Miesięczne archiwum: Sierpień 2016

Gdy opętał Cię demon

Zbaw nas ode złego – Lisa Cool, Ralph Sarchie

zbaw nas ode zlego

Filmowy horror pod tytułem “Deliver us from evil” twórcy słynnych “Egzorcyzmów Emilly Rose” zna zapewne większość z Was. Większość z Was wie też, że pod tym samym tytułem została wydana książka, której autorem jest, tak, bohater wspomnianego filmu, Ralph Sarchie nowojorski policjant.

Tu od razu mogę Wam powiedzieć: książka to jedno, film to drugie.

Reżyser horroru w pewnym stopniu inspirował się historiami jakie w swojej biograficznej powieści porusza Sarchie, ale finalnie obie rzeczy mają ze sobą niewiele wspólnego.

Film oglądałam dość dawno, ale teraz w konfrontacji z książką nie mogę sobie przypomnieć by filmowa historia opętania pojawiła się, w którymkolwiek z czternastu książkowych rozdziałów.

Każdy ze wspomnianych rozdziałów opowiada historie jednej z nadprzyrodzonych spraw w jakich brał udział nasz narrator i bohater, Ralph. W swojej pracy policjanta widział nie jedno, co często podkreśla w rozlicznych dygresjach, jednak w “Zbaw nas ode złego” skupia się na swoim drugim fachu, pracy przez duże “P”, czyli roli demonologa.

Czytając historię początków jego kariery nie mogłam oprzeć się wrażeniu, jak łatwo w Stanach zostać demonologiem. Naoglądaj się w dzieciństwie horrorów, naczytaj książek o opętaniach, aż w dorosłym życiu w ręce wpadnie Ci, opisywana przeze mnie wcześniej książka Demonolodzy – Ed i Lorriane Warren” i już. Teraz wystarczy zadzwonić do wspomnianej Lorriane Warren, naczelnej medium Ameryki i powiedzieć, że czujesz powołanie do wypędzania diabła. Z jej błogosławieństwem zakładasz własną organizacje do przepędzania złych duchów i do dzieła.

Tak to mniej więcej wyglądało w przypadku Ralpha, który po trzydziestce poczuł, że Bóg go wzywa. Został więc gorliwy katolikiem i obecnie jednym z popularniejszych demonologów w Stanach. Podobnie jak niegdyś małżeństwo Warrenów udziela wywiadów, daje wykłady.

Napisał też powyższą książkę. Nie jest to powieść fabularna, raczej coś w stylu literatury faktu. Autor opisuje szereg potyczek z demonami w jakich brał udział, opisując szczegółowo swój wkład w boskie dzieło.

O ile w książce “Demonolodzy” nieco drażniła mnie żarliwa religijność jaka biła z przytaczanych wypowiedzi Ed’a Warrena tak tu owa religijność w narracji Ralpha trąci wręcz fanatyzmem.

Niewątpliwie interesujące historie opętań jakie przytacza narrator są co chwile przerywane dygresjami o charakterze ‘deklaracji wiary’. Słowo “Bóg” pojawia się tu częściej niż “demon/ diabeł/szatan”. Praktycznie każdy akapit jest podsumowywany na zasadzie ‘Wiara moim orężem/ Kto nie wierzy temu biada/ Tylko prawdziwie wierzący mogą uniknąć ataku demona’ itp. itd. Już pomijając wydźwięk tych zdań, takie uporczywe powtórzenia, warstwowo kładzione dygresje bardzo szkodzą stylowi książki.

Ralph przyznaje, że jego książka kierowana jest do ludzi o silnej wierze religijnej – to uczciwe z jego strony. Jednak książka w Polsce promowana jest okładką filmową, czyli stanowi zapowiedz horroru z krwi i kości, gdzie demony szaleją i nikt nie klepie Cię co chwilę po ramieniu zapewniając o Bożym miłosierdziu. Stąd też może trafić na nie do końca odpowiednią grupę odbiorców, po prostu na poszukiwaczy grozy, jak ja.

Ci mogą się rozczarować, bo jak wspomniałam, więcej tu Boga niż diabła. Ja osobiście miałam odczucie, że ktoś mnie za chwilę zatłucze krucyfiksem. Momentami bardziej bałam się narratora i jego żarliwej religijności niż zgrai przepędzanych demonów.

Nie jest jednakże tak, że fani grozy nic tu dla siebie nie znajdą. Mamy tu 14 rozdziałów, czternaście historii najróżniejszych nawiedzeń i opętań. Do tego całkiem spore kompendium wiedzy jak z owymi demonami sobie radzić. Niektóre historie są naprawdę mocne i gdyby opisał je ktoś inny, bardziej ogarnięty literacko, może trochę mniej religijny, było by bardzo dobrze.

Niestety fragmenty, w których Ralph z powagą wyznaje, że wiesza na szyi zwierzętom domowym łańcuszki z wizerunkami świętych by chronić je przed demonami, skutecznie burzą wszelką grozę;)

Niestworzonych teorii o charakterze religijnym Ralph przedstawia zresztą całkiem sporo, więc ciężko mi było traktować go serio. Abstrahując od mojego niedowiarstwa i pewnej antypatii jaką wzbudził we mnie bohater, jeszcze raz powtórzę – historie ze sporym potencjałem horrorowym, który jednak nie został użyty.

Moja ocena:5/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Esprit

esprit

Jedźmy na obóz!

Summer Camp (2015)

summer camp

Dwie czarowne Amerykanki przybywają na hiszpańską prowincję by wypełnić wakacyjny czas pracą w charakterze opiekunek na obozie językowym. Tu wraz z dwoma kolegami przygotowują się do pracy, gdy nieoczekiwanie jednemu po drugim zaczyna odbijać. Krwawe mordy, obłęd w oczach i walka o przetrwanie.

“Summer camp”, jak wskazuje już sam tytuł filmu, miał nawiązywać do znanej konwencji camp slasherów – mojej ulubionej odmiany horrorwych rąbanek.

Pod tym względem swoje zadanie spełnia, choć twórcy nie silili się na odwzorowanie uroku lat ’80 – złotej ery takowych produkcji – postawili na współczesność. Przez to “Summer camp” nie bardzo zbliża się do klimatu typowego camp slashera, ale tworzy swoją własną atmosferę opartą na czasem bardziej czasem mniej udanej grze z konwencją.

Pierwszy rzut to rozpoznanie, czyli przedstawienie urokliwej okolicy, starej hiszpańskiej hacjendy no i gospodarzy imprezy, czyli czwórki klasycznie skrojonych bohaterów. Mamy tu Michelle – równiachę, ‘dziewczynę z sąsiedztwa’,  Chrisy – nadętą egoistkę z perfekcyjnie wyprostowanymi włosami, Antonia – Hiszpańskiego lowelasa, który planuje czym prędzej wypuścić swojego ptaka na łowy i sympatycznego okularnika Willa. Już wiemy kogo mamy lubić, kogo nie. Czas na wprowadzenie antagonisty.

summer camp

I u moi Drodzy za pewne nasunie Wam się skojarzenie z Cabin fever“, bo głównym zagrożeniem dla życia bohaterów będzie zaraza. No i fajnie, ale posłużono się tu dość klasycznym obrazem horrorowej choroby – zombizm, albo coś w podobie. Każdy kto zostanie zainfekowany zmienia się w żadną krwi bestię. Żeby nie było do końca nudno blado i typowo scenariusz nieco zmodyfikował ten motyw.

SPOILER: Otóż, żaden z bohaterów po zetknięciu się z toksyczną substancją nie umiera. W związku z tym nie jest to zombie w tradycyjnym rozumieniu. Bardziej przypomina to wściekliznę. KONIEC SPOILERA

Nie potrzebujemy więc zewnętrznego antagonisty, który wyłazi z lasu i macha siekierą. Jest to partia na czworo. Bohaterzy są jednocześnie antybohaterami, atakują siebie nawzajem. Będą żwawe sceny walk i pościgów, ale to nie wszytko, bo mamy kolejną zmyślna zagrywkę.

SPOILER: Efekt działania trucizny jest krótkotrwały. Jak działanie prochów lub innych substancji psychoaktywnych. Po mniej więcej 20 minutach szaleństwa osoba chora wraca do normalności i nie pamięta, że przed chwilą kogoś uszkodziła. KONIEC SPOILERA.

summer camp

Ten zabieg, owa innowacja w przebiegu choroby rozwiązała problem zbyt szybkiego rozwiąznia akcji. Bo jak można przez półtorej godziny uśmiercać cztery osoby? Toż to nuda i bida. Dlatego w klasycznych camp slasherach mamy pokaźną liczbę ofiar i giną sobie biedactwa po kolei.

Tu, dzięki takiemu a nie innemu przebiegowi choroby tworzy nam się niezłe zamieszanie. Fajne zamieszanie, trochę taka komedia pomyłek. Każdy chce zabić każdego i nie wiadomo kto przyjaciel kto wróg. Mnie to przekonało. Finał rozgrywki nie jest wesoły, zostaje zadany mały cios w tradycję final girl, po czym wracamy do klasycznego trybu: oj, będzie jeszcze gorzej.

“Summer camp” stanowi niezłą rozrywkę choć, nie wszystkim się spodobał. Oceny są raczej mało przychylne, ale ja się do nich nie przyłącze, bo to całkiem klawy straszak, jeśli nie postawicie mu zbyt wygórowanych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:2/10

Wyniki konkursu

WYNIKI KONKURSU

maraton grozy

Konkurs rozstrzygnięty. Otrzymałam dużo zgłoszeń osób chętnych na seans w Heliosie i ani jednej duszy, która połakomiłaby się na seans w Cinema 3D – czy z tym kinem jest coś nie tak?;)

A więc podwójne zaproszenia do Kina Helios wędrują do:

1. Marty (Białystok)

2. Kamila (Łódź)

3. Moniki (Nowy Sącz)

Sumienie nie da ci zasnąć

La culpa/ Klinika (2006)

klinika

Lekarka Ana przygarnia pod swój dach samotną matkę, Glorię. Z uwagi na to, że Ana prowadzi w domu prywatną praktykę ginekologiczną oferuje Glorii pracę w charakterze pielęgniarki. Kobiety zaprzyjaźniają się się. Ana darzy dużą sympatią córeczkę Glorii, Vicky.

Wkrótce Gloria przekona się na czym polegać będzie jej praca – ni mniej ni więcej będzie asystować przy nielegalnych aborcjach, ale na tym nie kończą się podejrzane wydarzenia w domu Any.

klinika

Horror “Klinika” należy do hiszpańskiej serii “Filmów, które nie dadzą ci zasnąć”, czyli takiego hiszpańskiego odpowiednika “Mistrzów horroru”.

Przebrnęłam już przez wszystkie oferowane przez serię obrazy, “Klinika” wpadła mi w ręce jako ostatnia i niestety nie pozostawiła po sobie najlepszego wrażenia.

Nie jest to film zły, ale odbiega od poziomu jaki oferowały pozostałe produkcje. Co tym bardziej dziwi, jest to produkcja twórcy słynnego “Czy zabił byś dziecko?”. Oczywiście jestem w stanie wybaczyć tę zniżkę formy sędziwemu reżyserowi, który nakręcił “Klinikę” po piętnastu latach przerwy od pracy.

Podobnie jak w przypadku najsłynniejszego obrazu Hiszpana i ten film opiera się na dylemacie: ja, czy dziecko. Oczywiście tu sprawa wygląda z goła inaczej, bo żadna ze skrobanych pacjentek Any nie zgłaszała, że ciąża zagraża jej życiu, więc w tym przypadku nie można powiedzieć, że dzieci są tu antagonistami.

Nie mniej jednak filmowa fabuła wskazuje na pewien pojedynek między nienarodzonymi, a ich matkami i paniami skrobaczkami.

Pielęgniarka Gloria zaczyna dopatrywać się w pewnych wydarzeniach działań ze strony nienarodzonych dzieci. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, babka jest przekonana, że wyskrobane płodziki żyją dalej i robią bałagan w klinice Any, chcąc skrzywdzić tych, którzy im zadali krzywdę.

klinika

Przesłanki jakieś ku temu są, ale z drugiej strony wersja o wyrzutach sumienia, które rzuciły się Glorii na głowę jest bardziej prawdopodobna.

Fabuła tego filmu mnie nie urzekła. To co na pewno dopisało w tej produkcji to aktorstwo. Odtwórczynie głównych ról, Glorii i Any stworzyły przedziwną relacje. Bardzo ciężko było mi rozgryźć o co im tak naprawdę chodzi.

Gloria, niby typowa ofiara losu a jednak walecznie zgląda kąty i tropi czające się zło, snuje paranoiczne wizje. Ana, niosąca pomoc potrzebującym, bez względu na to jakim kosztem, z drugiej strony za tą jej dobrocią jawił się szelmowski uśmiech człowieka, który dzięki dobrym uczynkom trzyma innych w garści. Ciekawe postaci.

Klimat filmu też jest zauważalny, dobrze zbudowany. Szkoda tylko scenariusza, zbyt banalnego jak na tę serię.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Aktorstwo:8

Walory techniczne:7

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:1/10

Przeżyjmy przygodę, której możemy nie przeżyć

In the deep (2016)

in the deep

Siostry Lisa i Kate są na wycieczce w Meksyku. Młodsza z sióstr, przebojowa Kate wpada na pomysł skorzystania z lokalnej atrakcji: nurkowanie w żelaznej klatce wśród rekinów. Strachliwa Lisa w końcu się zgadza.

Już po kilku minutach zabawy zaczynają się problemy. Wciągarka nie wytrzymuje i klatka wraz z dziewczynami opada na dno. Zamiast na pięciu, znajdują się teraz na 47 metrach głębokości. Rekiny żywo się nimi interesują, ale nie jest to największy problem bohaterek.

Po thriller “In the deep” sięgnęłam bez większego przekonania mając w pamięci lekkie rozczarowanie po ostatnim rekinim survivalu “183 metry strachu“. Spodziewałam się czegoś na zbliżonym poziomie. A tu proszę, niespodzianka.

Od obrazów nastawionych na przedstawienie walki człowieka z naturą, oczekuję przede wszystkim emocji – bardzo żywych nie podkręcanych sztucznie przez iście paranormalną logikę wydarzeń. Niestety najczęściej logika nie jest mocną stroną takich scenariuszy przez co trudno o to, by emocje związane z kibicowaniem survivalowcom górowały nad irytacją i zniecierpliwieniem.

in the deep

Tu o dziwo, siedziałam jak na szpilkach i wcale nie miałam ochoty zbluzgać scenarzysty. Faktem jest, że ciąg nieszczęść jakich doświadczają protagonistki jest nad wyraz bogaty, ale ani razu nie czułam się oszukana.

Fabuła jest absolutnie prosta i nawet w pewnym stopniu przewidywalna, nie mniej jednak, potrafi wciągnąć, potrafi utrzymać permanentnie wysoki poziom napięcia.

Praktycznie od chwili gdy Kate i Lisa lądują na dnie emocje mnie nie opuściły. To chyba ta słynna Hitchcockowska zasada: najpierw trzęsienie ziemi, a później napięcie ma tylko rosnąć. Tu się to udało, w moim przypadku przynajmniej. Może miałam dobry dzień, bo przez parę dni odpoczęłam od oglądania filmów grozy wszelkiej maści, a może faktycznie mamy tu coś zaskakująco solidnego?

Filmy, w których mamy do czynienia z uwięzieniem bohaterów przez siły natury są chyba jednymi z moich ulubionych. Jedno niefortunne zdarzenie i jesteśmy w czarnej dupie. Co robić? No, ratować się za wszelką cenę.

Jako osoba skłonna do paniki, co może zaświadczyć każdy kto świadkował mojej histerii na Orlej w Tatrach, bardzo silnie utożsamiałam się z panikującą Lisą i z przyjemnością obserwowałam jej postępy w ogarnięciu się. Tu mamy sporo naciąganych sytuacji, ale szczęśliwie nie widzimy tu przemiany w Larę Craft. Postarano się nawet o ciekawy zwrot akcji.

in the deep

Filmowe zdarzenia są bardzo dynamiczne i praktycznie nie ma tu chwili wytchnienia. Nie chcę Wam zdradzać szczegółów, bo jak zacznę to już poleci.

Wszystko rozgrywa się pod wodą, więc naturalnie możemy powiedzieć tu o klaustrofobicznych nastrojach. Za chwilę nie będzie czym oddychać. No, chyba nie może być już gorzej.

Wizualnie wygląda to dobrze. Jeśli chodzi o rekiny to nie zachowują się jakoś nienormalnie, ale też po prawdzie nie na nich się tu skupiamy. Pojawiają się od czasu do czasu by wzbudzić jeszcze większy popłoch. Działa.

Aktorstwo jest okej, choć Mandy Moore raczej moją faworytka nigdy nie była.

“In the deep” spełnia oczekiwania jakie stawiam tego typu obrazom i jestem zadowolona, że tak skutecznie podniósł mi ciśnienie.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:9

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10