Miesięczne archiwum: Czerwiec 2017

Toście wdepnęli

Ham-jeong aka Deep Trap (2015)

deep trap

Bezdzietne małżeństwo wybiera się na wycieczkę na odludną wyspę by tam popracować nad swoją relacją. Na miejscu trafiają do ‚restauracji’ niejakiego Seong -Cheol Parka, którą mężczyzna prowadzi wraz z żoną. Wycieczkowicze zostają u nich na noc, a wkrótce z powodu awarii samochodu zmuszeni są zostać dłużej. Każda kolejna godzina spędzona u Parków nastręcza podejrzeń, że ich los jest zagrożony.

Thriller z Korei Południowej, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

W roli głównej mamy weterana koreańskiego kina, Dong-seok Ma, który kręci po kilka a nawet kilkanaście filmów rocznie. Ostatnio widziany w „Pociągu do Busan”. To jego rola  Parka zdominowała „Deep trap” – jak na porządnego antybohatera przystało.

Fabuła filmu kręci się wokół czterech osób Joon-sik Kwon i jego żony, oraz Seong- Cheola i jego żony.

deep trap

Gdy wycieczkowicze trafiają do restauracji Parków, rozpoczyna się biesiada, już wiemy, że będzie z tego klops. Joon-sik wyraźnie ma problem z alkoholem co skrzętnie wykorzystuje właściciel restauracji. Podstępem wmanewrowuje go w bardzo nie fajną sytuację po to by zrealizować własny cel. Szybko zorientujemy się, że Parka ma kuku na móniu, a położenie jego żony, tak samo jak przyjezdnych, jest bardzo nieciekawe.

deep trap

Mamy tu ciekawą rozgrywkę psychologiczną, ale też sporo brutalnej akcji. Fabularnie jest zdecydowanie dobrze. Jak na thriller przystało będzie napięcie i element zaskoczenia. Na tle kina koreańskiego wypada dobrze, choć nie bardzo dobrze. Filmowcy z tego kraju tak wywindowali poziom, że czasem sami nie są w stanie mu sprostać. Nie mniej jednak jest to udana produkcja, zwłaszcza dla kogoś kto lubi takie klimaty.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:7

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

67/100

W skali brutalności:2/10

Kobiece horrory

XX (2017)

xx

„XX” to zbiór czterech noweli filmowych utrzymanych w konwencji horroru. Każda antologia ma zazwyczaj motyw przewodni, coś co łączy wszystkie segmenty.Cechą wspólną filmów jest ‚kobieca perspektywa’. Zarówno głównymi bohaterkami jak i reżyserami każdego z obrazów są kobiety.

Pierwszy i moim zdaniem najlepszy z filmów nosi tytuł „The box”. Jego fabuła została oparta na znanym mi opowiadaniu Jacka Ketchuma – zdaje się, że znajdziecie je w zbiorze „Królestwo spokoju”. Jego reżyserka, Jvonka Vouckovic nie była mi dotąd znana.

Fabuła skupia się na około świątecznych dniach z życia czteroosobowej rodziny. Pewnego dnia wracając do domu metrem matka i jej synek napotykają dziwnego mężczyznę z pudełkiem w rękach. Synek Susan zagląda do niego i od tamtej pory przestaje jeść. Twierdzi, że nie odczuwa głodu, a świadomość rychłej śmierci z niedożywienia nie robi na nim żadnego wrażenia. Wkrótce ta sama przypadłość udziela się jego siostrze i ojcu.

xx

Już w momencie lektury opowiadania, parę lat temu bardzo przykuło ono moją uwagę i zapadło w pamięć. Z tego co kojarzę, nie skupiało się ono  na perspektywie matki, ale wszytko inne raczej się zgadza.

Z tytułowym pudełkiem jest jak z nierozpakowaną paczką z „Cast away”. Widz nie dowie się co w nim było. Usłyszy jedynie lakoniczne ‚nic’, co nie tłumaczy nic, jednocześnie mogąc być najlepszą odpowiedzią. Nie ma nic, po co żyć. Moja ocena:8/10

Drugi segment nosi tytuł „The Birthday Cake” i traktuje o pewnym niefortunnym przyjęciu urodzinowym. Kiedy Mary przygotowuje urodziny dla swojej córki okazuje się, że jej mąż przygotował własną niespodziankę dla dziecka- umarł.

xx

Film to trochę taka tragi komedia z czarnym humorem i psychodelicznym nastrojem. Podobała mi się. Moja ocena:6/10

Trzeci segment „Don’t fall” podobał mi się najmniej. To historia czwórki młodych ludzi udających się na kemping. Miejsce, które wybrali na wypoczynek okazuje się naznaczone czymś złym, co bardzo szybko  skutecznie wpływa na jedną z kobiecych bohaterek.

xx

W sumie nic specjalnego, choć to właśnie po Roxane Benjamin, która miała swój udział w „Southbound” i w „Devil candy” spodziewałam się najwięcej. Moja ocena:4/10

Ostatnia nowelka to drugi z najlepszych w antologii filmów. Nosi tytuł „Her only living son” i opowiada o samotnej matce wychowującej dorastającego syna, Andy’ego.

xx

Mamy tu motywy satanistyczne i sporo psychodeli. Fajnie rozegrane i czerpiące z klasyki jak „Omen„, czy Dziecko Rosemary„. Reżyserką jest Katryn Kusma (Zaproszenie„, „Zabójcze ciało. Moja ocena:7/10

Antologię odnotowuję na plus jako całość, choć są tu i słabsi i mocniejsi zawodnicy. Podoba mi się założenie by oddać głos kobietom, które w świecie horroru nie często mają okazję odegrać pierwsze skrzypce, a przecież mamy sporo wartościowych reżyserek gatunku.

Moja ocena:

Całość:6/10

Kryminał z duszą

Chaszcze – Jan Grzegorczyk

chaszcze

Blisko pięćdziesięcioletni tłumacz na etacie w wydawnictwie, po śmierci ukochanej matki kupuje stary domek we wsi Witalnik w okolicy jezior, bagien i rozległych lasów. Siedlisko mające być odskocznią od rutyny szybko staje się wyznacznikiem nowego etapu w życiu neurotycznego, starego kawalera.

Oddając się nowemu hobby, fotografowaniu ptaków, w pobliskich chaszczach znajduje zwłoki wisielca, zaginionego przedsiębiorcy z Torunia. Znalezisko nie daje mu spokoju, tym bardziej, że niczym wiosenny powiew w jego życiu pojawia się wdowa po domniemanym samobójcy. Tak Stanisław Madej zaczyna zgłębiać nie tylko tajemnice życia samobójcy z Chaszczy, ale też wiążące się z nim lokalne legendy.

Okładka książki „Chaszcze” głosi, że jest to kryminał z duszą. I jest w tym racja. Książka ma swój nastrój, swoją duszę. Na tle klasycznych kryminałów tym szczególnie się wyróżnia.

Dla mnie jest to ogromny plus, bo po stokroć wolę zagłębić się w realia polskiej prowincji przesiąkniętej historią, mającą swoje mroczne zakamarki niż w w najbardziej przekombinowane zagraniczne kryminały pełne takich samych taśmowo produkowanych miasteczek Twin Peaks.

Bohater i narrator powieści w jednej osobie na pewno zapadnie Wam w pamięć. To kompletne przeciwieństwo bohatera mogącego rozwiązać kryminalną zagadkę, a jednak. Stanisław to hipochondryk, samotnik, marzyciel i ktoś by powiedział, życiowa pierdoła. Taki typ, który zdawałoby się zdmuchnie najmniejszy powiew wiatru. Ale go polubiłam. Polubiłam jego refleksyjną naturę i analityczny umysł. To przyjemność gdy ktoś taki prowadzi czytelnika przez kolejne partie książki.

Zagadka kryminalna obywa się bez ingerencji bystrych detektywów. Jest nasz bohater i mieszkańcy Witalnika. Co za barwne towarzystwo. Każdy ma tu jakąś niebywałą historię do opowiedzenia, a konstrukcje tych postaci sprawiają, że tym bardziej są one interesujące. Znajdzie się tu spora przestrzeń na moje ulubione wiejskie legendy, ale też na filozoficzne rozważania. Sporo psychologii, ale nie nachalnie diagnozującej każdy ruch bohaterów, ale obecnej by postawić kropkę nad i.

Styl bez zarzutów więc tym bardziej jest to przyjemna lektura. Najwięcej punktów daje jednak tej powieści za tą dusze, za ten klimat.

Bardzo polecam, tym, którzy od kryminałów oczekują czegoś więcej niż intryg i zagadek.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Seryjny morderca z Węgier

A martfüi rém aka Starangled/ Potwór z Martfu (2016)

martfu

W 1957 roku w małym robotniczym miasteczku na Węgrzech zostaje zamordowana młoda pracownica fabryki butów. O ten czyn zostaje oskarżony jej kochanek Akos Reti i po intensywnych przesłuchaniach zostaje skazany na 25 lat pozbawienia wolności.

Podczas gdy mężczyzna odsiaduje wyrok, odsiadkę ową uatrakcyjniają mu pouczające spotkania ze współosadzonymi, w Martfu znowu zaczynają ginąć młode kobiety. Bystry detektyw zaczyna podejrzewać, że przed siedmioma laty złapano nie tego człowieka.

Sylwetkę głównego antybohatera filmu, Petera Kovacsa, poznałam dopiero dzięki temu filmowi. O ile za oceanem tacy osobnicy szybko zyskują ogólnoświatową popularność o tyle zbrodniarzy działających pod komunistycznym blokiem wymazuje się z kart historii. Nawet w Polsce, urodzajnej w takich wykolejeńców, jak się okazuje, gdy władza zaczyna przecierać oczy po radosnej amnestii z przed 25 lat, ten temat nie był dotąd zbyt spopularyzowany. Teraz widzę, że i inni europejscy filmowcy zaczynają doceniać potencjał swoich narodowych antybohaterów.

martfu

Węgierski obraz o seryjnym mordercy to taki miszmasz tego co udało się w tej materii osiągnąć polakom z typowo amerykańskim schematem.

Z polskimi filmami tego rodzaju nie wątpliwie łączy go historyczno-obyczajowe tło. Motywy polityczne, które tak, a nie inaczej wpływały na decyzje policji i prokuratury. Przygnębiające obrazy komunistycznej rzeczywistości oddane za pomocą posępnych w kolorystyce i doborze plenerów zdjęć.

Żaden jednak z polskich filmów tego rodzaju – w końcu nie jest ich dużo – nie razi taką dosłownością. Węgierski twórca wykłada kawę na ławę i niczego nie unika w swojej opowieści, ani brutalnych scen z mordercą ani nie stosuje zmyłek mogących ukryć jego tożsamość.

Praktycznie od samego początku wiemy, że odsiadujący wyrok chłopina nie jest winien zbrodni. Wkrótce zobaczymy winowajce w całej okazałości, na tle życia rodzinnego, a wkrótce także w jego zbrodniczym akcie. Wrażliwe dusze, tu zwracam się do Was, nekrofilskie gwałty nie są przyjemne dla oka, zwłaszcza dokonywane na kobietkach w kucykach, którym jeszcze nie zdążył dobrze wykiełkować biust. Takie właśnie tu będą widoki.

martfu

Sama historia opowiedziana jest dość sprawnie mimo tej sporej dozy dosłowności udaje się utkać tu pewną nic tajemniczości wokół mordercy. Dopiero postawiony pod murem wyzna co i dlaczego robił. Jego wyznanie jak często bywa w filmach opartych na faktach nijak ma się do hollywoodzkiego gwiazdorzenia. Ot, powód zbrodni bardzo podręcznikowy i typowy.

Obraz śledztwa, ponownego śledztwa w zasadzie, to głównie polityczne przepychanki ukazujące rażące uchybienia systemu. Mamy detektywa idealistę w kontrze z prokuratorem lizodupem, który nie zamierza przyznać się do machlojek, które zapewniły mu awans.

martfu

Film w ogólnym rozrachunku robi dobre wrażenie i w swoim gatunku sprawdza się jak najbardziej. Myślę, że zapoznać się warto chociażby po to by zobaczyć jak w Europie kręci się filmy o seryjnych mordercach.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

62/100

W skali brutalności:4/10

Zaskakująco niezaskakujące

Crawlspace aka Within/ W ukryciu (2016)

w ukryciu

Trzyosobowa rodzina Alexandrów przeprowadza się do nowego domu. Ojciec rodziny John i jego narzeczona Melanie widzą w tym szansę na nowe życie, tylko nastoletnia córka mężczyzny, Hannah, skazana na areszt domowy po pijackim wyskoku jest niezadowolona z przeprowadzki. To właśnie ona jako pierwsza odnotowuje dziwne zjawiska w domu.

Jak jednym słowem można określić ten film? Sztampa, sztampa, sztampa. Nie powinno mnie to nawet dziwić zwróciwszy uwagę na nazwisko scenarzysty, twórcy miałkiej „Annabelle i kilku innych średnio udany projektów. Widać, że facet polotem nie grzeszy i nie ma zamiaru wychodzić za ramy bezpiecznego mainsreamu. Aż strach myśleć jak przerobi „It”, bo wiecie, to on jest scenarzystą remake.

„W ukryciu” w założeniu miał stanowić połączenie thrilleraghost story. Z czego początek filmu to zagrywki w stylu ‚nasz dom jest nawiedzony’, zaś druga część miała stanowić niespodziankę. I być może będzie stanowić, dla niedzielnego oglądacza filmów grozy. Cała reszta w mig rozgryzie sprawę, a zaskakujący zwrot zaskoczeniem nie będzie, bo pojawia się w wielu filmach – nawet nie musicie daleko sięgać pamięcią.

w ukryciu

w ukryciu

Od strony technicznej wypada ładnie. Bardzo przyjemnie się go ogląda. Obsada spisuje się całkiem dobrze i kot też jest, więc super.

Kilka scen ze sprawnie budowanym napięciem, które w założeniu mają straszyć. Bez większych zgrzytów w fabule, ale też o nadmiarze logiki w działaniu bohaterów nie może być mowy.

Tak w zasadzie nie ma co się nad tym filmem rozwodzić, bo wszytko co tu zobaczycie widzieliście już nie raz. Można obejrzeć dla relaksu i szybko wymazać z pamięci.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

to coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

Prawdziwe sny

Hipersomnia (2016)

hipersomnia

Młoda aktorka teatralna, Milena ma wystąpić w kontrowersyjnej sztuce o handlu kobietami. W czasie prób przed premierą zaczyna doświadczać dziwnych wizji, w których przenosi się w ciało innej, identycznie wyglądającej dziewczyny.

Kiedy staje się Laly, rzeczywistość przedstawiona  scenariuszu staje się prawdą i Milena jako Laly jest przetrzymywana w domu publicznym wraz z innymi dziewczynami. Im bardziej realne i żywe stają się jej wizje tym goręcej wierzy, że złudzenia nie są złudzeniami.

Tytuł filmu, Hipersomnia, sugeruje nam że przedmiotem problemu naszej bohaterki będzie nadmierna senność. Trochę nijak ma się do fabuły filmu, bo jak zaznaczyłam w opisie, Milena ma cierpi na coś w rodzaju zaników świadomości, w czasie których zmienia się w inną osobę. Bardziej to pachnie jakimiś zaburzeniami dysocjacyjnymi niż zaburzeniami snu. Tytuł więc nie koniecznie trafny, ale lepiej brzmi niż „Dysocjacja”:)

Film klasyfikowany jest jako horror/thriller i z tym też pewnie niektórzy się nie zgodzą, ale ja nauczyłam się przymykać na takie wątpliwości oko. Ważniejszą kwestią od przynależności gatunkowej i adekwatności tytułu jest jakoś filmu. A z tą jakością jest średnio.

Pomysł, może i nie najgorszy, choć nie doszlifowany w toku jego realizowania. Oniryczna powłoka sprawia, że kluczowe kwestie przestają być klarowne. Większa część filmu to jedno wielkie zamieszanie. Przeskoki akcji, w których mniej zaangażowany widz się pogubi i w końcu znudzi. Końcówka to punkt kulminacyjny, w którym nagle wszytko staje się jasne – ot tak – i przechodzimy do finału, już całkiem przyziemnego i realnego.

hipersomnia

hipersomnia

Mam z tym filmem następujący problem – nie wciągnął mnie mimo, że jego tematyka powinna mnie zainteresować. Nie wzbudził większych emocji, choć znowuż z uwagi na tematykę powinien. Myślę, że przyczyną tego stanu rzeczy, jest fakt, że argentyńscy twórcy trochę za bardzo namieszali. Główny twist fabularny jest bardzo mocno naciągany i mało wiarygodny.

SPOILER: Akcja jak w „Wiem kto mnie zabił” KONIEC SPOILERA.

Od strony technicznej też nie powala, więc nie ma szans by się czymkolwiek wyróżnić i zaskarbić sobie moją sympatię.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:4

49/100

W skali brutalność:1/10

Nie ma lekarstwa

A Cure for Wellness/ Lekarstwo na życie (2017)

lekarstwo na życie

Młody korposzczurek z podkrążonymi oczkami i zębiskami rekina biznesu zostaje wysłany do uzdrowiska w Szwajcarii z misją wyciągnięcia stamtąd swojego przełożonego. Przełożonego, który pod wpływem kuracji doznał oświecenia i nie zamierza wracać do świata z którego uciekł.

Niefortunny splot zdarzeń sprawia, że ambitny młodzieniec zmuszony jest pozostać w szwajcarskim zamczysku pełniącym rolę spa i podkurować swoje zdrowie. Swój przeczulony instynkt, który zwykł wykorzystywać w pracy kieruje teraz na uzdrowisko i jego mroczną historię.

Młody zobaczy rzeczy niepojęte zanim dotrze do niego dlaczego szef i inni kuracjusze nie chcą opuścić tego czarownego miejsca.

lekarstwo na życie

Nazwisko Gore Verbinski kojarzy się z przyjemnym, zwieńczonym kasowym sukcesem, mainstreamem. Chyba nikt nie ma wątpliwości względem talentu reżysera, który pokazał się światu jako ten, który ujarzmił japoński „Krąg” i stworzył na jego bazie jeden z najlepszych amerykańskich horrorów nakręconych już w XXI wieku. Nakręcił też trzy części „Piratów z Karaibów”, więc moje oczekiwania wobec „Lekarstwa na życie” były nieco inne.

Tak, spodziewałam się zgrabnej komerchy. Dostałam coś nie przystającego do tego, coś co wcale nie musi się sprzedać w szerokim paśmie.

„Lekarstwo na życie” okazało się pięknym filmem. Budżet wcale nie poszedł na jump scenki, bo takowych prawie nie ma, nie licząc migawek niektórych halucynacji głównego bohatera. Zdjęcia – bajka. Dopieszczone w każdym detalu. To samo można powiedzieć o doborze plenerów, czy scenografii. Każde ujęcie to gotowy obraz kwalifikujący się do powieszenia na ścianie. Można oglądać z zachwytem.

lekarstwo na życie

Klimat filmu nakazuje mi sądzić, że mam tu do czynienia z horrorem gotyckim, albo neogotyckim, fabuła to raczej horror psychologiczny, pełen symboli, metafor.

Nasz bohater to poturbowany psychicznie młodzieniec, który za nic w świecie nie chce przyznać się do swoich słabości, bojąc się, że wówczas skończy jak jego ojciec – samobójca. Do życia podchodzi bezrefleksyjnie prąc do przodu, aż trafia do miejsca gdzie sens jego istnienia całkowicie traci znaczenie.

Szwajcarskie uzdrowisko umieszczone w pałacu na szczycie góry może przypominać zamczysko Draculi, co przynosi szybkie skojarzenie z wampiryzmem, ale to tylko skojarzenie.

lekarstwo na życie

Izolacja i dziwne eksperymenty medyczne jak u Doktora Moreau i mozolne próby poznania prawdy. Zwidy, omamy i silna sugestywność. Wysoko rozwinięta intuicja młodzieńca sprawia, że wydaje się być jedyną ofiarą zdającą sobie sprawę ze swojego położenia. A może wręcz odwrotnie? Wybiegi jak w „Wyspie tajemnic”.

Mimo braku wspomnianych jump scenek, nie brakuje tu grozy. Może właśnie z powodu ich braku. Groza nie atakuje z zaskoczenia, jest cały czas obecna. Porównałabym ją do mgły, początkowo ledwo widocznej, z czasem gęstniejącej aż do konsystencji mleka.

Pojawią się gwałtowne ataki na naszego młodzika, między innymi za sprawą ‘atrakcji zakładu’ czyli przerośniętych pijawek, wyglądających jak gigantyczne węże wodne. A że węży i pijawek boję się panicznie, byłam załatwiona. Kolejną sceną wartą kilku punktów strachu jest ‘przygoda dentystyczna’. Aj. Zwieńczeniem jest ‘wysyp żywych trupów’, czyli scena w jadalni gdzie nasz bohater próbuje przemawiać do kuracjuszy.

lekarstwo na życie

Gdy to tych wszystkich pochwal dorzucimy jeszcze dobre aktorstwo to można by pofantazjować o tytule filmu idealnego, gdyby nie poważne zgrzyty fabularne w końcowej partii filmu. Takie konwencjonalne rozwiązania średnio przypasowały mi do onirycznego przekazu. Tym bardziej wypadło to topornie, że ukazano to jako wielką niespodziankę, choć nie wydaje mi się by którykolwiek z widzów nie zorientował się dużo wcześniej w czym rzecz- chodzi mi tu o wątek barona.

Widać ideałów nie ma, ale i tak film uważam za bardzo udany.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:9

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

76/100

w skali brutalności:2/10

Życie na Marsie

Life (2017)

life

Grupa naukowców pozyskawszy okaz żywego organizmu z powierzchni Marsa podejmuje próbę zbadania go w w laboratorium na pokładzie statku. Dowód obecności życia na Marsie okazuje się niezwykle żywotny i co więcej stanowi zagrożenie dla załogi statku, a może i całej Ziemi.

„Life” to kolejny thriller sci-fi (Coś dużo ich u mnie ostatnio), który do seansu skusił mnie obsadą. Tak, Jake Gyllenhaal, ale nie tylko. Mamy tu całkiem solidny zestaw aktorski, co przekłada się na udane kreacje bohaterów. Do tego dochodzi kosmiczne tło, automatycznie tworzące klaustrofobiczny klimat i zagrożenie obcą formą życia. Wszytko opiera się więc na starym schemacie powielanym wielokrotnie przez kino sci-fi, ale jakoś nikomu się to nie przejadło.  Obstawiam, że póki nauka nie namierzy prawdziwego aliena i nie zaprezentuje go światu filmowcy będą mieli używanie tworząc coraz to fantastyczniejsze wizje tego, co możemy znaleźć w kosmosie i jakim to będzie zagrożeniem.

Forma życia z „Life”, nazwana Calvinem przypomina… bo ja wiem pantofelka albo innego pierwotniaka. Takie małe, galaretowate, przezroczyste i zmiennokształtne coś, rozmiarów kciuka. W początkowej partii filmu ciężko jest dopatrzeć się w tym antybohaterze zagrożenia, ale uwaga, fortuna się odwróci.

life

Calvin dorasta, a działania załogi sprawiają, że zaczyna ich postrzegać jako zagrożenie. Twórcy silnie zaznaczają ten aspekt- Calvin nie jest złą istotą nastawioną na niszczenie, lecz organizmem chcącym przetrwać. Ciekawe, że można to samo odnieść do większości kosmicznych stworów jakie poznaliśmy w kinie sc-fi. Czy Alien z „Aliena” nie chciał tego samego? Czy nie było to dążeniem ‚Cosia’?

W tamtych filmach jednoznacznie powiedziane było- ludzie to dobre bezbronne istoty, a kosmiczni przybysze chcą nas zgładzić. „Life” punktuje u mnie tym, że bardziej ambiwalentnie stawia sprawę. Okazuje się, że tak samo jak obcy stanowią zagrożenie dla nas tak my zagrażamy innym gatunkom – prawidło oczywiste, dowody mamy przed oczami, w kosmos wcale lecieć nie musimy by zobaczyć nasz gatunek w akcji, a jednak dopiero od niedawna możemy zauważyć tendencje w kinie sci- fi zmieniającą front- weźmy chociażby „Antrival”. Od czasów, gdy w ubiegłym stuleciu nakręcono „Dzień, w którym zatrzymała się ziemia”, motyw obcego zyskał negatywny obraz i dopiero ostatnio filmowcy biorą pod uwagę fakt, że wcale nie musimy być najprzyjaźniejszymi mieszkańcami kosmosu. Ale dość pieprzenia

Mamy więc pierwszą partie filmu porażającą optymizmem, gdzie kaleki naukowiec przybija piątkę z Calvinem, młody lekarz szuka ukojenia w kosmosie, bo ma dość życia na ziemi, innemu wykluwa się dzieciątko i wszystko idzie ku lepszemu. Nic z tego. Gdy przez bzdurny zabieg Calvina zaczyna dostrzegać w ludziach niszczącą siłę odpowiada tym samym. Każdy kolejny atak umacnia go, rośnie do rozmiarów ośmiornicy, a jego systemy obronne pacyfikują ludzką załogę. Zaczyna się walka o przetrwanie zbliżona do tego co działo się na pokładzie Nostromo, parę galaktyk dalej. Nie ma tylko rudego kota i szkoda.

life

Efekty są stosowne do budżet więc wszytko wypada pięknie. Na Jake’a miło popatrzeć. Akcja jest wartka i brutalna. Nie zabraknie dramatycznych momentów. Wszystko bardzo udane. Film, więc spokojnie mogę polecić, choć nie nastawiajcie się na coś oryginalnego.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

63/ 100

W skali brutalności:2/10

Obcy: Przygnębienie

Alien: Covenant/ Obcy: Przymierze (2017)

alien

Grupa naukowców i inżynierów ma za zadanie dostać się na zbadaną i przygotowaną do kolonizacji przez ziemian planetę. Niestety nigdy tam nie docierają. Awaria w czasie lotu sprawia, że ponoszą straty w załodze i postanawiają nie wracać do komor hibernacyjnych na kolejne 7 lat. Zamiast tego namierzają w niedalekiej odległości planetę, która wpada im w oko na tyle, że zmienią plany kolonizacyjne. W ten sposób lądują na planecie, gdzie niegdyś żyła inna cywilizacja. Cywilizacja, która pewnego dnia wymarła.

Oto jeden z najbardziej oczekiwanych filmów na przestrzeni ostatnich dwóch czy nawet trzech dekad. Wyczekiwany „Obcy 5” będący podobnie jak „Prometeusz” prequelem serii „Alien” i sequelem wydarzeń z „Prometeusza”. Miała być to produkcja, która zbierze uniwersum stworzone przez Ridley’a Scotta do kupy – stąd pewnie tytuł „Przymierze”.

Scott i inni zaangażowani już lata temu zgodnie uznali, że nie ma co kontynuować wydarzeń z ‚czwórki’, która raczej nie inaczej miałaby zakończyć się lądowaniem Ripley – a raczej jej ulepszonej wersji na ziemi. „Obcy” musi pozostać w kosmosie.

Kiedy wszyscy wypatrywali kolejnej części „Aliena”, jego pomysłodawca postanowił uderzyć ‚do źródła’ i nakręcił „Prometeusza”. A się zagotowało… Fani „Aliena” pluli jadem aż dziw, że nie przeżarło im podłóg w domach. „Prometeusz” został okrzyknięty „Obcym – nie obcym”, który zamiast emocji porównywalnych do poprzednich starć z kosmicznym potworem dostarczał pseudofilozoficznych refleksji. Byli jednak tacy, jak ja na przykład, którzy docenili zainteresowanie Scotta genezą „Obcego”.

Z „Prometeusza” dowiedzieliśmy się, że ludzi pochodzą od kosmicznych olbrzymów, którzy to dali początek życiu na naszej planecie. Ich wena twórcza była niepohamowana więc stworzyli coś jeszcze – broń biologiczną, którą zamierzali zrzucić na ziemię. Broń ową tworzyli na planecie, gdzie trafia misja Prometeusz. Tak ekipa firmy- która wreszcie zyskała nazwę Weyland corporation – po raz pierwszy w 2093 zetknęła się z obcym organizmem. Spotkanie było na tyle burzliwe, że cało wyszła z niego jedynie doktorka idealistka i poturbowany android David. To oni postanowili, że odwiedzą macierzystą planetę Konstruktorów i zapobiegną planowanym przez nich zniszczeniu Ziemi przez użycie ‚zalążków aliena’. Jasne? Jasne. Co dalej?

alien 5

Dalej mamy wydarzenia z „Obcy: Przymierze”. Chyba już po opisie spostrzegliście, że założenia fabularne do logicznych nie należą. Bo cóż to za pomysł, by ryzykować życie swoje i tysięcy kolonistów i lądować na planecie, o której nic się nie wie? Zmieniać spontanicznie budowany przez lata, albo setki lat plan, bo załoga statku nie chce poczekać jeszcze siedmiu lat w hibernacji? Argument prosto z dupy, ale jakoś trzeba akcje zawiązać. Zauważcie, że w antologii „Alien” zawsze znajdywano sensowniejsze uzasadnienie takich szarży.

alien 5

To lądujemy. Planeta Konstruktorów wygląda imponująco. Wszyto duże, wszytko piękne. Ani śladu fauny, ale flora dorodna. Szybko okazuje się, że na planecie zagnieździło się coś przykrego, coś co zabija w tempie ekspresowym – widzimy jak wyewoluowało owe coś z ‚beczek’, które spotkaliśmy w „Prometeuszu”. Ale jak to coś się tu znalazło? Tu na arenę powraca David. Dla mnie David z „Prometeusza”, był bardzo interesującą postacią. Bardzo ambiwalentną. Od tego czasu bardzo się zmienił i jakoś interesować mnie przestał.

W tym miejscy moi drodzy poznamy pełną wersję opowieści o powstaniu obcego- takiego jakim znacie go z serii „Alien”. Tak, hura, wreszcie wiemy skąd dziad się wziął. Ale wiecie, co… jest to właśnie największe rozczarowanie.

Po seansie z „Obcym 5” odnoszę wrażenie, że chęć połączenia, stworzenia owego przymierza była tak duża, że zgubiła twórcę. Widać, że ta część miała łączyć filozoficzną stronę z „Prometeusza” z wartką akcją z „Obcego”. Mamy tu wiele dynamicznych i krwawych scen, brawurowe pojedynki i akrobacje ktrzych nie powstydziłaby się Lara Craft i podaną na tacy odpowiedz na pytania o twórczym i destrukcyjnym popędzie ludzkiej natury.

Lubię serię „Alien” za jej gwałtowność, za rozrywkę i grozę, której dostarcza. Lubię „Prometeusza” za jego minimalizm, za pytania bez odpowiedzi i prezentacje zgubnej ludzkiej naiwności. Ale za co mam polubić to nieszczęsne „Przymierze”, które niby dało na wszytko?

Wcale nie podobały mi się jej odpowiedzi na pytania postawione w „Prometeuszu” i tak rozbuchana do granic nonsensu akcja mająca naśladować podejście „Aliena”. W zasadzie nie podobało mi ie tu nic, nie licząc ładnych zdjęć – nie wliczam pojedynku na lądowniku. To doprawdy nie wiele na tyle oczekiwań.

I co będzie dalej? Czy seria zostanie poprowadzona dalej? Kiedy pojawi się motyw planety LV426? Kto wyśle tam „Obcego”? Jak Scott wybrnie z tych metrów mułu, w które niniejszym wpadł? I wreszcie, czy po „Przymierzu” kogokolwiek to jeszcze interesuje?

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:5

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:4

51/100

W skali brutalności:2/10

Kryminał jak się patrzy

Forbrydelsen/ Dochodzenie – Sezon 1 (2007)

forbrydelsen

Detektyw pracująca w duńskiej policji, Sara Lund, tuż przed przeprowadzką do Szwecji zostaje zaangażowana w sprawę morderstwa nastolatki, Nanny Birk Larsen. Dochodzenie pochłania ja coraz bardziej, odsuwając wizję wyjazdu za granicę. Podejrzanych i tropów jest mnóstwo, jednak żaden zdaje się nie być tym właściwym.

„Forbrydelsen” to duński serial kryminalny, którego popularność nie słabnie mimo iż jego emisja w Polsce przypadała na lata 2011-2014. Wyświetlany był tez w innych, aż 120 krajach. Zdobył liczne nagrody i jak każdy nie amerykański hit, doczekał się amerykańskiego remake.

Szczerze mówiąc nieco dziwi mnie fakt, że powstały jedynie trzy sezony tego serialu. Osobiście jestem świeżo po seansie z sezonem pierwszym.

forbrydelsen

Rzuciłam jednym okiem na początek sezonu drugiego, ale jeszcze nie jestem w stanie go ocenić. Być może w dwóch następnych seriach nie udało się powtórzyć sukcesu historii śledztwa w sprawie morderstwa Nanny? Jeśli oglądaliście pozostałe sezony podzielcie się wrażeniami, bo nie wiem czy warto z nimi zaczynać.

Pierwszy sezon liczy sobie 20 odcinków z czego każdy opowiada o jednym dniu śledztwa. Wątków jest tyle, że ilekroć rozpoczyna się nowy odcinek, dobroduszny lektor przypomina nam poprzednie wydarzenia dość rozlegle. Wspominam o tym, bo o ile w przypadku innych seriali ta maniera mnie przeważnie wkurza i uważam ja za zbędna to w przypadku „Forbrydelsen” okazało się to potrzebne i pomocne.

Siła tej produkcji opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest klimat. Zimny, surowy, nieco mroczny, typowo skandynawski.

forbrydelsen

Drugim jest fabuła. fabuła w gruncie rzeczy nie bardzo odkrywcza, bo standardowo kryminalna. Mamy typowa ofiarę- młodą, piękna Nanne, kochaną przez zrozpaczonych rodziców, ale daleką od ideału – kolejny odpowiednik Laury Palmer.

forbrydelsen

Mamy pana X, który uprowadza dziewczynę, pastwi się nad nią przez wiele godzin a następnie morduje. Pan X pozostaje nieuchwytny aż do ostatniego odcinka. Jego tożsamość poznamy z resztą niewiele wcześniej, choć ,uwaga, cały czas przewija się na ekranie niezauważony.

Mamy też bohaterkę pozytywną w postaci Sary Lund, twardej babki, która nie ogarnia swojego życia osobistego, ale w kwestiach śledczych nie ma sobie równych. Sytuacje uatrakcyjnia cała masa podejrzanych, i choć nie jestem zwolenniczką motywów politycznych to uważam, że ich wykorzystanie w serialu było dobrym posunięciem.

A największą zaleta., jak w każdym filmie, serialu czy książce z motywem kryminalny jest to, że nie brakuje tu tajemnic i nie chodzi tu o watek główny w postaci tożsamości sprawcy morderstwa – każdy ma tu sekrety. Całość dograna, mimo licznych elementów, składa się w całość.

Pierwszy sezon okazał się więc jak najbardziej wart uwagi, zobaczymy co będzie dalej.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10