mają się na niego składać wywiady z ochotnikami opowiadającymi o swoich najpotworniejszych lękach. Studencki projekt szybko nabiera innego znaczenia. Dokumentaliści sami bowiem targani są przez najróżniejsze lęki w ciężkich postaciach. Jedno z nich postanawia wyzbyć się strachu.

Anthony DiBlasi to brytyjski reżyser i scenarzysta, któremu zawdzięczamy takie produkcje jak „Cassandaga„, czy Last Shift„. Lęk był jego debiutem w pełnym metrażu i jednoznacznie wytyczył gatunkową drogę jaką obecnie podąża twórca.

Scenariusz filmu oparto o powiadanie Clive’a Bakera. No, aż mi wstyd, że w ogóle nie miałam do czynienia z tym autorem ‚w wersji literackiej’. Historia ma duży potencjał i w dużej mierze został on wykorzystany.

„Lęk” nie jest horrorem, tylko thrillerem, ale to wcale nie znaczy, że nie uświadczymy tu mocnych fragmentów typowych dla kina grozy. Co prawda ostra jazda zaczyna się długo po półmetku, ale myślę, że jest świetnym zwieńczeniem obraz szaleństwa jaki tworzy ten film.

Wszytko zaczyna się od trójki bohaterów. Stephen w dzieciństwie stracił starszego brata. Jego lęk wiążą się z gwałtowną, nieoczekiwaną śmiercią jaka spotkała jego bliskiego. Obok, mamy prowodyra całego projektu, Quida, który niechętnie przyznaje się do swoich fobii. Jego strach wiąże się z morderstwem rodziców, którego był świadkiem. Jak mocno odcisnęło się to na jego psychice możemy stwierdzić po bogatej zawartości jego apteczki z lekami.

dread

Na koniec mamy śliczną Cheryl, zapaloną wegetariankę. Jak się okazuje jej nawyki żywieniowe również wiążą się z traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Jej wstręt do mięsa to coś więcej niż ideologiczna awersja.

Lwia część fabuły składa się z wątków dramatycznych i obyczajowych. Tylko jednorazowe przebłyski szaleństwa w oczach jednego z bohaterów zmieniają ogląd na ten film.

Szaleństwo będzie się oczywiście rozkręcać. Bohater, który go doświadczy nie marzy o niczym innym jak uleczeniu się z lęku. Szukając społecznego dowodu słuszność tezy o możliwości ozdrowienia angażuje w swoje ‚próby’ innych lękowców. Konfrontuje ich z ich lękami w coraz okrutniejszy sposób.

Eskalacje jego działalności zobaczymy dopiero na finiszu filmu. Tu sceny z udziałem jednej z bohaterek z miejsca mogą awansować ten film z thrillera na horror. Dziewczyna zostanie postawiona twarzą w twarz ze swoją największą fobią – mięsem. Co będzie silniejsze, walka o przetrwanie, czy lęk?

SPOILER: Fragment, w którym widzimy jak bohaterka wpieprza gnijące mięcho,  ze zjełczałym tłuszczem, pełne larw, zielonkawe… uh… nie polecam jeśli macie wrażliwy żołądek…. KONIEC SPOILERA.

Finał przyniesie zresztą ofiary w ludziach. Im bliżej końca tym sceny zgonów są mocniejsze okraszone większym ładunkiem emocjonalnym i wywołujące przeróżny wachlarz reakcji – na przykład chęć rzygnięcia w ekran.

dread

Nie spodziewałam się takich atrakcji po tym filmie, gdy widziałam go pierwszy raz. Zapamiętałam go jednak jako coś totalnie odjechanego i gdy teraz podeszłam do niego ponownie, po kilku latach byłam zdziwiona. Co zrobiło na mnie takie wrażenie? Co pozwoliło mi go zapamiętać? Cóż… dowiedziałam się gdy nastąpił finał.

Może się zdarzyć, że dla kogoś sam finał jak mocny by nie był to za mało by docenić walory grozy w danym filmie. Tu mamy trochę taki przypadek. Nie dzieje się nic wielkiego, a tu nagle BUM.

dread

Dominujące tu wątki obyczajowe i psychologiczne będą chyba niezłą rekompensata dla niecierpliwców. Według mnie to stopniowe rozgrzebywanie tematu fobii stanowi ciekawe studium psychologiczne. Jeśli ktoś cierpi na fobię z boku może to wyglądać dziwnie, ale poznanie smaku paraliżującego lęku na sobie zmienia perspektywę.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

Ten dom musi być nawiedzony

The Conjuring 2: The Enfield Poltergeist/

Obecność 2 (2016)

conjuring

W Londyńskiej dzielnicy Enfield przy 284 Green Street jeden z szeregowych domów wynajmowała samotna matka czwórki dzieci, Penny Hodgson. Pewnej nocy jej córka Janet zaczęła doświadczać dziwnych zjawisk. Słyszała głosy, lunatykowała, aż w końcu wraz z siostrą Margaret były tak przerażone, że nie chciały przekroczyć próg własnego pokoju. To co się w nim wyprawiało można uznać za klasyczny przykład nawiedzenia. Przedmioty, nawet ciężkie meble, samoistnie się przesuwały. Przybierając na sile ,emanacje te objęły cały dom, gdzie bez przerwy coś się poruszało, trzeszczało, zgrzytało. Rodzina czuła się zagrożona i desperacko potrzebowała pomocy.

Historię poltergeista z Enfield, który w latach siedemdziesiątych nawiedzał rodzinę Hodgsonów po raz pierwszy poznałam dzięki mini serialowi „The Enfield Haunting” inspirowanym udokumentowanym wydarzeniami. Teraz tę samą historię, po swojemu, z większym przytupem opowiada James Wan.

Film stanowi sequel „Obecności” z 2013 roku i podobnie jak poprzednik skupia się na historii nawiedzonego domu, którego mieszkańcy szukają pomocy u słynnych łowców duchów Ed’a i Lorraine Warren.

conjuring

Obraz w dużej mierze odwzorowuje wydarzenia w takim kształcie w jakim zostały zapamiętane przez ich świadków. Dopuszcza rodzące się wątpliwości, które pojawiają się za każdym razem, gdy ktoś zaczyna wykrzykiwać że jego dom jest nawiedzony a dziecko opętane.

Te wątpliwości, tak oczywiste, są w przypadku „Obecności 2” dużo bardziej wyeksponowane niż w przypadku ‚jedynki’. To chyba taki ukłon w stronę sceptyków. Efekt tego jest taki, że fabula wydaje się bogatsza i mniej jednoznaczna w odbiorze. Oczywiście ostatecznie wszytko sprowadza się do tego, żeby utrzeć sceptykom nosa i pokazać jak to duch się rozszalał, ale nie ma się temu dziwić, bo kogo miałby przerazić fakt, że gówniara chciała zwrócić na siebie uwagę, a jej matka zarobić na całym zamieszaniu. „Obecności” są horrorami, a więc dom musi być nawiedzony.

conjuring

Wiecie zapewne, bo wcale tego faktu nie ukrywam, że nie należę do grona zachwyconych fanów „Obecności” z 2013 roku. Robiłam chyba ze trzy podejścia do tego filmu i za każdym razem widziałam w nim to samo: jałowość schematu i entuzjazm wobec efektów specjalnych. Owszem film jest dobrze zrobiony, jest wręcz podręcznikowy, ale jakoś zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła i nic na to już nie zaradzę. W przypadku ‚dwójki’ jest nieco lepiej. Może dlatego, że sama historia, na której oparto fabułę jest bardziej złożona i dzięki temu nie nudzi?

Bardzo przypadła mi do gustu postać Penny Hodgson, która nie była łatwa do ocenienia, sama Janet wypadła blado, ale tak ją skrojono. Jeśli chodzi o fabułę, to cieszy mnie, że pojawił się tu fabularny twist tuż przed finałem, bardzo fajnie przedstawiony i trzeba przyznać, nawet z pomysłem.

Co do tego, co fani Wana cenią najbardziej, czyli straszne momenty to nie było źle. Myślę, że udanych scen było więcej niż w jedynce, ale to gra cieni i świateł jest znakiem firmowym Wana i tu pokazał co potrafi.

conjuring

Film ogląda się przyjemnie. I tyle. Dla mnie jest to nadal bardzo komercyjne przedsięwzięcie i jego walory nie zaspokajają moich apetytów. Jest zbyt… zwyczajnie.

Druga rzecz, nie lubię takich nachalnych gloryfikacji postaci łowców duchów. Szczerze mówiąc nie mam o nich najlepszego zdania. ‚Superwarrenowie’ mnie nie potrafią kupić.

conjuring

Nie wiem, czemu ale ilekroć staram się polubić tą, chyba już można powiedzieć serię, zawsze przypomina mi się „Lake Mungo„, chyba mój ulubiony współczesny film o duchach – i jest pozamiatane.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabula: 6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

59/100

W skali brutalności:1/10

W zimną noc

W stronę grozy – Viveca Sten

w strone grozy

Przerażona kobieta w wigilijną noc szuka schronienia w Hotelu Żeglarskim w Standhamn. Czuje się bardzo źle, wychodzi jednak w zimną noc na zewnątrz. Nazajutrz jej zwłoki zostają znalezione przez przypadkowego świadka. Morderstwo, czy nieszczęśliwy wypadek? O tym co spotkało znaną dziennikarkę, korespondentkę wojenną dowiemy się gdy sprawa traf w ręce policjanta Andreassona i jego współpracowników.

Niedawno pisałam o innej, wcześniejszej powieści szwedzkiej pisarki Vivecy Sten. „Gorączka chwili, piątka z kolei powieść autorki, i jednocześnie część cyklu o sprawach kryminalnych w Standhamn przekonała mnie na tyle by sięgnąć po szóstą powieść Sten – „W stronę grozy”.

Po dwóch podejściach do jej prozy mogę już wyrabiać sobie jakieś pojęcie o stylu autorki. Sten pisze dobrze, przystępnie, jak na razie udaje jej się unikać patosu, a wątki obyczajowe też są do przełknięcia.

To co najważniejsze w gatunku, czyli intryga, tajemnica, zagadka i morderstwo wychodzi jej wyśmienicie. Już drugi raz Sten udało się skonstruować fabułę powieści na tyle sprawnie, że nie przewidziałam wyniku rozgrywki na przedbiegach. Coś mi zaświtało, ale już raczej bliżej końca. A że finałów Sten nie zwykła rozwlekać mogę powiedzieć, że przez całą lekturę trwałam w niewiedzy. To bardzo dobrze, potwierdzi to każdy kto często czytuje tego rodzaju powieści. Nie ma nic gorszego niż autor biorący czytelnika za idiotę, liczący, że ten nie umie dodać dwa do dwóch. Sten kombinuje tak, że najlepsze zostawia na koniec, konsekwentnie unikając potknięć.

„W stronę grozy” jest trochę polityczne. Pisarka wprowadziła tu wątek dziennikarki altruistki, która za wszelką cenę dąży do zdemaskowania zbrodniczych działalności człowieka. Postać ta nie jest jednak kryształowa i to też plus.

Gdy dziennikarka zostaje znaleziona martwa pojawia się wiele tropów. Ex mąż walczący o opiekę nad córką, rodzinna tajemnica, niebezpieczna praca ofiary i wrogowie w kręgach politycznych. Polityki jest tu zresztą sporo i niestety autorka bardzo kategorycznie objaśnia tu swoje stanowisko. Poglądy tego typu raczej nie sprawdzą się w naszej pięknej ojczyźnie i to może być gwóźdź do trumny dla promocji „W stronę grozy” w Polsce.

Uspokoję Was jednak, paradoksalnie polityka nie gra tu pierwszych skrzypieć.

To co w tej całej rozgrywce podobało mi się najbardziej to bijący z nich chłód. Nie mam tu na myśli jedynie powieściowego tła, obrazu szwedzkiej zimy, a głównie zimnokrwistego antybohatera, który zaskakuje rozwagą i premedytacją.

„W stronę grozy” nie jest powieścią wysokich lotów, raczej czytadłem, doskonałym na kocyk do opalania. U mnie w takie roli sprawdziła się doskonale.

Moja ocena:6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca:

czarna owca

Komórkowa apokalipsa

The Cell/ Komorka (2016)

komórka

Clay Riddell właśnie wracał z owocnej rozmowy z potencjalnym wydawcą swojego nowego komiksu, gdy ludzie na lotnisku zaczęli wariować. Rzucali się na siebie jak w amoku, zagryzali jak zwierzęta.

Przerażony Clay znajduje schronienie w tunelu metra, gdzie spotyka kilku innych ludzi, których w jakiś sposób ominęło zbiorowe szaleństwo. Wszyscy zgodnie dochodzą do wniosku, że winę za nagły przypływ agresji ponoszą sygnały komórkowe – każdy kto rozmawiał przez telefon w tej jednej chwili teraz przypomina… zombi.

Komórkowa apokalipsa zatacza ogromne kręgi, niewiele jest osób, które pozostały przy zdrowych zmysłach. W tym wszystkim nasz czołowy bohater i jego przyboczni próbują ratować życie swoje i bliskich.

Niedawno wspominałam o ekranizacji „Komórki” Stephena Kinga przy okazji recenzji książkowego pierwowzoru. Jeśli nie pamiętacie, przypomnę, że nie szczególnie mnie ta powieść porwała, zaznaczyłam jednak, że stanowi doskonały materiał pod scenariusz post apokaliptycznego horroru.

cell

Byłam nawet trochę ciekawa tego filmu, zwłaszcza, że jego reżyserem miał być Eli Roth. Roth gdzieś tam po drodze się zgubił i stery przejął ktoś zdecydowanie nie posiadający Roth’owskiego pazura.

King ma fart do dobrych ekranizacji, nawet jeśli literacki pierwowzór jest ‚taki se’ – tak było chociażby w przypadku „1408”to filmowcy potrafią postępować z jego działami z klawym efektem.

W przypadku „Komórki”, niestety, mamy przeciętną książkę i jeszcze gorszą ekranizację. Oglądając ten film na prawdę zaczęłam doceniać powieść, raptem okazało się, że nie jest taka zła:) A film, film jest po prostu nudny.

Tak, jest nudny, co dziwić powinno i dziwi zważywszy na niezwykle dynamiczną historię, opowieść snutą w nieustannej drodze.

Mimo tego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że finalny scenariusz jest okrojoną wersją innego znacznie bardziej rozbudowanego scenariusza. W fabule nagminnie pojawiają się luki. Tak jakby ktoś płat po płacie odcinał elementy tej historii zostawiając tylko suchy ogryzek. Zrezygnowano z wielu rzeczy, chyba z braki czasu, zabrakło go na refleksje, czy sensowniejsze dialogi. Widać to też w montażu – podejrzewam, że pokroili scenariusz, a później jeszcze wycieli lwią część nakręconych scen. A zostawili, to co najmniej ciekawe. Standardowe sceny rodem z kina akcji gdzie czternastoletnia gówniara wywala z dwóch pistoletów jednocześnie jak „Leon zawodowiec”.

Zmian fabularnych względem książki też jest sporo. Scenariusz pisał między innymi King i znowu skorzystał z okazji by zmienić zakończenie swojej historii. Charakterystyka postaci też nie bardzo się zgadza. Clay miał być przeciwnikiem komórek tymczasem tylko padnięta bateria uratowała go przed podzieleniem losu komórkowych szaleńców.

cell

Toma, przybocznego Clay’a też wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, tymczasem do tej roli upchnęli Samuela L Jacksona chyba licząc na powtórkę sukcesu duetu Cusak – Jackson w „1408”. W postać Alice trochę życia tchnęła ‚Sierotka’ Isabelle Fuhrman, choć scenariusz mocno spłaszczył tę bohaterkę. Bardzo niewiele uwagi poświecono antagoniście, przywódcy ‚komórkowych’ i to też minus.

cell

Plus odnajduje natomiast w sposobie ukazania zbiorowego bohatera ‚komórkowych szaleńców’. Wpadają na prawdę pomysłowo, choć nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z „Inwazja porywaczy ciał” z 1978 gdy otwierali paszcze na całą szerokość. Obawiałam się, że twórcy pójdą na łatwiznę i ukażą ich po prostu, jako zombie, ale nie, byli czymś pomiędzy cyborgami a kosmitami. Emitowali interesujące dźwięki co dawało ciekawy efekt.

Nie mniej jednak smutna prawda jest taka, że przez większość seansu trwałam z znudzeniu, a nie tego oczekiwałam po kinie czysto rozrywkowym.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

49/100

W skali brutalności:2/10

Przeklęty dom

House of Usher/ Zagłada domu Usherów (1960)

usher

Philip Winthrop przybywa do domu swojej narzeczonej Madeline Usher by pojąć ja za żonę. Twardy sprzeciw jego zamiarom stawia brat Madeline, Roderick. Ostatni mężczyzna z rodu Usherów jest przekonany, że na jego rodzinie ciąży klątwa. Odbija się ona na fizycznym zdrowiu krewnych, ale też wypacza ich charaktery, przez co wśród Usherów nie brakuje ludzi godnych potępienia.

Z tej właśnie przyczyny dziedzic pragnie położyć kres swemu rodowi, więc nie może pozwolić by jego siostra opuściła przeklęty dom rodzinny i kontynuowała linię rodową przez zamążpójście. Roderick dołoży najbardziej makabrycznych starań by jego plan nie został zaniechany.

Roger Corman jest jednym z tych reżyserów, którzy wyjątkowo ulubowali sobie powieści Edgara Allana Poego.”Zagłada domu Usherów” jest pierwszą z szeregu ekranizacji powieści Poego jakie poczynił w swojej reżyserskiej karierze.

Praktycznie w każdym z jego filmów pojawia się Vincent Price w roli głównej. Nie wiem, czy wynika to z osobistych sympatii twórcy, czy też jak każdy dobry rzemieślnik stawiał na pewne o oszczędne rozwiązania. Zamiast trwonić czas i pieniądze na castingi i próby niesprawdzonymi aktorami zawsze stawiał u swojego boku Price. Dzięki temu aktor zawsze będzie mi się kojarzył z twórczością Poego. Osobiście uwielbiam go i wcale nie narzekam, że wciąż towarzyszy mi jego twarz.

usher

Podobnie jak w przypadku „Grobowca Ligeii” Corman rozwijał i modyfikował literacki pierwowzór na potrzeby swojego filmu. Jeśli chodzi o „Zagładę domu Usherów” to zmian jest całkiem sporo.

Przede wszystkim zbagatelizowana została rola przeklętego domu. W opowiadaniu jasno powiedziane jest, że to dom, jego architektura, jego mury odcisnęły piętno na rodzie Usherów. Piętno w postaci tkliwości, nadwrażliwości fizycznej i psychicznej. Nie ma tam mowy o występnych czynach jakich dopuszczali się członkowie rodu.

Jeśli chodzi o moje podejście do zmian nie jestem szczególnie za nie obrażona. Rozumiem, że Poe często operował symbolami, które odczytać można różnie. Druga rzecz, pewne uproszczenia są konieczne by przełożyć jego twórczość na język filmu. Wierzę, ze Corman robił to dla dobra całego przedsięwzięcia.

usher

„Zagładę domu Usherów” ogląda się bajecznie. Dla mnie to kolejny popis ciężkiej pracy włożonej w realizację. Filmy Cormana mają niepowtarzalny klimat. Są gotyckie, są nieco teatralne. Żywa kolorystyka scenografii wcale nie działa na niekorzyć mrocznego nastroju. U Cromana nawet kolor żółty użyty jest w taki sposób by wkomponować się w posępny klimat. Żółty Cormana wcale nie kojarzy się się słońcem, raczej z jesiennym liściem. Nie wiem jak facet to robił, ale efekt jest zawsze ten sam. Może to kwestia jego oszczędności? Corman wielokrotnie wykorzystywał te same elementy scenografii w wielu projektach, a jeśli już musiał co podpalić to nakręcone sceny marnotrawstwa pięknych makiet wykorzystywał w kilku filmach. Jego starania zawsze przyjmuję z niezmiennym zachwytem i wielkim szacunkiem.

usher

Dla każdego fana klasycznej grozy „Zagłada domu Usherów” Cormana jest pozycją obowiązkową. Sama przymierzam się do zapoznania się z innymi ekranizacjami tego opowiadania, ale jakoś opornie mi to idzie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Pasażerowie

Passangers/ Ocaleni (2008)

ocaleni

Młoda terapeutka Claire dostaje zadanie stworzenia grupy wsparcia dla kilku pasażerów, którzy cudem wyszli cało z katastrofy samolotu. Jej szczególną uwagę zwraca przystojny Eric i w związku z tym ich kontakty szybko wyjdą po za psychoterapeutyczny kontrakt.

Reszta pasażerów skupia się nie tyle na przepracowaniu traumy i pójściu naprzód co na udowodnieniu iż za tragiczny wypadkiem stoi coś więcej niż nieuwaga pilota. W końcu także Claire nabiera pewności, że jej podopieczni padli ofiarami spisku linii lotniczych, które dążą do zatuszowania przyczyn katastrofy. Kiedy pacjenci zaczynają ‚znikać’ młoda terapeutka jest już pewna, że coś jest nie tak.

„Ocaleni” to dość podręcznikowy przykład kina z aspiracjami do dorównania najlepszym reprezentantom gatunkowego thrillera. Wykorzystuje znane motywy i chwyty w celu wyprowadzenia widza w pole i poruszenia wrażliwszych strun w gamie emocji. Jestem pewna, że w przypadku sporego odsetków widzów się to udaje, lecz obiektywnie patrząc nie jest to film najwyższych lotów. Kiedy już poznamy jego zakończenie dostrzeżemy nie tyle zgrabny przebieg całej intrygi ile masę błędów w scenariuszu, które utrudniły rozszyfrowanie zagadki. Film ma braki, ale mnie i tak kupił, bo płaczliwa idiotka i co poradzę?

Pewien problem stanowi fakt, że filmowi bliżej jest jednak do dramatu psychologicznego  niż do thrillera, choć litościwie można go do tej drugiej grupy przygarnąć. Większa część fabuły nie bardzo mnie ruszyła. Wątek romansu z pacjentem jest słaby, a jego części składowe za bardzo śmierdzą Nicolasem Sparksem. Co ciekawe, po twórcy serialu „In Treatment” spodziewałam się większego zaangażowania w sklicenie postaci psychoterapeutki. Claire jest jakaś nijaka. Dużo lepiej spisuje się grono jej pacjentów, ale też bez fajerwerek.

ocaleni

Same próby wmówienia widzowi, że ma tu do czynienia ze spiskiem, że pasażerowie znikają za sprawą intrygi linii lotniczych nie bardzo zadziałał w moim przypadku. Jedyne co mnie ‚wzięło’ w tym filmie to finał.

Oczywiście gdyby wcześniejszy przebieg fabuły był ciekawszy wrażenie było by dużo lepsze, a tak odebrała to zakończenie jako nagle wybudzenie z letargu. Wybudzenie z letargu było gwałtowne, choć wcale nie mogę powiedzieć bym nie spodziewała się takiego zakończenia. Gdzieś po drodze przemknęła mi taka myśl.  Jak na płaczliwa idiotkę przystało roniłam łzy przez minut kilka wzruszona tym co powiedział Eric i tym co w końcu dotarło do Claire. Pies, nauczyciel i ciotka, to był bodziec do mojej reakcji.

ocaleni

Doceniam ten tani chwyt z wyciśnięciem łez, choć wątpię by wielu widzów podzieliło moją żywą reakcję:)

Ciężko mi będzie ten film ocenić, bo nic po za finałem praktycznie mi się nie podobało. I co ja mam z nim zrobić?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:7

57/100

W skali brutalności:0/10

Cena perfekcji

Yoga/ Joga (2009)

yoga

Hyo-jung zbliża się do trzydziestki i zaczyna tracić grunt pod nogami. Jej chłopak jest miłym chłopakiem i niestety niewiele ponad to. W pracy zaczyna być wypierana przez młodszą i atrakcyjniejszą koleżankę, w związku z czym dopada ją kryzys. Jak sama mówi, stoi nad krawędzi i ma ochotę skoczyć by umrzeć i narodzić się na nowo.

Wtedy właśnie spotyka dawną znajomą, która przeszła swoista metamorfozę, a wszytko to za sprawą ekstremalnego kursu jogi. Hyo-jung postanawia udać się na te same zajęcia. Tak trafi do posiadłości, której właścicielką jest niegdysiejsza gwiazda kina i to ona wprowadzi dziewczynę w ostatni krąg wtajemniczenia. Jednak zanim to nastąpi Hyo -jung musi udowodnić, że zasługuje na zgłębienie tajemnicy najwyższego piękna i perfekcji. Wraz z kilkoma innymi bidulkami musi wytrzymać tydzień surowej tresury i bezwzględnie przestrzegać zasad, w przeciwnym razie…

yoga

Pierwszy raz zetknęłam się z tym obrazem kilka lat temu i pamiętam, że spodobał mi się od razu. Teraz, kiedy naszło mnie na skośne kino grozy postanowiłam odświeżyć właśnie ten obraz. Jest to film Koreański, więc w mojej ocenie praktycznie pewniak. Taktuje o lękach współczesnych kobiet, nie tylko tych z krajów Azjatyckich.

Hyo-jung jest jedną z wielu kobiet, które czują, że nie wykorzystują swojego potencjału. Zamiast być wiecznie piękną, młodą i idealną jest zwykłą dziewczyną nieradzącą sobie z presją pracy jako prezenterka telezakupów. Jeszcze trochę i całkiem wypadnie z obiegu. Desperacja pcha ją w szpony ekstremalnych technik odnowy – fizycznej i duchowej.

yoga

Wraz z nią do królestwa jogi trafiają inne kobiety borykające się z podobnymi kłopotami. Przez lwią cześć filmu widzimy jak kobiety walczą z ze sobą. Powstrzymują się przed tym co zakazane i starają się sprostać wymaganiom kursu. W końcu kolejno wymiękają, a konsekwencje złamania zasad są o wiele gorsze niż wydalenie z kursu.

yoga

A co z tą której się uda? Czy perfekcja jest w ogóle możliwa dla zwykłego człowieka?

Jak na skośny horror przystało mamy tu spora warstwę paranormalną, która w drugiej części filmu zaczyna górować nad warstwą psychologiczną. Będą więc czarnowłose upiory i zjawiska nie z tej ziemi. Jest to jednak tylko środek do tego by ukazać jak niszczącą siłę nosi w sobie każdy człowiek.

Wedle mojej oceny to dobrze przemyślany film. Jest w nim wszytko co być powinno, a środki przekazu, są typowe dla kina azjatyckiego. Jest w tym groza ale i subtelność, jest wszytko to, co nam Europejczykom wydaje się dziwaczne i odmienne.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Porno dla nekromantów

Buio Omega aka  Beyond darkness/ Mroczny insynkt (1979)

mroczny instynkt

Młody dziedzic gotyckiej willi traci ukochaną. Piękna Anna umiera nagle, pozostawiając nieutulonego w żalu Francesco. Chłopak postanawia pokonać barierę życia i śmierci. Wykrada zwłoki dziewczyny z cmentarza, zanosi do domu i preparuje, tak jak robi to w ramach hobby z martwymi zwierzętami.

Miłość do zwłok rodzi jednak wiele problemów natury organizacyjnej toteż Francesco chcąc ukryć swój makabryczny proceder odsyła na tamten świat kolejne przypadkowe dziewczyny. Temu wszystkiemu ze stoickim spokojem przygląda się posągowa służąca, Irys, która chce być dla chłopaka matką i kochaną.

O twórczości włoskiego reżysera Joe D’ Amato pisałam tylko raz, w przypadku wpisu o „Ludożercy„. Tamten film, jak na ironie całkowicie odbiegający od moich filmowych upodobań, przypadł mi do gustu. Stąd też dziś na tapecie kolejne dzieło Włocha, „Mroczny instynkt”.

Jeśli macie  pamięci to, co napisałam o „Ludożercy” domyślacie się czego możecie się spodziewać po „Mrocznym instynkcie”.

Jest to film niesławnego nurtu exploration z dużą dawką gore, nastawionego na wyeksponowanie jak największej ilości scen napawających obrzydzeniem. W przypadku „Ludożercy” były to głównie sceny konsumpcji ludzkiego mięsa, flaków etc. W przypadku „Mrocznego instynktu” mamy więcej najczęściej niesmacznego erotyzmu, ale widoków poćwiartowanych ciał, czy wylewających się organów też nie zabraknie.

mroczny instynkt

Już sama scena, w której Francisco kroi swoją Annę,wyciąga kolejne organy, z czego każdy możemy dokładnie obejrzeć. Później zobaczymy jak w asyście swojej niegdysiejszej piastunki Irys rozczłonkowuje zwłoki autostopowiczki i rozpuszcza je w wannie wypełnionej kwasem. Mocna rzecz:)

mroczny instynkt

To chyba jednak nie mierzi najbardziej. Dla mnie najokrutniej miażdżące są tu elementy nekrofilskie. Już sam sposób w jaki Francisco patrzy na martwą Annę ułożoną w jego łóżku przyprawia do bardzo nieprzyjemne myśli. Jest jednak więcej mogących Was zniesmaczyć elementów, nawet podtykająca mu pod dziób swoją pierś Irys wypada w tym wszystkim niesmacznie. Co prawda nie zobaczymy jak Francisco kopuluje ze zwłokami, to chyba nawet jak na D’ Amato- twórce również porno – było za dużo. Zobaczymy natomiast jak Francisco próbuje uprawiać seks z żywą laską tuż obok martwej Anny.

mroczny instynkt

Jest na co popatrzeć moi drodzy, jednak na waszym miejscu zawczasu zadbałabym o papierowe torby w razie gastrycznej rewolucji.

Temat filmu jest, jaki jest, nekrofilska obsesja i krwawe mordy. Mnie postać głównego bohatera skojarzyła się z niesławnym doktorem Carlem Tanzlerem, który to tak zakochał się w swojej pacjentce, że po jej śmierci zatargał do domu jej trupa i… i posunął się dalej niż bohater włoskiego horroru. Posuwał się aż mu ukochana całkiem zgniła. Wtedy połatał zwłoki jak mógł, zamontował im sztuczną pochwę w postaci rurki i tak sobie uprawiał kult miłości przez… 9 lat.

Czyli już wiecie, że Francisco nie był jeszcze tak porąbany jak być mógł:)

mroczny instynkt

Obraz D’Amato mimo tej całej obrzydliwości ogląda się całkiem przyjemnie. Przyjemnie, bo jest dobry technicznie. Z kadrów bije sielskość, włoskie słońce nie psuje jednak klimatu grozy, paradoksalnie podkreśla ją lepiej niż słabo oświetlone nocne plenery. Za muzykę odpowiadają The Goblins, nadworni muzycy Dario Argento, więc i pod tym względem wszytko jest spójne. Aktorstwo, podobnie jak w „Ludożercy” jest dość manieryczne, okrzyki umierających trącą orgazmicznym spazmem rodem z porno, ale tak to już bywa z włoskimi horrorami.

„Mroczny instynkt” nie jest dla każdego, więc jak mam zgorszyć jakąś wrażliwą duszę wolę nie polecać go jako rozrywkę uniwersalną – raczej dla wybrańców.

mroczny instynkt

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

to coś:7

70/100

W sakli brutalności:4/10