Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

Złapmy sobie ducha

The Dead room (2015)

deadroom

Trójka łowców duchów przybywa do porzuconego domu w górach, gdzie rzekomo dochodzi do nadprzyrodzonych zjawisk. Jego lokatorzy przepadli bez wieści. Medium Holly, sceptyczny naukowiec Scott i technik Liam mają zbadać sprawę.

„Dead room” to kolejny nic nie wnoszący straszak, którego fabułę zbudowano na popularnej konwencji przygód badaczy zjawisk nadprzyrodzonych w nawiedzonym domu.

deadroom

Szczęśliwie nie jest to paradokument, niemniej jednak wyżyn owa produkcja nie osiąga.

O ile obraz, sposób prowadzenia kamery, dobór lokalizacji, scenografia, czy udźwiękowienie robią raczej niezłe wrażenie, podobnie jeśli chodzi o tak zwane straszne momenty, o tyle scenariusz i aktorstwo to totalne szyderstwo z gatunku grozy. W tych kwestiach amatorszczyzna daje po oczach aż miło.

W dialogach brak płynności, naturalności, jakby obsada nie mogła spamiętać swoich kwestii i co chwilę zacinała się lub próbowała improwizować z nie do końca dobrym skutkiem.

Bohaterzy, skrojeni podłóg schematu są niemal przezroczyści. Nawet w momentach, które powinny wzbudzić w nich większe emocje, oni zachowują się jak kukły. Efekt tego jest taki: jeśli Wam jest wszytko jedno, widzowi tym bardziej.

deadroom

Fabuła, również podlegająca znanemu schematowi rozwija się dość ślamazarnie, jak na 80 minutowy film. Dużo bzdurnego gadania, trochę fajnych zagrywek, przewidywalny twist fabularny i finał z trudem wygrzebany z tyłka scenarzysty.

Myślę, że osoby odpowiedzialne za udane aspekty technicznej tejże produkcji czym prędzej powinni pożegnać się z niezbyt uzdolnionym duetem odpowiedzialnym za warstwę fabularną „Dead room” i spełniać się gdzie indziej, bo aż ich szkoda.

Plusów ma ten film niewiele, ale jeśli ktoś koniecznie chce obejrzeć jakiś film o takiej tematyce może spróbować. Zdjęcia są fajne, kolorystyka obrazu tworzy dobrą podwalinę dla zbudowania klimatu, więc zawsze to już coś.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:4

43/10

W skali brutalności:0/10

Już bez żalu

Purgatorio/ Czyściec (2014)

czysciec

Małżeństwo, Marta i Luis wprowadzają się do nowego mieszkania. Tego samego dnia mężczyzna musi iść na nocna zmianę do pracy. Marta nie chce zostawać sama, trawią ją lęki, boi się zasnąć, ale nie ma innego wyjścia.

Gdy zostaje sama do jej drzwi puka sąsiadka. Małżonek sąsiadki właśnie trafił do szpitala i ta prosi Martę by zajęła się jej synkiem Danielem gdy ona uda się do męża. Marta niechętnie godzi się pomóc i szybko tego pożałuje.

„Czyściec” to bardzo oszczędny horror. Oszczędny w formie, ale już nie we wrażeniach. To dość krótka historia kobiety, pogrążonej w żalu po stracie. Żal ten odżywa w sytuacji kryzysowej, jaką okazało się spotkanie z małym sąsiadem. Gdy Daniel przekracza próg jej domu, szczeniacka bezczelność aż od niego bije. Marta zaś wygląda nam na osobę na granicy załamania. Bardzo łatwo wyprowadzić ją z równowagi, a chłopiec robi to bardzo skutecznie.

czysciec

Oszczędna, żeby nie rzec hermetyczna przestrzeń na jakiej rozgrywa się akcja filmu to strzał w dziesiątek jeśli chodzi o moje upodobania. Wszytko rozgrywa się w pustych jeszcze pokojach nowego mieszkania Marty i ciemnej klatce schodowej. Karty rozdano na dwoje, nasza bohaterka i dzieciak. Daniel to typowy mały skurczybyk, ale kto wie co siedzi mu w głowie? Martę jeszcze trudniej rozgryźć. Kto dla kogo jest większym zagrożeniem? Chłopiec, który igra z cierpieniem obcej kobiety, czy kobieta gotowa uwierzyć we wszytko co pomoże zmniejszyć uczucie żalu?

czysciec

To bardzo psychologiczne kino oparte na niejednoznacznych sygnałach. Tak naprawdę nie wiem czy może spodobać się komuś kto szuka rozrywki, bo wartkiej efektownej akcji tu nie znajdzie. Nie wiem na ile go polecać na ile odradzać.

Wg. mnie „Czyściec” się udał i to przynajmniej z kilku powodów. Pomysł był dosyć niebezpieczny, bo cała opowieść oparta została na znajomości Marty i Daniela. O Marcie dowiemy się niewiele, o Danielu jeszcze mnie. Film nazwano horrorem, ale akcji typowych dla horrorów tu nie znajdziemy. Pojawi się wątek ducha, ale przedstawiony bardzo… detalicznie. Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Nawet finał nie rozwiał zrodzonych po drodze wątpliwości. Dla mnie to plus, ale równie dobrze ktoś może powiedzieć – film o niczym, zmierzający donikąd i ciężko mieć pretensje to taki właśnie odbiór. Pewnym plusem jest  na pewno aktorstwo. Marta i Daniel tworzą bardzo ciekawy duet, aż kipi tu od emocji.

Cóż mogę powiedzieć, hiszpańskie kino przyzwyczaiło nas raczej do innego rodzaju kina grozy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:7

68/100

W skali brutalności:0/10

Gotyk po nowemu

Penny Dreadful/ Dom grozy – Sezon 1-3 (2014-2016)

penny dredful

W wiktoriańskim Londynie dzieją się potworne rzeczy. Groza zdejmuje zarówno arystokratów jak i plebs. Każdy może tu spotkać potwora, każdy może stać się potworem. Niektórzy urodzili się z upiornymi darami, inni zostali poprowadzeni w otchłań. To tu dochodzi do spotkania z legendarnym Draculą, dotkniętym klątwą wilkołakiem, samotnym potworem Frankensteina, równie samotnym Frankensteinem, opętaną niewiastą, wiedźmami nawiedzającymi noce, wiecznie pięknym Dorianem Gray’em i samym Lucyferem.

„Penny Dreadful” był jednym z najczęściej polecanych mi serialów przez czytelników bloga. Już po premierze pierwszego sezonu dochodziły do mnie głosy zachwytu. Ale ilekroć słyszałam, że w serial telewizyjnym mam obcować z klasyką literatury gotyckiej, mam przełknąć jakieś hollywoodzkie innowacje w fabule „Draculi” czy „Frankensteina” zęby zaciskały mi się z niechęci.

Za dużo razy widziałam jak pazerni amerykanie wycierają sobie gęby tymi pięknymi historiami robiąc z nich karykatury dostosowane do komercyjnych wyborów widowni. Widowni, która najczęściej i tak nie znała oryginałów wykorzystywanych dzieł i miała je w dupie -Dracula to taki kuzyn Edwarda, nie?

Zapierałam się więc rękami i nogami przed „Penny Dreadful”. Paradoksalnie okazało się, że serial, który nawet swoim tytułem nawiązuje do taniej literatury grozy popularnej w robotniczych dzielnicach wiktoriańskiego Londynu, wcale nie krzywdzi klasyki, nie odwraca się do niej dupą i nie ośmiesza ku uciesze gawiedzi.

penny dredful

Teraz mi jest nawet przykro, że obejrzałam już trzy sezony i następnego nie będzie. Tyle jeszcze można by z tego pomysłu wyciągnąć!

Jak wspomniałam moje największe obawy budziły kreacje postaci w scenariuszu serialu. Główną bohaterką filmu jest niejaka Vanessa Ives, młoda arystokratka o zdolnościach paranormalnych. W jakiś sposób umie nawiaząc kontakt z ‚tama stroną’, czy też może ‚tamta strona’ uparcie nawiązuje kontakt z nią. Poznajemy ją, gdy wraz ze starszym gentlemanem prowadzi poszukiwania swojej przyjaciółki, Miny. Gentleman, sir Malcolm jest ojcem zaginionej. Już na sam dźwięk imienia Mina, powinna Wam się zapalić, lampka: aha, oblubienica Draculi. I faktem jest, że Mina została poniesiona w ciemność przez jej księcia. Nie mniej jednak, to właśnie Vanessa jest głównym obiektem zainteresowań wszelkich złych mocy. Poszukiwanie zaginionej kumpeli to dopiero początek. Dzięki temu wątkowi poznajemy całą ‚grupę zadaniową’ do której dołącza rewolwerowiec o wyjątkowo dwoistej naturze oraz młody doktor marzący o wskrzeszaniu zmarłych. Gdzieś tam dobrze bawi się też Dorian Gray znany z „Portretu Doriana Gray’a, a w ostatnim sezonie trafi się jeszcze doktor Jekyl.

O ile nasza główna bohaterka nie ma wyraźnego pierwowzoru w literaturze o tyle większość postaci jest żywcem wyciągnięta z gotyckiej klasyki. Podobnie jest zresztą z większością serialowych wątków. Tematem przewodnim jest oczywiście nieśmiertelna walka dobra ze złem. Vanessa robi tu za przedmiot targu między jasną a ciemną strona mocy i gdyby nie bardzo dobrze zbudowana psychologia tej postaci było by bardzo licho,  typowo.

penny dredful

Zresztą, zanim dobrze poznamy tą historię trochę się schodzi. Osobiście nie byłam wcale oczarowana sezonem pierwszym. Dopiero stopniowe dobudowywanie wątków, wikłanie relacji między postaciami sprawiło, że wsiąkłam.

Dla mnie hitem jest postać potwora Frankensteina. Wiecie już chyba, że uwielbiam powieść Mary Shelly, a nad losem jej bohatera roniłam łzy. W serialu ta postać jest znacznie rozbudowana. Oczywiście pojawią się nieścisłości, cóż, ale nie wypadają one na niekorzyść. Postać potwora, wzrusza jeszcze bardziej, a co ciekawe nawet Victor Frankenstein bardziej przekonał mnie do siebie. Po lekturze powieści bardzo go znielubiłam, tu dał się poznać lepiej. O bohaterach i ich decyzjach trudno coś jednoznacznie powiedzieć. Kto zły, kto dobry, to raczej nie rozstrzygnięta kwestia, historie, które niosą ze sobą postaci wcale nie są proste.

penny dredful

Kurczę, ogólnie ten serial jest cholernie smutny. Dramatyzm jest bardzo żywy mimo tej sztucznie nadbudowanej warstwy paranormalnej, która napędza wydarzenia.

Nie da się ukryć, że jest to zasługa aktorstwa, zdecydowanie z wyższej półki. Wizualnie produkcja także robi dobre wrażenie. Obraz Londynu jest taki jaki pamiętamy z wykorzystanych tu powieści. Jest mroczny, tajemniczy, wielowarstwowy. Arystokratyczne salony, i śmierdzące palarnie opium, wystawne przyjęcia i powolne konanie w zaułkach. Po za wizualnym wrażeniem jest też kontekst wydarzeń, tych marginalnych, tych w tle, społeczne problemy wyłożono bardzo drastycznie.

Obok filmowej muzyki też nie da się przejść obojętnie, niejaki Abel Korzeniowski wymiata. Zdjęcia to dzieło tego samego człowieka, który wyczarował mi „Downton Abbey”, zaś nad całą produkcją czuwał scenarzysta „Gladiatora”, producent „Sweeny Todda” wraz z Samem Medesem którego twórczość kocham bezwarunkowo.

Tak, polubiłam „Penny Dreadful” i kajam się za moje uprzedzenia.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

77/100

W skali brutalności:2/10

Ciało bez duszy

I Walked with a Zombie/ Wędrowałem z zombie (1943)

wędrowałem z zombie

Młoda, urodziwa Betsy ma rozpocząć pracę w charakterze pielęgniarki nieuleczalnie chorej żony plantatora z Karaibów. Przybywa zatem do jego domu i ze zgrozą poznaje dziwną naturę schorzenia jakie przypadło jej podopiecznej, Jessice.

Chora przypomina kukłę bez duszy. Je jeśli się ją nakarmi, porusza się mechanicznie, albo wcale, milczy i patrzy w dal pustym wzrokiem.

Betsy poznaje też resztę rodziny, wszyscy pogrążają się marazmie i chyba nic nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie jedynym ratunkiem dla chorej i jej bliskich wydaje się udział w rytualne Voodoo, który miałby przywrócić Jessice dusze, a jej bliskim spokój i szczęście.

wędrowałem z zombie

Nie jestem fanką zombie movie, to już za pewne zauważyliście. Współczesne podejście do tej tematyki zupełnie mi nie leży, ale żeby zupełnie nie odwracać się od tego cennego dla kultury grozy wątku szukam wizji opartych na staromodnym postrzeganiu zagadnienia zombie.

Za cel postawiłam sobie zapoznać się z zombie movie z przed ery Romero i tak złowiłam pierwszy z filmów „Wędrowałem z zombie”.

Usłyszałam, że jest to obraz bardzo zdolnego reżysera, twórcy między innymi „Ludzi kotów”, który pod przewodnictwem bardzo interesującego producenta nakręcił właśnie „Wędrowałem z Zombie”.

Val Lewton producent i pomysłodawca projektu pracował w studiu Selznica – tak, tego typa o ciężkim charakterze – i to właśnie on powierzył Rosjaninowi wyprodukowanie kilku krótkich niskobudżetowych horrorów. Ten czym prędzej zlecił pracę zdolnemu francuzowi. Rzucił mu temat, a ten, nie skłonny oddawać się grotesce jaka kojarzy się z kinem klasy B postanowił nakręcić horror inny niż wszystkie, a jednak spełniający założenia producenta. Ma być zombie, będzie zombie, ale obleczone w ramy romantycznej, metafizycznej historii.

Szkoda, że współcześni twórcy zombie movie wolą iść na łatwiznę.

„Wędrowałem z zombie” nie jest więc horrorem w stylu Hammera i jemu podobnych. Nie wiem nawet jak określić ten styl, jest tak inny. Jakbym si uparła i koniecznie chciała do czegoś porównać to dzieło, postawiłabym na filmy Hichcocka, ale to z dużym dystansem.

Z drugiej strony scenariusz Curta Sidomaka („Wilkołak” ’41) przypomina fabułę powieści sióstr Bronte, czy „W kleszczach lęku” Jamesa.

Groza jest tu przemycana bardzo subtelnie i ma bardziej romantyczny, czy metafizyczny wymiar. Od pierwszych filmowych scen w dialogach przewijają się tematy związane ze sposobem pojmowania życia i śmierci.

Gdy Betsy, zachwycona światem i po kobiecemu delikatna styka się z mrocznym światem karaibskiej plantacji jej policzki bledną, a ona jest rozdarta między chęcią pomocy przystojnemu chlebodawcy, a podejrzeniami o jak najmroczniejsze poczynania członków rodziny Jessiki.

W filmie pojawiają się sceny, gdzie gości groza, ale znowu nie jest ona taka jak w typowym zombie movie.

wędrowałem z zombie

Trzeba zacząć od tego, że „Wędrowałem z zombie” postrzega motyw żywego trupa zupełnie inaczej. Nie mamy tu gnijących zwłok, do których trzeba wywalić ze strzelby prosto w łeb, a lunatyczną piękność, której umysł zatrzasnął się na zewnętrzne bodźce.

Jessika snuje się nocami po domu, jakby w transie i to właśnie te ujęcia możemy nazwać stricte horrorowym zgraniem.

Wreszcie pojawia się motyw magii Voodoo jako przyczyny stanu Jessiki i jednocześnie jedyny dla niej ratunek. Tu sprzedano  nam kolejną porcję scen mogących wprowadzić stosowny dla gatunku nastrój. Widzimy czarnoskórego mężczyznę, który w swoim szamańskim tańcu manipulując lalką wyciąga z domu żonę plantatora.

wędrowałem z zombie

I na koniec finał, podsumowujący wszytko, ale nie wyjaśniający tego co powinno zostać w sferze tajemnicy. Gdyby pokuszono się w tym miejscu o klarowne wyjaśnienie całego problemu to tak jakby Hollywood chciał nam objaśnić zagadkę życia i śmierci. Poprzestano więc na słowach pożegnania i scenie samobójstwa.

wędrowałem z zombie

„Wędrowałem z zombie” ma tak niesamowity klimat, jest tak pięknie zrobiony, że choćby ze względu na to wato go obejrzeć. Widać, jednak zombie może mieć inną twarz.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:9

To coś:7

71/100

W skali brutalności:0/10

Życie zaczyna się po setce

The Glow/ Żar (2002)

żar

Młode małżeństwo Matt i Jackie wprowadzają się do apartamentu w kamienicy należącej do pary staruszków, Arnolda i Phoebe Janusz. Odkąd ich drogi się skrzyżowały życie młodych małżonków jest jakby łatwiejsze. Niezwykle żywotni staruszkowie zaprzyjaźniają się z młodymi i udzielają im wielu cennych rad i pomagają w kłopotach. Szczególnie Arnold wydaje się bliski Mattowi.

W pewnym momencie ta znajomość zaczyna przerastać Jackie, która doszukuje się w dobrotliwości staruszków złych intencji. Kiedy okazuje się, że nie są jedynymi młodymi ludźmi, których Arnold i Phoebe przygarniają pod swoje skrzydła Jackie jest już pewna, że ich dobroduszność ma drugie dno.

„Żar” jest produkcją telewizyjną stworzoną przez Craiga Baxleya („Czerwona różna„, „Sztorm stulecia”) i Gary’ego Shermana („Linia śmierci„, „Martwy i pogrzebany„).

Jest to thriller, który swoją fabułą łudząco przypomina „Dziecko Rosemary. Oczywiście zagrożenie przed jakim stają młodzi małżonkowie w przypadku „Żaru” ma inne podłoże, ale wiele innych wątków dokładnie się zgadza.

Przede wszytkim, to bohaterzy. Mamy tu Matta i Jackie. Młodzi, bezdzietni, nie zamożni, nie mający krewnych. Matt marzy o zrobieniu kariery, Jackie pragnie dziecka. Gdy Matt poznaje w parku Arnolda i Phoebe życie jego i jego młodej żony zmienia się na lepsze. Wynajmują od starszej pary przytulne mieszkanko o wysokim standardzie, sytuacja zawodowa Matta poprawia się i nawet Jackie udaje się zajść w ciążę.

Wydaje się, że wszytko zmierza ku lepszemu. Ale… No właśnie. Jackie zaczyna się niepokoić o swojego małżonka, który znajduje się pod coraz silniejszym wpływem Arnolda.

Inną bardzo niepokojąca sprawa jest znikniecie innego młodego małżeństwa, które również podnajmowało mieszkanie od Januszy. Z resztą nie tylko Janusze sprawiają problem ich znajomi, równie starzy co witalni również budzą niepokój Jackie. To właśnie ona podejmuje próbę zgłębiania tajemnicy nowych przyjaciół i to ona odkryje to co skrywają starsi ludzie.

żar

Jak na produkcje telewizyjną film wypada całkiem klawo. Fajnie się go ogląda, fabuła jest spójna i wiemy, że zmierza do konkretnego punktu, w którym wszytko stanie się jasne. Scenariusz skonstruowany jest wręcz podręcznikowo. Problem w tym, że główny motyw, cała zagadka nie jest zbyt odkrywacz. Łatwo domyślicie się o co też może chodzić Arnoldowi i Phoebe. Produkcji z tego typu antagonistami mamy mnóstwo. Sama oglądałam dwa filmy z bliźniaczym wątkiem w jednym tygodniu, więc można mówić nawet o przesycie tego tematu.

żar

Ale cóż, mimo tego film może się podobać. Filmowe tło, charakterystyki bohaterów są bliskie temu co stworzył Ira Levin i co Polański przeniósł na srebrny ekran. To może być wada, to może być zaleta, zależy jak na to spojrzeć. Jakby nie patrzeć „Dziecko Rosemary” to wspaniały obraz i naśladowanie go nie jest takim głupim pomysłem, jeśli chcieć się przypodobać widzom. Ale z drugiej strony, czy takie kopiowanie jest godne uwagi?

Ocenić możecie sami. Seans z „Żarem” nie będzie najgorszym rozwiązaniem na zabicie czasu, ale jeśli macie ciekawsza alternatywę to przez olanie go wiele nie stracicie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

54/100

W skali brutalności:1/10

Wróżby i klątwy

Księga Wieszczb – Erika Swyler

księga wieszczb

Simon, młody bibliotekarz mieszka samotnie w zrujnowanym domu, który lada moment osunie się do zatoki Long Island. Tu się wychował, tu zmarła jego matka tonąc w oceanie, tu umarł jego pogrążony w depresji ojciec i stąd uciekła jego młodsza siostra Enola. To tu dociera też do niego dziwna przesyłka nadana przez starego antykwariusza, który dba o to by rodzinne księgi pozostawały w rodzinie.

W ręce Simona trafia książka dokumentująca życie pewnego cyrku. Co mężczyzna może mieć z nią wspólnego? Może nic, a może wszytko, bowiem na kartach dziennika rozpoznaje nazwiska swoich krewnych, kobiet, które podobnie jak jego matka utonęły w młodym wieku.

Uwielbiam książki o rodzinnych tajemnicach, ale nie z cyklu ‚mój dziadzia był żołnierzem’, preferuję raczej historie mniej przyziemne, gdzie na jaw wychodzą tajemnice nie z tej ziemi.

Powieść Eriki Swyler bardzo silnie skojarzyła mi się z twórczością Isabelle Allende za czasów jej świetności, konkretnie z sagą rodziny De Valle począwszy od „Domu duchów”. Znacie?  Lubicie? W takim razie „Księga wieszcz” też powinna wpaść Wam w ręce.

Akcja powieści osadzona jest w czasach współczesnych, jednak retrospekcją sięga do końcówki XIX wieku, czyli poznamy spory przekrój historii.

Owa historia skupia się głównie na życiu cyrku i jego pracowników, czyli jest niezwykle barwnie. Wraz z Simonem poznajemy życie jego przodków, a jak się okazuje ród ma ciekawy rodowód. Sprawa wiąże się z mitycznymi postaciami syren, czy też rusałek – jak zwał, tak zwał – jest bardzo intrygująco.

Oczywiście pojawia się tu gro postaci pobocznych, równie barwnych i szalonych, posiadających niezwykłe właściwości.

Istotnym elementem jest wątek wróżbiarstwa, wyróżniony w tytule książki. Karty tarota poznały prawdę o rodzinie Simona nim ktokolwiek z jego krewnych zdołał się zorientować.

Jest tu też dużo smutku: morderstwa, samobójstwa, tragiczne wypadki, wieloletnie rozłąki z bliskimi. I nasz biedny bohater próbujący poskładać wszytko do kupy by uniknąć nieuniknionego.

Książkę czyta się fantastycznie choć styl nie jest jakiś wybitny, jest poprawny, lekki. Jeśli dodać, że książka stanowi literacki debiut autorki, możemy chyba powiedzieć, że mamy tu do czynienia z dużym talentem, zdolnością snucia wielowątkowej opowieści tak by zainteresować czytelnika i nie zgubić jego uwagi gdzieś po drodze.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca


Kolorowych snów

Before I wake/ Zanim się obudzę (2016)

before Iwake

Małżonkowie Jessie i Mark stracili syna. Okoliczności jego śmierci nie pozwalają Jess na wyzbycie się poczucia winy. Remedium na smutki a być ‚dziecko pocieszenia’, czyli adoptowany ośmioletni chłopiec, Cody.

Uroczy dzieciak szybko zjednuje sobie nowych rodziców. Gdy okazuje się, że jest dzieckiem niezwykłym obdarzonym talentem urzeczywistniania swoich snów Jessika wykorzystuje jego umiejętności do urzeczywistnienia wizji powrotu synka zza światów. Niestety, sny nie zawsze są kolorowe i sympatyczne, mały Cody ma swojego prywatnego Freddy’ego Kruegera.

„Befora I wake” jest filmem twórcy takich obrazów jak „Absentia„, czy „Oculus. Jego niedanym dokonaniem był też thrillerHush„.

To co w produkcjach Mike’a Flangana zawsze dopisuje to klimat. Nie brakuje mu też niezłych pomysłów, czego dowodem była niezwykle oryginalna fabuła „Absentii”. W „Before I wake” mamy i klimat i pomysł, jedyne czego zabrakło to grozy z prawdziwego zdarzenia. Podczas seansu z filmem towarzyszył mi raczej smutek, współczucie dla bohaterów niż lęk.

Mamy tu bardzo solidną dawkę dramatu w postaci szeregu tragedii jakich doświadczyli bohaterowie i z którymi próbują sobie radzić oraz sporą porcję fantasty. A gdzie horror?

Amatorzy kina grozy mogą być tym filmem sromotnie rozczarowani. Nie dlatego, że jest zły, nie dlatego, że źle zrealizowany czy nudny, ale dlatego że słabo spełnia rygory, które pozwalają mu zaliczyć się do grona horrorów. Film nie straszy i nie wiem nawet, czy straszyć zamierzał.

A mimo tego, mnie przypadł do gustu. Może jestem nazbyt wyrozumiała dla twórcy o którego można by wymagać znacznie więcej, ale cóż.

Fabuła filmu, owa dominująca warstwa dramatyczna przekonała mnie mimo pewnej banalności. Mamy rodziców którzy stracili dziecko. W ramach pocieszenia adoptują sobie chłopca w podobnym wieku co ich zmarły jedynak. Sympatyczny Cody również miał nieciekawe przejścia. Od śmierci matki tułał się po rodzinach zastępczych i każda adopcja kończyła się nieszczęściem. Rodzice chłopca znikali, lądowali w zakładach psychiatrycznych etc. Tu zaczynamy myśleć, że może z dzieckiem jest coś nie tak: popieprzony i zły, pomiot szatański, tymczasem naszym oczom ukazuje się Jackob Tremblay w którym zakochani są wszyscy widzowie nominowanego do Oscara „Pokoju”. Cody nie może być popieprzony i zły, ale nie znaczy to że wraz z jego pojawieniem się nie zaczną dziać się niepokojące rzeczy.

before Iwake

before Iwake

Niepokojące, czy zachwycające? Zgraja pięknych egzotycznych motyli latająca po salonie, czy zmaterializowana wizja martwego synka, który znowu się uśmiecha. Tajemnica adoptowanego chłopca zostaje rozwikłana. Cody potrafi urzeczywistniać swoje sny. Adopcyjni rodzice Cody’ego postrzegają to różnie. Mamusia najchętniej uśpiłaby Cody’ego na całą dobę zmusiła do wyśnienia jej martwego synka, ojciec zaś niepokoi się złymi snami Cody’ego i pragnie przywrócić mu spokój. Złe sny okazują się wyjątkowo niebezpieczne, pojawia się w nich coś na kształt demona. Demon porywa ludzi i nie zamierza opuścić Cody’ego.

Wstawki z udziałem demona są w zasadzie jedynymi elementami mogącymi przypomnieć widzowi, że ogląda horror. Są jednak dość liche, stuprocentowo komputerowe i na mnie nie zrobiły wrażenia, co innego gwałtowny powrót do warstwy dramatycznej filmu, który w prosty sposób wyjaśnia nam przyczynę złych snów chłopca. Tu znowu robi się bardziej smutno niż strasznie, ale jak mówię, nie przeszkadzało mi to, ostatecznie lubię dramaty. Moim zdaniem lepiej dostać dobry dramat z elementami fantasy niż chujowy horror pazurami trzymający się przymiotów swojego gatunku.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:0/10

W piwnicy u wujka

Controra/ Dom pełen cieni (2014)

controra

Megan i jej mąż Leo wracają w rodzinne strony mężczyzny by sprzedać odziedziczony po wuju dom. Na miejscu okazuje się, że spadkiem żywo interesują się brat Leo, Nicola więc to w jego ręce ma wpaść rodzinne dziedzictwo. Tymczasem martwy wuj, ksiądz i cudotwórca czeka na kanonizację. Sprawę bada wysłany z Watykanu duchowny, ale w pewnym momencie postacią wuja zaczyna interesować się także żona Leo. Wszystko wskazuje na to, że święty wuj nie był ‚święty’.

„Dom pełen cieni” to produkcja włosko-irlandzka. To thriller gdzie główną oś fabuły stanowi rozwikłanie rodzinnej zagadki.

Gdy bladolica Megan, wrażliwa artystka, trafia do włoskiej posiadłości, którą odziedziczył jej mąż zaczyna węszyć po kątach. Początkowo urzeczona domostwem, w końcu zaintrygowana jego tajemnicami.

controra

Dominują tu wątki obyczajowe, obraz relacji małżonków, relacji Leo z krewnymi, ale jest też trochę sytuacji nie z tej ziemi, właśnie za sprawą Megan. To właśnie kobieta zaczyna doświadczać dziwnych wizji, w których widzi młodą dziewczynę i księdza, wuja Leo. Przeglądając rodzinne fotografie napotyka na wizerunki osób, o których nikt nic nie wie, albo wiedzieć nie chce. Tropiąc kolejne gałęzie drzewa genealogicznego rodziny małżonka natrafia na pewne luki i nieścisłości. Wszystkie tropy prowadzą do spoczywającego w krypcie wuja.

controra

„Dom pełen cieni” na pewno nie jest dziełem wybitnym realizatorsko. Pomysł jest całkiem dobry, ale w realizację można było włożyć więcej serca.

Kuleją tu nieco wątki nadprzyrodzone, są bardzo mało czytelne i oszczędnie przedstawione, a jakby nie patrzeć to one mają być siła napędowa fabuły. Gdyby nie odjazdy Megan nikt by nie posądził świętego wuja o występne życie. Co się tyczy wątków dramatycznych, równie istotny, tu też widać dużo skrótów myślowych i dopiero finał historii pokaże o co tak na prawdę toczyła się gra. Można to uznać za element zaskoczenia ale równie dobrze można to odebrać jako niedoróbkę.

Finał jest dobry, jest mocny, ale prowadząca do niego droga była nazbyt wyboista, za bardzo rozwleczona.

Dużym plusem jest na pewno lokalizacja akcji, małe włoskie miasteczko, piękna posiadłość, ogromny, stary dom. Ma klimat. Aktorstwo nie jest najgorsze, ale raczej nikt nie zaskarbił tu sobie mojej szczególnej uwagi.

Generalnie jest to film który można sobie odpuścić, ale jeśli zdecydujecie się na seans z nim to też nie będzie to wybór najgorszy.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:0/10

Wyniki konkursu z Fear Zone

KONKURS FEAR ZONE – WYNIKI

fearzone

Moi Drodzy, z radością informuję, że troje z Was zostało szczęśliwymi posiadaczami podwójnych voucherów na wejście do Fear Zone w Warszawie. Kto dostał ode mnie maila ten już wie.

Vouchery trafią do Zbigniewa, Marty i Pauli, którzy napisali jakie słynne nawiedzone miejsce chcieli by odwiedzić:

„Spośród wszystkich rzekomo nawiedzonych miejsc odwiedzić chciałbym przede wszystkim sztuczne jezioro Qiandao, a ściślej – zatopione po ukończeniu elektrowni wodnej miasto Schicheng.

qiandao

Budowane w pierwszych wiekach naszej ery przetrwało aż do 1959 r., a jego zachowane w dobrym stanie szczątki (paradoksalnie zatopienie chroni przed erozją wietrzną) robią niesamowite wrażenie. Jeśli chodzi natomiast o „nawiedzenie”, związane jest ono ze śmiercią porwanych 32 turystów, którzy zginęli na jeziorze podczas pożaru łodzi wznieconego przez porywaczy.

W duchy nie wierzę, więc przy wyborze kierowałem się głównie atmosferą miejsca, potęgowaną przez skojarzenia z Atlantydą oraz przez wschodni rodowód architektury i zdobnictwa, którego przykłady pod powierzchnią jeziora Qiandao można podziwiać.”

 

” Amityville Home w Nowym Jorku, USA
Moim zdaniem jest to jedno z miejsc , które zarazem wywołuje przerażenie i wzbudza nieodpartą chęć odkryciaskrywanych przez lata mrocznych tajemnic. Nie bez powodu , nakręcono o tym miejscu film. Chciano ukazać tragiczna historie tocząca się w tym domu latami … 13 miesięcy po przeprowadzce Ronald junior zastrzelił sześciu członków swojej rodziny. Po 28 dniach wyszedł z domu, twierdząc, że był terroryzowany przez duchy i inne zjawiska paranormalne żyjące w tamtym domu.

amityville

Każda rodzina mieszkająca w tym konkretnym domu była skazana na tragedie jakiej się nie spodziewali przekraczając po raz pierwszy próg swojego nowego domu z nadzieja ze ….. będzie im się żyło lepiej.
Kolejna wstrząsająca historia :Jack Mając 17 lat, przestał chodzić do szkoły, pił i narkotyzował się. 14 listopada 1974 roku chłopak zaopatrzony w broń wszedł do sypialni rodziców. Oddał dwa strzały w głowę ojca i dwa w głowę matki. Później po kolei chodził do pokoi rodzeństwa. Zabił wszystkich. W końcu przyznał się, twierdząc, że zbrodni kazały mu dokonać jakieś dziwne głosy.
 Dom nie tylko oddzialowywuje na ludzka psychikę pobudza w niej znacznie więcej… kumuluje w sobie cierpienie i strach którymi się karmi .
Jeżeli tak : to pytanie jest tylko jedno Dlaczego chciałabym odwiedzić tak upiorne miejsce jak Amityvulle home.?
Odpowiedz jest prosta według mnie każdy odczuwa lek ,strach w unikalny sposób dlatego tez jeżeli pragnie poczuć ” to coś „ musi sięgnąć głębiej …do miejsca które ma historie ,które żyje własnym życiem a my jesteśmy intruzami wkraczającymi na ich terytorium. Może historii jak ta jest wiele ale to właśnie one powodują że jest w co wierzyć i czego się bać . Udowadnia ludziom ze zło naprawdę istnieje i skrywać się możne w najpozorniejszych miejscach, zależny tylko od nas czy je zauważymy … a to jak na nas wpłynie to już inna historia do opowiedzenia.
Możliwość odwiedzenia taniego miejsca poczucia niepewności i leku ,złączenie się z historią , dając nam możliwość postrzegania świata z szerszej perspektywy.
 
PS. możne i filmy były dobre ale to one tak naprawdę ukazały mi prawdę,inna niż wszystkie i sprawiły ze spośród tysięcy domów wariatów czy nawiedzonych szpitali wybrałam właśnie TO -miejsce bólu i rosnącego zła nie tyko skrywanych w przeszłości ale także ludzkich sercach.”

Jednym z ciekawszych miejsc wydają mi się katakumby pod Paryżem.

katakumby

Mawiają, że są to upiorne podziemia Paryża. Szczególnie interesujący wydaje się korytarz z milionami czaszek, ułożonymi jedna na drugiej, aż po sufit. Katakumby ciągną się przez wiele kilometrów.. Każdy stos szkieletów opatrzony jest tabliczką z wypisaną nazwą cmentarza i datą przeniesienia szczątek. Ponoć piorunujące wrażenie robi ten spacer wśród szczątek sześciu milionów ludzi. Refleksji nad przemijalnością życia mają zapewne służyć kamienne tabliczki z wygrawerowanymi sentencjami: „Jeśli widziałeś czasem śmierć człowieka, rozważ, że to samo czeka ciebie”, „Dla mnie śmierć jest zwycięstwem”, tak jakby zmarli chcieli nam przekazać swoje przesłania… Jednakże odwiedziny tego miejsca miałyby sens tylko poza godzinami otwarcia dla turystów… Kto wie… Może zmarli przekazaliby odpowiedzi na kilka nurtujących pytań.. a że jest ich tam sporo… szanse wydają się tym większe…”

Laureatom serdecznie gratuluję i dziękuję za wszystkie zgłoszenia.

Przypominam, że był to konkurs organizowany z okazji czterolecia działalności bloga.

Przeżyj sobie horror

Fear Zone : Strefa Strachu – Relacja

fearzone

Zgodnie z obietnicą, mam dla Was relacje z mojej wizyty w Warszawskim Fear Zone – Stefie Strachu.

Wybrałam się tam w piątek, wraz ze swoją strażą przyboczną, bo jednak w duchu jestem tchórz i jak ktoś mnie zaprasza dziesięć metrów pod ziemię to mam pewne obawy.

Dojazd do budynku, gdzie znajduje się owa atrakcja nie jest trudny, ale polecam zaopatrzenie się w jakiegoś Jansika, czy inną nawigację. Chyba, że jesteście Warszawskimi hipsterami wtedy żadne rewiry strefy Centrum nie powinny być Wam obce.

Zanim zostaniecie wpuszczeni w kanał, musicie podpisać cyrograf, w którym zrzekacie się przemocy fizycznej wobec napotkanych w Strefie Grozy stworów, to bardzo ważne, Moi Drodzy. Jak już zadeklarujecie, że będziecie grzeczni zaczyna się zabawa. Od czego? To było dość szokujące jak dla mnie. Nie powiem więcej, ogólnie niewiele powinnam Wam zdradzać, jeśli chodzi o szczegóły, żeby nie zepsuć fun’u.

Skupię się więc na moich subiektywnych wrażeniach.

Po pierwsze, jako cwana bestia ulokowałam się w środku wycieczki. Jeden towarzysz przecierał szlak, drugi obstawiał tyły, więc większość nieszczęść na szlaku dopadała właśnie ich. Nie przyznają się do tego, ale wyszli spoceni z emocji i wytrzeszczem gałek ocznych. Dzielni chłopcy.

Szliśmy więc w grupie trzyosobowej, więc było dość ciasno. Ciągle ktoś na kogoś wpadał, trzeba było pilnować się żeby nie odłączyć się od grupy.

Nad naszym bezpieczeństwem czuwała osoba z obsługi pilnująca tego, co dzieje się na monitorach – tak wszytko jest nagrywane – więc tchórze więksi ode mnie mogę odetchnąć z ulga, bo w razie zapaści, czy innego nieszczęścia będziecie ratowani. Istnieje też coś takiego jak hasło bezpieczeństwa, więc jeśli będziecie już krańcowo przerażeni, wystarczy je krzyknąć z zostaniecie odprowadzeni do mamusi;)

Z tego co usłyszałam od organizatorów atrakcji były grupy, które odpadały już w przedbiegach, więc nie ma czego się wstydzić.

My wytrwaliśmy do końca. Spędziliśmy tam równo półgodziny, choć wydawało mi się, że minęło raptem dziesięć minut.

Gdy schodzicie do podziemi jest całkiem ciemno, otrzymacie lichą latareczkę. Korytarze są ciasne, ciemne, pełno kurzu, coś śmierdziało.  Żeby przejść od popieszczenia do pomieszczenia musicie jakoś sforsować drzwi, łatwo nie jest, trzeba się naszperać w ciemności, znaleźć klucze etc.

Oczywiście co i rusz jesteście atakowani, przez co? Chyba przez wszytko.Ja miałam wrażenie, że atakują mnie nawet ściany. Pojawiają się tu postaci ze znanych horrorów, wyglądają bardzo… żywo i niektórzy wpadają z takim impetem, że można dostać zawału.

Nie zaznacie tam spokoju, bo co chwilę coś Was spotyka. Pełen zakres wrażeń somatycznych. Wcale się nie dziwię istnieniu cyrografu, bo autentycznie w panice można komuś zrobić krzywdę.

Wystrój Strefy jest zajebiaszczy, bardzo horrorowy, każde pomieszczenie jest dopieszczone, stosownie klimatyczne. Ile jest ich w sumie? Nie mam pojęcia, zostaliśmy przepędzeni przez nie jak przerażone bydło i nikt nie liczył, ani czasu ani nie szacował objętości przestrzeni. Niektóre z atrakcji zapamiętam na bardzo długo, a i tak, jak wspomniałam mnie atakowano najmniej, bo skutecznie się ukrywałam za towarzyszami;)

Jeśli chodzi o poziom straszności to otrzymaliśmy wersję standard. Poziom straszenia jest dostosowywany do grupy, jeśli na monitoringu widać, że grupa jest oporna na lęk wytaczane są cięższe działa, analogicznie w sytuacji, gdy grupa jest wyjątkowo tchórzliwa, wtedy traktowani są bardziej lajtowo.

Osobiście w pełni polecam. Koszt wejściówki jest niewielki, a wrażenia murowane. Zamiast oglądać horror, możecie go przeżyć;)

Będę poszukiwać tego rodzaju atrakcji i w miarę możliwości zwiedzać takie miejsca. Chcecie mi coś polecić, śmiało, piszcie.

Jeśli jesteście zainteresowani udziałem w takiej wyprawie zapraszam na stronę: http://fearzone.pl/ lub fanpage: https://www.facebook.com/Fearzone/  po dalsze instrukcje.

Udział w wyprawie możecie również wygrać w moim blogowym konkursie. Macie jeszcze czas do jutra. Szczegóły TU.