Miesięczne archiwum: Maj 2017

Nastąpi zmiana

Rupture/ Pęknięcie (2016)

rupture

Renee, samotna matka, zostaje uprowadzona przez grupę ludzi, którzy zamierzają poddać ją eksperymentowi naukowemu. Przerażona kobieta odkrywa, że nie jest jedyną ofiarą dziwnych naukowców.

Wkróce okaże się, że najważniejszym z elementów eksperymentu jest strach. Renee będzie miała okazję przestraszyć się jak nigdy dotąd.

Przyznam, że sięgnęłam po ten film tylko ze względu na Noomi Rapace w obsadzie. Opis fabuły średnio mnie zainteresował, choć finalnie muszę przyznać, że wcale nie był to najgorszy wybór – wbrew gminnej wieści, że film shitowy.

„Pęknięcie” to thriller sci -fi, traktujący o graniczących z szaleństwem eksperymentach naukowych. O ich konkretnym celu wolę nie mówić, żeby nie psuć Wam seansu. Ostatecznie prawdę o tym do czego zmierza ta historia mamy odkryć razem z jej bohaterką.

rupture

Przez znaczną część filmu nie wiemy więc o co chodzi. Podrzucane są nam szczątkowe informacje, które wskazują na coraz bardziej zakręcony pomysł twórców. Trzeba przyznać, że rzecz jest dość oryginalna, choć jeśli by się uparł w szukaniu nawiązań, to wątki z „Inwazji porywaczy” ciał w pewnym stopniu znajdują tu odzwierciedlenie. Ale tak to już jest z klasyką gatunku – jest wszechobecna.

Nasza bohaterka desperacko pragnie uciec, więc będziemy tu śledzić jej próby wydostania się z opresji. Charyzmatyczna Noomi Rapace doskonale wywiązała się ze swojej roli. Kibicujemy jej dzielnie i mamy z tego pewien ubaw. Ale doskonale nie jest.

Jak na film sci- fi nie zabraknie tu absurdu i moim zdaniem tego absurdu jest trochę za dużo. Mało naukowe to wszytko, ot co.

Jeśli chodzi o walory grozy, to też nie ma szału. Mnie przeraził wąż, ale mnie przerażają nawet liche zaskrońce w lesie więc, nie wiem czy można to uznać za błysk. Widzowie cierpiący na arachnofobię, jak nasza bohaterka, też znajdą tu coś dla siebie, bo jak wspomniałam celem naukowców jest wystraszenie Renee.

rupture

Cały konspekt historii, jak wspomniałam jest dość pomysłowy, ale zdałoby się dać tu trochę szlifów by efekt końcowy miał ręce i nogi.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

to coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Służąca, złodziejka, kochanka

Ah-ga-ssi/ Służąca (2016)

służąca

Sook-he, młoda Koreanka, sierota wychowana przez paserkę, zaczyna pracę w charakterze pokojówki u japońskiej arystokratki mieszkającej z wujem. Nawiązuje silną więź ze swoją chlebodawczynią mimo, że w jej domu znalazła się w niekoniecznie przyjaznych zamiarach.

Gdy tylko pojawiała się informacja o nowym filmie Parka, wiedziałam, że będzie to dobry film, który muszę zobaczyć. Kiedy już wiedziałam, że będzie to film, którego akcja osadzona będzie na wschodzie wiedziałam, że będzie piękny. Lubię tego reżysera za to, że mimo sukcesów na zachodzie, mimo romansów z Hollywood nadal jest wierny temu co najlepsze w kinie koreańskim. „Stocker” bardzo przypadł mi do gustu, ale zdecydowanie wolę te filmy Parka, których akcja rozgrywa się w jego ojczyźnie.

służąca

Co ciekawe za inspirację dla scenariusza posłużyła powieść, której akcja rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii w XIX wieku. Park wspólnie z Seo-Gyeong Jeong sprawnie przeniósł jej fabułę do Korei. Książkę z chęcią bym przeczytała zwłaszcza, że porównywana jest z twórczością Willkiego Collinsa, a ten to lubi dobre intrygi.

Intryg w „Służącej” nie zabraknie. Opowieść dzieli się na trzy części z czego każda dostarcza nam nowych informacji, stanowi inteligentny fabularny twist i kończy się efektem zaskoczenia.

służąca

Taka historia musi dostarczyć sporo emocji, choć czytałam recenzje które zarzucają „Służącej” nudę. No nie wiem, z czego to może wynikać… Albo wiem, ale nie chce być uszczypliwa:)

Chyba mogę się zaliczyć do grona oszalałych i bezkrytycznych fanek koreańskiego kina więc w „Służącej” nie dostrzegam wad. Sprawy techniczne zostawię lepiej mądralom, które lepiej uzasadnią zachwyt efektem końcowym, dość, że przyznam, że całkowicie utknęłam w świecie przedstawionym. Film jest piękny, historia fascynująca. Nie zabraknie tu ani sensualności, ani humoru ani suspensu. Dla mnie bomba. Tyle, że to nie horror:)

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:9

Walory techniczne:10

aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:8

80/100

W skali brutalności:0/10

Zmyślona miłość i prawdziwe zbrodnie

Rillington Place – sezon 1 (2016)

rillibgton place

John Christie mieszka wraz z żoną Ethel w mieszkaniu przy Rillington Place. Ich małżeństwo nie układa się zbytnio, bo John jest człowiekiem dosyć chłodnym w obejściu. Po pewnym czasie wspólnego pożycia, opartego głównie na kompromisach na jakie godziła się Ethel, kobieta zaczyna dostrzegać w mężu coś jeszcze. Jego zachowanie niepokoi ją.

O Johnie Christim usłyszałam po raz pierwszy dzięki filmowi z lat ’70 „Dom przy Rillington Place”. Jego bohater jest postacią autentyczną, seryjnym mordercą kobiet, którego działalność przypadała na lata ’40 XX wieku.

„Rillington Place’ jest serialową wersją historii zabójcy. Serial ma tylko jeden składający się z trzech odcinków sezon, więc bardziej mamy tu do czynienia z mini serialem niż serialem jako takim.

Jak się zapewne spodziewacie ze względu na większe możliwości czasowe miniserial bardziej rozwija zbrodniczy fragment biografii Christiego niż robił to film. Ku mojemu zdziwieniu nie rozwija wcale tych fragmentów, na które mogliby liczyć fani horroru.

Jeśli chodzi o sceny morderstw, tak sugestywnie przedstawione w filmie z lat ’70, mini serial wymięka. Mamy tu bowiem zaprezentowany tylko jeden mordercy akt i to w dodatku na finiszu ostatniego odcinka. Ta scena zresztą mimo, że udana nie robi takie wrażenia jak morderstwa w starszym filmie.

Co więc oglądamy przez trzy ponad godzinne odcinki? Fabuła skupia się głównie na relacji Johna i Ethel. W tych rolach widzimy bardzo dobrych warsztatowo Tima Rotha i Samanthe Morton. Z ich aktorskich kreacji możemy wysnuć wiele wniosków na temat kreowanych postaci mimo iż scenariusz nie obfituje w większą dosłowność. Ethel postrzegałam jako desperatkę, myślącą życzeniowo i dającą się ponieść fikcyjnemu obrazowi męża i ich małżeństwa. Wcale nie była słaba na umyśle, stoczyła nie jedną wewnętrzną batalie by być wstanie przymknąć oko na coraz bardziej oczywiste i brutalne fakty.

rillibgton place

John z kolei to oschły osobnik, który pod płaszczem surowości moralne skutecznie ukrywa swoje występki. W jakiś sposób stworzył swój obraz samego siebie i dokładał starań by jak największej osób w niego uwierzyło. A że był niezłym manipulantem robił to skutecznie. Myślę, że w pewien sposób odcinał się od swojego prawdziwego ja i tylko na krótkie momenty, w których dokonywał aktów przemocy spuszczał je ze smyczy. W ten sposób dystansował się od odpowiedzialności.

Sporo uwagi poświęcono również Timowi, mężowi jednej z ofiar, który niefartownie zawierzył mordercy  i nie tylko stracił żonę i córeczkę, że o nienarodzonym dziecku nie wspomnę, ale skończył na szubienicy obwiniony za zbrodnie Christiego.

rillibgton place

Niewiele dowiadujemy się zaś o samych ofiarach i muszę przyznać, że gdyby nie uprzedni seans z „Domem przy Rillingotn place” nie wiele bym wiedziała o samym modus operandi sprawcy.

Twórcy serialu pozostawili wiele przestrzeni na domysły, co ma zarówno swoje zalety jak i wady. Zależy czego oczekuje widz. Serial nie wątpliwie ujmuje klimatem, wspaniale odzwierciedlającym realia tamtych czasów. Jeśli zaś chodzi o samą historię Christiego to bardziej polecam zapoznanie się ze starszą produkcją.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

klimat:9

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:7

64/100

W skali brutalności:1/10

Zamek krwi i makbry

Danza macabra aka Castle of blood (1964)

danza macabra

W karczmie w Londynie spotykają się trzej jegomoście. Jednym z nich jest Allan Foster dziennikarz pragnący zrobić wywiad z Edgarem Allanem Poe, który akurat bawi w Anglii, drugim jest sam powieściopisarz, zaś trzecim lord Blackwood posiadacz okazałego i owianego złą sławą zamku.

Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczy teorii życia po śmierci, w które zdają się wierzyć wszyscy mężczyźni po za dziennikarzem. Lord Blackwood proponuje Fosterowi zakład, którego przedmiotem miało być spędzenie przez niego nocy w we wspomnianym nawiedzonym pałacu. Foster przyjmuje zakład i przed północą w wigilię Wszystkich Świętych melduje się w nawiedzonym zamku.

danza macabra

„Danza Macabra” to włoski horror utrzymany w klimacie gotyku. Ma prostą ale nie głupią fabułę, szczególnie dla fanów bardzo klasycznego podejścia.

Wspomniani fani powinni być filmem zachwyceni, bo posiada wszystkie przymioty dobrego, starego kina z gatunku. I uwaga, mimo, że jest to produkcja włoska nie zobaczymy tu typowej dla włoskich produkcji nad ekspresji. Pewna teatralność – owszem, ale wszytko w granicach normy.

Jej głównym twórcą jest Antonio Margheriti, którego postrzegam jako taki włoski odpowiednik Cormana. Styl pracy, jeśli wierzyć legendom w przypadku obydwu panów był bardzo podobny. Obydwaj doskonale pracowali na niskim budżecie i operowali klasycznymi wątkami.

Oczywiście Margheriti nie żył samym horrorem, ale wiele osób twierdzi, że to w tym gatunku spisywał się najlepiej. „Daza macabra” to jego pierwszy horror, do którego udało mu się zaprosić gwiazdę włoskiego kina grozy Barbarę Steel. Barbara to aktorka ponadczasowa. Do tej pory można ją spotkać w jakimś straszaku. Jej niegdysiejsza uroda nabrała z wiekiem jeszcze demoniczniejszego rysu więc cały czas doskonale wpisuje się w gatunek.

danza macabra

W „Danza macabra” wciela się w postać ducha Elizabeth Blackwood, pięknej i bardzo zmysłowej kobiety, której rozliczne namiętności doprowadziły do zgonu co najmniej kilka osób.

W noc, w której Allan Foster zjawia się w pałacu z miejsca staje się obiektem jej uczuć. Wedle teorii, która cały czas odbija się echem w filmowej fabule, silne emocje dają ludziom pewien rodzaj nieśmiertelności. Elizabeth, jak sama mówi, żyje tylko gdy kocha.

Jej relacje z otoczeniem są nieźle pogmatwane, jak dowiadujemy się dzięki retrospekcjom. Pojawia się nawet wątek lesbijski. Wszystko sprowadza się jednak do starego jak świat schematu: nawiedzony dom, nieszczęśliwe duchy i uwięziony żywy. 

Atmosfera jest bardzo gęsta, kipi i grozą i erotyzmem zarazem co można uznać za zaletę.

Od strony technicznej jest po Cormanowskiemu. Teatralnie odstrojona scenografia, wyrazista charakteryzacja, tylko światła jakby mniej. Ogląda się go bardzo przyjemnie.

danza macabra

Podobnie jak filmy Cormana nawiązuje do twórczości Poego, choć ciężko mi ocenić jakie konkretne dzieło wzięto tu na tapetę. Generalnie nie przypomina to niczego co bym znała choć ogólny duch twórczości Poego jest jak najbardziej wyczuwalny.

Dla fanów tego rodzaju estetyki oferta jak znalazł.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:1/10

Demon w Bangkoku

P aka Possession (2005)

p

Młodziutka dziewczyna opuszcza tajlandzką wioskę i przybywa do Bangkoku by zarobić na lekarstwa dla chorej babci. Na miejscu trafia do klubu go-go i przyjmując imię Dau zostaje prostytutką.

W niewdzięcznym świecie pomaga sobie za pomocą magii, której nauczyła ją stara babcia. Niestety Dau nie przestrzega zasad jakie rządzą światem czarów i wkrótce wpada w kłopoty.

„P” w języku tajskim oznacza tyle co „duch”. Duchów jednak w tym filmie niewiele, choć nadal mieni się on mianem horroru.

Dużo większą uwagę, przynajmniej tak było w moim przypadku, przykuwa warstwa dramatyczna filmu. Tajlandia słynie z seks turystyki i to ona jest przewodnim tematem filmu Paula Spurriera. Tak, jest to film napisany i nakręcony przez Brytola, ale  w języku tajskim i z tajską, przynajmniej w większości, obsadą. To chyba generalnie ewenement. Sama sięgnęłam po niego by trochę bardziej przyjrzeć się tajskiemu kinowi grozy.

„P” na tle znanych mi produkcji z tego kraju wcale nie wypada najgorzej, choć pewne uwagi mam. Efekty chociażby, nie obyło się bez nich w drugiej partii filmu gdzie tytułowy duch zaczyna działać, i mogłyby być  lepsze technicznie.

Druga rzecz, to mało horroru w horrorze. Warstwa dramatyczna, to powiedzmy, tło społeczne, praktycznie zdominowało resztę wątków w tym wątek paranormalny. Mówię o tym tylko dlatego, że miłośnicy czystości gatunkowej mogą kręcić nosem. Sama jestem zdania, że takie rozbudowanie wątków obyczajowych wyszło filmowi na zdrowie. W porównaniu z częścią filmu skupioną na klątwie jaka spadła na Dau wypadają dużo ciekawiej.

p

Jeśli więc chodzi o tą najbardziej interesująca Was część, czyli to co nadnaturalne w fabule, to mamy tu generalnie średniawkę. Nie chcę Wam w tym miejscu zdradzić szczegółów tego co stało się z Dau, ale raczej nikt z Was nie padnie z zachwytu nad takim zagraniem.

P

Całość ogląda się bardzo sympatycznie. Mamy tu sporo ciekawych bohaterów, także tych z dalszego planu, niezłe dialogi i aktorstwo oraz świetną muzykę. Serio, soundtracki powinny przykuć Wasza uwagę. Ogólny klimat filmu jest dość przygnębiający, ale nie może być inaczej jeśli mowa jest o ciemnej stronie atrakcji turystycznych Azji. Zdjęcia fajnie portretują tą ciemną stronę.

Dla mnie jak najbardziej okej, choć ze swoją oceną będę raczej w mniejszości.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

56/100

W skal brutalności:2/10

Morderca idealny

The Fall/ Upadek – Sezony 1-3 (2013)

upadek

W Belfaście grasuje seryjny morderca, który włamuje się do domów swoich ofiar, gwałci je i dusi. Wcale nie wybiera łatwo dostępnych kobiet z marginesu, lecz atrakcyjne i odnoszące sukcesy damy po trzydziestce.

W sprawę angażuje się agentka Stella Gibson, która początkowo miała tylko skontrolować dotychczas prowadzone śledztwo. To ona w końcu trafia na trop mordercy idealnego.

Powiem szczerze, że byłam uprzedzona do tego serialu, głównie z powodu obsady. Z jednej strony Gillian Anderson, która od zawsze i na zawsze będzie mi się kojarzyć z niestworzonymi historiami „Archiwum X„, z drugiej pięknuśny Jamie Dornan, bardziej model niż aktor, skazany na szyderstwa za swoją rolę w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”.

upadek

Jako że z uprzedzeniami trzeba walczyć, a pogoda w czasie majówki była tak beznadziejna, że musiałam zrezygnować ze swoich planów, w końcu rzuciłam na tapetę „Upadek”. Serial składa się z trzech sezonów liczących po pięć, sześć odcinków, które obejrzałam w ciągu paru dni.

Tak, serial mnie wciągnął.

Wcześniej miałam pewne obawy, z tych wyłączających obsadę było to „O jej kolejny schematyczny kryminał o seryjnym mordercy”. Owszem, „Upadek” wcale nie walczy ze schematem, ale robi coś lepszego – ukazuje nam jego drugie oblicze.

Sprawa wygląda tak, że już od pierwszego odcinka znamy tożsamość mordercy, z każdą chwilą wiemy więcej o jego modus operandi. Podobnie bliski wgląd osiągamy w życie innych bohaterów, jak naszej agentki Gibson. A mimo to, przez kolejne godziny śledzimy fabułę i czekamy na rozwiązanie.

To dowodzi temu, że wcale nie potrzeba nam przewrotnych twistów i niespodzianek. Sprawni filmowcy mogą wyłożyć kawę na łatę, podać nam wszystkie elementy układanki, ale to wcale nie znaczy, że w lot ją ułożymy. Tak naprawdę wiedząc wszytko i tak nie wiemy nic. Postaci intrygują coraz bardziej.

Gwóźdź programu to oczywiście nasz antybohater, seryjny zabójca, seksualny drapieżnik. Nie przypomina on jednak zwykłych dewiantów, których można zdiagnozować po kwadransie. Paul Spector jest człowiekiem układanką.

Kiedy rodził się pomysł na jego postać, na cały serial w zasadzie, jego twórca usłyszał o pewnym kanadyjskim, bodajże, pilocie, który był przykładnym ojcem i mężem. Niestety miał nieuleczalne kuku na móniu, które rozwinęło się w niebezpieczne hobby- włamy i kradzieże damskiej bielizny, a w końcu gwałty i morderstwa – zupełnie jak Paul.

Najważniejszą rzeczą jaka różni ten serial od innych jest jego pointa. Nie chodzi tu o to by złapać sprawce, ocalić niewinnych i postawić go przed sądem. „Uadek” staje na wprost oczekiwań widzów, którym nie wystarczy wiedza kto zabijał i dlaczego. W „Upadku” chodzi o to by zrozumieć sprawce. Tu finałem nie będzie zakucie w kajdany, lecz rozmowa w której bystra Stella pokaże Paulowi kim naprawdę jest.

Najważniejszą rzeczą jaka różni ten serial od innych jest jego pointa. Nie chodzi tu o to by złapać sprawce, ocalić niewinnych i postawić go przed sądem. „Upadek” staje na wprost oczekiwań widzów, którym nie wystarczy wiedza kto zabijał i dlaczego. W „Upadku” chodzi o to by zrozumieć sprawce. Tu finałem nie będzie zakucie w kajdany, lecz rozmowa, w której bystra Stella pokaże Paulowi kim naprawdę jest.

Muszę przyznać, że duet „Archiwum X” i „50 twarzy Greya” sprawdził się tu nad wyraz dobrze i nie mogę mieć zastrzeżeń tak do nich jak i do całego serialu. Kto jeszcze nie widział, temu polecam.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

Góra szaleństwa i Coś

Black Mountain Side/ Pod mroczną górą (2014)

pod mroczna gora

Grupa archeologów prowadzących wykopaliska w kanadyjskich górach natrafia na pogrzebaną u podnóża gór budowle, która jak wskazują przeprowadzone badania mogła powstać przed epoką lodowcową. Równocześnie natrafiają na kolejne dziwne znaleziska, kamienne kopce i niezwykłe malunki.

W czasie prac wykopaliskowych miejscowi robotnicy znikaj,ą a ekipa archeologów kolejno podupada na zdrowiu. Coś zagnieżdża się pod ich skórą, ale to zmiany psychiczne okazują się najgroźniejsze.

„Pod mroczną górą” funkcjonuje w świadomości widzów jako tańszy i mniej udany odpowiednik Coś” Carpentera.

Spojrzawszy na budżet kanadyjskiego twórcy nie mamy wątpliwości, że zdecydowanie jest to film tańszy, w dodatku nakręcony przez człowieka o praktycznie żadnym doświadczeniu.

Nigdy nie wychodziłam z założenia, że kino niskobudżetowe  jest z gruntu gorsze od filmów kręconych za miliony monet. Wręcz przeciwnie, niski budżet to problem wymagający nie lada pomysłowości ze strony twórców. Muszą oni nie tylko skompletować ekipę, która nie pogrąży finansów, ale też wybrać tańsze rozwiązania technologiczne. To swoisty chrzest bojowy dla twórców, którzy mają pod górkę. Tak rodzą się prawdziwe talenty, odławiane przez wielkie wytwórnie i często zaprzepaszczane, bo ich kreatywność zastępuje góra forsy i film robi się sam.

Reżyser i scenarzysta „Pod mroczna górą” niewątpliwie mierzył się z tym problemem i o ile nie zabrakło mu pewnej pomysłowości, to jednak pewnych rzeczy nie przeskoczył.

Nie trafił na wybitną ekipę techniczną, tylko na ludzi, którzy nie zawsze wiedzieli co robią. Duża część filmowej akcji rozgrywa się w klaustrofobicznej przestrzeni drewnianych zabudowań i tu najbardziej widać niedbalstwo oświetleniowców i operatorów, że o montażystach już nie wspomnę. Proste ujęcia plenerowe wypadają dużo lepiej, ale jest ich nieporównywalnie mniej.

pod mroczna gora

pod mroczna gora

Pomysł na scenariusz, szczególnie jego psychologiczny kontekst, który nabiera klarowności im bliżej jesteśmy finału bardzo przypadł mi do gustu. Oczywiście zalatywało „Coś”, ale też „W górach szaleństwa” Lovecrafta, więc nie można tego uznać za kalkę filmu Carpentera.

Myślę, że od strony dramatycznej, „Pod mroczną górą” ma więcej głębi niż „Coś”, które w gruncie rzeczy jest prostym sci-fi.

Niestety warstwa narracyjna filmu kuleje. Fabule brak płynności i większej dynamiki. Praktycznie nie mamy tu do czynienia ze stopniowaniem napięcia, co sprawia, że historia może nas usypiać w najmniej odpowiednim momencie. Podobnie ma się sprawa z filmowymi bohaterami, których nie zdołałam poznać. Zabrakło mi charakteru w ich charakterystykach, choć nie można powiedzieć, by tworząc te postaci scenarzysta narobił większych głupot.

Tak się zastanawiam, czy w przypadku „Pod mroczną górą” większy budżet naprawdę by nie pomógł. Może tak, może nie. Z pewnością pomogłoby większe doświadczenie twórcy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:6

53/100

W skali brutalności:2/10

Czarne i białe

Get Out!/ Uciekaj!

uciekaj

Chris wybiera się ze swoją dziewczyną Rose do jej rodzinnego domu by po raz pierwszy spotkać jej krewnych. Chłopak obawia się reakcji rodziny Armitage na jego kolor skóry, ale biała dziewczyna uspokaja go, że krewni i przyjaciele rodziny są jak najdalsi od rasizmu.

Po przybyciu na miejsce chłopak ze zdziwieniem obserwuje reakcje krewnych Rose na jego osobę. W ich entuzjazmie dopatruje się drugiego dna. Jedyni czarnoskórzy w otoczeniu Rose zachowują się co najmniej dziwnie, a Chris z godziny na godzinę czuje się osaczany przez nowych znajomych.

Jak to często się zdarza, patrząc na poprzednie roczniki w świecie horroru, najbardziej udane filmy roku przychodzą z nieoczekiwanej strony. Tym razem takim filmowym objawieniem może się stać „Uciekaj”, debiut Jordana Peele w świecie grozy. Nikomu nieznany, albo znany tylko z komedii, facet ni z tego ni z owego kręci film za lekko ponad cztery banki i ciach, wszyscy pieją z zachwytu.

I krytycy i widzowie, i nawet przekorna ja, są zgodni co do tego, że mamy tu do czynienia z długo wypatrywanym powiewem świeżości w gatunku. Ktoś tam może kręcić nosem, że „Uciekaj” to nie horror lecz thriller psychologiczny, ale jak dla mnie łapie się w ramę kina grozy, jako budzący sporą dozę niepokoju dreszczowiec. Niepokój to uczucie, które winno Wam towarzyszyc w czasie sensu. Niepokój zbudowany nie za pomocą mrocznych kadrów, upiorów z innego świata czy psychopatów.

uciekaj

Fabułę filmu zbudowano na schemacie paranoid thrillera, gdzie główny bohater dopatruje się mrożącej krew w żyłach intrygi w miejscu gdzie inni widzą tylko sielankę.

Konstrukcja tej opowieści, jej bogactwo w pewną autoironie i społeczną satyrę w połączeniu z psychologicznym niepokojem spokojnie może skojarzyć się z twórczością Iry Lewina, autora „Dziecka Rosemary” i „Żon ze Stepford„.

Nikt nie wykłada tu grozy na stół, ale skrywa się ona pod znaczącymi uśmiechami, strzępkami rozmów i sytuacji pozornie bez znaczenia.

uciekaj

Jordan Peele tak rozgrywa karty by niepokój widza nie słabł, a wręcz rósł, a wszytko to, jak wspomniałam bz użycia topornych zagrywek, bez efekciarstwa i elementów jasno określonych dla świata horroru. Niektórym może przyjść na myśl także skojarzenie ze starym „Society„, ale mimo wszytko jest to bardzo oryginalna historia i powinna Was mile zaskoczyć.Technicznie też mu nic nie brak. Jak dla mnie wszytko w tym filmie jest jak należy, zasługuje na niejedną pochwałę i coś czuję, że będzie to najlepszy straszak roku.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:9

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:8

77/100

W skali brutalności:0/10

Wody niespokojne

Lake Bodom/ Bodom (2016)

lake bodom

Przed pół wieku nad jeziorem Bodom w Finlandii czteroosobowa grupa obozowiczów zostaje zamordowana przez nieznanego zabójce. Jednej z osób udaje się przeżyć, ale nie pomaga to w ujęciu sprawcy czynu.

Po latach nad to samo jezioro, w to samo miejsce wybiera się inna grupa nastolatków. Intencjom chłopców jest zgłębienie zagadki z przed lat, a dziewczyny też mają własną wizję tego wyjazdu.

Fiński slasher movie, Drodzy Państwo. Europejczycy wcale nie najgorzej czują się w tym bardzo amerykańskim gatunku i parokroć pokazali, że na starym kontynencie też wiedzą jak się robi dobrą rzeź.

Północne krajobrazy to świetna przestrzeń do zbudowania nastroju grozy i twórcy ten fakt wykorzystali. Większość akcji rozgrywa się pod osłoną nocy, ale oświetleniowcy dali radę i nie musiałam rozjaśniać ekranu, żeby cokolwiek zobaczyć. Może to dziwnie brzmi, ale zwracam na takie rzeczy uwagę. Ogólnie od strony technicznej jest to film dobrze zrobiony zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę budżet jakim dysponowali twórcy. Całkiem przyjemnie się na to patrzy. Muzyka też dobra. Jednak ideałem to ten film nie jest.

lake bodom

lake bodom

Fabuła jak na slasher przystało nie jest zbyt inteligentna choć scenariusz miał ambicje by trochę namieszać. Jest pare fabularnych twistów, które wzbogacają fabułę, ale nie robią wielkiego efektu wow.

Kuleje aktorstwo mimo, że dołożono starań by wykreować tu bardziej interesujące postaci niż w przeciętnym slasherze bywa. Dialogi kiepściane, albo tak brzmiały w wykonaniu obsady.

Całość daje efekt sympatycznego przeciętniaka, jednak dla samego klimatu myślę, że warto obejrzeć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

Tajemna elektyrczność

Przebudzenie – Stephen King

przebudzenie

Jamie Morton po raz pierwszy spotyka Charlesa Daniela Jackobsa jako sześcioletni chłopiec, mieszkający w idyllicznym małym miasteczku, w latach 60 XX wieku. Wówczas wielebny Jackobs staje się dla chłopca kimś w rodzaju duchowego przewodniku, który zasiewa w dziecięcym serduszku ziarno niepokoju wobec kategorycznych ‚rzeczy statecznych’.

Spotykają się ponownie po latach, raz za razem, a ich spotkania obfitują w kolejne dylematy. Aż do schyłku czasu, w którym tajemnice przestają być tajemnicami.

„Przebudzenie”, stosunkowo nowa powieść Kinga, musiała swoje odczekać nim się za nią wzięłam. Nie dlatego, że mam jakieś zastrzeżenia do ‚nowych kingów’, ot po prostu od dłuższego czasu bardziej zajmuje mnie klasyka horroru niż dzieła współczesne.

Doskonale się złożyło, bo jak przyznaje sam King „Przebudzenie” ma stanowić niejaki hołd dla klasycznych twórców horroru, którzy inspirowali jego twórczość przez lata.

Jest to mocno wyczuwalne, ale podejrzewam, że nawet Ci nie znający wymienionych w kingowskiej przedmowie autorów odnajdą coś dla siebie w „Przebudzeniu”.

„Przebudzenie” mimo licznych nawiązań jest w sumie bardzo kingowskie. Duża przestrzeń tekstu została poświęcona typowo gawędziarskim zabiegom. Mamy tu małe miasteczko nieopodal Castel Rock z „Ciała„, obraz idyllicznego społeczeństwa, pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości, odkrywanie talentów i powołania. W tym wszystkim pojawia się w końcu ktoś kogo wyznaczono na antybohatera. Jest nim wielebny Jackobs, który przybywa do Harlow i tu poznaje narratora powieści, Jaime’iego Mortona.

Podobnie jak w opowiadaniach Lovecrafta narrator wcale nie jest głównym bohaterem. Charakterystyka Jaime’iego mimo pierwszoosobowej narracji z jego perspektywy wypada bardzo biednie w porównaniu z literackim portretem Jackobsa.

Można tu uznać za Kingowskie potknięcie, albo za zabieg celowy. U Lovecrafta, o którym King wspomina w przedmowie jako jednym z autorów inspirujących, nagminnie bohater-narrator złożony zostaje w ofierze antybohaterowi, na którym skupia się cała uwaga czytelnika.

Jackobs w powieści Kinga jest typem alchemika, szalonego naukowca, pragnącego poznać niepoznane. Im bliżej końca opowieści tym silnie kojarzy się ona z twórczością samotnika z Providence. Jaime’ie jest jak ten biedny, uwikłany nieszczęśnik, rozdarty miedzy ciekawością, a strachem.

Jamie spotyka Jackobsa na różnych etapach swojego życia z trwogą obserwując metamorfozy jakie przechodzi Jackobs. Kolejne tożsamości, a żadna z nich nie jest do końca poznana. Z jednej strony jest Jaime’e jego dłużnikiem, winnym przyjaźń i zaufanie, z drugiej jest ofiarą jego obsesji.

O ile w początkowej partii książki elementów horroru jest niewiele o tyle stopniowo rosną one w miarę rozwoju tej historii, aż do iście piekielnej wizji.

Tak, jest to dobra książka. Głównie za sprawą jej antybohatera, bardzo trudnego do oceny. Wieść niesie, że zaczęły się już przymiarki do ekranizacji i daj boże by była lepsza od ostatniego Kinga na ekranie, czyli „Komórki”.

Moja ocena: 8/10