Miesięczne archiwum: Lipiec 2016

Złapmy sobie ducha

The Dead room (2015)

deadroom

Trójka łowców duchów przybywa do porzuconego domu w górach, gdzie rzekomo dochodzi do nadprzyrodzonych zjawisk. Jego lokatorzy przepadli bez wieści. Medium Holly, sceptyczny naukowiec Scott i technik Liam mają zbadać sprawę.

“Dead room” to kolejny nic nie wnoszący straszak, którego fabułę zbudowano na popularnej konwencji przygód badaczy zjawisk nadprzyrodzonych w nawiedzonym domu.

deadroom

Szczęśliwie nie jest to paradokument, niemniej jednak wyżyn owa produkcja nie osiąga.

O ile obraz, sposób prowadzenia kamery, dobór lokalizacji, scenografia, czy udźwiękowienie robią raczej niezłe wrażenie, podobnie jeśli chodzi o tak zwane straszne momenty, o tyle scenariusz i aktorstwo to totalne szyderstwo z gatunku grozy. W tych kwestiach amatorszczyzna daje po oczach aż miło.

W dialogach brak płynności, naturalności, jakby obsada nie mogła spamiętać swoich kwestii i co chwilę zacinała się lub próbowała improwizować z nie do końca dobrym skutkiem.

Bohaterzy, skrojeni podłóg schematu są niemal przezroczyści. Nawet w momentach, które powinny wzbudzić w nich większe emocje, oni zachowują się jak kukły. Efekt tego jest taki: jeśli Wam jest wszytko jedno, widzowi tym bardziej.

deadroom

Fabuła, również podlegająca znanemu schematowi rozwija się dość ślamazarnie, jak na 80 minutowy film. Dużo bzdurnego gadania, trochę fajnych zagrywek, przewidywalny twist fabularny i finał z trudem wygrzebany z tyłka scenarzysty.

Myślę, że osoby odpowiedzialne za udane aspekty technicznej tejże produkcji czym prędzej powinni pożegnać się z niezbyt uzdolnionym duetem odpowiedzialnym za warstwę fabularną “Dead room” i spełniać się gdzie indziej, bo aż ich szkoda.

Plusów ma ten film niewiele, ale jeśli ktoś koniecznie chce obejrzeć jakiś film o takiej tematyce może spróbować. Zdjęcia są fajne, kolorystyka obrazu tworzy dobrą podwalinę dla zbudowania klimatu, więc zawsze to już coś.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:4

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:4

Oryginalność:3

To coś:4

43/10

W skali brutalności:0/10

Już bez żalu

Purgatorio/ Czyściec (2014)

czysciec

Małżeństwo, Marta i Luis wprowadzają się do nowego mieszkania. Tego samego dnia mężczyzna musi iść na nocna zmianę do pracy. Marta nie chce zostawać sama, trawią ją lęki, boi się zasnąć, ale nie ma innego wyjścia.

Gdy zostaje sama do jej drzwi puka sąsiadka. Małżonek sąsiadki właśnie trafił do szpitala i ta prosi Martę by zajęła się jej synkiem Danielem gdy ona uda się do męża. Marta niechętnie godzi się pomóc i szybko tego pożałuje.

“Czyściec” to bardzo oszczędny horror. Oszczędny w formie, ale już nie we wrażeniach. To dość krótka historia kobiety, pogrążonej w żalu po stracie. Żal ten odżywa w sytuacji kryzysowej, jaką okazało się spotkanie z małym sąsiadem. Gdy Daniel przekracza próg jej domu, szczeniacka bezczelność aż od niego bije. Marta zaś wygląda nam na osobę na granicy załamania. Bardzo łatwo wyprowadzić ją z równowagi, a chłopiec robi to bardzo skutecznie.

czysciec

Oszczędna, żeby nie rzec hermetyczna przestrzeń na jakiej rozgrywa się akcja filmu to strzał w dziesiątek jeśli chodzi o moje upodobania. Wszytko rozgrywa się w pustych jeszcze pokojach nowego mieszkania Marty i ciemnej klatce schodowej. Karty rozdano na dwoje, nasza bohaterka i dzieciak. Daniel to typowy mały skurczybyk, ale kto wie co siedzi mu w głowie? Martę jeszcze trudniej rozgryźć. Kto dla kogo jest większym zagrożeniem? Chłopiec, który igra z cierpieniem obcej kobiety, czy kobieta gotowa uwierzyć we wszytko co pomoże zmniejszyć uczucie żalu?

czysciec

To bardzo psychologiczne kino oparte na niejednoznacznych sygnałach. Tak naprawdę nie wiem czy może spodobać się komuś kto szuka rozrywki, bo wartkiej efektownej akcji tu nie znajdzie. Nie wiem na ile go polecać na ile odradzać.

Wg. mnie “Czyściec” się udał i to przynajmniej z kilku powodów. Pomysł był dosyć niebezpieczny, bo cała opowieść oparta została na znajomości Marty i Daniela. O Marcie dowiemy się niewiele, o Danielu jeszcze mnie. Film nazwano horrorem, ale akcji typowych dla horrorów tu nie znajdziemy. Pojawi się wątek ducha, ale przedstawiony bardzo… detalicznie. Więcej tu znaków zapytania niż odpowiedzi. Nawet finał nie rozwiał zrodzonych po drodze wątpliwości. Dla mnie to plus, ale równie dobrze ktoś może powiedzieć – film o niczym, zmierzający donikąd i ciężko mieć pretensje to taki właśnie odbiór. Pewnym plusem jest  na pewno aktorstwo. Marta i Daniel tworzą bardzo ciekawy duet, aż kipi tu od emocji.

Cóż mogę powiedzieć, hiszpańskie kino przyzwyczaiło nas raczej do innego rodzaju kina grozy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:7

68/100

W skali brutalności:0/10

Gotyk po nowemu

Penny Dreadful/ Dom grozy – Sezon 1-3 (2014-2016)

penny dredful

W wiktoriańskim Londynie dzieją się potworne rzeczy. Groza zdejmuje zarówno arystokratów jak i plebs. Każdy może tu spotkać potwora, każdy może stać się potworem. Niektórzy urodzili się z upiornymi darami, inni zostali poprowadzeni w otchłań. To tu dochodzi do spotkania z legendarnym Draculą, dotkniętym klątwą wilkołakiem, samotnym potworem Frankensteina, równie samotnym Frankensteinem, opętaną niewiastą, wiedźmami nawiedzającymi noce, wiecznie pięknym Dorianem Gray’em i samym Lucyferem.

“Penny Dreadful” był jednym z najczęściej polecanych mi serialów przez czytelników bloga. Już po premierze pierwszego sezonu dochodziły do mnie głosy zachwytu. Ale ilekroć słyszałam, że w serial telewizyjnym mam obcować z klasyką literatury gotyckiej, mam przełknąć jakieś hollywoodzkie innowacje w fabule “Draculi” czy “Frankensteina” zęby zaciskały mi się z niechęci.

Za dużo razy widziałam jak pazerni amerykanie wycierają sobie gęby tymi pięknymi historiami robiąc z nich karykatury dostosowane do komercyjnych wyborów widowni. Widowni, która najczęściej i tak nie znała oryginałów wykorzystywanych dzieł i miała je w dupie -Dracula to taki kuzyn Edwarda, nie?

Zapierałam się więc rękami i nogami przed “Penny Dreadful”. Paradoksalnie okazało się, że serial, który nawet swoim tytułem nawiązuje do taniej literatury grozy popularnej w robotniczych dzielnicach wiktoriańskiego Londynu, wcale nie krzywdzi klasyki, nie odwraca się do niej dupą i nie ośmiesza ku uciesze gawiedzi.

penny dredful

Teraz mi jest nawet przykro, że obejrzałam już trzy sezony i następnego nie będzie. Tyle jeszcze można by z tego pomysłu wyciągnąć!

Jak wspomniałam moje największe obawy budziły kreacje postaci w scenariuszu serialu. Główną bohaterką filmu jest niejaka Vanessa Ives, młoda arystokratka o zdolnościach paranormalnych. W jakiś sposób umie nawiaząc kontakt z ‘tama stroną’, czy też może ‘tamta strona’ uparcie nawiązuje kontakt z nią. Poznajemy ją, gdy wraz ze starszym gentlemanem prowadzi poszukiwania swojej przyjaciółki, Miny. Gentleman, sir Malcolm jest ojcem zaginionej. Już na sam dźwięk imienia Mina, powinna Wam się zapalić, lampka: aha, oblubienica Draculi. I faktem jest, że Mina została poniesiona w ciemność przez jej księcia. Nie mniej jednak, to właśnie Vanessa jest głównym obiektem zainteresowań wszelkich złych mocy. Poszukiwanie zaginionej kumpeli to dopiero początek. Dzięki temu wątkowi poznajemy całą ‘grupę zadaniową’ do której dołącza rewolwerowiec o wyjątkowo dwoistej naturze oraz młody doktor marzący o wskrzeszaniu zmarłych. Gdzieś tam dobrze bawi się też Dorian Gray znany z “Portretu Doriana Gray’a, a w ostatnim sezonie trafi się jeszcze doktor Jekyl.

O ile nasza główna bohaterka nie ma wyraźnego pierwowzoru w literaturze o tyle większość postaci jest żywcem wyciągnięta z gotyckiej klasyki. Podobnie jest zresztą z większością serialowych wątków. Tematem przewodnim jest oczywiście nieśmiertelna walka dobra ze złem. Vanessa robi tu za przedmiot targu między jasną a ciemną strona mocy i gdyby nie bardzo dobrze zbudowana psychologia tej postaci było by bardzo licho,  typowo.

penny dredful

Zresztą, zanim dobrze poznamy tą historię trochę się schodzi. Osobiście nie byłam wcale oczarowana sezonem pierwszym. Dopiero stopniowe dobudowywanie wątków, wikłanie relacji między postaciami sprawiło, że wsiąkłam.

Dla mnie hitem jest postać potwora Frankensteina. Wiecie już chyba, że uwielbiam powieść Mary Shelly, a nad losem jej bohatera roniłam łzy. W serialu ta postać jest znacznie rozbudowana. Oczywiście pojawią się nieścisłości, cóż, ale nie wypadają one na niekorzyść. Postać potwora, wzrusza jeszcze bardziej, a co ciekawe nawet Victor Frankenstein bardziej przekonał mnie do siebie. Po lekturze powieści bardzo go znielubiłam, tu dał się poznać lepiej. O bohaterach i ich decyzjach trudno coś jednoznacznie powiedzieć. Kto zły, kto dobry, to raczej nie rozstrzygnięta kwestia, historie, które niosą ze sobą postaci wcale nie są proste.

penny dredful

Kurczę, ogólnie ten serial jest cholernie smutny. Dramatyzm jest bardzo żywy mimo tej sztucznie nadbudowanej warstwy paranormalnej, która napędza wydarzenia.

Nie da się ukryć, że jest to zasługa aktorstwa, zdecydowanie z wyższej półki. Wizualnie produkcja także robi dobre wrażenie. Obraz Londynu jest taki jaki pamiętamy z wykorzystanych tu powieści. Jest mroczny, tajemniczy, wielowarstwowy. Arystokratyczne salony, i śmierdzące palarnie opium, wystawne przyjęcia i powolne konanie w zaułkach. Po za wizualnym wrażeniem jest też kontekst wydarzeń, tych marginalnych, tych w tle, społeczne problemy wyłożono bardzo drastycznie.

Obok filmowej muzyki też nie da się przejść obojętnie, niejaki Abel Korzeniowski wymiata. Zdjęcia to dzieło tego samego człowieka, który wyczarował mi “Downton Abbey”, zaś nad całą produkcją czuwał scenarzysta “Gladiatora”, producent “Sweeny Todda” wraz z Samem Medesem którego twórczość kocham bezwarunkowo.

Tak, polubiłam “Penny Dreadful” i kajam się za moje uprzedzenia.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:9

Walory techniczne:10

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

77/100

W skali brutalności:2/10

Ciało bez duszy

I Walked with a Zombie/ Wędrowałem z zombie (1943)

wędrowałem z zombie

Młoda, urodziwa Betsy ma rozpocząć pracę w charakterze pielęgniarki nieuleczalnie chorej żony plantatora z Karaibów. Przybywa zatem do jego domu i ze zgrozą poznaje dziwną naturę schorzenia jakie przypadło jej podopiecznej, Jessice.

Chora przypomina kukłę bez duszy. Je jeśli się ją nakarmi, porusza się mechanicznie, albo wcale, milczy i patrzy w dal pustym wzrokiem.

Betsy poznaje też resztę rodziny, wszyscy pogrążają się marazmie i chyba nic nie jest w stanie im pomóc. Ostatecznie jedynym ratunkiem dla chorej i jej bliskich wydaje się udział w rytualne Voodoo, który miałby przywrócić Jessice dusze, a jej bliskim spokój i szczęście.

wędrowałem z zombie

Nie jestem fanką zombie movie, to już za pewne zauważyliście. Współczesne podejście do tej tematyki zupełnie mi nie leży, ale żeby zupełnie nie odwracać się od tego cennego dla kultury grozy wątku szukam wizji opartych na staromodnym postrzeganiu zagadnienia zombie.

Za cel postawiłam sobie zapoznać się z zombie movie z przed ery Romero i tak złowiłam pierwszy z filmów “Wędrowałem z zombie”.

Usłyszałam, że jest to obraz bardzo zdolnego reżysera, twórcy między innymi “Ludzi kotów”, który pod przewodnictwem bardzo interesującego producenta nakręcił właśnie “Wędrowałem z Zombie”.

Val Lewton producent i pomysłodawca projektu pracował w studiu Selznica – tak, tego typa o ciężkim charakterze – i to właśnie on powierzył Rosjaninowi wyprodukowanie kilku krótkich niskobudżetowych horrorów. Ten czym prędzej zlecił pracę zdolnemu francuzowi. Rzucił mu temat, a ten, nie skłonny oddawać się grotesce jaka kojarzy się z kinem klasy B postanowił nakręcić horror inny niż wszystkie, a jednak spełniający założenia producenta. Ma być zombie, będzie zombie, ale obleczone w ramy romantycznej, metafizycznej historii.

Szkoda, że współcześni twórcy zombie movie wolą iść na łatwiznę.

“Wędrowałem z zombie” nie jest więc horrorem w stylu Hammera i jemu podobnych. Nie wiem nawet jak określić ten styl, jest tak inny. Jakbym si uparła i koniecznie chciała do czegoś porównać to dzieło, postawiłabym na filmy Hichcocka, ale to z dużym dystansem.

Z drugiej strony scenariusz Curta Sidomaka (“Wilkołak” ’41) przypomina fabułę powieści sióstr Bronte, czy “W kleszczach lęku” Jamesa.

Groza jest tu przemycana bardzo subtelnie i ma bardziej romantyczny, czy metafizyczny wymiar. Od pierwszych filmowych scen w dialogach przewijają się tematy związane ze sposobem pojmowania życia i śmierci.

Gdy Betsy, zachwycona światem i po kobiecemu delikatna styka się z mrocznym światem karaibskiej plantacji jej policzki bledną, a ona jest rozdarta między chęcią pomocy przystojnemu chlebodawcy, a podejrzeniami o jak najmroczniejsze poczynania członków rodziny Jessiki.

W filmie pojawiają się sceny, gdzie gości groza, ale znowu nie jest ona taka jak w typowym zombie movie.

wędrowałem z zombie

Trzeba zacząć od tego, że “Wędrowałem z zombie” postrzega motyw żywego trupa zupełnie inaczej. Nie mamy tu gnijących zwłok, do których trzeba wywalić ze strzelby prosto w łeb, a lunatyczną piękność, której umysł zatrzasnął się na zewnętrzne bodźce.

Jessika snuje się nocami po domu, jakby w transie i to właśnie te ujęcia możemy nazwać stricte horrorowym zgraniem.

Wreszcie pojawia się motyw magii Voodoo jako przyczyny stanu Jessiki i jednocześnie jedyny dla niej ratunek. Tu sprzedano  nam kolejną porcję scen mogących wprowadzić stosowny dla gatunku nastrój. Widzimy czarnoskórego mężczyznę, który w swoim szamańskim tańcu manipulując lalką wyciąga z domu żonę plantatora.

wędrowałem z zombie

I na koniec finał, podsumowujący wszytko, ale nie wyjaśniający tego co powinno zostać w sferze tajemnicy. Gdyby pokuszono się w tym miejscu o klarowne wyjaśnienie całego problemu to tak jakby Hollywood chciał nam objaśnić zagadkę życia i śmierci. Poprzestano więc na słowach pożegnania i scenie samobójstwa.

wędrowałem z zombie

“Wędrowałem z zombie” ma tak niesamowity klimat, jest tak pięknie zrobiony, że choćby ze względu na to wato go obejrzeć. Widać, jednak zombie może mieć inną twarz.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:9

To coś:7

71/100

W skali brutalności:0/10

Życie zaczyna się po setce

The Glow/ Żar (2002)

żar

Młode małżeństwo Matt i Jackie wprowadzają się do apartamentu w kamienicy należącej do pary staruszków, Arnolda i Phoebe Janusz. Odkąd ich drogi się skrzyżowały życie młodych małżonków jest jakby łatwiejsze. Niezwykle żywotni staruszkowie zaprzyjaźniają się z młodymi i udzielają im wielu cennych rad i pomagają w kłopotach. Szczególnie Arnold wydaje się bliski Mattowi.

W pewnym momencie ta znajomość zaczyna przerastać Jackie, która doszukuje się w dobrotliwości staruszków złych intencji. Kiedy okazuje się, że nie są jedynymi młodymi ludźmi, których Arnold i Phoebe przygarniają pod swoje skrzydła Jackie jest już pewna, że ich dobroduszność ma drugie dno.

“Żar” jest produkcją telewizyjną stworzoną przez Craiga Baxleya (“Czerwona różna“, “Sztorm stulecia”) i Gary’ego Shermana (“Linia śmierci“, “Martwy i pogrzebany“).

Jest to thriller, który swoją fabułą łudząco przypomina “Dziecko Rosemary. Oczywiście zagrożenie przed jakim stają młodzi małżonkowie w przypadku “Żaru” ma inne podłoże, ale wiele innych wątków dokładnie się zgadza.

Przede wszytkim, to bohaterzy. Mamy tu Matta i Jackie. Młodzi, bezdzietni, nie zamożni, nie mający krewnych. Matt marzy o zrobieniu kariery, Jackie pragnie dziecka. Gdy Matt poznaje w parku Arnolda i Phoebe życie jego i jego młodej żony zmienia się na lepsze. Wynajmują od starszej pary przytulne mieszkanko o wysokim standardzie, sytuacja zawodowa Matta poprawia się i nawet Jackie udaje się zajść w ciążę.

Wydaje się, że wszytko zmierza ku lepszemu. Ale… No właśnie. Jackie zaczyna się niepokoić o swojego małżonka, który znajduje się pod coraz silniejszym wpływem Arnolda.

Inną bardzo niepokojąca sprawa jest znikniecie innego młodego małżeństwa, które również podnajmowało mieszkanie od Januszy. Z resztą nie tylko Janusze sprawiają problem ich znajomi, równie starzy co witalni również budzą niepokój Jackie. To właśnie ona podejmuje próbę zgłębiania tajemnicy nowych przyjaciół i to ona odkryje to co skrywają starsi ludzie.

żar

Jak na produkcje telewizyjną film wypada całkiem klawo. Fajnie się go ogląda, fabuła jest spójna i wiemy, że zmierza do konkretnego punktu, w którym wszytko stanie się jasne. Scenariusz skonstruowany jest wręcz podręcznikowo. Problem w tym, że główny motyw, cała zagadka nie jest zbyt odkrywacz. Łatwo domyślicie się o co też może chodzić Arnoldowi i Phoebe. Produkcji z tego typu antagonistami mamy mnóstwo. Sama oglądałam dwa filmy z bliźniaczym wątkiem w jednym tygodniu, więc można mówić nawet o przesycie tego tematu.

żar

Ale cóż, mimo tego film może się podobać. Filmowe tło, charakterystyki bohaterów są bliskie temu co stworzył Ira Levin i co Polański przeniósł na srebrny ekran. To może być wada, to może być zaleta, zależy jak na to spojrzeć. Jakby nie patrzeć “Dziecko Rosemary” to wspaniały obraz i naśladowanie go nie jest takim głupim pomysłem, jeśli chcieć się przypodobać widzom. Ale z drugiej strony, czy takie kopiowanie jest godne uwagi?

Ocenić możecie sami. Seans z “Żarem” nie będzie najgorszym rozwiązaniem na zabicie czasu, ale jeśli macie ciekawsza alternatywę to przez olanie go wiele nie stracicie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:6

54/100

W skali brutalności:1/10