Miesięczne archiwum: Luty 2017

Uważaj co czytasz

I madman/ Hardcover w sztywnej okładce (1989)

I madman

Virginia pracuje w antykwariacie i jest namiętną czytelniczką niszowych horrorów. W ten sposób w jej ręce wpada powieść niejakiego Malcolma Branda pod tytułem „Ja szaleniec”. Czytadło wciąga ją na tyle, że zaczyna utożsamiać się z główną bohaterką, Anną prześladowaną przez zakochanej w niej seryjnego zabójce.

„Harcover w sztywnej okładce” jest przykładem typowego niskobudżetowego straszaka, który podobnie jak literackie groteski, o których opowiada, w dziwny sposób przyciąga uwagę widza mimo wej taniości.

Jego reżyser w latach ’90 kręcił popularne seriale dla TV, zaś scenarzysta maczał palce w niejednym straszaku utrzymanym na podobnym poziomie co „I madman”.

Film może się podobać i zapewne spodoba się miłośnikom produkcji klasy B, choć mogę stwierdzić, że jego poziom zawyża ogólne przekonanie na temat kondycji takich projektów.

Bawiłam się przy nim przednio, co jest zasługą nie tylko przekonującego aktorstwa odtwórczyni głównej roli, ale i samego pomysłu, który głupi wcale nie jest. Można się tu nawet doszukać drugiego dna, bo czy nie zdarza się tak, że bohaterzy czytanych przez nas powieści stają się częścią naszego życia? Czy nie boimy się tego samego, czego boją się bohaterzy, których losy śledzimy?

I madman

Nasza Virginia wczuwa się w czytaną książkę tak mocno, że ludzie z jej otoczenia stają się jej bohaterami, wreszcie ona sama ma okazje doświadczyć tego, co główna bohaterka. Podobnie autor książki, który za sprawą niezwykle żywych opisów i niezwykłego zaangażowania w twórczość, przejmuje cechy swojego narratora i można rzecz, staje się nim.

Fabuła jest utrzymana w konwencji paranoid thrillera z dużą dawką kryminału, jak zawsze gdy pojawia się morderca i dzielni detektywi.

Znajdziemy tu też solidną dawkę horroru, co sprawiło, że to ten gatunek dominuje w filmie.

Wizualnie, jest jak jest, sceny mordów, charakteryzacja bohaterów wszytko na miarę niskobudżetówki, co jak wiadomo znajduje swoich zwolenników, czujących sentyment do tego typu podejścia do realizacji.

I madman

„Hardcover w sztywnej okładce” nie jest to filmem powszechnie chwalonym, ale z pewnością znajdzie wśród Was amatorów swoich wdzięków.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Zaskoczenie:5

Oryginalność:6

To coś:7

60/100

w skali brutalności:2/10

Raj utracony

Spowiedź diabła – Adrian Bednarek

spowiedz diabła

Kuba Sobański, wyrachowany krakowski prawnik, którego kariera zawodowa znajduje się w rozkwicie, dostaje nową sprawę. Wraz ze swoją wspólniczką, równie bystrą, co alkoholiczną Sandrą, ma dowieść przed sądem niewinności nastolatki oskarżonej o zamordowanie brata bliźniaka.

Nić porozumienia jaką udaje mu się nawiązać z klientką pociąga pewne konsekwencję, ale to nie koniec kłopotów w raju. Po latach poniewierki nie kto inny, jak Królowa Piękności powraca do raju w glorii, jako pisarka celebrytka uwolniona z okowów heroinowego nałogu, który zawdzięcza intrydze Kuby. Diabeł znalazł się w potrzasku, chyba już czas na wyznanie win.

„Spowiedź diabła” to  trzecia część przygód seryjnego mordercy  o pseudonimie Rzeźnik Niewiniątek. Dwa poprzednie tomy serii, którymi Adrian Bednarek debiutował na polskim rynku wydawniczym, odniosły niemały sukces.

Pamiętnik diabła ukazał się nakładem wydawnictwa Novae Res. Drugi tom „Proces diabła” to już zasługa wydawnictwa Zysk i s-ka, z którym jednak nie pociągnął współpracy i po krótkim romansie autor wrócił na stare pielesze. Novae Res podpisało z Adrianem umowę na kilka książek, w tym „Spowiedź diabła”, która we wcześniejszym założeniu – przynajmniej tak wywnioskowałam – miała zamykać serię.

„Spowiedź diabła” wydaje się więc być pożegnaniem z Kubą Sobańskim, jednym z moich ulubionych bohaterów literackich w kategorii intrygujących pomyleńców. Nie płaczę za nim, bo wiem co autor ma w zanadrzu i komu przyjdzie zastąpić Kubę. Możecie mi wierzyć na słowo, że jeśli wszytko pójdzie zgodnie z planem autora, już niedługo znowu będzie o nim głośno, jak przy debiucie.

Ci, którzy znają poprzednie tomy serii o Rzeźniku Niewiniątek, mają już zapewne wyrobione zdanie na temat prozy autora. „Spowiedź diabła” w żadem sposób nie odnotowuje spadku formy, niektórzy nawet twierdzą, że jest to najlepsza z książek w serii, ale ja bym tak się nie zapędzała.

Prawdą jednak jest, że ta część w sprawny sposób łączy najlepsze elementy „Pamiętnika diabła” – pojawia się tu kilka wspominek – i najlepsze elementy „Procesu diabła”, czyli barwny obraz sądowych potyczek.

Książka jest też, w mojej ocenie, niejakim podsumowaniem wszystkich rozpoczętych wątków i można by być pewnym, że na tym historia się skończy gdyby nie epilog…

Za sprawą nowej bohaterki uzyskujemy ponowny wgląd w psychikę Kuby. Można powiedzieć, że staje on przed lustrem i tym razem bardziej świadomie obserwuje narodziny demona, którego tak dobrze już poznał.

Jest tu w zasadzie tyko jeden minus. Dzięki lekturze dwóch poprzednich tomów dość dobrze poznajemy tok rozumowania autora i ciężej jest nas zaskoczyć. Mnie przynajmniej. Nie było już takiego efektu wow, gdy na tapecie pojawiały się kluczowe twisy związane z głównymi wątkami „Spowiedzi diabła”. Nie mniej jednak autor nie traci impetu i cały czas stara się podtrzymywać napięcie.

Tak czy siak, uważam, że książka jest dobrym podsumowaniem serii. Udało się tu stworzyć coś nowego, zamiast kolejnego pseudo thrillera o dzielnych bohaterach, mamy tu antybohatera, który robi całą robotę. Co więcej wszystko jest płynne i doszlifowane do tego stopnia, że można by się zastanawiać, kto kogo prowadzał ulicami raju, Adrian Kubę, czy Kuba Adriana.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae res

Pozwól jej wyjść

Let her out (2016)

let her out

Helen zatrudniona jako kurier ma wypadek na rowerze w wyniku którego trafia o szpitala. Szybko dochodzi do siebie jednak uraz i hospitalizacja nie pozostały nie bez wpływu na jej zdrowie. Wkrótce po tym jak pojawią się u niej pierwsze zaniki świadomości Helen dowiaduje się o guzie w swoim mózgu. Szybko decyduje się na operacje przerażona narastającymi objawami przypominającymi obłęd. Pozostaje jej odczekać trzy dni na zabieg, jednak w tym krótkim czasie to co wzięto za czysto medyczne schorzenie przejmuje kontrole nad jej życiem.

„Let her out” to kolejny horror z ostatniego halloweenowego maratonu w Helios. Podobnie jak poprzednik, „Bed of the dead, nie trafił do szerszej dystrybucji kinowej i podobnie jak poprzednik jest dziełem tego samego reżysera Cody’ego Calahan’a.

Twórca i tym razem postawił na film obfitujący w wizualne wrażenia. Z tym, że teraz zdecydowanie mogę pochwalić ich jakość.

W przypadku „Let her out” nie zabraknie tu widoków miłych dla fanów wszelkiej maści body horrorów. Jest na co popatrzeć Mili Państwo i mówię o tym w pierwszej kolejności, bo jeśli chodzi o fabułę filmu nie jest już tak fajnie.

Nie jest fajnie bo jest powtarzalnie. Przyczyna nagłej zmiany w osobowości głównej bohaterki jest w kinie grozy motywem dość popularnym. Weźmy choćby obraz „Another me” z 2013, czy jeszcze bliższy fabule „Let her out” film „Mroczna połowa”, nakręcony w oparciu o powieść Stephena Kinga.

Cieszy mnie, że twórca filmu przynajmniej nie starał się robić z wątków głównego wielkiej tajemnicy i szybko wyłożył kawę na ławę zdradzając nam pochodzenie guza w mózgu Helen. Dalsze filmowe wydarzenia są do przewidzenia dla widza, którego ów wątek główny nie jest pierwszyzną.

let her out

Sam tytuł filmu zdradza nam, że w przypadku Helen mamy do czynienia z kimś, która „chce wyjść”. I wychodzi, w chwilach gdy Helen traci świadomość. Natura owego bytu jest na tyle złowroga, że daje szansę na ujrzenie dużej dawki masakry. Efekty wizualne są największym plusem tego filmu, więc jeśli nie jesteście zwolennikami takich widoków, nie macie tu w zasadzie czego szukać.

Na mnie owe widoki zrobiły dobre wrażenie, może dlatego, że mało kiedy obcuję z body horrorami i zawsze jest to dla mnie jakaś odmiana.

Podobał mi się ogólny klimat filmu, dynamizm zdjęć i ich kolorystyka. Aktorstwo na poziomie zadowalającym.

Tak sobie pomyślałam, że gdyby twórca włożył tyle wysiłku w „Bed of the dead” zamiast w ten projekt mielibyśmy przynajmniej jedne bardzo dobry film z dobrym pomysłem i wykonaniem, a tak mamy dwie średniawki, z czego w każdej kuleje co innego.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła: 6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:3/10

Co wiesz o Hitchcocku?

Hitchcock – Peter Ackroyd

hitchock

Alfred Hitchcock to nazwisko znane wszystkim, którzy choć odrobinę interesują się kinem. Wymienia się je jednym tchem obok współczesnych reżyserów Hollywoodzkich mimo iż jego twórczość przypadała na czasy, w których kino nie było medium tak powszechnym jak teraz. Jego filmy do dziś oglądamy w telewizji, mimo, że przecież takie stareńkie, najczęściej czarno- białe i opowiadające o realiach nam bardzo odległych.

O Hitchcocku mówi się, że jest królem dreszczowców, mistrzem grozy. To wszytko prawda, ale co tak naprawdę wiemy o Alfredzie jako o człowieku? Na ile nasze wyobrażenie o nim zgadza się z rzeczywistością?

Sylwetka najbardziej znanego reżysera dreszczowców w dziejach, Alfreda Hitchcocka to zbiór pozorów i niedopowiedzeń.

Tego dowiedziałam się dzięki biografii twórcy spisanej przez Petera Ackroyda. Samego biografia nie darzę wielkim sentymentem, po ostatnim spotkaniu z jego pisarstwem. Ackroyd ma dużą tendencje do ‚dzikich manewrów’, odbiegających od głównego tematu jego książek. Czytając biografię Williama Blake’a, zastanawiałam się, czy facet pisze o artyście i jego życiu czy o architekturze Londynu. Miałam podobne obawy względem biografii Hitchcocka, w końcu reżyser tez pochodził z Londynu, więc dawało to pretekst do kolejnych ‚dzikich manewrów’. Szczęśliwie tak się nie stało i zamiast ‚przewodnika turystycznego’ dostałam dobrze skonstruowaną i wnikliwą analizę życia, twórczości i osobowości Hitchcocka. Dowiedziałam się jak mało wiem o człowieku, którego przecież tak podziwiam. Najważniejsza konkluzje jaka płynie z książki zawarłam na początku akapitu: pozory i niedopowiedzenia. Na tym zbudowany został mit Hitchcocka jako wielkiego człowieka. Kim w rzeczywistości był? Skąd wziął się jego geniusz?

hitchock

Zdradzę Wam tylko odrobinę.

Alfred Hitchock był człowiekiem bardzo nieśmiałym, panicznie bał się ludzi i tego jak na niego zareagują. Był zakompleksiony i neurotyczny. Jego życiowym napędem był lęk. Tak, dokładnie. Człowiek, który tak skutecznie straszył swoich widzów, który nierzadko budził popłoch wśród współpracowników, panicznie się bał, od dziecka. Myślę, że tylko ktoś kto tak dobrze poznał lęk we wszystkich jego odcieniach mógł zbudować na nim swoje życie i twórczość.

„Na miłość boską, już jestem skatalogowany – rubryka: dreszczowiec, podgrupa: napięcie”.

Anegdoty z życia Hitchcocka, które lekko rzuca nam biograf pokazują, z jakim mozołem budował swój wizerunek wbrew swoim osobniczym zachowaniom.

Bardzo podobały mi się opisy jego zachowania na planie zdjęciowym. Chociażby fragment o współpracy z aktorką wcielającą się w główną postać w filmie „Rebeka„. Wylania się z tego obraz człowieka, który panował nad wszystkim, celowo prowokował pewne sytuacje by aktorzy stawali się bohaterami jego opowieści zamiast jedynie odgrywać swoje role. Uwielbiam „Rebekę” i byłam zachwycona kreacją głównej bohaterki, teraz wiem jak dużą rolę w tej kreacji odegrał Hitchcock. Może był ‚wrednym tluściochem’, jak widzieli go niektórzy, a może wiedział, że aktorka łatwiej wejdzie w role zaszczutej ofiary jeśli faktycznie stanie się ofiarą.

Jego relacje z aktorami to w ogóle ciekawy temat, część z Was słyszało zapewne o o jego obsesji na punkcie odtwórczyni głównej kobiecej roli w filmie „Ptaki„, ale to tylko jeden z takich smaczków dla których warto bliżej poznać sylwetkę reżysera przedstawioną w tej biografii. Inna anegdotka: podrzucanie manekina robiącego za truchło Pani Bates innej blondynce tym razem na planie „Psychozy„.

Lodówka wielkości garderoby, rola żony Hitchcocka, Almy jako współtwórczyni wszystkich jego dzieł i wreszcie dość szokujące wypowiedzi reżysera na temat jego filmów i samego podejścia do ich powstawania. Hitchcock był zdolny wpompować pieniądze w film, którego scenariusz nie bardzo mu się podobał tylko dlatego, że marzył o nakręceniu jednej sceny.Tak, Moi Drodzy, wszytko to znajdziecie w tej pozycji.

hitchock

Książka wcale nie jest długa, co jest ogromnym plusem biorąc pod uwagę morze informacji jakie zawiera. Poznajmy jej bohatera od wczesnego dzieciństwa,po młodość, początek kariery, jej rozkwit i smutny koniec życia reżysera. Będziecie na planie każdego z jego filmów, odwiedzicie jego dom, poznacie relacje z bliskimi i współpracownikami. Nie jestem tylko pewna czy poznacie samego Hitchcocka. Jeśli liczycie, że po przeczytaniu biografii i obejrzeniu całej filmografii reżysera uzyskacie klarowność względem oceny jego osoby, to nic z tych rzeczy. Hitchcock to pozory i niedopowiedzenia i tak już pozostanie.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

zysk

Dlaczego miałabym Cię zabić?

The Eyes of My Mother/ Oczy matki (2016)

oczy matki

Francisca mieszka na odludnej farmie wraz z matką i ojcem. Pewnego dnia, pod nieobecność ojca do domu zakrada się szaleniec. Mężczyzna zabija matkę dziewczynki, ale na swoim czynie zostaje nakryty przez męża ofiary. Ten pogrzebawszy zwłoki żony, okalecza morderce i skutego łańcuchami zamyka w szopie. Więziony przez wiele lat staje się w końcu jedynym towarzyszem Francescki, która w końcu dorasta. W raz z nią rośnie jej fascynacja brutalnością i psychopatyczna chęcią posiadania kogoś na własność.

No, co za film, Drodzy Państwo. Już w parę minut po seansie stwierdziłam, że oto obraz, który podzieli widzów. I miałam rację.

Tak zwana szeroka grupa odbiorców do której kierowany jest komercyjnie wyszlifowany repertuar kinowy nie ma tu co szukać. Tylko się biedactwa wynudzą, zniesmaczą a i tak pewnie nie dotrwają do końca filmu. I nawet nie mam im tego za złe, nie każdy musi lubić takie dziwolągi jak obraz Nicolasa Pesce. Wielbiciele dziwolągów natomiast spokojnie się w tym odnajdą.

Jak wiecie, ja owym wielbicielem jestem, toteż film przypadł mi do gustu, choć nie powiem bym była obłędnie zachwycona. Film ma wady, z czego najbardziej rzuca się w oczy, bardzo nierówna narracja. Mamy tu sporo niejasnych przeskoków, urwanych tematów i niedopowiedzeń. Z uwagi na sam temat filmu, który czyni go wcale nie łatwym w odbiorze i te zabiegi dodatkowo utrudniają odbiór i trzeba mieć coś z kinowego masochisty by przełknąć to od tak.

Jest to film w dużej mierze opowiedziany obrazem, nie słowem, do tego czarno- biały więc przebija tu w mojej ocenie sentyment do kina niemego. Zdjęcia charakteryzują się długimi ujęciami, dużą ilością scen skupiających się na prezentacji otoczenia wydarzeń niż samym wydarzeniom. Doskonale poznamy wystrój farmy, położenie domu etc. Taki mały świat głównej bohaterki. Tak mały, że można rzec klaustrofobiczny. Jej egzystencja przypomina żałosny żywot Ed’a Geina, który możecie sobie wyobrazić dzięki rozlicznym dokumentom i filmom fabularnych opartym na jego historii.

oczy matki

Sama bohaterka jawi nam się jak rasowy psychopata. Ale nie taki jakim widzi go Hollywood. Jest wyprana z emocji do granic możliwości. Widać to już w scenach bezpośrednio po śmierci matki, gdy zakrada się do szopy gdzie tkwi uwiązany morderca i nawiązuje z nim relacje. Wszyscy chyba spodziewaliśmy się innego obrotu sprawy. Bohaterka jest zafascynowana śmiercią, ale dopiero później odkryje radość płynącą z mordowania, póki co jej zainteresowanie jest czysto … naukowe.

Wiele tu będzie scen zdolnych zszokować, choć paradoksalnie nie można filmowi zarzucić by obfitował dosadnym gore. Wręcz przeciwnie, widzimy, że Frann coś kroi, ale tylko z kontekstu możemy wiedzieć, co kroi. Widzimy jak wkłada zakrwawione mięso do lodówki, a wyobraźnia robi resztę: to szczątki człowieka, ona zamierza jej zjeść, etc.

Więcej tu wiec sugestii niż dosłowności, za co bardzo chwalę twórcę, bo nie od dziś uważam, że reżyserzy powinni bardziej zawierzyć widzom, zamiast sprzedawać nam ‚gotowce’ sprzedać ‚sugestie’. Dzięki temu każdy wedle własnych możliwości umysłowych dośpiewa sobie resztę na miarę zapotrzebowania czy to na makabrę czy to na coś innego.

oczy matki

„The Eyes of my mother” jest reżyserskim debiutem, co więcej jest to film chłopaczka dwudziestosiedmioletniego, jego kariera i zmysł twórczy jest więc jeszcze w powijakach, a już wyskoczył z czymś takim. Co to będzie dalej?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Nowy Egzorcysta w parafii

The Exorcist/ Egzorcysta – Sezon 1 (2016)

egzorcysta

Do młodego proboszcza podupadającej parafii zgłasza się jedna z wiernych, Angela Rance, matka i żona, kobieta w średnim wieku. Angela utrzymuje, że jedna z jej dorastających córek doświadcza opętania. Młody ksiądz podchodzi do sprawy stosownie sceptycznie i dopiero seria nieprawdopodobnych zdarzeń skłania go do ponownego rozpatrzenia sprawy, która jak się okazuje, jest bardzo jednoznaczna. Córka Pani Rance jest opętana, jak diabli.

Emisja pierwszego sezonu serialu FOX, „Egzorcysta”, skończyła się już sporo czasu temu i mimo pewnego nieoczekiwanego entuzjazmu jaki wzbudził we mnie serial zabierałam się do napisania o nim jak pies do jeża. Teraz leżąc obłożnie chora w domu i nie mogąc się wykręcić ważnymi obowiązkami – tak więc, przyszedł czas na „Egzorcystę”.

Serial wzbudził dużo szumu jeszcze na długo przed premierą. Powiem szczerze, że nieśmiało stałam po stronię kręcących nosem miłośników klasycznego „Egzorcysty, który to zdaniem wielu miał zostać sponiewierany przez serialową konwencję. No, bo prawda jest taka, że „Egzorcystę” znają wszyscy. Jest on niejako prekursorem wszelkich horrorów religijnych z motywem opętania, których mamy w chwili obecnej taki urodzaj, że spokojnie można stwierdzić, że jest to wątek wiodący w gatunku.

egzorcysta

Dla wielu „Egzorcysta” jest niedoścignionym ideałem horroru, przykładem najstraszniejszego filmu w dziejach. Powstał w oparciu o znaną powieść zmarłego niedawno Wiliama Petera Blatty’ego pod tym samym tytułem. (Ps. Niebawem nakładem wydawnictwa Vesper ukaże się wznowienie polskiego wydania powieści. Aj!)

Jak głosiła wieść gminna scenariusz serialu powstał w oparciu o wspomniany kinowy horror. Większość z widzów, w tym ja, spodziewało się zatem, że jego fabuła będzie stanowić kalkę scenariusz filmowego, być może w uwspółcześnionej wersji, ale jednak kalkę. Jednak już po pierwszym odcinku możemy zauważyć, że ów niepokój był niepotrzebny. Serial opowiada zupełnie nową historię, wykorzystując wątki z filmu kinowego, ale o tym w jaki sposób i gdzie tkwi spryt owego chwytu dowiecie się gdzieś na półmetku sezonu.

Tak, niespodzianek jest tu całkiem sporo, już nawet kwestia: która córka Angeli jest opętana stanowiła dla twórców pretekst do knucia przeciwko osądowi widza.

Drugą dużą obawą wśród widowni było, czy serial odda klimat filmu z lat 70. Nie oddał, nie mam co Was oszukiwać, ale powiem szczerze, że chyba nawet nie starał się tego uczynić, bo skupił się na budowaniu własnego nastroju. I tu powiem, odniósł w mojej ocenie spory sukces. Nie jest łatwo zbudować grozę którą pomieści i zaakceptuje mały ekran. Mamy tu pewne ograniczenia trudne do przejścia. Nie będzie więc szoku i przerażenia, ale będzie groza wyczuwalna.

egzorcysta

O serialowej fabule staram się pisać jak najmniej, bo jak wspomniałam mamy tu trochę niespodzianek, które jak liczę, mile Was zaskoczą. Ja to wszytko kupiłam, być może dlatego, że moje oczekiwania względem seansu z tym serialem były naprawdę niskie, a może dlatego, że faktycznie mamy tu do czynienia z czymś dobrym.

Scenariusz wykorzystuje znane motywy, znane przede wszystkim z pierwowzoru, ale także pewne rzeczy przedstawia w innym kształcie zmieniając nieco perspektywę – in plus jak dla mnie. Mimo że mamy tu odgrzewany kotlet, no cóż, da się tu wyczuć pewną świeżość- mało znane twarze aktorów, pewne chwyty zastosowane w zaprezentowaniu samego opętania – jak personifikacja demona. To wszystko sprawia, że ku memu zaskoczeniu nowy „Egzorcysta” trafił w mój gust. Może trafi i w Wasz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Mama kupi Ci slowika

Shut In/ Osaczona (2016)

osaczona

W tragicznym wypadku samochodowym zginął mąż Mary, Richard, a jej nastoletni pasierb, Steven doznał urazu mózgu w wyniku, którego jego życie to bierna wegetacja. Kobieta obawia się, że nie jest w stanie dłużej opiekować się Stevenem i planuje zapewnić mu opiekę w specjalnym ośrodku.

Tymczasem w swojej pracy, psychologa dziecięcego trafia na przypadek chłopca, który z powodu zaburzeń zachowania może stracić szansę na normalne dzieciństwo. Mały Tom ucieka z opieki społecznej prosto do domu Mary, jednak jeszcze tego samego wieczoru znika. Kobieta jest przekonana, że dzieciaczek zginął na mrozie z powodu jej zaniechania i teraz jego duch nawiedza ją nocami.

Dawno nie widziałam Naomi Watts w żadnym horrorze, a z tym gatunkiem kojarzy mi się nieodmiennie od czasu Kręgu„. Byłam ciekawa jak będzie wyglądać jej kolejne spotkanie z gatunkiem, co z tego tym razem wyniknie.  Co prawda, „Osaczona” stricte horrorem nie jest, raczej thrillerem, jednak wykorzystuje on sporo elementów, które są jednak bardzo typowe dla kina grozy. Jak się okazało, nie był to powrót w wielkim stylu, bo „Osaczona” to do bólu przeciętne kino, wykorzystujące ograne motywy i tak naprawdę Naomi nie miała tu wielkiego pola do popisu.

thrillerach z gruntu najważniejsza jest dobrze zbudowana intryga. Sprawne wywodzenie widza w pole, gra na jego emocjach i budowanie napięcia tak by całą historię śledziło się z uwagą. Tu tego nie zaznałam i już Wam mówię dlaczego.

osaczona

Pierwszym i w zasadzie ostatnim zarzutem jest schematyczność. Schematyczność tęgich rozmiarów pozwalająca w dużą dokładnością przewidzieć dalsze wydarzenia. Ot pojawia się bohater – tak, wiemy, że to właśnie on zginie, bo zgodnie z narzuconym tu schematem, który szybko rozgryziemy idealnie wpisuje się w rolę potencjalnej ofiary. Ten sam problem miałam chociażby z „Annabelle„, której sequel niebawem trafi do kin.

Jeśli mamy do czynienia  z przewidywalnością tej miary ciężko mówić o napięciu. Ta schematyczność pociąga za sobą dalsze konsekwencje. To co miało być w założeniu nieoczekiwane, czyli wszelkie sceny, przy których powinniśmy podskoczyć na fotelu nie robią pożądanego wrażenia. Po prostu są, pojawiają się ni z tego ni z owego bez wstępnego ‚podejścia’.

osaczona

Emocje bohaterów, na których zbudowana jest cała historia, czyli po pierwsze dylematy zawodowo – moralne Mary i relacja z pasierbem są tak grubymi nićmi szyte, że równie dobrze można by wyposażyć bohaterów w transparenty. Cała psychologia postaci tak ważna w tego rodzaju opowieściach zbudowana została na oczywistych oczywistościach. Jeśli już widzieliście film, domyślacie się zapewne o czym mówię.

Nie wyposażono tych postaci w żadne rysy, zgięcia, zniekształcenia, są papierowi i wyglancowani jak srebrna zastawa w lordowskim domu. W tę wszechobecną schematyczność doskonale wpisuje się zagrywka końcowa, czyli twist fabularny, który zdradza nam istotę całej intrygi. Jeśli byliście zaskoczeni to Wam zazdroszczę.

Nie, film mi się nie podobał, bo w żaden sposób nie odstawał od przeciętności. Był nijaki i nawet aktorstwo, nie najgorsze przecież, nie ratuje sprawy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

49/100

W skali brutalności:1/10

To co najlepsze u Lovecrafta

W górach szaleństwa i inne opowieści – H.P. Lovecraft

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Po dwóch zbiorach opowiadań Lovecrafta od wydawnictwa Vesper, przyszedł czas na kontratak wydawnictwa Zysk i s-ka. Nie macie pojęcia jak cieszy mnie fakt, że na polskim rynku wydawniczym ktoś jeszcze interesuje się klasyką. Będę śledzić ten wyścig i czekać na kolejne perełki.

W moje zachłanne łapki wpadła nowa publikacja czyli „W górach szaleństwa i inne opowieści”. Generalnie zawiera ona opowiadania, które miałam już okazję przeczytać, choć z uwagi na różnice w tłumaczeniu nierzadko w innych wydaniach noszą inne tytuły. Zamiast więc „Ryciny w starym domu”, mamy tu „Piekielną ilustrację”, zamiast przekładu Macieja Płazy mamy Roberta Lipskiego. Nie ukrywam, że przywykłam trochę do Płazy, ale wcale nie uważam by tłumaczenia wykorzystane w tym zbiorze były gorsze, ba, i one przypadły do gustu.

Cały, liczący ponad siedemset stron zbiór zawiera siedemnaście opowiadań, ku mojej uciesze większość z nich należy do moich ulubionych. Jeśli więc nie mogliście się zdecydować czy zainwestować w „Zgrozę w Dunwch„, czy „Przyszła na Sarnath zagłada„, najlepszą opcją będzie trzecie opcja czyli „W górach szaleństwa i inne opowieści” 🙂

Pierwsze z opowiadań to wspomniana „Piekielna ilustracja”, czyli opowieść o spotkaniu z pewnym pasjonatem starej księgi, a raczej ilustracji w niej zawartych. starych rycin, których widok pozostaje nie bez wpływu na oglądającego.

Dalej mamy „Muzykę Ericha Zanna”, również mój faworyt. Opowiadanie krótkie, ale ujmujące swoją tajemniczością. Dalej „Zapomniane miasto” z cyklu Lovecraft’owskich astralnych podróży i znowu znany i lubiany przeze mnie „Przybysz”, opowieść pisana z punktu widza bohatera będącego w Lovecraft’owskich opowieściach częściej antybohaterem.

Kolejny mój ulubieniec czyli „Reanimator”, nadal uważam, że mógł być pisany pod wpływem „Frankensteina”. Opowiadanie znane większości, chociażby z luźnej filmowej adaptacji.

Przyczajona groza”, której fabułę z grubsza również możecie znać z ekranizacji, również znalazła tu miejsce. „Szczury w murach” – powtórzę się, kolejne opowiadanie z grona ulubieńców, dzięki swojej gotyckiej aurze. Wreszcie szlagier, czyli długaśny „Zew Cthulhu”, co prawda do moich faworytów nie należy, ale jest chyba najbardziej rozpoznawalnym z pośród wszystkich utworów autora.

Na pociechę w kolejnym opowiadaniu znowu wracamy do grona moich wybrańców czyli „Modelu Pickmana”, opowieści o upiornym malarstwie inspirowanym autentyczną potwornością.

„Przypadek Charlesa Dextera Warda” jest jednym z pierwszych opowiadań Lovecrafta jakie sobie ulubowałam i które zawsze będę z nim kojarzyć. O „Kolorze z przestworzy” pisałam dopiero co, dzięki jego włoskiej filmowej adaptacji. Również jest to jedna  z moich ulubionych historii, doskonale wpisuje się w twórczość Lovecrafta, ale nie razi powtarzalnością motywów z „Zew Cthulhu”.

„Szepczący w ciemności”, a to już faworyt absolutny, opowiadanie najbliższe współczesnemu pojmowaniu sc-fi  z kosmitami i całym tym kramem. Nie zabrakło tu oczywiście tytułowego opowiadania zbioru czyli „W górach szaleństwa”.

w górach szaleństwa i inne opowiesci

Na finiszu znajdą się natomiast „Widmo nad Innsmouth”, „Cień z poza czasu”„Duch ciemności”. Wisienką na torcie jest „Coś na progu”, które w mojej ocenie spokojnie może robić za swoiste podsumowanie twórczości Lovecrafta, bo zawiera wszystkie jej najlepsze, w mojej ocenie, elementy.

Nie wiem jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze opowiadań. Mamy tu utwory zarówno z początków twórczości autora jak i czasów największego rozkwitu i wreszcie końca pisarskiej kariery. Nie skupiono się na żadnym konkretnym motywie przewodnim utworów. Ot, wybrano to co mi się najbardziej podoba, jak miło.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk


Przyjaciel wesołego klauna

Dear mr. Gacy/ Szanowny Panie Gacy (2010)

szanowny panie gacy

Młody student w ramach zajęć z kryminologii podejmuje się napisania pracy o jednym z niesławnych amerykańskich seryjnych morderców. Jego wybór Pana na Johna Gacy’ego, który oczekuje na wykonanie wyroku w celi śmierci bez skutecznie składając kolejne apelacje.

Jason Moss nie zamierza opierać swojej pracy na teoriach i domniemaniach, ma ambitny plan wniknięcia w psychikę seryjnego zabójcy. W tym celu nawiązuje z nim korespondencję.

Umknął mi ten film, co uważam za osobistą porażkę w filmowych łowach. Przypuszczam, że dzielę tę klęskę z przynajmniej częścią z Was toteż już teraz na samym wstępie zachęcam do sięgnięcia po ten obraz.

O Johnie Gacym słyszałam już niejedno. Oglądałam masę dokumentów ukazujących jego sylwetkę z perspektywy osób, które miały nieprzyjemność go poznać. Biografia jego czynów znajduje się w większości kryminalnych antologii.

Jeśli chodzi o mnie, nie byłam nim wielce zafascynowana, dużo bardziej moją uwagę przyciągają mordercy dzieci, bo tu już chyba doprawdy przedpiekle. John Wayne Gacy zabijał mężczyzn, młodych mężczyzn z czego najmłodsza z ofiar miała 14 lat. Był gwałcicielem z sadystycznymi zapędami. Lubił nosić przebranie klauna, udzielać się charytatywnie i robić za przykładnego członka społeczności Waterloo. Nieźle malował i sprawdzał się jako businessman. Po za tym dbał o użyźnianie ogrodowej gleby zwłokami 28 ofiar swoich zbrodni.

W filmie „Szanowny Panie Gacy” poznajemy go dzięki młodemu bohaterowi, Jasonowi Mossowi, który zafascynowany sylwetką mordercy i przekonany o własnym geniuszu the bestu porywa się na ‚dokonanie tego czego nikt nie zdołał, wniknięcia w psychikę Gacy’ego’.

szanowny panie gacy

Studencki przez blisko rok koresponduje ze sprawcą, rozmawia z nim przez telefon, i wreszcie spotka się z nim w więzieniu.

To co w tym wszystkim najbardziej spodoba się potencjalnemu widzowi to obraz przedziwnej, porąbanej relacji jaką nawiązuje Jason i Gacy. Chłopak doskonale wpisuje się w profil potencjalnej ofiary, można rzec, uwodzi Gacy’ego.

Kreacja młodego aktora w roli Jasona spełni większość oczekiwań, ale mnie zawsze w tego rodzaju produkcjach interesuje antybohater. Tu w roli Gacy’ego ujrzymy Williama Forsythe, znanego między innymi z roli porucznika w „Bękartach diabła„. Zdecydowanie zasłużył na wyróżnienie jako odtwórca postaci Gacyego.

Jak wspomniałam, Gacy jako taki nie budził mojej fascynacji. Myślę, że to co chciał zgłębić Jason nie wymagało aż takich ofiar. Gacy zabijał młodych chłopców z okrucieństwem, bo karał ich za popęd seksualny jaki w nim budzili. Wolał już być mordercą niż gejem.

szanowny panie gacy

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Jasona Mossa, który w „The last victim” opisał swoją znajomość z Gacym. Jak mocno odbiła się ona na psychice studencika można wnioskować chociażby po jego samobójczej śmierci lata później. Może od początku był porypany, ale może to Gacy coś z nim obudził? Jak prawił Nietzsche: jeśli długo patrzysz w ciemność i ona spojrzy na Ciebie.

szanowny panie gacy

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Baba Jaga patrzy

Don’t Knock Twice/ Baba Jaga (2016)

baba jaga

Nastoletnia Chloe wychowanka domu dziecka  wprowadza się do swojej matki. Niesie ze sobą bagaż przykrych doświadczeń i coś jeszcze… klątwę przywleczoną z owianego złą sławą domu rzekomej czarownicy.

Dziewczyna wierzy, że zniknięcie jej kumpla i dziwne zdarzenia rozgrywające się wokół niej są efektem dwukrotnego zastukania w drzwi przeklętego domu. Pytanie tylko, ile jest prawdy w starym micie.

baba jaga

„Baba Jaga” to horror nakręcony przez twórce „Machine” we współpracy z twórcami „The Howl” i licznych filmów animowanych dla dzieci. Takie połączenie trendów daje nam owszem horror, ale raczej z kategorii teen horrorów, lekkostrawnych fabularnie i z raczej podłogowym poziomem grozy.

Amerykańska moda na poniewieranie demonami z Europy Wschodniej znalazła tu swoje miejsce, w osobie tytułowej Baby Jagi. Antagonistka została wykorzystana w stosownie niedbały sposób i tylko jedna kwestia mówiona z filmu wskazuje na jej rodowód. Zakładając, że słuch mnie nie oszukał, podobnie jak w „Kronice opętania” pojawił się tu dialekt z siódmego kręgu piekła, czyli język polski.

Fabuła filmu skupia się na zaprezentowaniu niszczącego wpływu przywleczonej przez Chloe klątwy i próbach jej zdjęcia.

baba jaga

Zarówno początkowa, jak i środkowa partia filmu wieje straszną nudą. Zarejestrowałam jedną dobrą scenę, z emanacją ducha w domu matki Chloe i to na tyle jeśli idzie o paranormalne wrażenia godne uwagi.

Finisz fabuły to dwa zwroty akcji nałożone jeden po drugim. Gdyby rozciągnąć to trochę w czasie być może ów zabieg osiągnął by pożądany efekt. A tak, dwa niewypały jeden po drugim.

Nie jest to film niskobudżetowy, ale i tak nie bardzo mogę pochwalić realizacje, bo jest przeciętna po prostu.

Podsumowując, film dla niewymagających.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:1/10