Miesięczne archiwum: Sierpień 2017

Matka i syn

Madre (2016)

madre

Diana jest matką cierpiącego na autyzm Martina. Obecnie jest w kolejnej ciąży i boi się, że drugie dziecko „będzie takie samo”. Małżonek kobiety pracuje w Japonii więc zazwyczaj nie ma go w domu a wszystkie trudy wychowania chłopca spadają na nią.

Pewnego dnia w supermarkecie Diana poznaje Luz, sprzątaczkę z Filipin, której udaje się w prosty sposób powstrzymać atak u syna Diany. Za namową męża, Diana postanawia zatrudnić obcą kobietę w charakterze pomocy domowej i opiekunki Martina.

Chłopiec przechodzi cudowną przemianę. Luz twierdzi, że wyleczyła z autyzmu swojego syna i to samo zrobi z Martinem. Początkowo zachwycona Diana zaczyna dostrzegać, że przemiana chłopca ma też ciemną stronę, a zamiary Luz nie są szlachetne.

„Madre” to chilijski obraz nakręcony przez Arona Burna, który zwykł zajmować się raczej wizualnymi aspektami filmów niż tworzeniem ich od A do Z.

Nie jest chyba jednak zupełnie zielony, bo jego produkcja znajduje się na naprawdę wysokim poziomie, co więcej wydaje mi się, że to jeden z lepszych filmów jakie miałam okazję ostatnio widzieć. Nie jest to jednak kino typowe, mainstreamowe więc, nie przypuszczam by miał szansę stać się hitem dla mas.

Bardzo silnie kojarzył mi się z austriackim „Widzę, widzę„, bo ma podobnie niepokojący klimat, a fabuła kręci się wokół chłopca w podobnym wieku. To miłe skojarzenie. Jest to jednak kino południowo amerykańskie więc większy nacisk kładziony jest na to co nadnaturalne, choć aspekty dramatyczne i psychologiczne tricki znajdują tu należyte miejsce i to te elementy podobały mi się najbardziej.

Od strony technicznej film jest bardzo sprawny i nie ma na co urągać. Jak na produkcję speca od efektów specjalnych ze zdziwieniem stwierdzam, że efektów nie ma tu wcale. I dobrze, bo nie było by sensu posiłkować się nimi. Fabuła nie narzuca jednej drogi interpretacji rozgrywających się wydarzeń w stylu „Luz jest wiedźmą więc trzeba pokazać kociołek wypełniony kurzymi łapkami”, albo „Diana jest rąbnięta więc trzeba pokazać jej haluny”. Skupiamy się więc na niewiadomych i podejrzeniach.

Wszystko jest fajnie skonstruowane, napięcie rośnie miarowo wraz z podejrzeniami Diany, a tych mamy całą masę. Zachowanie, dziwne i niejednoznaczne, Luz i Marina może wpędzić w poczucie zagrożenia, z drugiej strony może to tylko paranoja? Aktorstwo prezentuje wysoki poziom, choć nie podejrzewam czarnego konia tej rozgrywki, czyli odtwórczyni roli Luz o jakiekolwiek doświadczenie w tej materii. Młody też jest czadowy i nie ważne jaką postawę ma prezentować w danej chwili , daje radę.

madre

madre

Potencjał tej historii tkwi w tajemnicy i niepomówieniu. Każda droga interpretacji jest dobra. Diana borykająca się trudami wychowania niepełnosprawnego dziecka,w drugiem dzieckiem w drodze i z nieobecnym mężem faktycznie mogła przejść załamanie nerwowe. Autyzm to specyficzna przypadłość i możliwie jest że Luz mogło udać się nawiązać kontakt z dzieckiem podczas gdy matka i specjaliści rozkładali ręce. (Miałam kiedyś taki przypadek na stanie, ten sam cierpiący na autyzm mężczyzna jednym pracownikiem placówki rzucał o ścianę innego głaskał po głowie). W Dianie zrodziła się zazdrość- ona tu poświęca swoje życie, całą siebie i w podzięce otrzymuje wrzask i kopniaki, a jakaś typiara z ulicy ogarnia jej dzieciaka jednym zdaniem. To musi być frustrujące.

Z drugiej strony mamy teorię o złych zamiarach obcej kobiety. Dziecko jest jak zaklęte, od głębokiego autyzmu do normalności. Jednak nie poprawia to relacji Martina  z matką. Chłopiec odsuwa się od niej. Diana słyszy jak Luz przemawia do niego po filipińsku i przeczuwa, że mówi mu okropne rzeczy. Fizycznie Daina zaczyna czuć się coraz gorzej, czyby nie służyła jej filipińska dieta?

Kupuję tą historię, kupuję jej klimat i sposób w jaki została opowiedziana. Produkcja całkowicie w moim guście. Kto go podziela, czym prędzej powinien zapoznać się z „Madre”.

Moja ocena:

Straszność: 3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:9

76/100

W skali brutalności:1/10

Pechowy kemping

Killing Ground/ Zabójcza ziemia (2017)

killing ground

Narzeczeni, Sam i Ian wyruszają na kemping. Rozbijają obóz nad rzeką ciesząc się malowniczymi krajobrazami Tanzanii. Nieopodal zauważają jeszcze jeden samochód i namiot pozostawiony przez innych obozowiczów. Po ludziach jednak nie ma śladu.

Nazajutrz Sam postanawia zgłosić zaginiecie sąsiadów, gdy znajduje porzucone w lesie dwuletnie dziecko. Po drodze para napotyka miejscowego myśliwego, który niedawno widział rodzinę z dzieckiem całą i zdrową. Mężczyzna i Ian wyruszają na poszukiwania rodziny, która planowała wycieczkę nad wodospad.

Z uwagi na Australijski rodowód „Killing Ground” i jego liczne porównania do „Ostatniego domu po lewej”, czy „Eden Lake” spodziewałam się miazgi. Dlatego już speszę do Was ze sprostowaniem byście nie narobili sobie apetytu na coś czego w filmie nie ma.

Jeśli idzie o dozę brutalności i dramatyzm sytuacji „Killing Ground” nie umywa się do obrazów, z którymi był zestawiany. Jednych to pewnie rozczaruje, innych ucieszy.

To co może najbardziej zniesmaczyć, np. sceny gwałtów, rozgrywają się po za kadrem, są jedynie sugerowane. Nie zobaczymy tu też żadnych wymyślnych tortur, krew nie poleje się strumieniem, a potyczka z antybohaterami bardziej skupia się na ganiance.

killing ground

killing ground

Fabuła jest prosta choć twórca starał się trochę namieszać. Początkowo śledzimy równorzędnie dwa wydarzenia rozgrywające się w innym czasie, w przeciągu dnia czy dwóch. Pierwsze to spotkanie antagonistów z obozującą rodzinką i finał owego spotkania.

Tuż obok śledzimy losy Sam i Iana, którzy są o krok od zagrożenia ale jeszcze o tym nie wiedzą. Dla widza to żadna rewelacja, bo i tak wiemy do czego to zmierza. Przez to oczekiwanie zaczynamy sobie wyobrażać bóg wie co, a finalnie dostajemy wspomniane ganianki. Może gdyby nie te porównania do wspomnianych wcześniej obrazów nie przeszłabym przez fabułę „Killing ground” tak obojętnie. Dobra, może nie obojętnie, bo scena z dzieciątkiem jednak mnie trafiła, ale reszta bez rewelacji. Dziwi mnie tym bardziej, że film dostał kategorię R.

Dość o moich rozczarowaniach, trzeba poszukać plusów. Plusem bez wątpienia są plenery, które mamy szansę podziwiać. Scenariusz czynił też próbę nakreślenia charakterystyk bohaterów, ale nie zaszedł z tym zbyt daleko. Dość bym mogła domniemać, że słodka miłość Sam i Iana, zakończy się po tym kempingu, bo laska była poważnie wkurwiona na postawę swojego faceta.  Antagoniści prezentują się nieco lepiej. German ze swoimi nieco aborygeńskimi rysami przypomina dzikiego zwierza, a Chook to przy nim ledwie amator. Jakby powiedziała Miranda z „Gothiki”: klasyczny układ mistrz i uczeń. Na tle większości tego typu sodomitów wypadają jednak blado. Wszytko jest więc średnie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

54/100

W sakli brutalności: 2/10

Morderstwo ukryte w słowach

Amok (2017)

amok

Z Odry wyłowione zostają zwłoki wrocławskiego architekta. Sprawa zostaje nierozwiązana przez kolejne dwa lata z powodu braku najmniejszych poszlak mogących nadać kierunek śledztwu. Wtedy właśnie do szeregów Wrocławskiej policji wkracza Jacek Sokolski, któremu przydzielono zbadanie anonimowego zgłoszenia dotyczącego sprawy. Ktoś utrzymuje, że rozwiązanie zagadki zbrodni kryje się w mało popularnej powieści kryminalnej „Amok”. Policjant postanawia zbadać poszlakę kierując się wprost do autora powieści.

Kasia Adamik, polska reżyserka, poszła w ślad za twórcami Czerwonego pająka” i „Jestem mordercą” dając widzom możliwość zapoznania się z filmową wersją prawdziwej zbrodni jakiej dokonano w naszym pięknym kraju.

Nie celowała jednak w czasy PRL, bo wzięła na warsztat bardzo współczesną, bardzo bliską czasowo, sprawę Krystiana Bali.

amok

W roku 2000 z rzeki wyłowione zostają zwłoki Dariusza, właściciela agencji reklamowej- w filmie zmieniono mu imię i profesję. W roku 2003 Krystian Bala po wielu trudach i znojach wydaje swoją debiutancką powieść „Amok”. Z uwagi na brak zainteresowania książką, postanawia podkręcić jej reklamę sugerując policji, że opisano w niej morderstwo Dariusza.  Media w Polsce i zagranicą szaleją. Zainteresowanie książką rośnie wprost proporcjonalnie do podejrzeń względem jej autora. W 2007 roku w wyniku procesu poszlakowego Bala zostaje skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności. W pierdlu sprzedaje prawa do sfilmowania książki, a jakże, na własnych zasadach. Gloria i chwała dopełnia się w 2016 roku filmem „True Crime”, a w 2017 „Amokiem” Kasi Adamik.

amok

Wręcz czułam poczucie winy oglądając ten film, bo jakby nie patrzeć głaskam w ten sposób rozdęte ego tego morderczego fana Nitzschego. Jednak obowiązek obowiązkiem jest, a usprawiedliwiam się tym, że pyszałek nie zarobił na moim oglądaniu ni centa.

Myślę, że podejście wielu oglądających było podobne stąd też bardzo surowe oceny obrazu Adamik, który uczciwie mówiąc nie jest złym filmem. Nie stanowi też ekranizacji powieści – obstawiam, że ciężko byłoby to coś przełożyć na język filmu, lecz jest luźną wariacją na temat tego jak wpadł autor. Być może scenarzysta czerpał nieco z „Komy” Aleksandra Sowy, która omawia sprawę złapania Bali.

Filmowa historia usnuta jest jednak z dużą swobodą i niskim poszanowaniem faktów. Rodzina zamordowanego chciała zablokować dystrybucję filmu, jednak ostatecznie ujrzał on światło dzienne litościwie pomijając osobę ofiary- jest jakby rekwizytem w tej historii.

Narracja filmu miejscami dusząca i intrygująca bardzo często wpada w banał, jest przegadana, przeintelektualizowana i stronnicza – tak, myślę że niebezpiecznie gloryfikuje postać mordercy.

Nie mniej jednak sporo tu dobrych momentów, udanych dialogów i ciekawych ujęć. Podobała mi się scena otwierająca, gdy na ekranie urzeczywistnia się to co Bala w danej chwili pisze – bardzo udany zabieg. Podobały mi się sceny z Łukaszem Simlatem, gdy wcielając się w postać policjanta popada w histeryczny amok.

amok

I przede wszystkim podobał mi się Mateusz Kościukiewiecz, który  swoją kreacją nieco naprostował postać Bali, którą scenariusz chciał przedstawić – takie mam wrażenie – w roli nadczłowieka. Ośmiesza go, pokazuje jego narcyzm – choć wypowiadane kwestie mówią co innego.

Z konkretów, które nie bardzo mi przypadły, to obstawie zbytnią dosłowność w relacji Bali i policjanta. To, że zabójca robi go w trąbę było zbyt ewidentne, a łatwość z jaką Jacek się temu poddawał naciągana – zaśmierdziało mi amerykańskim kinem kryminalnych naiwność. Tym bardziej, że w „Jestem mordercą” udało się zbudować bliźniaczą relację z dużo lepszym efektem. Pseudo psychodeliczne sceny narkotycznego transu też z deka przegięte, choć przynajmniej w jakiś sposób zabawne. Całość zaliczam jednak do dość udanych.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

61/100

W skali brutalności:2/10

Oko cyklonu

Medium (1985)

medium

Pomorze, lata 30 XX wieku. Hitler dochodzi do władzy, widmo wojny jest coraz bliższe.

Komisarz Selin budzi się na plaży nie wiedząc dlaczego tam trafił. Młoda nauczyciela nieoczekiwanie zostawia klasę bez opieki, a dwóch młodych mężczyzn opuszcza rodzinne miasta, Warszawę i Berlin by stawić się w Sopocie. Wszyscy kierowani są niewidzialną siłą, nad którą nie sposób zapanować.

„Medium” to kolejny Polski horror czasów PRL, którzy szczególnie czuję się zobowiązana Wam polecić.

medium

W przeciwieństwie do chociażby ostatnio opisywanej „Drogi w świetle księżyca” i szeregu innych reprezentantów gatunku nakręconych w Polsce jego akcja nie została osadzona w XIX wieku, czy jeszcze bardziej odległych historycznie czasach. Fabuła skupia się na okresie międzywojennym, na ulicach powiewają hitlerowskie flagi i wizerunki Adolfa, oficerowie policji powoli poddają się nowej idei.

Historia nie odgrywa tu jednak bardzo znaczącej roli, chyba, że spojrzeć na to symbolicznie. Hitler bowiem słynął ze swoich okultystycznych zainteresowań, a mamy to do czynienia z horrorem paranormalnym. Głównym antybohaterem jest tajemnicze medium, pogrążony w cukrzycowej śpiączce mężczyzna, który podobnie jak przywódca III Rzeszy wodzi ludzi na manowce. Medium ma swój cel i tylko dogrzebanie się do odległej przeszłości naznaczonej zbrodnią może pomóc odkryć jego zamiary.Siła medium jest tak porażająca, że zniszczenia jakich może dokonać nie mają skali – to też może być nawiązanie do zbliżającej się wojny.

„Medium” jest wymieniane jako najlepszy polski film grozy. Doceniają go nawet oponenci polskiego kina gatunku. Chwalono go też za granicą. Czy jest to kino na światowym poziomie? Myślę, że można tak powiedzieć. Scenariusz jest przemyślany, aktorstwo w pełni zadowalające, zdjęcia i oprawa muzyczna jak najbardziej profesjonalne. Nie użyto tu wielu efektów, ani szczególnej charakteryzacji, bo i nie było takiej potrzeby – tak, są inne sposoby na zbudowanie atmosfery w horrorze paranormalnym.

medium

A wspomniana atmosfera jest naprawdę gęsta. Nie brakuje tu klimatu grozy zbudowanego za sprawą przedstawionej tu historii. Największą obawę w widzu ma budzić sytuacja bezradności, bezwolności w jakiej znajdują się bohaterzy, którzy są pod wpływem medium. A medium cóż, jawi się tu jak prawdziwy antychryst (czy tylko mi scena z małym Aleksandrem skojarzyła się z finałem na cmentarzu w „Omenie?). Niestety nie mogę Wam zdradzić czegokolwiek więcej, bo konsekwencją tego byłoby psucie Wam świetnej niespodzianki. Mogę tylko polecać i liczyć, że posłuchacie.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła: 8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

Na kozetce u terapeuty

Poznawanie pacjenta w psychoterapii eriksonowskiej – Krzysztof Klajs

poznawanie pacjenta

Psychoterapie prowadzoną w nurcie eriksownowskim nazywam ‚optymistyczną’.

O ile nie jestem zwolenniczkom koncentrowania się tylko na jednym nurcie, bo uważam, że każdy pacjent jest indywidualnością i metody trzeba elastycznie dostosowywać do jego potrzeb, to terapie eriksonowską uznaję za jedną z najbardziej uniwersalnych.

Jej głównym założeniem jest wydobycie z pacjenta zasobów, które pomogą mu przewalczyć trudność. Erikson zakładał, że każdy takie zasoby posiada, dlatego uważam ją za ‚optymistyczną’. Jest też silnie skoncentrowana na przyszłości zamiast rozgrzebywaniu przeszłości. Jest też bardzo racjonalna, bo skupia się na tym, co w przypadku danego pacjenta jest możliwe, a nie dążeniem do ideału, który pacjent sobie założył.

Jest to też nurt, który każe postrzegać pacjenta pozytywnie: nawet negatywne zachowania mają pozytywne intencje. Przypuśćmy mamy pacjenta, który znęca się nad żoną i nie potrafi zapanować nad agresją. Nie diagnozujemy go jako psychopaty pozbawionego ludzkich odruchów, tylko zastanawiamy się, co poprzez takie zachowanie ów pacjent chce pozytywnego osiągnąć: zyskać poczucie kontroli nad własnym życiem? Zyskać poczucie bezpieczeństwa? Rozładować złe emocje? etc. Takie spojrzenie ma tylu samo zwolenników, co przeciwników, jak w każdym nurcie.

Krzysztof Kajas jest jednym z czołowych polskich terapeutów eriksonowskich. Swoją przygodę z nurtem zaczynał zanim zyskał on popularność w kraju. Certyfikat psychoterapeutyczny uzyskał zresztą za granicą. W swojej książce „Poznawanie pacjenta” ukazuje jak działa terapia eriksonowska od poznania pacjenta do jego pożegnania.

Przechodzimy więc przez etap diagnozy,gdzie autora zaznacza wybrane kategorie diagnostyczne  wskazując na co szczególnie należy zwrócić uwagę.

Jeden z najbardziej interesujących moim zdaniem rozdziałów w całości poświęcono zjawiskom transowym w tym tak uwielbianym przez pisarzy i filmowców zjawiskom dysocjacyjnym. Mimo iż na każdym z omawianych przez autora etapach poznawania pacjenta zwraca on uwagę na system w jakim funkcjonuje pacjent to kolejny rozdział został poświęcony refleksjom nad systemem. Następnie przechodzimy do wspomnianych przeze mnie na początku zasobów jakimi dysponuje pacjent: jak je wychwycić. Paradoksalnie na końcu mamy rzecz najważniejszą, czyli motywacje. Bez motywacji zarówno ze strony pacjenta jak i terapeuty nie ma terapii.

Z uwagi na to, że autor książki jest aktywnym praktykiem nie składają się na nią jedynie rozważania teoretyczne. Każde z omawianych zagadnień uzupełniane jest o praktyczne przykłady na które składają się historie pacjentów terapeuty. To lepiej wyjaśnia wszytko o czym mówi książka i jest przede wszystkim co ważne dla każdego czytelnika, jest ciekawe.

Całość oceniam bardzo wysoko. Nie jest to stricte podręcznik akademicki. Ktoś może powiedzieć, że są to raczej  luźne rozważania praktykującego psychoterapeuty na temat jego pracy. Uważam więc, że niezależnie od tego w czyich rękach się znajdzie, czy laika, który trochę interesuje się psychologią czy zawodowca szukającego wskazówek w pracy, będzie to dobry wybór.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Korporacyjne gry i zabawy

Belko Experiment (2016)

belko experiment

Belko Industries, amerykańska korporacja otwiera siedzibę w stolicy Kolumbii. Pracę znajdują tam miejscowi, ale też znaczna rzesza oddelegowanych amerykańskich pracowników.

Tu, w budynku na obrzeżach miasta zostaje uwięzionych osiemdziesięciu pracowników amerykańskiego pochodzenia. Głos dobywający się z głośników nakazuje im by w ciągu półgodziny zabili dwie osoby ze swoich szeregów, w przeciwnym razie ‚zostaną wyciągnięte konsekwencje’.

Zdrowy rozsądek nie pozwala korposzczurom na wykonanie polecenia toteż zgodnie z zapowiedzią trupem padają cztery losowo wybrane osoby. Stawka rośnie, następna komenda nakazuje im zabić trzydzieścioro osób, w przeciwnym razie zlikwidowanych zostanie dwa razy więcej.

„Belko experiment” kategoryzowany jest jako film akcji, gdzieniegdzie jako thriller. Przychylić się mogę do jednej i drugiej opcji, a ze względu na znaczną dozę brutalności pokusiłabym się jeszcze o kategorię horroru.

Jest to jedna z tych produkcji obnażających brutalność eksperymentów socjologicznych. Może Wam skojarzyć się z „Circle„, „Eksperymentem„, czy nawet „Cubem„, czy „Piłą”, bo rzecz polega na tym by zaprezentować brutalność ludzkiej natury w sytuacji zagrożenia życia sprowokowanej przez odgórnie kontrolowane warunki.

belko experiment

Pomysłodawca i scenarzysta filmu za cel obrał pracowników korporacji. Mówi się, że tacy ludzie są zdolni do wszystkiego, dla wyższego stanowiska, dla premii czasami nawet dla zwykłego samozadowolenia. Lata spędzone w szklanym biurowcu zmieniają ludzi nie do poznania jednym wpajając głód sukcesu innym pozostawiając zwykłą wolę przetrwania. Nie chcę nikogo urazić, ale korporacje mnie przerażają.

Bohaterzy filmu to pracownicy firmy Belko. Nie wiadomo czym tak na dobrą sprawę się zajmują, profil firmy jest równie niejasny co ogłoszenia o rekrutacji generowane przez działy HR. Poznajemy ich w czasie jednego poranka spędzonego w biurze. Od progu są legitymowani i sprawdzani, co więcej dowiadujemy się, że wszyscy amerykanie zostali dodatkowo zaczipowani, niby dla ich bezpieczeństwa.

Szybko przechodzimy do akcji właściwej gdy z głośników zaczynają padać niecodzienne instrukcje kierowane do pracowników. Jedni są tym zaniepokojeni, inni idą się uspawać na dach. Szybko okaże się, że nie są to żarty, bo ludzie zaczynają ginąć.

belko experiment

Tu następuje przełamanie. Powstają obozy przeciwników i zwolenników ludobójstwa. Wyłaniają się czarne charaktery, raczej nie inaczej pod wodzą najwyższego szczeblem pana dyrektora, oraz bohaterzy pozytywni w tym mały lichy korposzczurek, który próbuje odwieść towarzyszy od mordowania się nawzajem.

W panice ludzie robią różne głupie rzeczy i od przypadkowych potknięć się zaczyna, a gdy padnie już pierwszy trup, to Drodzy Państwo, zero zasad jak w mądrej piosence Lao Che: skoki do gardła i rzuty ołowiem. Robi się coraz bardziej brutalnie.

belko experiment

Reżyserem filmu jest Pan od „Wolf Creeak” więc możecie się domyślić, że gościu zadbał o odpowiednie wyeksponowanie rozjebanych głów. Potencjalnych ofiar i oprawców jest gro, więc główna część filmu to nieprzerwana fala przemocy, aj, jest na co popatrzeć, Drodzy skrzywieni amatorzy krwi.

Nie jest to jednak pozbawiona sensu nawalanka, bo możemy tu obserwować całkiem interesujące mechanizmy zachowania, różnorodne postawy, ale nie zapędzajmy się bo jednak nie jest to obraz najwyższych lotów, więc trafiamy też na pewne płycizny i skróty myślowe. Jedno co bym zdecydowanie zmieniła, to ukróciła zakończenie.

SPOILER: Zamiast tej gatki szmatki z panem pseudo socjologiem zakończyłabym fabułę z chwilą gdy nasz final boy zabija ostatniego pracownika Belko. KONIEC SPOILERA.

Efekt finalny jest jednak dobry i przyznam, że oglądałam to dzieło z zainteresowaniem toteż mogę go spokojnie zarekomendować.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

66/100

W skali brutalności:4/10

Bardziej mroczne baśnie

Tales from the darkside/ Opowieści z ciemnej strony (1990)

tales from darkside

Mały chłopiec,Timmy zostaje porwany przez wiedźmę, która zamierza zaserwować go jako danie główne na swojej kolacji. Sprytny chłopiec uzbrojony w opasłą książkę próbuje odwrócić uwagę wiedźmy od przyrządzania pieczeni, czytając jej kolejne mroczne historie zawarte w tomie.

tales from darkside

„Opowieści z ciemnej strony” to krótka antologia trzech nowel filmowych złożonych w całość za sprawą historii chłopca i czarownicy. Przypomina to nieco „Opowieści z krypty”, bo nie są to raczej wybitnie straszne historie. Reżyserem całości jest George Romero, ale nie zobaczymy tu nawet kawałka żywego trupa.

Pierwsza opowieść powstała w oparciu o opowiadanie „Lot 249” i traktuje o młodym studencie, który handlując starociami wchodzi w posiadanie sarkofagu z mumią. W pakiecie posiada zwój, którego odczytanie skutkuje ożywieniem mumii. Więcej tu grotesksi niż lęku, ale nowela zasługuje na uwagę ze względu na ciekawą rolę Steve’a Buscemi z partnerującą mu młodą Julian Moore.

tales from darkside

Druga zdecydowanie bliższa memu sercu historia powstała w oparciu o prozę Kinga, konkretnie opowiadanie „Cat from hell”. Traktuje o starym milionerze, który zatrudnia płatnego morderce do zlikwidowania czarnego kocura, który jest lokatorem jego posiadłości i jak twierdzi stary jego celem jest wykończenie całego rodu. Główną fabułę noweli stanowią retrospekcje dotyczące historii kota i jego ‚modus operandi’. Chyba nie muszę nadmieniać, że koci antybohater całkowicie skradł moje serce, a jego motywy uważam za całkowicie sprawiedliwe.

tales from darkside

Ostatnia historia ‚Lover’s vow” opowiada o młodym malarzu, który zostaje świadkiem morderstwa, ale nie zwyczajnego. Oprawcą jest bestia, której przysięga dochowanie tajemnicy w zamian za drobne uśmiechy losu. Tu również mamy do czynienia  z pokaźną porcją groteski, ale to wcale ni czyni historii złą.

tales from darkside

Wszystkie filmowe nowele zawarte w „Opowieściach z ciemnej strony” uważam za jak najbardziej udane. Są to filmy w starym, dobrym stylu i choć może nie zachwycą współczesnego widza uważam że warto je znać.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

66/100

W skali brutalności:2/10

Basajaun

El guardián invisible/ Niewidzialny strażnik (2017)

niewidzialny traznik

Detektyw Amaia Salazar po powrocie ze stanów gdzie miała okazję pracować w szeregach FBI angażuje się w sprawę serii morderstw w swoim rodzinnym miasteczku. Od jakiegoś czasu w Elizando giną młodziutkie dziewczyny, które morderca zabija w myśl swojego rytualnego modus operandi. Amaia zauważa, że już przed laty w dolinie doszło do kilku niewyjaśnionych zabójstw i zaczyna łączyć sprawy. Niestety Elizando nie jest dla niej zwykłym miejscem zbrodni lecz też siedliskiem przykrych wspomnień z czasów dzieciństwa, co bardzo utrudnia jej działanie.

Tytuł „Niewidzialny strażnik” może być Wam już znany za sprawą książki pod tym samym tytułem, która ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Czarna Owca. Wchodzi ona w skład całej serii przygód naszej detektyw Salazar.

Na scenariusz filmowy przełożył ją scenarzysta „Rec’a” i „Granic bólu„, bardzo sprawny Hiszpan, Lusio Berdejo. Reżyserię powierzono nie mniej doświadczonemu Fernando Molinie, choć zwykł on obracać się raczej w innym filmowym gatunku. Mogę powiedzieć, że efekt ich współpracy jest bardzo udany. Otrzymujemy bowiem dobre kino z pogranicza thrillera i kryminału, którego fabuła skupia się na postaci seryjnego zabójcy. Jest to kino hiszpańskie nie amerykańskie więc mniej tu sensacji, a więcej, bo ja wiem? Uduchowienia?

niewidzialny traznik

niewidzialny traznik

Klimat filmu ma w sobie coś złowrogiego i baśniowego. Bardzo udane zdjęcia plenerowe ukazują nam Hiszpanię od zupełnie nie słonecznej strony. Pojawiają się złe wróżby tarota i baskijskie legendy o strażniku natury. Tuż obok morderca, który obrał za cel udowodnienie światu swoich przekonań względem dorastających dziewcząt. Według mnie takie połączenie bardzo się udało. Jakby tego było mało na dokładkę otrzymujemy mocne wątki dramatyczne dotyczące Amai i jej relacji z rodziną. Retrospekcje z jej dzieciństwa to taka wisienka na torcie.

Jednoznacznie mogę stwierdzić, że film mi się podobał.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

62/100

W skali brutalności:1/10

Kłamstwa zaowocują prawdą

Drzewo kłamstw – Frances Hardinge

drzewo klamstw

Anglia XIX wiek. Czternastoletnia Faith przeprowadza się wraz z rodzicami i młodszym bratem na wyspę Vane gdzie jej ojciec, pastor i naukowiec ma prowadzić wykopaliska archeologiczne. Przeprowadzka jest tyle nieoczekiwana co tajemnicza. Rodzice jej czegoś nie mówią, ale mała główka pracuje i tuż po przybyciu na wyspę Faith orientuje się, że jej ojciec został bohaterem skandalu w środowisku naukowym. Od tej patrzy na swojego mentora inaczej.

Okazuje się, że kłamstwo, które wpędziło wielebnego w niesławę to tylko mała gałązka w całym gąszczu rozrastającego się drzewa kłamstw. Ojciec miał więcej tajemnic niż ktokolwiek mógł przypuszczać i jak się okaże, przez jedną z nich zginął.

„Drzewo kłamstw” promowane jest jako książka do młodzieży. W tej też kategorii została wyróżniona, a jej autorka słynie z tworzenia literatury dziecięcej i młodzieżowej. Nie wiem jak mają się sprawy z innymi jej powieściami, ale tak kategoryczne nazywanie „Drzewa kłamstw” literaturą młodzieżową zupełnie mi nie pasuje.

Owszem bohaterką jest młodziutka dziewczyna, ale powieść w żaden sposób nie jest infantylną poczytanką dla fanek „Zmierzchu”. Faith jako bohaterka prowadząca nas przez tą historię wykazuje się nie tylko niebywałym sprytem, ale i nie słychaną nad wiek dojrzałością, momentami zapominałam, że mam do czynienia z czternastolatką.

Tematy poruszane w książce także nie stanowią przedmiotu zainteresowania młodzieży na tyle na ile jestem w stanie to ocenić. Po tą książkę spokojnie mogą sięgać dorośli i muszę to podkreślić już na wstępie jeśli wszytko było jasne. O mały figiel zignorowałabym tą pozycje, bo właśnie wspomniana łatka młodzieżówki mnie odstraszyła.

„Drzewo kłamstw” spokojnie łapie się w kategoriach thrillera z wątkami kryminalnymi i odrobiną fantastyki, ale bez elfów i innych hobbitów.

Przedmiotem sprawy są dociekania młodej dziewczyny na temat okoliczności śmierci jej ojca. Jest to tym ciekawsze, że akcja rozrywa się jeszcze w XIX wieku parę lat po tym jak światło dzienne ujrzało Darwinowskie „O pochodzeniu gatunków”.

Pojawiają się tu rozważania na tematy związane z religią i nauką, w kontrze stawiane są różne poglądy. Bardzo istotną rolę odgrywa tu ówczesny styl życia stawiający kobietę na przegranej pozycji jeśli chodzi o jakiekolwiek samodzielne osiągnięcia. Faith jawi się tu jako młoda buntowniczka, której bunt przejawia się poprzez roszczenie sobie prawa do myślenia. Tak, Moi Drodzy, może Wam się to w głowie nie mieści, ale był to największy przejaw buntu i istna rewolucja kiedy kobieta okazywała się istotą myślącą.

Konstrukcja powieści, liczne tajemnice jakie przyjdzie zgłębić czytelnikowi nie pozwalają mi na pochwalenie szczegółów bez zdradzania Wam zbyt wiele, tak więc musicie mi wierzyć na słowo, że mamy tu do czynienia z nielichą intrygą.

To książka pełna treściowych smaczków, a i jej styl jest nie do pogardzenia. W efekcie mamy zupełnie nie głupią lekturę, którą nie powinno się szufladkować.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

Incydent z kosmitami

Gracefield incydent (2017)

gracefield

Małżonkowie Matt i Jessica udają się wraz z czwórką przyjaciół na weekendowy wyjazd do Gracefield by wypocząć i poimprezować w domu nad jeziorem. Po dotarciu na miejsce rozkręcają party, ale tuż po zmroku imprezowy nastrój przerwa niespodziewany incydent. Bohaterzy zauważają błysk na niebie i postawiają sprawdzić co też rozbiło się w okolicznym lesie. Znajdują coś co przypomina kawałek skały i postanawiają zabrać to ze sobą. Wkrótce zorientują się, że w okolicy grasuje stwór o nieprzyjaznych zamiarach.

„Gracefield incydent” to horror sci- fi traktujący o spotkaniu z kosmoludami. Nakręcony został w formule found footage za niewielkie pieniądze. Ostatnio miałam okazję oglądać coś w bardzo podobnym stylu i nie było źle. Niestety nie mogę tego powiedzieć o „Gracefield incydent”. Film jest po prostu mierny i nie dajcie się zwieść zachętom co poniektórych internautów.

Wszystko od A do Z jest tu złe.

Zacznę od podstaw: W konwencji paradokumentu liczy się naturalność i zbudowanie jak największego realizmu. Tu nie ma na to szansy i nie tylko ze względu na temat filmu, czyli spotkanie z ufo.

gracefield

Scenariusz aż kipi od nonsensów i pomyłek, a dialogi są tak durne i nierzeczywiste, że trudne do zaakceptowania nawet w kinie sci-fi. Aktorstwo po prostu leży, zaś wkładane w usta tych miernych aktorów wypowiedzi to już kopanie leżącego.

Najgorszy jest jednak odtwórca głównej roli, naszego final boy’a Matta. Facet jest żałosny i bredzi jakby się denaturatu opił. Jak się stało, że został tu obsadzony? A no tak, jest też reżyserem i scenarzystą. To ci fart. Jednym słowem wszystkie największe ‚atuty’ produkcji zawdzięczamy jednej osobie;)

gracefield

Jest to film kręcony z ręki, można rzec ‚kręcony z oka’, bo nasz bohater zafundował sobie kamerę w sztucznej gałce. Oko parę razy mu wypada, zostaje wylizane przez psa, ale Matta to nie zraża.

Jeśli miałaby wymieniać wszystkie pomyłki logiczne w scneriuszu zabrakło by mi dnia, więc powiem tylko, że takiego szeregu durnych rozwiązań dawno nie widziałam w jednym filmie. Upchano tu motywy ze Znaków„, „Dnia niepodległości” i paru innych produkcji, zmiksowano i wylano na bogu ducha winnego widza.

Przesłanie tego całego zamieszania jest równie wartościowe co wczorajsze piernięcia,a obleczone w taki patos, że apel smoleński jest przy tym chowa.

Drodzy Państwo, odradzam seans z „Gracefield incydent”…

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:3

Napięcie:4

Klimat:4

Zaskoczenie:4

Zabawa:3

Walory techniczne:3

Aktorstwo:2

Oryginalność:3

To coś:3

30/100

W skali brutalności:1/10