Miesięczne archiwum: Styczeń 2017

Opowiem Wam mój sen

Dead of Night/ U progu tajemnicy (1945)

u progu tajenicy

Architekt Walter Craig na zaproszenie Eliota Foley’a przybywa do domu na prowincji by opracować plan przebudowy budynku. Spotyka tam grupę jego znajomych, którzy akurat przybyli z wizytą. Co ciekawe wszyscy Ci ludzi byli bohaterami snu, który uporczywie dręczy architekta od dłuższego czasu. Gdy mężczyzna zwierza im się z tego faktu Ci jakby dla potwierdzenia jego nadnaturalnego doświadczenia opowiadają o swoich, podobnego rodzaju przeżyciach.

Dawno nie wrzucałam tu żadnego starocia. Urodzaj nowości jakoś na to nie pozwalał, ale szczerze mówiąc już zbrzydły mi te współczesne przeciętniaki i aby móc wreszcie ocenić jakiś film wyżej niż 50punktów nie miałam innego wyjścia jak tylko wrócić do tego, co lubię najbardziej, czyli, czarno-białych straszaków z pierwszej połowy XX wieku.

„U progu tajemnicy” jest utrzymany w popularnej konwencji antologii filmowej. Jest bodaj jednym z pierwszych filmów tego rodzaju. Składa się więc z kilku segmentów, stanowiących osobne historie i scalonych klamrą wątku głównego. W tym przypadku koszmaru sennego naszego architekta.

u progu tajenicy

Walter Craig wyśnił sobie spotkanie w domu Eliota Foley’a. Pamiętał ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkał. Strapiony szukał wśród nich potwierdzenia autentyczności swoich dziwnych odczuć. To otworzyło kolejne filmowe wątki, czyli w gruncie rzeczy kolejne segmenty filmu.

Mamy tu sporą gromadę bohaterów z czego każdy, za wyjątkiem jednego, ma do opowiedzenia tajemniczą historię jakiej doświadczył. Napisałam, za wyjątkiem jednego – tym jednym, który nigdy nie odnotował niczego nadnaturalnego w swoim życiorysie jest poważny Pan psychoanalityk, który przez cały film będzie negował doświadczenia bohaterów, ‚sprowadzając ich na ziemię’.

Każda z filmowych nowelek zawartych w filmie ma swojego twórce. Pojawi się więc tu sporo znanych nazwisk, które nie da się ukryć stanowiły klucz do powodzenia tej misji.

Segmentów jest w sumie pięć, plus wątek scalający. Jeśli o mnie chodzi to najbardziej przypadła mi do gustu najprostsza z historii, traktująca o „Przyjęciu bożonarodzeniowym”, w którym uczestniczyła młoda dziewczyna, narratorka opowieści. Historia, jak wspomniałam, jest bardzo prosta i sprowadza się do spotkania z duchem małego chłopca zamordowanego przez krewną.

u progu tajenicy

Drugi równie udany co prosty fabularnie segment opowiada o „Nawiedzonym lustrze”. Pewna młoda małżonka sprezentowała swemu mężowi stare zwierciadło, które tak pechowo się złożyło, było kiedyś w posiadaniu człowiek ogarniętego obłędem. Temat znany i popularny w kinie grozy. I lubiany przeze mnie przeogromnie. Zbieram maniakalnie wszystkie stare lustra po targach starci, ale jak dotąd żadne nie spełniło moich nawiedzonych oczekiwań;)

u progu tajenicy

Ciekawie prezentuje się również „Kierowca karawanu” powstały w oparciu o opowiadanie E. F. Bensona, czy „Golfowa historia” w oparciu o opowiadanie H.G. Wellsa, któremu od dawna obiecuje, że przeczytam coś z jego twórczości.

Najdłuższym z segmentów był chyba ten dotyczący „Lalki brzuchomówcy”, poruszający popularny temat demonicznych lalek, które często mają zgubny wpływ na ich posiadaczy.

u progu tajenicy

Wszystkie historie uważam za jak najbardziej udane, są dość klasycznymi reprezentantami popularnych w dreszczowcach wątków. Wszystkie nakręcone sprawną ręką z dobrym aktorstwem i klimatem specyficznym dla kina tamtych czasów. Dla mnie pozycja jak najbardziej godna polecenia.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności: 0/10

Dziki lokator

Intruder/ Włamywacz (2016)

włamywacz

Elizabeth mieszka sama w domu na przedmieściach. Nie wie, że od dłuższego czasu ma w domu dzikiego lokatora o złych zamiarach.

„Włamywacz” jest kolejnym filmem z popularnego od dłuższego czasu nurtu home invasion. W przeciwieństwie do większości produkcji z tej kategorii w „Włamywaczu” nie mamy otwartego najazdu na chatę, raczej zagrywkę w stylu „Słodkich snów” kiedy to obcy niepostrzeżenie zakrada się do mieszkania niczego nieświadomej ofiary.

włamywacz

Oczywiście nie porównuje tych dwóch filmów, bo poziom jest nieporównywalny. O ile w „Słodkich snach” nieświadomość ofiary była uzasadniona – gość ją odurzał, o tyle w przypadku tej produkcji nie jesteśmy w stanie w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć sobie jak to możliwe, że gościu popierdala Elizaberth po domu, zbliża się do niej, a ona nic nie wie. Nie widzi, nie słyszy – Pani muzyk o słuchu absolutnym.

Bohaterka raczej nie wzbudzi w nas ciepłych uczuć. Jest nudna jak flaki z olejem, ciągle tylko gada o swoim chłopaku, nawet przypadkowo poznanemu sąsiadowi. Całe szczęście, że na wstępie filmu obdarowano ją kotem, przynajmniej miałam komu kibicować.

włamywacz

Nasz antybohater o anonimowej tożsamości osiąga sufitowy poziom zajebistości. Ninja mogliby się od niego uczyć. Przemyka niepostrzeżenie, potrafi spędzić cała dobę na czatach w szafie,a gdy już poznamy jego tożsamość i dodamy dwa do dwóch okaże się, że posiada zdolność teleportacji albo potrafi być w dwóch miejscach jednocześnie. Nie szukajcie tu związku przyczynowo skutkowego, ani nawet zalążku logiki.

Powiem Wam, że nawet rozumiem założenie twórcy. Czyniąc z Elizabeth głuchą, ślepą i pozbawioną zmysłu powonienia i robiąc z tytułowego włamywacza ninje chciał nas wystrachać. Tak moi Drodzy, nawet w tej chwili ktoś może się czaić w Waszej szafie, a Wy nic nie kumacie. Ktoś po nocy głaszcze Was po policzku i szcza do zlewu, a wy nic nie wiecie. Nie wierzycie? Zapytajcie swojego kota.

Tak, to lichy film. Nakręcony za bańkę przez Pana scenografa na podstawie jego własnego scenariusza.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:4

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:4

Oryginalność:4

To coś:3

39/100

W skali brutalności:1/10

Trudne przypadki

Clinical (2017)

clinical

Dr. Jane Mathis psychiatra zajmująca się psychoterapią PTSD sama doświadcza traumy, gdy jedna z jej najmłodszych pacjentek atakuje ją w jej własnym domu. Po tym zdarzeniu kobieta długo dochodzi do siebie, aż wreszcie postanawia wrócić do pracy zawodowej. Wtedy na jej kanapie pojawia się nowy pacjent.

„Clinical” to kolejny twór Netflixa, a więc postanowiłam się z nim zapoznać. Drugim argumentem było nazwisko reżysera, który zwrócił moja uwagę swoim poprzednim filmem „Diabolical – który to jednak wśród polskiej widowni przeszedł raczej bez echa.

Liczyłam, że ponownie uda mi się obejrzeć coś oryginalnego fabularnie, z dobrym twistem i ciekawym finałem, jednak „Clinical” mimo swoich aspiracji do miana thrillera, czy nawet horroru psychologicznego nie spełnia oczekiwań jakie stawiam tym gatunkom. Przede wszystkim dlatego, że film jest mocno przewidywalny, mimo pewnego chaosu jaki wkrada się w scenariusz. Widać, że dołożono starań, żeby jak najwięcej rzeczy umknęło uwadze widza, ale jednocześnie zapomniano o tym, że dobry pomysł to podstawa i żadne zabiegi nie uratują filmu jeśli pomysł jest tylko przeciętny.

Główną bohaterką jest Pani doktor, a jakże, zajmująca się pomocą psychologiczną osobom doświadczającym traumy. Zespół strasu pourazowego nie jedno ma oblicze i tak naprawdę ciężko znaleźć tu uniwersalną drogę wsparcia. Jane będzie miała okazję przekonać się o tym.

clinical

clinical

Pojawia się tu też mała antybohaterka. Z kontekstu możemy wywnioskować dość szybko, zanim zostanie to potwierdzone, że była molestowana. Okoliczność tych zdarzeń jasno nasuwają wniosek ad. sprawcy. To pierwsza rzecz z którą twórcy się przeliczyli. Miał być szok, a zamiast tego oczywista oczywistość.

Druga rzecz to sposób w jaki wprowadzono do akcji drugiego antybohatera. Umiecie dodać dwa do dwóch? Z pewnością, szybko wszystko stanie się dla Was jasne. Dorzućmy do tego jeszcze parę ogranych motywów i mamy całą fabułę „Clinical”.

Jeśli jesteście już po seansie z tym filmem, możecie stwierdzić: No, przecież nie był zły.

No, nie był, ale nie był też dobry. Przeciętna produkcja, którą dobrze się ogląda zwłaszcza jeśli nie ma się dużych oczekiwań. Nie spotkamy tu żadnej wybitnej kreacji aktorskiej, którą warto byłoby pochwalić, więc reasumując, mamy tu film przeciętny. Przeciętnie nakręcony z przeciętnego pomysłu. Tyle.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

Na pohybel

Scherzo Diabolico (2015)

scherzo diabolico

Aram , od lat pracuje w tej same firmie próżno wyczekując awansu. Naciski ze strony żony i osobiste niespełnienie wpędzają go w coraz większą desperację. W końcu zaczyna w nim dojrzewać pomysł, jak w bezkrwawy sposób pozbyć się szefa i zająć jego miejsce. Mężczyzna porywa jego nastoletnią córkę. W tej sytuacji szef Arama jest zmuszony sam zrezygnować by skupić się na poszukiwaniach. Chwilę po tym jak Aram dostaje upragnione stanowisko, wypuszcza Anabelle. Nie wie jednak co z jej psychiką zrobiła trauma porwania.

„Serzo Diabolico” to nowy horror Adriana Garci Bogliano, twórcy takich obrazów jak „Nadchodzi diabeł„, czy „Późne fazy człowieczeństwa„. Styl tego reżysera odbiega od przeciętności, choć niekiedy można by się zastanawiać, w którą stronę? O ile „Późne fazy człowieczeństwa” były bardzo dopracowanym filmem, a o tyle ustępowały klimatem bardziej chaotycznemu „Nadchodzi diabeł”. Moje specyficzne upodoba sprawiają, że szukam dziwności i tym razem udało mi się ją znaleźć w „Serco Diabolico”, choć nie jest to najdziwniejszy film jaki oglądałam w ubiegły weekend, ale o tym innym razem.

Pojawiają się tu elementy czarnego humoru, co w wykonaniu tego właśnie reżysera bardzo trafiają w mój gust. Pojawia się też groza, co oczywiste, ale nie jest to typowy straszak. Tu niepokój może wzbudzić bardziej sam kontekst sytuacyjny niż konkretne wydarzenia i sceny, choć nie powiem, im bliżej finału tym twórca bardziej sobie folguje, aż zobaczymy jedno z bardziej udanych ujęć odstrzelonej głowy.

Głównym bohaterem i antybohaterem, można rzec, jest Aram, facet w średnim wieku, sumienny pracownik, wierny mąż i oddany ojciec rodziny. Mimo tej życiowej przyzwoitości nie może odnotować zbyt wielu życiowych sukcesów. Żona jazgocze, że za mało zarabia i za późno wraca do domu- pewnie ją zdradza, szef poklepuje po ramieniu ale podwyżki ani ani.

scherzo diabolico

Jego kręgosłup moralny zaczyna coraz bardziej się uginać, aż wpada na genialny pomysł. Realizuje go jednocześnie pozwalając sobie na coraz więcej niegodziwości. Zwrócicie na to uwagę przy okazji oglądania filmu. Dopiero wtedy, gdy zmienia się w zupełnie innego człowieka, gorszą wersję siebie, zaczyna sprzyjać mu fortuna. Dopuścił się przestępstwa, zostaje ono nagrodzone awansem, zdradza żonę, ale unika wszelkich podejrzeń bo zasypuje ją forsą i tak dalej i tak dalej.

scherzo diabolico

Można by uznać, że to przestroga dla dobrodusznych frajerów, ale… karma wraca. W jaki sposób? Wystarczy spojrzeć na filmowy plakat.

Jak dla mnie „Scherzo Diabolico” jest filmem całkiem udanym. Lubię klimat produkcji tego meksykańskiego reżysera, kupuje go. Podoba mi się podstępna dziwność i prostota wykonania.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

oryginalność:6

To coś:7

60/100

W skali brutalności:2/10

Ponownie z Lovecraftem

Przyszła na Sarnath zagłada.

Opowieści niesamowite i fantastyczne – H.P. Lovecraft

przyszła na sarnath zagładalovecraft

„Przyszyła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne” to drugi po „Zgrozie w Dunwich” zbiór opowiadań Lovecrafta wydany w polskim przekładzie Macieja Plazy przez wydawnictwo Vesper.

Gdybym miała porównać obydwa zbiory, wybrać ten który przypadł mi do gustu bardziej, chyba postawiłabym na młodsze wydawnictwo, czyli „Przyszła na Sarnach zagłada” – czyli ten, o którym dziś będzie mowa.

Wiem, że „Zgroza w Dunwich” zawierała takie ‚przeboje’ jak „Zew Cthulhu” czy w „W górach szaleństwa”, ale jak wspomniałam przy jego recenzji, jeśli chodzi o Lovecrafta zdecydowanie wolę jego krótsze opowiadania, no może po za „Ku nieznanemu Kadath…”, które jest jedynym najdłuższym opowiadaniem w zbiorze „Przeszyła na Sarnath zagłada”.

W tej publikacji znajdują się praktyczne same krótsze historie. Niekiedy ich stronice można zliczyć na palcach jednej ręki, ale to właśnie je uważam, za najbardziej godne pochwały w twórczości pisarza.

Nie sztuką jest napisać długaśne tomisko i znaleźć w nim miejsce na ciekawą historię i dużą dawkę grozy. Sztuką jest zrobić to wszytko na bardzie ograniczonej przestrzeni.

Zbiór otwiera właśnie taka krótka opowieść. Nosi ona tytuł „Grobowiec” i jest jak to zwykle u Lovecrafta bywa opowieścią o szaleństwie. Mamy tu bohatera, który zza murów zakładu psychiatrycznego wspomina swoje młode lata, czas kiedy zaczęła w nim kiełkować obsesja na punkcie pewnego grobowca. „Polaris”, czyli opowieść o gwieździe polarnej, jest chyba rekordzistą w krótkiej formie. Podobnie krótką, oniryczna wyprawą jest „Biały statek”.

W książce znajdziecie nawet całą mapę krain które zwiedzają w snach bohaterzy kolejnych opowiadań.

przyszła na sarnath zagładalovecraft

Lovecraft często zwykł pisać o zapomnianych przez ludzi miastach, zepchniętych z ich świadomości, którą odwiedzić można tylko we śnie. Porusza tu często motyw zagłady takich miejsc i tu dobrym przykładem jest opowiadanie tytułowe, krótkie acz niezwykle klimatyczne „Przyszła na Sarnath zagłada”.

Niezwykły mrok bije od „Zeznania Randolpha Cartera”, to opowiadanie jest doskonałym przykładem na to jak Lovecraft potrafił skonsolidować ogrom grozy w krótkiej treści.

„Rycina w starym domu” to jeden z moich faworytów w tym zbiorze. Opowieść o … rycinie. Tak, rycinie niezwykłej, której widok potrafi wzbudzić w człowieku mroczne instynkty .

Z pośród dominujących w tym zbiorze opowiadań osnutych oniryczną mgłą astralnych podróży najbardziej wyróżniają się dwa reprezentujące inny styl: „Reanimator Herbert West” i „Coś na progu”.

To moi zwycięzcy jeśli miałbym typować perełki całego zbioru. Mają podobną narrację. Stanowią utrzymaną w pierwszej osobie relacje z wydarzeń, których głównymi bohaterami, albo antybohaterami byli przyjaciele owych narratorów. „Reanimatora” znają chyba wszyscy za sprawą jego przełożenia na ekran. Dla mnie stanowi on niejako hołd dla nieśmiertelnego „Frankensteina”. Zawiera bliźniacze wątki, jednak Lovecraft odważniej wziął się za bary z grozą niż zrobiła to Shelley, nie umniejszając jej przy tym.

„Coś na progu”, które zamyka zbiór jest doskonałym zwieńczeniem wszystkich Lovecraft’owskich motywów, jakie lubię najbardziej. Tajemnica, obłęd, trochę ohydy, pradawne moce i czarny charakter zbyt groźny byśmy mogli go poznać osobiście, ale na tyle silny by zdominować całą opowieść.

Na podium mam więc jeszcze jedno miejsce i poświęcę je… sztuce. „Model Pickmana” można przyrównać do „Ryciny w starym domu”, bo znowuż mamy tu przykład silnego oddziaływania sztuki na człowieka, z tym że w tym przypadku, sztuka ta faktycznie odżywa.

Nie sposób mówić szerzej o wszystkich opowiadaniach w zbiorze, jest ich bowiem z górką ponad dwadzieścia. Pominęłam jedno z najdłuższych, czyli „Ku nienznanemu Kadath…”, bo miałam już okazję o nim pisać, o tu.

Wydanie nie różni się od starszego, „Zgrozy w Dunwich”, jeśli chodzi o estetykę podania. Wypada równie bajecznie. Tłumacz ten sam więc, bez zarzutów. Treść ponownie zdobią fantasmagoryczne ilustracje, a jak Wam nie szkoda grosza to dostępne jest wydanie w twardej oprawie.

Lovecraft to skarb dla wszystkich ceniących literaturę grozy. Wiem, że niektórym wydaje się zbyt przestarzały, tak słyszałam takie herezje, albo zbyt rozwlekły, ale tym bardziej będę Wam podsuwać ten właśnie zbiór opowiadań, spróbujcie, a na pewno do niego wrócicie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper:


vesper

Słabość

Nocturnal Animals/ Zwierzęta nocy (2016)

zwierzęta nocy

Sussan Morrow żyje w świecie artystycznej elity Nowego Jorku jako właścicielka dobrze prosperującej galerii sztuki. Jej spokojne bytowanie pewnego wieczoru zakłóca przesyłka od byłego, porzuconego przed laty małżonka. Edward przesyła jej swoją pierwszą powieść, sugerując, że napisany przez niego brutalny thriller został zainspirowany ich rozstaniem.

Och, co za film. Przyznam szczerze, że nie widziałam poprzedniego obrazu Toma Forda, ale po seansie ze zwierzętami nocy” czuję się zobowiązana by nadrobić sprawę.

Film nadal wyświetlany jest w polskich kinach, więc zamiast tracić czas na czytanie moich wypocin ruszcie tyłki z przed komputera i ruszajcie. Taka moja rada.

Nie poszliście, no dobra, postaram się Was bardziej zachęcić.

„Zwierzęta nocy” fabularnie rozkrywają się na trzech płaszczyznach, mamy tu więc do czynienia z trzema różnymi narracjami.

Czas rzeczywisty to Susan czytająca powieść Edwarda, wgnieciona brutalnością przekazu. Druga narracja to jakby ‚ekranizacja powieści’ którą czyta kobieta. Powieść nosi tytuł „Zwierzęta nocy” i rozgrywa się na południu stanów gdzie główny bohater – o twarzy Edwarda, wraz z żoną – o twarzy Susan i ich nastoletnia córką podróżuje po opustoszałej autostradzie. Tu ich samochód namierza zgraja, jak to nazywam , obszczymurków, którzy postanawiają się zabawić kosztem Edwarda i jego rodziny. Tu, Drodzy Państwo zaczyna się jazda bez trzymanki.

zwierzęta nocy

SPOILER: Panowie zbirowie spychają samochód rodziny z drogi. Klasycznie odwracają sytuację zmuszając Edwarda by przyjął ich perspektywę – to oni są poszkodowani. W wulgarnych słowach ‚zmuszają’ go do posłuszeństwa, aż finalnie zostawiają pobitego na bezdrożu, a sami udają się gdzieś z jego żoną i córką. KONIC SPOILERA

Wreszcie mamy trzecią narrację, czyli wspomnienia Susan z czasów gdy poznała i poślubiła Edwarda. Widzimy rozpad jej związku. Widzimy w jaki sposób zaczyna postrzegać swojego męża: Jesteś słaby. Wspominam o tym nie bez powodu, bo ma to silny związek z motywem przewodnim, czyli historią spisaną przez Edwarda. Jego bohater to w gruncie rzeczy on sam. Zbyt słaby by ochronić swoją żonę i córkę. Pytanie tylko, czemu Susan czytając jego opowieść, sama czuje się winna? A tu Moi Drodzy mała niespodzinka, która nadaje „Zwierzętom nocy” zupełnie inny wymiar. Ja Wam nie zdradzę, w czym rzecz, ale ostrzegam, że recenzje w sieci krzyczą spoilerami na ten temat, jakby autorzy zupełnie nie rozumieli faktu, że nie jest to jakiś końcowy twiścik tylko klucz do zrozumienia całego przekazu i wręczając Wam go na wstępie równie dobrze mogli by od razu wyważyć drzwi.

To co uwiodło mnie w tej historii to jej intensywność. Niby nie mamy tu do czynienia z niczym o czym kino, szczególnie kino grozy, nie opowiadało po wielokroć, ale siła z jaką robią to „Zwierzęta nocy” dla mnie okazała się porażająca.

zwierzęta nocy

Nie da się też ukryć, że jest to bardzo dobra produkcja pod wszelkimi możliwymi aspektami realizacyjnymi. Scenariusz mimo różnych narracji tworzy spójną i płynną historię. Ruda Amy Adams, zimna jak lód, swoją posągowością przerasta Nicole Kidman – szczerze, widząc filmowy plakat byłam przekonana, że to Nicole. I oczywiście Jake Gyllenhaal, który z każdą swoją kreacją aktorską rośnie w moich oczach i doprawdy nie jestem w stanie nadziwić się jak chłopina o tak poczciwych oczach może tak zaskakiwać. Filmowe, zdjęcia, muzyka, wszytko cudne. Tak, jestem zachwycona.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Napięcie:9

klimat:9

Zaskoczenie:8

Zabawa:10

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

82/100

W skali brutalności:2/10

Pierworodna

FirstBorn (2016)

firstborn

Charlie i James spodziewają się swojego pierwszego dziecka. Już w czasie ciąży kobieta obserwuje u siebie niepokojące objawy, które nasilają się gdy rodzi córkę. Charlie jest przekonana, że albo wariuje, albo coś jest nie tak z maleńką Theą.

„FirstBorn”, jak wynika z opisu szybko nasunie wam skojarzenie z filmami ‚omenopodobnymi’, w których antybohaterem jest dziecko. Muszę Was jednak uprzedzić, że w tym przypadku sprawa jest bardziej złożona i dzięki temu ciekawsza. Co dokładnie ‚dolega’ małej nie chcę Wam zdradzić, by nie popsuć niespodzianki.

Nie jest to film doświadczonych twórców, ale zarówno na poziomie scenariusza jak i jego późniejszego przełożenia na obraz produkcja wcale nie trąci amatorką. Oczywiście sporo brakuje do pełnego zachwytu, ale nie można tu mówić o zaprzepaszczonym potencjale: twórcy do końca wyeksploatowali swój pomysł. A pomysł jak wspomniałam wydaje się oczywisty, ale nie do końca tak jest. To ratuje ten film, bo jego początek nie nastroił mnie optymistycznie: kolejne „Diabelskie nasienie„? Na szczęście wyprowadzono mnie z błędu.

firstborn

„FirstBorn” jest horrorem paranormalnym i bazuje na takich właśnie zdarzeniach. Co ciekawe całkowicie unika skocznych scenek, choć występują tu zjawiska, które w taki właśnie sposób są zazwyczaj prezentowane. Pojawiają się efekty, nieliczne, ale udane. Zagrożenie nie jest pokazywane w całej okazałości. Stanowi raczej widmowy cień, co też należy postrzegać w kategorii pozytywów.

Aktorzy, twarze mi nie znane radzą sobie dobrze i nie obniżają poziomu tej produkcji. Tym czego mi w tym wszystkim nieco zabrakło to emocje. Mamy tu przecież całkiem dramatyczną opowieść , a jednak nie trafiła mnie ona jakoś konkretnie. Być może brytyjscy twórcy chcieli unikać amerykańskiej ckliwości i stąd takie podejście. Zabrakło tu też bardziej określonego klimatu. Tak czy inaczej „FirstBorn” oceniam pozytywnie, ale bez większego entuzjazmu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności: 1/10

Nie ma wyjścia

The Snare (2017)

snare

Alice, Carl i Lizzie urządzają sobie imprezę w pustym mieszkaniu, w pustym niezamieszkanym jeszcze bloku. Szybko okazuje się, że ktoś z rozmysłem ich tam uwięził. Po nieudanych próbach wydostania się na zewnątrz trójka znajomych postanawia cierpliwie czekać na pomoc.

„Snare” to dziwny twór, już nawet ogarniecie daty jego produkcji przysparza sporo kłopotów. Teoretycznie jego premiera miała przypaść na 6 stycznia 2017 roku, ale w niektórych bazach filmowych jego powstanie datuje się na 2014. Być może obraz czekał trzy lata na premierę aż się jakiś VOD nad nim ulituje i puści w świat.

Jego twórca to człowiek orkiestra, jego nazwisko pojawia się przy dość sporej ilości tytułów, prawie za każdym razem w innej roli, od aktora do reżysera. „Snare” wydaje się być jego jedynym w całości autorskim przedsięwzięciem.

Dla mnie po za oczywistością dziwnością ten film prezentuje jeszcze jedną przypadłość: zmarnowany pomysł. Tak, pomysł wyjściowy, pokurwiony jak dwieście pięćdziesiąt miałby szansę powodzenia w bardziej sprawnych rękach. Bo co tu mamy?

Mamy trójkę bohaterów na czele których staje Alice. Z założenia miała być pewnie milcząca, tajemnicza, ukrywająca objawy kiełkującego w niej szaleństwa. W efekcie była jednak dość jałowa i irytująca. Pozostała dwójka bohaterów, to zakompleksiona Lizzy i jej boyfriend cwaniaczek. Aktorskie umiejętności obsady nie pozwoliły jednak na zbudowanie postaci, które mogłyby zrobić wrażenie inne niż poczucie irytacji.

Niczym bohaterzy „Bunkra” dobrowolnie udają się do pustego mieszkania, które ojciec Lizzy, agent nieruchomości, przeznacza na sprzedaż. Szybko okazuje się, że ktoś uwięził ich w środku i wydostanie się na zewnątrz jest niemożliwe.

snare

Tu mocno zaczyna kuleć logika zdarzeń, czy jednak nie przejmuje się twórca, bo stara się dorobić do owych wydarzeń drugie, paranormalne dno.

Lubie filmy z takim właśnie motywem: uwięzieni przez coś, zakleszczeni w  innej rzeczywistości, jak to było „House Hunting” z 2013 roku czy Enter nowhere„.

Próbom przetrwania, bo szybko przechodzimy od prób wydostania się do prób przetrwania, towarzysza dziwne wizje jakich doświadcza Alice. To ona jako pierwsza odkrywa w jak czarnej dupie się znajdują, ale nie stara się nic z tym zrobić. Złośliwy los podkłada im kolejne kłody pod nogi i w efekcie w gruncie rzeczy bezpieczne schronienie okazuje się pułapką, gdzie rychle przyjdzie im zdechnąć.

snare

Wydaje mi się, więc że samo założenie tej historii nie było wcale głupie, ale wykonanie zostało skopane dokumentnie przez zbytnie niechlujstwo. Miałam wrażenie, że reżyser tak bardzo chce nam opowiedzieć tą historię, dotrzeć do jej pointy, że nie baczy na nic po drodze. Efekt wiec jest, jaki jest.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:4

Oryginalność: 5

To coś:5

46/100

W skali brutalności:1/10

Puszka Pandory

The Girl with All the Gifts (2016)

pandora

W bazie wojskowej grupa mundurowych i naukowców przetrzymuje gromadę dzieci. Wśród nich jest Melanie, niezwykle rezolutna i uczynna dziewczynka, ale podobnie jak reszta dzieciarni ma w sobie coś co przeraża. Pewnego dnia gdy dziewczynka zostaje zabrana do laboratorium baza zostaje zaatakowana przez hordę zombie.

Tak, tak, kolejny horror o zombie. Miałam go nawet nie ruszać, ale internety krzyczały, że podchodzi do tematu przewodniego w sposób niezwykle nowatorki. Jeżeli tym novum ma być wątek: grzyb zamiast wirusa, to niewielkie urozmaicenie jak na mój gust. A może próba pozyskania antidotum? Nie, to też już było. Nie wiem gdzie te nowości. Jak dla mnie mamy tu nic innego jak kolejne żywe trupy i grupę ocalałych. I jest dziewczynka, tak dziewczynka jest dość ciekawym elementem tego filmu, ale nie zdradzę Wam dlaczego, bo to jedyna innowacja w tym filmie.

pandora

Scenariusz obrazu powstał w oparciu o powieść Mike’a Carey’a wydanej w Polsce pod tytułem „Pandora”. Domyślacie się pewnie, że osiągnęła nie mały sukces skoro możemy obejrzeć jej ekranizacje.

Sam film, jak mówiłam, nie jest w gruncie rzeczy niczym nowym jeśli chodzi o pospolite zombie movie. Ten sam ograny motyw, bliźniaczo podobne sceny ataków hord wygłodniałych, zarażonych poprzez ugryzienie z bardzo krótkim czasem inkubacji  – zważywszy na to, że nie mamy tu do czynienia z wirusem a z grzybem.

pandora

Z mojej strony nie będzie więc żadnego zachwytu, choć nie powiem bym wynudziła się na tym filmie bardziej niż na innych opowieściach o zombiakach. Dałabym plusa za sympatyczną główną bohaterkę, ale po tym jak zjadła kota straciłam do niej całą sympatię.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:3/10

Przyjaciel od stłuczki

Fender Bender (2016)

fender bender

Nastoletnia Hilary doświadcza tytułowej stłuczki. Mimo ewidentnej winy drugiego kierowcy godzi się na pokojowe rozwiązanie sprawy i wymienia się z winowajcą danymi z ubezpieczenia. Rodzice surowo karzą ją za zarysowanie nowego samochodu toteż ten weekend dziewczyna spędzi sama w domu podczas gdy jej rodzice będą bawić na długo planowanej wycieczce. Jeszcze tego samego wieczora kierowca od stłuczki wykorzysta wiedzę jaką Hilary dobrodusznie mu przekazała i zjawi się w jej domu.

„Fender Bender” zapowiadał się bardzo miło. Jego twórce znam w zasadzie tylko z jednego filmu adaptacji „Nocnego lotnika” Stephena Kinga, która to jednak jak najbardziej mnie zadowoliła.

Film zaczyna się od przyjemnych akcentów muzycznych. Mnie z miejsca skojarzyły się ze starymi, klasycznymi slasherami z lat ’80. Wnioskując po opisie filmu, wiedziałam, że fabuła nie będzie zbyt mądra, toteż ostrzyłam sobie pazurki na spodziewany hołd tradycji slashera. Z tym hołdem to nie do końca wyszło…

Dużo filmowych elementów, chociażby rys postaci głównej bohaterki mocno nawiązują do slasherowej tradycji. Fabuła też skrojona jest z grubsza zgodnie ze schematem, ale trochę nazbyt wszytko uwspółcześnili toteż mimo szarpiącej nerwy slasherowj muzyki nie odczułam klimatu starego dobrego slashera.

fender bender

fender bender

Mimo wszystko jestem w stanie ocenić ten film w miarę dobrze. Mamy tu dużo akcji, kilka prób zbudowania napięcia i umiarkowanie zaprezentowanego dobrze killera. Nudzić się, nie nudziłam, ale żeby mi kapcie z emocji pospadały to nie.

Film jest ultra średni i bardzo żałuję, że nie bazował mocniej na klasyce. W zasadzie nie ma co się więcej na jego temat rozgadywać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

50/100

W skali brutalności:2/10