Miesięczne archiwum: Wrzesień 2017

Prawdziwy wampir

The Transfiguration/ Przeobrażenie (2016)

przeobrażenie

Nastoletni Milo mieszka w getcie w Nowym Jorku, gdzie gangi złożone czarnoskórych obywateli trzęsą całą okolicą. Ale to wcale nie zdeklarowani przestępcy stanowią największe zagrożenie dla mieszkańców Queens.

Raz w miesiącu czternastoletni chłopaczek rusza na łowy by zamordować i wypić krew kolejnej ofiary. Milo wierzy, że jest wampirem. Wnikliwe studia na ten temat jakie przeprowadził czytając o wampiryzmie i taśmowo oglądając filmy na ten temat utwierdzają go w przekonaniu, że w tej legendzie jest ziarenko prawdy. Tym ziarnkiem jest jego przypadek.

“Przeobrażenie” stanowi obiecujący reżyserski debiut niejakiego Michaela O’Shea. Mężczyzna bardzo chciał nakręcić film ze swojego ulubionego nurtu: horroru, ale niski budżet jaki mógł przeznaczyć na tą operację sprawił, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą hybryda gatunkową pozbawioną chwytów będącym znakiem rozpoznawczym współczesnych filmów z gatunku grozy.

Uczciwie mówiąc obraz bardziej kojarzy się z dramatem psychologicznym aniżeli horrorem – choć wykorzystuje wątki typowe dla tego drugiego. Tematem przewodnim filmu jest fascynacja wampiryzmem, jaka owładnęła nastoletnim Milo. Owładnęła na tyle by posunął się on do zabójstw z konsumpcji ludzkiej krwi.

Chłopaczek mieszka tylko ze starszym bratem. Jego ojciec zmarł po ciężkiej chorobie, a matka popełniła samobójstwo. Milo jest samotnikiem. Unika ludzi a oni unikają jego. Spędza czas na lekturze wampirycznych książek i oglądaniu filmów o tej samej tematyce. Często rozważa istotę wampiryzmu opierając się na własnym przykładzie.

Tak, chłopak wierzy, że jest wampirem, takim ‘realistycznym’, nie ubarwionym przez popkulturę. Dla większości widzów będzie oczywiste, że chłopak jest poważnie obłąkany i wymyślił sobie cały ten wampiryzm by uzasadnić własne żądze, ale z drugiej strony, widział kto wampira? Może prawdziwy wampir to właśnie takie chłopak z czarnej dzielnicy, który czuje potrzebę zabijania? Bez tej całej mistycznej otoczki.

przeobrażenie

W pewnym momencie Milo poznaje dziewczynę, nową sąsiadkę z którą nawiązuje relacje przyjacielsko seksualną. To z rozmów między nimi możemy dowiedzieć się więcej o Milo.

Jego ulubionym horrorem wampirycznym jest “Martin“. Pamiętacie “Martina”? Polecałam go kiedyś. Jest to także jeden z moich ulubionych filmów wampirycznych. Milo bardzo przypomina Martina. Myślę, że rzucając te i inne tytuły twórca filmu otwarcie przedstawia widzowi źródła własnych inspiracji.

Szkoda, że nie padł tu obraz “Uzależnienie“, również pasuje do konwencji wykorzystanej przez O’Shea. Nawiązań mamy tu sporo. Twórca pogrywa sobie z wampiryzmem jednocześnie budując na nim swoją opowieść.

Czy spodoba się ona fanom horrorów? Doprawdy nie wiem. Mnie przypadł do gustu, ale moje podejście do tematów tak ogranych jak zombie, wampiry czy duchy każe mi szukać czegoś co wyróżniałoby się na tle całej masy. Inni wolą ‘po staropolsku’.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

69/100

W skali brutalności:2/10

Idź za czerwonym balonem

It/ To (2017)

it

W niewielkim miasteczku Derry w stanie Mine znikają dzieci. Jednym z nich jest Georgie, młodszy brat Billyego. Chłopiec nie zamierza odpuścić poszukiwania brata, którego zdaje się wszyscy już spisali na straty i wyrusza z misją ratunkową. Intuicja podpowiada mu by sprawdzić miejscowe akweny wodne i to jest strzał w dziesiątkę, bowiem zło odpowiedzialne za niewyjaśnione zaginięcia najmłodszych obywateli Derry gnieździ się w kanałach pod miastem.

Miejsce odpływu kanału Billy bada w asyście trzech kolegów, jednak szeregi poszukiwaczy prawdy zwiększają się o kilkoro innych miejscowych dzieciaków. Wszyscy oni mają swoje lęki, które ukazują swoje oblicze z pomocą niewesołego klauna z czerwonym balonikiem.

it

Kiedy zapowiadany jest remake kolejnego klasycznego horroru nie wiadomo, czy się cieszyć, czy załamywać ręce. Istnieją obrazy, których nowe wersje są potrzebne jak dziura w moście, bo wcale się nie zestarzały – tu najlepszym przykładem wydaje mi się “Koszmar z ulicy wiązów”.

Nie miałam wielkiego problemu z “To”, bo pierwsza ekranizacja powieści Kinga, ekranizacja dla TV niemożebnie długa, technicznie mocno już stara i fabularnie za bardzo uderzająca w rejony kina familijnego nie jest moim faworytem jeśli idzie o klasykę horroru.

Książki nie czytałam, więc nie wiem czy trzyma się jej wiernie, czy też nie. Nie mniej jednak oglądając film wieki temu zauważyłam duży potencjał w postaci Pennywise’a, czyli naszego klauna. King potrafi tworzyć bardzo sentymentalne opowieści o grozach dzieciństwa (“Ciało”), więc przez moment pomyślało mi się nawet, że ten remake może być niegłupim pomysłem. Pojawiła się jednak obawa, jak z telewizyjnego miniserialu, ewentualnie tak opasłego dzieła literackiego, można zrobić dobry horror mieszczący się w czasowych ramach filmu kinowego?

Tu pomysłodawcy dobrze wybrnęli, bo podzielili “To” na dwie części. Część pierwsza, czyli ta obecnie goszcząca na kinowych afiszach, skupia się na dziecięcych bohaterach, żyjących w latach ’80 XX wieku, bez kontynuacji ich losów w dorosłości, gdy to powracają do Derry. Domyślam się, że tę właśnie historię zobaczymy w sequelu.

it

Film stara się więc czarować duchem lat ’80 wykorzystując stosowną dla tamtych czasów estetykę. Ten chwyt sprawdził się doskonale w “Stranger things” i sprawdza się i tu. Scenariusz jest zdecydowanie mniej słodki niż w starszej wersji, a problemy z jakimi zmagają się młodzi bohaterzy są bardziej hardcorowe, więc wszelkie wątki obyczajowe odnotowuję na plus.

To co właściwe horrorowi to już klasyczne chwyty współczesnego kina grozy, czyli sceny nastawione na gwałtowny wzrost napięcia i wywołanie strachu. Nie wychodzi to źle, nie wychodzi też rewelacyjnie. W wielu scenach zabrakło uprzedniego zbudowania napięcia, co udało się naprawdę dobrze jedynie w scenie otwierającej, z udziałem małego Georgiego. Strasznego klauna mocno podrasowano i powiem, że dość mi typek przypadł do gustu. Dobrze spisują się też młodzi aktorzy, sól ziemi Derry.

Całość ogólnie na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:1/10

Złe plony

The Curse/ Klątwa (1987)

klątwa

Pewnej nocy na farmie bogobojnego Nathana Hayesa rozbija się meteoryt. Lokalny deweloper zapobiega dokładnemu zbadaniu składu chemicznego znaleziska by nie wzbudzić sensacji mogącej zaszkodzić jego interesom.

Meteoryt znajduje się na famie Hayesa tylko przez jedną noc, po czym znika. Farmer nie wie, że kosmiczny odpad wniknął w jego ziemie niekorzystnie wpływając na wody gruntowe, z których korzysta. Wkrótce okazuje się, że bujne plony jakimi zaowocowały jego uprawy są tak samo szkodliwe dla zwierząt jak i dla ludzi.

Wybierając ten film nie miałam świadomości, że będę mieć do czynienia z kolejną filmową wersją historii spisanej przez Lovecrafta w “Kolorze z przestworzy”.

Widziała ich już parę, jedne lepsze inne gorsze. W przypadku “Klątwy” skojarzenie z twórczością pisarza przyszło dość szybko, bo szkielet fabuły został zachowany na tyle by nie odbiegać dalece od oryginału.

Jak widzicie, jest to jednak obraz z końcówki lat osiemdziesiątych, co ma swoje konsekwencje. Jest to jednocześnie kino niskobudżetowe, co także szybko staje się odczuwalne.

klątwa

Głównym bohaterem filmu, jest nastoletni Zachary, w tej roli szybko rozpoznacie uroczego Gordona z “Stań przy mnie”, który jest synem wspomnianego farmera i jedynym członkiem rodziny, który przyjmuje do wiadomości, że od rozbicia się meteorytu sprawy przybrały zły obrót. Wyczuwa, że woda z ich studni zmieniła smak, dostrzega w zachowaniu zwierząt hodowlanych niepokojące zmiany, wreszcie widzi co dzieje się z ludźmi, którzy spożywają plony ze skażonej ziemi.

Tak jak w opowiadaniu Lovecrafta, pierwsze oznaki choroby pojawiają się u matki rodziny. Ojciec uznaje że to kara z złe prowadzenie się i unika tematu. Brat Zacharego jest wszystko żerny i poważnie przygłupi, chłopiec skupia się więc na wyratowaniu z opresji młodszej siostry. Jedynym dorosłym mogącym pomóc chłopcu jest miejscowy lekarz.

klątwa

Całość historii stanowi kompilację kina sci-fi i kina grozy.

Fabularne wygibasy wokół oryginału, nadały filmowi klimat kina klasy B lat 80, gdzie nie wszytko musi być logiczne, grunt żeby dużo się działo. Miejscami efekty godzą w realizm i to w znacznym stopniu, jednak charakteryzacja zachorzałej familii, główny element horroru, jest jak najbardziej zadowalająca.

klątwa

Film ogląda się całkiem przyjemnie i w zasadzie jest to argument ostateczny, bo czego jeszcze można w tym przypadku oczekiwać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Opowieść ducha

A Ghost Story (2017)

a ghost story

Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu. Kobieta szybko traci sympatię do tego miejsca i chce je opuścić, jednak mężczyzna obstaje przy podjętej wcześniej decyzji. Konflikt przerywa jego śmierć. Wkrótce po tym małżonek powraca pod postacią ducha.

Brzmi jak opis z “Uwierz w ducha”, ale jest to zupełnie inna historia. W zasadzie nie mieści się ona w żadnym gatunkowym standardzie, jednak los chciał, że ‘Opowieść ducha’ w filmowym świecie funkcjonuje jako horror. Nie wystraszy Was jednak, więc zduście w zarodku tego rodzaju oczekiwania, jeśli zamierzacie zmierzyć się z tą produkcją.

Sam tytuł obił mi się już wcześniej o uszy i siadając do seansu z nim miałam o nim pewne wyobrażenie. Może coś w stylu “Obecności” Wana? Klasyczna opowieść o duchach? Jak się okazało film ma coś wspólnego z “Obecnością”, ale nie ‘tą’. Jeśli by się uparła by czynić jakieś porównania to postawiła by na “Presence” z 2010 roku.

Ten ‘horror nie horror’ bardzo przypadł mi do serca.

a ghost story

Jeśli ktoś mnie pyta za co lubię horrory z podgatunku ghost story, zawsze odpowiem, że za ich przygnębiający nastrój. Nie ma chyba nic smutniejszego niż bezradność w jakiej pozostają osoby, które fizycznie opuściły swoje życie jednak nadal w nim tkwią w roli obserwatora. Jak bohater “Ghost strory” obserwujący żałobę swojej żony. W tego rodzaju filmach zawsze współczuje ich paranormalnym antybohaterom. Im większą żałość budzi we mnie duch tym bardzo podoba mi się film. Ot pokrętne to, bo opowieści o duchach w założeniu mają straszyć a nie smucić. A produkcja Davida Lowery smuci po mistrzowsku.

a ghost story

Głównym bohaterem jest martwy facet – nie poznajmy chyba nawet jego imienia, jest Panem C. Widzimy, że zginął w wypadku nieopodal swojego domu. Jako duch powstaje w kostnicy. Nie jest półprzezroczystą postacią samego siebie, lecz … prześcieradłem z otworami na oczy. Taki duch rodem z kreskówek. Chyba nie dało się tego zrobić bardziej prostolinijnie. Ta prostota się sprawdzi, wierzcie bądź nie.

Mimo, że nie poznaliśmy go zbyt dobrze za życia, możemy uważnie przyjrzeć się jego pośmiertnej egzystencji na każdym jej etapie.

a ghost story

Życie idzie na przód, wydarzenia toczą się obok. Kolejni lokatorzy, duch ten sam. Związany z miejscem, czekający. Na co? Pewnie niebawem zapomni, jak jego martwa sąsiadka -machające do niego prześcieradło z okna naprzeciwko. Jest to mega smutne i potwierdzi to każdy wrażliwiec.

Napotkamy tu też jedną niespodziankę, choć cóż, jest to temat właściwy dla wszelkich teorii o życiu po śmierci.

Fabuła składa się z kolejnych obrazów. Długich ująć, między którymi raz na ruski miesiąc pojawia się jakiś dialog. Znaczna część widzów odrzuca tego rodzaju koncepcje narracji, bo żmudne, bo nudne. Często tak właśnie jest kiedy wizja pozbawiona jest treści. Tej produkcji to nie zagraża i gorąco wierzę, że znajdzie swoich amatorów. Osobiście jestem urzeczona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:10

78/100

W skali brutalności:0/10

Mężczyzna z chaszczy

Puszczyk – Jan Grzegorczyk

puszczyk

Stanisław Madej, aspirujący pisarz i redaktor Poznańskiego wydawnictwa przed paroma miesiącami przeprowadził się do wsi Witalnik w malownicze okolice jezior, lasów i jak się okazało intrygujących lokalnych legend.

Tu zaprzyjaźnił się z miejscowym proboszczem, z którego miał nadzieję wyciągnąć informacje mogące wyjaśnić niezwykłe wydarzenia, którym świadkował tuż po przybyciu do Witalnika. Niestety gdy ksiądz zdecydował się w końcu na szczerą rozmowę, zginął w jakby się wydawało nieszczęśliwym wypadku. Zamiast rozwiązać jedną zagadkę, Stanisław stanął przed perspektywą zmierzenia się z kolejną.

Jak się okazało “Puszczyk” stanowi kontynuację przygód neurotycznego starego kawalera, którego poznajemy w powieści “Chaszcze. Nigdzie nie zostało to zasygnalizowane, w związku z czym obawiam się, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w niemałą konsternację, jeśli chwycą po “Puszczyka” nie znając “Chaszczy”.

Akcja “Puszczyka” rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z “Chaszczy”. Czytając poprzednia powieść Jana Grzegorczyka miałam pewien niedosyt, bo wiele wątków nie zostało zakończonych, a wysnute w trakcie lektury teorie nie znalazły ostatecznego potwierdzenia. Uznałam jednak, że takie urok tej historii i nie urągałam takie rozwiązanie – zwłaszcza, że książka podobała mi się szalenie.

Tych samych powodów do pochwał dostarczyła mi kolejna powieść autora. Klimat Rojnar,a właściwie Witalnika, wsi rzuconej gdzieś w okolicach Poznania jest ujmujący. Zdecydowanie są to moje klimaty. Zazdrość o ten prywatny raj walczyła we mnie z zachwytem nad książką. Odniosłam wrażenie, że jej nastrój ma w sobie coś kojącego. Jeśli macie ochotę jesienne wieczory spędzić w okolicach lasów, jezior, obserwując koniki, żurawie i sójki, to zapraszam do siedliska Pana  Madeja:)

Nie zapominajmy jednak, że mamy tu do czynienia z kryminałem. Pewne fakty zdołaliśmy już poznać latem – tak się złożyło, że moje pory czytania odpowiadają porom roku, w których rozgrywa się akcja powieści.

Te fakty jednak miały w sobie dużo niedopowiedzeń, co pociągało kolejne pytania skrupulatnie odnotowane przez naszego narratora. W “Puszczyku” wiele z nich znajduje odpowiedzi, ale coś czuję, że na tym nie koniec.

I obym się nie myliła, bo powieściowy świat Grzegorczyka jest dla mnie bardzo pociągający. Uwielbiam jego dygresje. Nawiązania do innych nieznanych mi zazwyczaj lektur, odwołania do lokalnych opowieści, nawet duża dawka wątków religijnych mi nie przeszkadzała. Ot, można powiedzieć idealnie w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk