Miesięczne archiwum: Listopad 2016

Oślizgła elita

Society/ Towarzystwo (1989)

society

Billy Whitney to nastolatek pochodzący z zamożnej rodziny, elity Beverly Hills. O ile jego krewniacy to urodzeni oligarchowie uwielbiający zaznaczać swoją klasową wyższość o tyle Billy jak najbardziej odstaje od schematu dziecka sukcesu. Boryka się z problemami natury psychicznej objawiającymi się paranoicznymi podejrzeniami wobec swoich rodziców i siostry. Sęk w tym, że to co wydaje się kryzysem emocjonalnym dorastającego chłopaczka zaczyna mieć realne podstawy.

„Towarzystwo” to reżyserski debiut twórcy takich obrazów jak „Dentysta”, czy „Narzeczona Reanimatora”.

Jego nakręcony jeszcze w latach osiemdziesiątych debiut jest solidny przykładem, że da się w jednym filmie połączyć i rozbuchaną formę i niegłupią treść. Mnie osobiście nasunęło się tu skojarzenie z „Substancją„, bo w jednym filmie mamy do czynienia z połączeniem społecznej satyry, ukazującej niefajne ludzkie cechy z estetyką gore, można nawet rzec body horroru, gdzie nie unikniemy widoków nastręczających do wymiotów. Pojawia się tu sporo czarnego humoru, ale też nie można zapomnieć o nastroju tajemnicy, typowym dla dreszczowca z rodzaju paranoid thrillera.

society

W pierwszej partii filmu poznajemy naszego głównego bohatera, Billy’ego, a także jego rodzinę, wypacykowaną matkę, ulizanego ojca i radosną jak poranek siostrę. Wszyscy oni, idealni do przesady budzą podejrzenia czarnej owcy, czyli Billy’ego. Jak sam mówi swojemu psychoterapeucie: z jego rodziną jest wszystko w porządku po za lekką paranoją i kazirodztwem.

society

Wkrótce jego podejrzenia potwierdzi nagranie z przyjęcia na cześć siostry i jej towarzyskiego debiutu z którego wynika iż cała familia wraz z lokalną elitą oddają się orgiom. To jednak nie wszytko. Wynaturzenie moralne towarzyszy dziwom fizycznym jakie Billy dostrzega u swoich bliskim i ich znajomym. Sprawa jednak nie jest oczywista, jak najbardziej należy brać tu pod uwagę wersję o obłędzie młodzika.

Punkt kulminacyjny dość jednoznacznie stawia sprawę. Mamy tu spore zaskoczenie jeśli nie powiedzieć szok. Prawda o naturze elitarnego towarzystwa Beverly Hills jest bardziej ohydna niż mogło się wydawać. Ta część filmu to miejsce na popis w stylu body horrorów. Do tej całej obrzydliwości dochodzi krańcowy absurd i wyjątkowo czarny humor. Niektórzy pewnie będą zniesmaczeni, inni będą się przednio bawić.

society

Jak wspomniałam teść filmu stanowi pewnego rodzaju satyrę na elity społeczne tego świata. Cały chwyt polega na tym by w absurdalnie dosłowny sposób pokazać jak wyższe sfery wykorzystują tych, którzy znajdują się po za nawiasem.

Dla mnie film bardzo oryginalny, dobry miszmasz gatunkowy, ciekawy pomysł  dobre wykonanie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie: 6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:8

To coś:7

64/100

W skali brutalności:2/10

Iran też ma swoje demony

Under the Shadow (2016)

under the shadow

W ogarniętym wojną Iranie wraz z mężem i córką żyje Shideh. Gdy jej małżonek zostaje wysłany do strefy intensywnych walk jako lekarz wojskowy kobieta zostaje sama z dzieckiem. Nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy, czuje, że jej mąż po cichu wspiera rewolucję obyczajową w kraju, która sprowadza się do ograniczenia praw kobiet. Jest zmęczona byciem kurą domową, a na powrót na studia medyczne nie ma już co liczyć. Gdy jej córeczka Dorsa zaczyna chorować, a bogobojne kobiety z sąsiedztwa przypisują chorobie paranormalne pochodzenie, postanawia w końcu posłuchać męża i wyjechać z Teheranu. Ale nie może, bo niewiarygodne wydarzenia przejmują kontrolę nad jej życiem.

Miałam ostatnio okazje oglądać niezbyt udany horror produkcji tureckiej. Trochę mnie to zniechęciło do filmów z bliskiego wschodu, ale nie ma co generalizować. Ostatecznie tamtejsza kultura jest bogata w elementy, które spokojnie można wykorzystać w kinie grozy. Zamiast demonów mamy Dżiny, zawsze to jakaś odmiana. W przypadku „Under the shadow” mamy nie tylko demoniczne siły ale też, a może przede wszystkim dobrze zarysowany kontekst kulturowy, obyczajowe tło tej historii, które w mojej ocenie spokojnie może konkurować o palmę pierwszeństwa z paranormalną warstwą filmu.

under the shadow

Elementy stricte horrorowe tego obrazu wcale nie muszą zadowolić fanów rozbuchanej hollywoodzkiej estetyki, choć szkielet fabularny jest dość zachodni: mamy samotną matkę, która musi uchronić dziecko przed wypływem demonicznej siły. Nie spotkamy tu zbyt wielu efektownych scen, w zasadzie sprawa ogranicza się do demona, który objawia się pod postacią pstrokatej chusty, falującą dziurę w suficie powstałą po uderzeniu Irackiego pocisku i podłogę zmieniającą się w grząskie bagno- jak dla mnie wyglądające jak ropa- czyżby jakaś aluzja?

W zderzeniu z tymi dość standardowymi zagraniami mamy warstwę dramatyczną, obraz Iranu w czasach gdy radykalny Islam już dominuje, a kobiety, często młode i ambitne jak nasza bohaterka muszą dostosować się do nowych obyczajów godzących w ich prawa obywatelskie. Zakładam, że to ze względu na te właśnie elementy fabuły film został nominowany do Oscara w kategorii filmów nie anglojęzycznych. Szanse ma marne, ale nie jest to zły obraz. Generalnie nie poczułam się nim rozczarowana, bo też nie miałam wobec niego szczególnych oczekiwań.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10

Zombie po duńsku

Sorgenfri aka What we become (2015)

sorgefri

W urokliwym miasteczku Sorgenfri w Danii mieszka czteroosobowa rodzina Johanssonów. Wiodą idylliczne życie do chwili, gdy na światło dzienne wychodzi informacja o szerzącej się dokoła epidemii nieznanej choroby. Wkrótce miasto zostaje objęte kwarantanną a chcące zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa władze decydują się na radykalne kroki.

Nie ukrywam, że z ochotą sięgam po horrory pochodzące z mniej popularnych źródeł. Na Duńczykach do tej pory się nie zawiodłam, choć widziałam za mało filmów ich produkcji by uznać to za stałą tendencję. Dlatego też sięgnęłam po „Sorgenfri” mimo, że  zombie movie zbrzydły mi niemożebnie. Ostatnio przełamałam się dla Koreańczyków i ich „Pociągu do Puusan” co okazało się bardzo dobrą decyzją. Jak było w przypadku Duńczyków?

Ano, trochę nijak. Nie da się ukryć, że europejskie kino cechuje większy minimalizm niż produkcje made in Hollywood, ale w przypadku tej produkcji film o zombie okazał się… tylko filmem o zombie.

sorgefri

Nie był wyładowany zawrotnie prędką akcją i spektakularnymi scenami, ale też nie oferował wiele w zamian. Fabuła „Sorgenfri” jest w gruncie rzeczy silnie oparta na schemacie. Bohaterzy postawieni wobec dramatycznej sytuacji nie unikają ani jednego ze standardowych błędów jakie zwykły czynić ich hollywoodzkie odpowiedniki. Tak, trzymają w domu zwłoki, które wkrótce zmienią się w krwiożerczego potwora. Tak, liczą, że ugryzienie nie skończy się śmiercią. W obliczu śmierci hormony buzują, a rozum zanika. Trochę mnie to już znudziło. Wąskie pole działania jakie mają do dyspozycji bohaterzy powinno plusować na rzecz klaustrofobicznego klimatu, jednak wcale nie odebrałam tego w ten sposób.

Nie działo się tu nic czego nie widzieliśmy już sto razy. Jeśli więc lubujecie się we współczesnych zombie movie, będziecie mieli okazję zobaczyć to po raz sto pierwszy.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10

Skad biora się nawiedzone domy

Unspoken (2015)

unspoken

Nastoletnia Angela ma podjąć pracę opiekunki w nawiedzonym domu zwanym Briar. Okoliczni mieszkańcy w tym ojciec dziewczyny radzą jej trzymać się od niego z dala, jednak są i tacy, którym obecność Angeli w Briar ułatwi pewne sprawy. Ostatecznie Angela przystaje na ofertę pracy. Tak dziewczyna poznaje małego Adriana, który od śmierci ojca nie odzywa się ani słowem, oraz jego troskliwą mamę Jeanie. Wkrótce legenda Briar daje o sobie znać w postaci niewyjaśnionych i złowrogich zjawisk których światkiem jest Angela.

„Unspoken” to jeden z kilku filmów Sheldona Wilsona, które ostatnio zmajstrował. Nie da się ukryć, że niezły z niego pracuś, niestety jak dotąd żaden nich nie zbliżył się do przyzwoitego poziomu szczególnie jeśli chodzi o realizację.

Facet ma niebywałą głowę do pogrążania dobrych pomysłów. Weźmy choćby jego „Płytki grób”, czy pomysł wyjściowy nie był oryginalny i ciekawy? Według mnie był. Czy w związku z tym powstał na jego bazie dobry straszak? Niestety nie.

Tak też dzieje się w przypadku „Unspoken”, choć muszę przyznać, że geniusz zamysłu ujawnia się dopiero na finiszu tej historii, można wręcz rzec w epilogu. Widząc w jaki sposób Wilson wykorzystał motyw nawiedzonych domów z aprobata pokiwałam głową. Fani zrytych pomysłów przyznają mi rację, niestety ten mały psikus to za mało by zrekompensować nudę i niedoróbki zarówno na poziomie scenariusza jak i jego przekładu na obraz.

unspoken

Widząc sceny otwierające fabułę, retrospekcje z przed lat pokazującą jak narodziła się zła sława domu Briar już wiedziałam, że nie mam tu do czynienia z profesjonalistami. Widziałam słaby technicznie banał.

Gdybym wcześniej skojarzyła nazwisko twórcy z potworkiem pod tytułem „Hollow” (nie mylić z „Hallow„) zapewne już odstawiłabym ten film. Ale nie skojarzyłam. Zobaczyłam za to Jodelle Ferland, dobrze zapowiadającą się aktorkę młodego pokolenia. Ona zatrzymała mnie przed ekranem i tylko ona z całej obsady tak naprawdę coś tu sobą reprezentowała.

unspoken

Fabuła „Unspoken” jest bogata w watki poboczne. Tu tajny lesbijski romans, tu handlarze dragami, tu problemy finansowe samotnego ojca i w tym wszystkim- nawiedzony dom. Scenariusz bardzo dba byśmy się nie nudzili, co w moim przypadku dało efekt odwrotny.

Jak na film o nawiedzonym domu przystało zobaczymy tu szereg cudów i dziwów związanych z paranormalną aktywnością. Wszystkie tego rodzaju sceny nakręcone są z niebywała precyzją i staraniem. Już widzę jak Wilson godzinami ślęczy na filmami Wana i ze stoperem w ręku odmierza ile powinien trwać powolnym przejazd kamerą przed nagłym ‚jump’.

Wiele to nie dało, bo ani to nie wygląda ani nie działa. Oczywiście nie jest tak źle jak w przypadku „Hollow” kiedy to obcowałam nie tylko z niebywale chujowym aktorstwem, ale też najbardziej dziadowskimi efektami specjalnymi jakie mógł stworzyć ktoś uważający się za profesjonalistę w tej dziedzinie.

Tu techniczna strona efektów jest całkiem w porządku. Jednak w  tym wszystkim brak polotu. W efekcie mamy film może nie najgorszy, ale w najlepszym przypadku średni.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:1/10

Co się zdarzyło w Roanoke?

American horror story: Roanoke – Sezon 6 (2016)

ahas roanoke

Matt i Shelby mieli dość miastowego zgiełku i jego zagrożeń więc postanowili rozpocząć nowe życie na wsi. Wsi spokojna, wsi wesoła, to jednak mit w miejscu gdzie się postanawiają się osiedlić. Para kupuje starą farmę w Roanoke, gdzie od wielu lat dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk w noce krwawych pełni księżyca. Wkrótce do pary dołącza także problematyczna siostra Matta Lee Harris wraz z córeczką Florą którą wbrew sądowemu nakazowi odebrała ojcu. Zaginięcie dziewczynki to początek serii tragicznych zdarzeń za które odpowiadają złe duchy Roanoke.

Z sezonu na sezon obserwuje spadek formy u twórców  serii „American horror story”.

Każdy z kolejnych sezonów stanowi odrębni mini serial złożony z dziesięciu odcinków. Każdy ma innych bohaterów, inne miejsce akcji i inną fabułę. Tym razem, w przypadku sezonu szóstego zmieniono także formułę serialu, tworząc film filmie, bowiem oglądając przygody Shelby i Matta mamy do czynienia z odgrywanymi przez aktorów retrospekcjami z wydarzeń, którym świadkowali właściwi bohaterzy.

ahas roanoke

Brzmi to dość porąbanie i takie właśnie jest. Styl jaki przyjęli twórcy AHS miał kojarzyć się ze znanymi dokumentami o zjawiskach paranormalnych jakie możemy oglądać na większości stacji pokroju CI Polsat czy Discovery Investigation. Każdy kto widziała choć jeden z tego rodzaju dokumentów wie, że nie są to seriale wysokich lotów, zyskują jednak sporą popularność. tak też dzieje się w przypadku serialu „Mój koszmar w Roanoke”.

Skupiamy się na nim przez pierwsze pięć odcinków, później zaś następuje zwrot akcji i śledzimy wydarzenia po emisji „Mojego koszmaru w Roanoke”. Te pierwsze pięć odcinków przyjęłam może nie z zachwytem, ale jednak z pobłażliwą akceptacją. Akcja nieco przypomniała mi wydarzenia w domu morderstw z pierwszego sezonu, jednak owa właściwa akcja- jak wspomniała odgrywana przez aktorów ‚aktorów’ była nagminnie przerywana i uzupełniania przez wypowiedzi ‚prawdziwych’ bohaterów. Wprowadza to spore zamieszanie i w mojej ocenie psuje to klimat.

ahas roanoke

Od odcinka szóstego przechodzimy do jeszcze dziwniejszej serialowej rzeczywistości, gdzie aktorzy biorący udział w dokumencie „Mój koszmar w Roanoke” spotykają się w nawiedzonym domu z prawdziwymi bohaterami tych wydarzeń. Po co? Ano po to by wszystko zdarzyło się raz jeszcze. By można było dokręcić jeszcze parę odcinków w myśl nieśmiertelnego zamiłowania do sequeli.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tym sezonem twórcy parodiują sami siebie. Chcąc być przesprytni narażają się na śmieszność. Dla mnie te sezon jest wynikiem braku lepszego pomysłu, desperacją próbą ożywienia formuły i wrócenia do czasów świetności serialu. Niestety zapomniało im się o tym, że czasem mniej znaczy więcej, a odgrzewany kotlet nie smakuje tak samo.

ahas roanoke

Mimo, że pomysł wyjściowy z wykorzystaniem motywu legendy o zaginionej koloni purytan w Roanoke był jak najbardziej dobry, to kierunek w jakim się z nim udali doprowadził ich do zguby. W tym wielkim zamieszaniu jakie stworzyli pojawiają się co prawda stare dobre momenty z duchami, morderstwami i barwnymi czarnymi charakterami, jednak są zaledwie echem dawnego stylu całkowicie stłamszone przez nowatorskie rozwiązania.

Twórcy w namiętnej próbie ulepszania swojej produkcji stopniowo wycinają z niej to co było ich znakiem firmowym. Najpierw pozbawili się Jessiki Lange, teraz wycieli serialową wejściówkę- to co zawsze, bez względu na poziom sezonu oglądało się z przyjemnością. Co będzie dalej?

Powiem szczerze, że w pewnym momencie już po prostu nie chciało mi się tego oglądać. Nie wyczekiwałam następnego odcinka. Dotrwałam do końca z poczucia obowiązku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:4

53/100

W skali brutalności:3/10

Przyjdź demonie

The Possession Experiment (2016)

possesion experiment

W ramach projektu na zajęcia z teologii studenci Brandon i Clay postanawiają nakręcić dokument o egzorcyzmach. Do współpracy zapraszają młodą studentkę medycyny i wspólnie wyruszają do domu, gdzie przed dwudziestoma laty odbył się nieudany rytuał wypędzania demona z niejakiej Tracy. Nie poprzestają jednak na badaniu terenu i walorów historycznych. By dogłębnie zbadać temat Brandon postanawia dobrowolnie przywołać demona by ten zagnieździł się w jego ciele.

„The Possesion experiment” był pierwszym z horrorów jakie wyświetlano na halloweenowym maratonie grozy z kinach Helios. Jako że nie udało mi się tam stawić osobiście, jedynie rozdałam kilka wejściówek dla Was, postanowiłam, że tak czy siak muszę sprawdzić co tam było grane. Ten horror niebawem trafi do polskich kin w regularnym repertuarze więc jak się okazuje pisana mu była szeroka dystrybucja, co mocno mnie dziwi zważywszy na jego poziom.

Wiadomo, że na srebrny ekran trafiają nie tyle najlepsze filmy, co te najlepiej wypromowane. Komercyjne nosy dystrybutorów potrafią jednak odróżnić totalną szmirę od filmu, który może nie przedstawia wybitnych walorów artystycznych, ale prezentuje się na tyle poprawnie by zadowolić mniej wymagających niedzielnych widzów horrorów. W związku z tym doprawdy nie wiem co kierowało osobami, które postanowiły wypuścić ten film w świat głównym wejściem.

„Possesion experiment” można zarzucić nie tylko banalne i schematyczne podejście do tematu opętania – to akurat norma – ale też wykonanie, które świadczy o kompletnym braku pojęcia o technice robienia filmu.

Podejrzewam, że scenarzyści „Trudnych spraw” i podobnych tworów lepiej rozpisali by tę historię. Walić to, nawet obsada z „Trudnych spraw” potrafi na spontanie wypluć z siebie lepsze dialogi. Scena, w której następuje najważniejszy zwrot akcji – twist tak wydumany, że olaboga – czyli rozmowa Brandona z ojcem, to chyba najgorzej zagrana scena jaką miałam okazję zobaczyć w filmie od wielu wielu lat. Nie wiem nawet jak mam to opisać. Odjęło mi mowę. W czasie seansu z ty filmem stwierdziłam, że do tej pory nadużywałam stwierdzenia ‚poziom poniżej wszelkiego poziomu’. W tym momencie ten film sięgnął dna.

possesion experiment

O ile do aktorów z pierwszego planu potrafiłam się przyzwyczaić, no grają jak grają, ale towarzystwo drugoplanowe i trzecioplanowe trafiło tam chyba z ulicznej łapanki. Zgroza.

Nie wiem jakim budżetem dysponowali twórcy, ale nie starczyło na dobrego operatora, miałam wrażenie, że zapożyczyli człowieka z ‚Podrywaczy’. Kąt kręcenia w sam raz do ‚takich’ produkcji. Ujęcia kręcone klasycznie przeplatają się z konwencją found footage, ale te pierwsze zdecydowanie dominują. Nie wiem czy to dobrze, w przypadku tego filmu.

Mamy więc niezbyt ciekawą historię spisaną przez scenarzystę bez znajomości podstaw scenopisarstwa, aktorów, którzy mogli by co najwyżej zagrać siano w jasełkach, i kamerzystę, który przejechał przez cały film nie potrafiąc zrobić jednego dobrego zbliżenia. Nie wspomniałam jeszcze o efektach. Tak, były. Opętanie nie obejść się bez stosownej charakteryzacji i drobnych bajerów z komputera. Są stosowne do poziomu całego filmu.

possesion experiment

Jestem bezlitosna, co? Dobrze, niech pomyślę, czy było tu coś dobrego? Hym… no może krótkie skrawki scen halucynacji Brandona. Były niezłe. Pewnie trafiły tam przypadkiem. Plus też za muzykę przy napisach końcowych – choć nie wiem, czy faktycznie była obiektywnie dobra, czy po prostu ciepło mi się kojarzyła z końcem męki.

Wiem, że są tacy, którym film się podobał na tyle by ocenić go powyżej średniej- bez kitu, chyba są niepoczytalni, ale nie sądzę by wśród większości z Was znaleźli się tacy osobnicy. Filmu nie polecam, polecić nie mogę, nie mam sumienia Was krzywdzić.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:3

Klimat:3

Napięcie:3

Zabawa:2

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:3

To coś:2

26/100

W skali brutalności:1/10

Nowa twarz

La Mano che nutre la morte/ Ręka, która karmi się śmiercią (1974)

ręka któa akrmi sie śmiercią

Masha i Alex są w podróży poślubnej. Pech chce, że ich pojazd ulega wypadkowi, a oni zostają ocaleni przez miejscowego lekarza, doktora Nijinskiego. Na miejscu po za osobliwą historią teścia lekarza, barona Rosimova i jego córki Tanji, poznają młodą pisarkę, która również gości w okazałym domostwie. Kobieta przekonana jest, że doktorek dopuszcza się w swym domu nieludzkich eksperymentów, które wymagają ofiar w ludziach – jedną z nich miała być siostra pisarki.

„Ręka która karmi się śmiercią” to przykład włoskiego giallo solidnie poczęstowanego gore. Fabuła, czego nie wypierał się sam reżyser luźno opiera się na wątkach  znanej  francuskiej produkcji, „Oczy bez twarzy”. Nikogo nie zaskoczę stwierdzając, że pierwowzór jest o wiele lepszy, ale muszę tez przyznać, że nowsza produkcja również ma swój urok.

„Ręka która karmi się śmiercią” to bezsprzecznie bardzo włoski film. Wszytko co typowe dla dla kina grozy z tego kraju możemy zaobserwować w tej produkcji.

Jest znacznie bardziej brutalny w formie niż „Oczy bez twarzy”. Tam nawet w czasie ujęć ze stołu operacyjnego nie mieliśmy okazji obcować z tęgim gore. Włosi są w tym jednak nieustępliwi. Zobaczymy tu dużo krwi. Ekspozycja okaleczonej twarzy córki barona jest tu jednym z mocniejszych elementów. Pojawia się nawet scena gwałtu.

ręka któa akrmi sie śmiercią

Szkielet fabuły nie różni się bardzo od tego co wcześniej zaproponował francuski reżyser. Mamy tu przeklęte domostwo, gdzie szalony naukowiec próbuje przeszczepić twarz młodej okaleczonej dziewczynie.

Przez większość filmu kobieta skrywa swoje oblicze pod czarną chustą  i obszerną czarną suknią, nie widzimy więc nawet zarysu jej sylwetki. Chusta godnie zastępuje maskę choć nie daje już takiego efektu.

Mamy tu także większą ilość bohaterów do uśmiercenia ewentualnie skatowania, toteż Włoch mógł sobie poszaleć. Aktorstwo typowo włoskie, okrzyki przerażenia nasuwają skojarzenia z filmami porno, co jest wręcz nagminne u tej nacji aktorów.Wśród nich na wyróżnienie zasługuje tylko Klaus Kinski ze swoim upiornym czołem i nader czytelnym obłędem w oczach;)

ręka któa akrmi sie śmiercią

Psychologia postaci, tak ważna u francuzów została tu zepchnięta na dalszy plan, oczywiście jakoś tam sobie istnieje, ale nie ma szansy wyjść na prowadzenie, ba została znacznie spłaszczona. Króluje przepych, stosowny dla filmów kostiumowych osadzonych w wielkopańskich willach i brutalność włoskiego gore. Jak wspomniałam, ma to swój urok, ale w zależności co kto lubi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

walory techniczne:8

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:3/10

Tylko małe ugryzienie

Bite/ Ugryzienie (2015)

bite

Casey wraz z dwiema przyjaciółkami bawi się na Kostaryce w czasie swojego ostatniego panieńskiego wyjazdu. To właśnie w tych egzotycznych okolicznościach dochodzi do małego incydentu. Przyszła panna młoda zostaje ugryziona przez jakieś wodne robactwo. Po powrocie z wojaży ma więc nie tylko moralnego kaca, ale też objawy rozszerzającej się infekcji. Wkrótce w jej organizmie zajdą nieprzewidywalne zmiany.

„Bite” to nowy horror w wydaniu Chada Archibalda, który to nieszczególnie popisał się swoim ostatnim filmem „Drownsman„.

Tym razem zrezygnował z formuły slashera na rzecz body horroru, który to podgatunek przeżywa ostatnimi czasy pewne ożywienie. Filmy skupione na prezentowaniu rozkładu ciała, pełne nie tyle makabry co zwykłej ohydy sprzedają się jak widać dobrze. Wybór tej formuły okazał się dobrym posunięcie, bo tym razem film Archibalda bardziej przypadł mi do gustu.

Jego fabuła nasunęła mi skojarzeni z filmem „Chora dziewczyna”, gdzie również mieliśmy do czynienia z historią zapoczątkowaną przez ugryzienie egzotycznego insekta. Jeśli znacie ten obraz domyślacie się już do czego mniej więcej zmierzać będzie „Bite”.

bite

Po powrocie z Kostaryki Casey powinna pełną para szykować się do ślubu z przystojnym Jared’em. Zamiast tego odczuwa objawy zatrucia pokarmowego. Początkowo nie wiąże tego z incydentem z owadem, dopóki nie zobaczy pięknie gnijącej rany na jaj nodze.

Wymioty dziwnym śluzem i ropiejąca rana na nodze to mały przedsmak obrzydliwości jakie serwuje nam twórca. Takich scen będzie z czasem coraz więcej, przemiana naszej bohaterki, jej organiczna ewolucja zacznie zalatywać estetyką Cronenberga i jego remake Muchy. Takie porównanie z pewnością zaostrzy apetyt miłośnikom jego specyficznego horrorowego gustu.

Fabuła, jej fantastyczna warstwa, niekoniecznie grzeszy oryginalnością, toteż scenariusz stara się wprowadzić tu trochę więcej psychologii. Infekcja rzutuje też na zmiany w psychice, ale nie w tym rzecz.Naszą Casey po za owadzią infekcją trapią jeszcze rozterki emocjonalne w związku z nadchodzącym ślubem. Skupia się na nich na tyle, że długo bagatelizuje swoją chorobę.

bite

Trochę zagrywek romantyczno dramatycznych odciąga uwagę od uczty obrzydliwości, co odnotowuję na plus – co za dużo to nie zdrowo. Zabawne jednak jest, że wszelkie zrywy namiętności bohaterów kończą się… wymiotami 🙂

Warstwa dramatyczna po za tym, że daje pretekst naszej bohaterce i widzowi by nie myśleć o gnijącej nodze, otwiera perspektywę by spojrzeć na tą historie trochę głębiej. Tak sobie myślę, że przemiana jaka zachodzi w bohaterce jest brutalną alegorią zmiany jaka wkrótce ma zajść w jej życiu. Ma bowiem poślubić nudnawego pracoholika, który zgodnie z zakazem mamusi nie chce uprawiać seksu z narzeczoną, zaś zaraz po ślubie prędziutko chce ją zapłodnić i wepchnąć w rolę ugrzecznionej żonki. Przyszła teściowa traktuje ją jak ścierę i na każdym kroku wytyka jej niewydolność.

Z drugiej strony mam losowy wypadek, który doprowadza Casey do stanu, w którym zmienia się w kogoś zupełnie innego, wbrew swojej woli. Przemianie towarzyszy przerażenie. Zaczynają rządzić nią obce instynkty (instynkt macierzyński, instynkt mordercy), których nie rozumie. Może to nadinterpretacja, ale chcę myśleć, że mamy tu coś więcej niż popis obrzydliwości.

Z cała pewnością „Bite” jest skierowane do miłośników nieciekawych widoków, napawających chęcią rzygnięcia w ekran. Historia jest prosta i skupiona na wyeksponowaniu właśnie tych elementów. Trzeba przyznać, że twórca podszedł do tematu odważnie.

bite

Czy film spodoba się wszystkim? Już teraz, po ocenach widzów, wiem, że nie. Nie każdy lubi gdy mu się rzuca w twarz TAKIE widoki i nie ma co się temu dziwić. Dla mnie osobiście była to miła odmiana, od znacznie popularniejszych horrorowych podgatunków.

Moja ocena :

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

60/100

W skali brutalności: 3/10

Zagrajmy w Ouija po raz drugi

Ouija 2/ Ouija 2: Narodziny zła (2016)

ouija 2

Ameryka, lata 60 XX wieku. Alice Zander wraz ze swoimi dwiema córeczkami ratuje budżet domowy parając się szarlatanerią. Kobieta aranżuje seanse spirytystyczne dla żałobników chcących nawiązać kontakt z zmarłymi bliskimi. W tych zabawach nie ma nic groźnego dopóki starsza z córek ‚medium’ przynosi do domu tabliczkę Ouija. Gra do wywoływana duchów bardzo interesuje młodszą z córek Alice, Doris, której szybko udaje się nawiązać kontakt z czymś, co bierze za swego zmarłego ojca. To odkrycie napędza interes samotnej matki, która w tym wszystkim nie zauważa, że kontakty córki z zaświatami mają na nią bardzo zły wpływ.

Od premiery pierwszej odsłony „Diabelskiej planszy Ouija” minęły zaledwie dwa lata, więc z pewnością część z Was jeszcze pamięta ten obraz. Ja pamiętam go dość słabo, głównie dlatego, że nie był on szczególnie godny zapamiętania – od zwykły teen horror poczęstowany efektami, o jałowej fabule i bardzo przeciętnym aktorstwie.

Jeśli ktoś dobiera się do sequelowania lub prequelowania słabego horroru może się to skończyć w dwójnasób: albo całkiem się pogrąży, albo wzniesie temat na wyższy poziom. Fartem okazało się, że za druga część „Ouija” wziął się tyle znany co solidny reżyser horrorów Mike Flangan. Jest to twórca, który odnajduje się zarówno w bardzo komercyjnych projektach, jak i w tych które cechuje zdrowy minimalizm.

Mogę powiedzieć, że w przypadku „Ouija 2” znalazł złoty środek. Mimo dużego budżetu, spożytkowanego po części na efekty komputerowe stworzył film, który bardziej przypomina klasyczne horrory z przed lat niż współczesne infantylne opowiastki.

Bardzo ciesze się, że osadził akcję swojego filmu w latach ’60. To posunięcie pozwoliło mu na zatopienie widza w klimacie matowych kadrów, niespiesznej narracji i bez wstydu mógł posilić się znanymi schematami.

ouija 2

Od czasu lektury „Demonologów” – książkę polecam raz jeszcze wszystkim fanom horrorów o nawiedzeniach – jestem bardzo czuła w temacie przebiegu filmowych nawiedzeń. Tu muszę stwierdzić, że scenariusz bardzo zgrabnie korzysta z tego co można nazwać podręcznikowym opętaniem. Pojawiają się tu nawet takie szczegóły jak ból w karku- to tu według Warrenów zagnieżdżają się demony.

Reżyser nie wygłupił się z przesadnymi emanacjami, choć trzeba przyznać, że pokazał całkiem sporo dobrych scen. Najlepsza zobaczycie po napisach końcowych, więc warto na nią poczekać.

Fabuła siedzi w  schemacie, ale jak wielokrotnie powtarzam, jeśli film jest dobrze zrobiony schemat wcale mi nie przeszkadza.

Mamy tu typową historię o tym jak zabawa w spirytystę sprowadza na rodzinę nieszczęście. Motorem dla rozwoju takiej problemowej sytuacji jest to co King określa: horrorem ekonomicznym: wszytko zaczyna się od problemów finansowych.

Samotna matka z długami, dwie córuchny utęsknione za zmarłym ojcem i demon pogrzebany gdzieś w murach domu. Bardzo typowo prawda?

Mamy tu sporo zacnych scen z udziałem zjawisk nadprzyrodzonych, ale nie zdominują one całego sensu, pojawiają się tam gdzie trzeba, bez nachalności.

ouija 2

  Jeśli więc szukacie oryginalnych fabuł, to trafiliście źle. Jeśli jednak chcecie pocieszyć oko dobrze zrobioną, sprawnie opowiedzianą klasyczna historią o nawiedzeniu, to „Ouija 2” spełnia ten postulat. Dla mnie film na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Wioska ze studzienką

Cin Kuyusu (2015)

cin kuyusu

Selma, jej mąż i córeczka mają wypadek samochodowy nieopodal niewielkiej wsi. Kobieta niewiele pamięta z tego zdarzenia i jest przerażona gdy wraz córeczką budzi się w domu obcych ludzi. Bezdzietne małżeństwo otacza kobietę i jej córkę opieką. Twierdzą, że jej mąż został odwieziony do szpitala. Selma pragnie czym prędzej do niego dołączyć, ale szereg przedziwnych zdarzeń skutecznie jej to uniemożliwia.

„Cin Kuyusu” to film turecki. Ostatnimi czasy jesteśmy zalewani produkcjami z tego kraju toteż nie dziwne, że wśród nich znalazł się też horror. Horror twórcy wcale nie niedoświadczone, o czym świadczy jego filmografia. A jednak jest to twór w takim stopniu niedorobiony jakbyśmy mieli tu do czynienia z nieśmiałym debiutem.

Dawno nie widziałam tak bełkotliwego filmu. Może to turecka mentalność nakazała Muratowi Toktamisoglu’owi tak wyładować go jump scenkami, które to w pierwszej połowie filmu wręcz bombardują widza, ale doprawdy nie jestem w stanie pojąć celowości takiego podejścia.

Dla kontrastu druga część filmu oferuje już jakąś fabułę i co więcej, historia jaką próbuje nam opowiedzieć nie jest wcale zła. Podejrzewam jednak, że większość z Was o ile sięgnęła po ten film wyłączyła go po pierwszych minutach. Wcale się temu nie dziwię, bo to co oferują owe pierwsze minuty, co z resztą rozciąga się na całą pierwsza połowę filmu to nic więcej jak zlepek pokracznie zmontowanych szybkich i gwałtownych ujęć opatrzonych stosownie upiornymi dźwiękami.

cin kuyusu

Nasz główna bohaterka jest przerażona i nie wiemy czemu. Krzyczy, płacze, aż w końcu zaczyna rzucać się konwulsyjnie jak opętana. Po tym następuje przeskok, mała chwila spokoju, w której zawiązuje się nowa akcja, która po raz kolejny zostaje gwałtownie ucięta przez kolejny szereg jump scenek wstawionych ni z gruchy ni z pietruchy. Żadnego budowania napięcia, żadnego suspensu, czy próby wyklepania jakieś intrygi. Wszytko na wariata, bez ładu i składu. Wszytko bardzo nieporadne.

Już praktycznie straciłam nadzieje, sięgnęłam po książkę i film śledziłam jednym okiem gdy nastąpiło coś nieoczekiwanego: dialog, dłuższy niż pół minuty i co więcej wprowadzający film na nowy poziom – poziom w którym coś wreszcie zaczyna mieć sens.

cin kuyusu

Selma zaczyna rozmawiać z gospodarzem domu, w którym znalazła schronienie. Opowiada mu po co przyjechała do wioski z rodziną. Ten zaś, w odpowiedzi zdradza jej lokalną legendę o pewnej pięknej dziewczynie, którą uwiódł demon ukryty pod postacią jej nieobecnego ukochanego.

Ta retrospekcja, sceny użyte do opowiedzenia tej historii to jakby film zupełnie kogoś innego. Pojawia się nastrój, kiełkuje klimat tajemnicy, mamy wstęp, rozwinięcie, punkt kulminacyjny i finał. Całkiem dobra i mroczna lokalna legenda. Niestety szybko wracamy na stary tor nonsensu i chaosu jednak teraz przynajmniej możemy powiedzieć, że coś jest na rzeczy. Powstaje związek między bieżącymi wydarzeniami i starą legendą. Tu znowuż kilka gwałtownych zrywów, mamy koniec opowieści i epilog stanowiący ciekawy acz niezbyt oryginalny twist.

Mimo, że w pewnym momencie historia zaczyna być interesująca to nie ratuje tego filmu. Nie ratuje go bo zbyt marnie prezentuje się jego techniczna strona. Te wszystkie scary screeny były do bani, aktorstwo jak w operze mydlanej – jakoś dziwnie skojarzyło mi się z tymi wszystkimi filmami biblijnymi puszczanymi w paśmie niedzielnym w okolicy świąt.

Scenarzysta powinien mocno dostać po głowie za pierwszą część tego filmu, ludzi od efektów należałoby związać gdzieś na zapleczu, bo ewidentnie nadpobudliwi są. A reżyser, cóż, gorąco współczuje rozczarowania, nie sądzę by jego wysiłki zrobiły wrażeniem na widzach za granicą. Chociaż? 6,0 na imdb?

Seans z moim pierwszym tureckim horrorem zakończyłam dumna z siebie. Dumna bo wytrwałam i dumna bo udało mi się całkiem sporo z niego zrozumieć:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:3

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10