Miesięczne archiwum: Wrzesień 2017

Prawdziwy wampir

The Transfiguration/ Przeobrażenie (2016)

przeobrażenie

Nastoletni Milo mieszka w getcie w Nowym Jorku, gdzie gangi złożone czarnoskórych obywateli trzęsą całą okolicą. Ale to wcale nie zdeklarowani przestępcy stanowią największe zagrożenie dla mieszkańców Queens.

Raz w miesiącu czternastoletni chłopaczek rusza na łowy by zamordować i wypić krew kolejnej ofiary. Milo wierzy, że jest wampirem. Wnikliwe studia na ten temat jakie przeprowadził czytając o wampiryzmie i taśmowo oglądając filmy na ten temat utwierdzają go w przekonaniu, że w tej legendzie jest ziarenko prawdy. Tym ziarnkiem jest jego przypadek.

„Przeobrażenie” stanowi obiecujący reżyserski debiut niejakiego Michaela O’Shea. Mężczyzna bardzo chciał nakręcić film ze swojego ulubionego nurtu: horroru, ale niski budżet jaki mógł przeznaczyć na tą operację sprawił, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą hybryda gatunkową pozbawioną chwytów będącym znakiem rozpoznawczym współczesnych filmów z gatunku grozy.

Uczciwie mówiąc obraz bardziej kojarzy się z dramatem psychologicznym aniżeli horrorem – choć wykorzystuje wątki typowe dla tego drugiego. Tematem przewodnim filmu jest fascynacja wampiryzmem, jaka owładnęła nastoletnim Milo. Owładnęła na tyle by posunął się on do zabójstw z konsumpcji ludzkiej krwi.

Chłopaczek mieszka tylko ze starszym bratem. Jego ojciec zmarł po ciężkiej chorobie, a matka popełniła samobójstwo. Milo jest samotnikiem. Unika ludzi a oni unikają jego. Spędza czas na lekturze wampirycznych książek i oglądaniu filmów o tej samej tematyce. Często rozważa istotę wampiryzmu opierając się na własnym przykładzie.

Tak, chłopak wierzy, że jest wampirem, takim ‚realistycznym’, nie ubarwionym przez popkulturę. Dla większości widzów będzie oczywiste, że chłopak jest poważnie obłąkany i wymyślił sobie cały ten wampiryzm by uzasadnić własne żądze, ale z drugiej strony, widział kto wampira? Może prawdziwy wampir to właśnie takie chłopak z czarnej dzielnicy, który czuje potrzebę zabijania? Bez tej całej mistycznej otoczki.

przeobrażenie

W pewnym momencie Milo poznaje dziewczynę, nową sąsiadkę z którą nawiązuje relacje przyjacielsko seksualną. To z rozmów między nimi możemy dowiedzieć się więcej o Milo.

Jego ulubionym horrorem wampirycznym jest „Martin„. Pamiętacie „Martina”? Polecałam go kiedyś. Jest to także jeden z moich ulubionych filmów wampirycznych. Milo bardzo przypomina Martina. Myślę, że rzucając te i inne tytuły twórca filmu otwarcie przedstawia widzowi źródła własnych inspiracji.

Szkoda, że nie padł tu obraz „Uzależnienie„, również pasuje do konwencji wykorzystanej przez O’Shea. Nawiązań mamy tu sporo. Twórca pogrywa sobie z wampiryzmem jednocześnie budując na nim swoją opowieść.

Czy spodoba się ona fanom horrorów? Doprawdy nie wiem. Mnie przypadł do gustu, ale moje podejście do tematów tak ogranych jak zombie, wampiry czy duchy każe mi szukać czegoś co wyróżniałoby się na tle całej masy. Inni wolą ‚po staropolsku’.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:8

69/100

W skali brutalności:2/10

Idź za czerwonym balonem

It/ To (2017)

it

W niewielkim miasteczku Derry w stanie Mine znikają dzieci. Jednym z nich jest Georgie, młodszy brat Billyego. Chłopiec nie zamierza odpuścić poszukiwania brata, którego zdaje się wszyscy już spisali na straty i wyrusza z misją ratunkową. Intuicja podpowiada mu by sprawdzić miejscowe akweny wodne i to jest strzał w dziesiątkę, bowiem zło odpowiedzialne za niewyjaśnione zaginięcia najmłodszych obywateli Derry gnieździ się w kanałach pod miastem.

Miejsce odpływu kanału Billy bada w asyście trzech kolegów, jednak szeregi poszukiwaczy prawdy zwiększają się o kilkoro innych miejscowych dzieciaków. Wszyscy oni mają swoje lęki, które ukazują swoje oblicze z pomocą niewesołego klauna z czerwonym balonikiem.

it

Kiedy zapowiadany jest remake kolejnego klasycznego horroru nie wiadomo, czy się cieszyć, czy załamywać ręce. Istnieją obrazy, których nowe wersje są potrzebne jak dziura w moście, bo wcale się nie zestarzały – tu najlepszym przykładem wydaje mi się „Koszmar z ulicy wiązów”.

Nie miałam wielkiego problemu z „To”, bo pierwsza ekranizacja powieści Kinga, ekranizacja dla TV niemożebnie długa, technicznie mocno już stara i fabularnie za bardzo uderzająca w rejony kina familijnego nie jest moim faworytem jeśli idzie o klasykę horroru.

Książki nie czytałam, więc nie wiem czy trzyma się jej wiernie, czy też nie. Nie mniej jednak oglądając film wieki temu zauważyłam duży potencjał w postaci Pennywise’a, czyli naszego klauna. King potrafi tworzyć bardzo sentymentalne opowieści o grozach dzieciństwa („Ciało”), więc przez moment pomyślało mi się nawet, że ten remake może być niegłupim pomysłem. Pojawiła się jednak obawa, jak z telewizyjnego miniserialu, ewentualnie tak opasłego dzieła literackiego, można zrobić dobry horror mieszczący się w czasowych ramach filmu kinowego?

Tu pomysłodawcy dobrze wybrnęli, bo podzielili „To” na dwie części. Część pierwsza, czyli ta obecnie goszcząca na kinowych afiszach, skupia się na dziecięcych bohaterach, żyjących w latach ’80 XX wieku, bez kontynuacji ich losów w dorosłości, gdy to powracają do Derry. Domyślam się, że tę właśnie historię zobaczymy w sequelu.

it

Film stara się więc czarować duchem lat ’80 wykorzystując stosowną dla tamtych czasów estetykę. Ten chwyt sprawdził się doskonale w „Stranger things” i sprawdza się i tu. Scenariusz jest zdecydowanie mniej słodki niż w starszej wersji, a problemy z jakimi zmagają się młodzi bohaterzy są bardziej hardcorowe, więc wszelkie wątki obyczajowe odnotowuję na plus.

To co właściwe horrorowi to już klasyczne chwyty współczesnego kina grozy, czyli sceny nastawione na gwałtowny wzrost napięcia i wywołanie strachu. Nie wychodzi to źle, nie wychodzi też rewelacyjnie. W wielu scenach zabrakło uprzedniego zbudowania napięcia, co udało się naprawdę dobrze jedynie w scenie otwierającej, z udziałem małego Georgiego. Strasznego klauna mocno podrasowano i powiem, że dość mi typek przypadł do gustu. Dobrze spisują się też młodzi aktorzy, sól ziemi Derry.

Całość ogólnie na plus.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

66/100

W skali brutalności:1/10

Złe plony

The Curse/ Klątwa (1987)

klątwa

Pewnej nocy na farmie bogobojnego Nathana Hayesa rozbija się meteoryt. Lokalny deweloper zapobiega dokładnemu zbadaniu składu chemicznego znaleziska by nie wzbudzić sensacji mogącej zaszkodzić jego interesom.

Meteoryt znajduje się na famie Hayesa tylko przez jedną noc, po czym znika. Farmer nie wie, że kosmiczny odpad wniknął w jego ziemie niekorzystnie wpływając na wody gruntowe, z których korzysta. Wkrótce okazuje się, że bujne plony jakimi zaowocowały jego uprawy są tak samo szkodliwe dla zwierząt jak i dla ludzi.

Wybierając ten film nie miałam świadomości, że będę mieć do czynienia z kolejną filmową wersją historii spisanej przez Lovecrafta w „Kolorze z przestworzy”.

Widziała ich już parę, jedne lepsze inne gorsze. W przypadku „Klątwy” skojarzenie z twórczością pisarza przyszło dość szybko, bo szkielet fabuły został zachowany na tyle by nie odbiegać dalece od oryginału.

Jak widzicie, jest to jednak obraz z końcówki lat osiemdziesiątych, co ma swoje konsekwencje. Jest to jednocześnie kino niskobudżetowe, co także szybko staje się odczuwalne.

klątwa

Głównym bohaterem filmu, jest nastoletni Zachary, w tej roli szybko rozpoznacie uroczego Gordona z „Stań przy mnie”, który jest synem wspomnianego farmera i jedynym członkiem rodziny, który przyjmuje do wiadomości, że od rozbicia się meteorytu sprawy przybrały zły obrót. Wyczuwa, że woda z ich studni zmieniła smak, dostrzega w zachowaniu zwierząt hodowlanych niepokojące zmiany, wreszcie widzi co dzieje się z ludźmi, którzy spożywają plony ze skażonej ziemi.

Tak jak w opowiadaniu Lovecrafta, pierwsze oznaki choroby pojawiają się u matki rodziny. Ojciec uznaje że to kara z złe prowadzenie się i unika tematu. Brat Zacharego jest wszystko żerny i poważnie przygłupi, chłopiec skupia się więc na wyratowaniu z opresji młodszej siostry. Jedynym dorosłym mogącym pomóc chłopcu jest miejscowy lekarz.

klątwa

Całość historii stanowi kompilację kina sci-fi i kina grozy.

Fabularne wygibasy wokół oryginału, nadały filmowi klimat kina klasy B lat 80, gdzie nie wszytko musi być logiczne, grunt żeby dużo się działo. Miejscami efekty godzą w realizm i to w znacznym stopniu, jednak charakteryzacja zachorzałej familii, główny element horroru, jest jak najbardziej zadowalająca.

klątwa

Film ogląda się całkiem przyjemnie i w zasadzie jest to argument ostateczny, bo czego jeszcze można w tym przypadku oczekiwać.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:2/10

Opowieść ducha

A Ghost Story (2017)

a ghost story

Młode małżeństwo wprowadza się do nowego domu. Kobieta szybko traci sympatię do tego miejsca i chce je opuścić, jednak mężczyzna obstaje przy podjętej wcześniej decyzji. Konflikt przerywa jego śmierć. Wkrótce po tym małżonek powraca pod postacią ducha.

Brzmi jak opis z „Uwierz w ducha”, ale jest to zupełnie inna historia. W zasadzie nie mieści się ona w żadnym gatunkowym standardzie, jednak los chciał, że ‚Opowieść ducha’ w filmowym świecie funkcjonuje jako horror. Nie wystraszy Was jednak, więc zduście w zarodku tego rodzaju oczekiwania, jeśli zamierzacie zmierzyć się z tą produkcją.

Sam tytuł obił mi się już wcześniej o uszy i siadając do seansu z nim miałam o nim pewne wyobrażenie. Może coś w stylu „Obecności” Wana? Klasyczna opowieść o duchach? Jak się okazało film ma coś wspólnego z „Obecnością”, ale nie ‚tą’. Jeśli by się uparła by czynić jakieś porównania to postawiła by na „Presence” z 2010 roku.

Ten ‚horror nie horror’ bardzo przypadł mi do serca.

a ghost story

Jeśli ktoś mnie pyta za co lubię horrory z podgatunku ghost story, zawsze odpowiem, że za ich przygnębiający nastrój. Nie ma chyba nic smutniejszego niż bezradność w jakiej pozostają osoby, które fizycznie opuściły swoje życie jednak nadal w nim tkwią w roli obserwatora. Jak bohater „Ghost strory” obserwujący żałobę swojej żony. W tego rodzaju filmach zawsze współczuje ich paranormalnym antybohaterom. Im większą żałość budzi we mnie duch tym bardzo podoba mi się film. Ot pokrętne to, bo opowieści o duchach w założeniu mają straszyć a nie smucić. A produkcja Davida Lowery smuci po mistrzowsku.

a ghost story

Głównym bohaterem jest martwy facet – nie poznajmy chyba nawet jego imienia, jest Panem C. Widzimy, że zginął w wypadku nieopodal swojego domu. Jako duch powstaje w kostnicy. Nie jest półprzezroczystą postacią samego siebie, lecz … prześcieradłem z otworami na oczy. Taki duch rodem z kreskówek. Chyba nie dało się tego zrobić bardziej prostolinijnie. Ta prostota się sprawdzi, wierzcie bądź nie.

Mimo, że nie poznaliśmy go zbyt dobrze za życia, możemy uważnie przyjrzeć się jego pośmiertnej egzystencji na każdym jej etapie.

a ghost story

Życie idzie na przód, wydarzenia toczą się obok. Kolejni lokatorzy, duch ten sam. Związany z miejscem, czekający. Na co? Pewnie niebawem zapomni, jak jego martwa sąsiadka -machające do niego prześcieradło z okna naprzeciwko. Jest to mega smutne i potwierdzi to każdy wrażliwiec.

Napotkamy tu też jedną niespodziankę, choć cóż, jest to temat właściwy dla wszelkich teorii o życiu po śmierci.

Fabuła składa się z kolejnych obrazów. Długich ująć, między którymi raz na ruski miesiąc pojawia się jakiś dialog. Znaczna część widzów odrzuca tego rodzaju koncepcje narracji, bo żmudne, bo nudne. Często tak właśnie jest kiedy wizja pozbawiona jest treści. Tej produkcji to nie zagraża i gorąco wierzę, że znajdzie swoich amatorów. Osobiście jestem urzeczona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:10

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:10

78/100

W skali brutalności:0/10

Mężczyzna z chaszczy

Puszczyk – Jan Grzegorczyk

puszczyk

Stanisław Madej, aspirujący pisarz i redaktor Poznańskiego wydawnictwa przed paroma miesiącami przeprowadził się do wsi Witalnik w malownicze okolice jezior, lasów i jak się okazało intrygujących lokalnych legend.

Tu zaprzyjaźnił się z miejscowym proboszczem, z którego miał nadzieję wyciągnąć informacje mogące wyjaśnić niezwykłe wydarzenia, którym świadkował tuż po przybyciu do Witalnika. Niestety gdy ksiądz zdecydował się w końcu na szczerą rozmowę, zginął w jakby się wydawało nieszczęśliwym wypadku. Zamiast rozwiązać jedną zagadkę, Stanisław stanął przed perspektywą zmierzenia się z kolejną.

Jak się okazało „Puszczyk” stanowi kontynuację przygód neurotycznego starego kawalera, którego poznajemy w powieści „Chaszcze. Nigdzie nie zostało to zasygnalizowane, w związku z czym obawiam się, że niektórzy czytelnicy mogą wpaść w niemałą konsternację, jeśli chwycą po „Puszczyka” nie znając „Chaszczy”.

Akcja „Puszczyka” rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach z „Chaszczy”. Czytając poprzednia powieść Jana Grzegorczyka miałam pewien niedosyt, bo wiele wątków nie zostało zakończonych, a wysnute w trakcie lektury teorie nie znalazły ostatecznego potwierdzenia. Uznałam jednak, że takie urok tej historii i nie urągałam takie rozwiązanie – zwłaszcza, że książka podobała mi się szalenie.

Tych samych powodów do pochwał dostarczyła mi kolejna powieść autora. Klimat Rojnar,a właściwie Witalnika, wsi rzuconej gdzieś w okolicach Poznania jest ujmujący. Zdecydowanie są to moje klimaty. Zazdrość o ten prywatny raj walczyła we mnie z zachwytem nad książką. Odniosłam wrażenie, że jej nastrój ma w sobie coś kojącego. Jeśli macie ochotę jesienne wieczory spędzić w okolicach lasów, jezior, obserwując koniki, żurawie i sójki, to zapraszam do siedliska Pana  Madeja:)

Nie zapominajmy jednak, że mamy tu do czynienia z kryminałem. Pewne fakty zdołaliśmy już poznać latem – tak się złożyło, że moje pory czytania odpowiadają porom roku, w których rozgrywa się akcja powieści.

Te fakty jednak miały w sobie dużo niedopowiedzeń, co pociągało kolejne pytania skrupulatnie odnotowane przez naszego narratora. W „Puszczyku” wiele z nich znajduje odpowiedzi, ale coś czuję, że na tym nie koniec.

I obym się nie myliła, bo powieściowy świat Grzegorczyka jest dla mnie bardzo pociągający. Uwielbiam jego dygresje. Nawiązania do innych nieznanych mi zazwyczaj lektur, odwołania do lokalnych opowieści, nawet duża dawka wątków religijnych mi nie przeszkadzała. Ot, można powiedzieć idealnie w mój gust.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Annabelle na nowo

Annabelle: Creation/ Annabelle: Narodziny zła (2017)

annabelle 2

Ameryka, lata 50 XX wieku. Samuel Mulins, mąż Ester i ojciec małej Bee, zawodowo zajmuje się robieniem zabawek. Sielskie życie w szczęściu i dobrobycie przerywa tragedia, której ofiarą pada jedyna córka Mulinsów.

Po jej śmierci małżonkowie wycofują się z życia społecznego, lecz po dwunastu latach postanawiają wykonać gest dobrej woli i w swoim okazałym domu ugościć wychowanki sierocińca pod opieką siostry Charlotte. Warunkiem gościny jest zakaz odwiedzania dwóch pomieszczeń: sypiali Ester Mulins, gdzie przebywa schorowana kobieta i pokoiku niegdyś należącego do córki właścicieli domu.

Niestety jedna z dziewcząt łamie drugi z zakazów i z ciekawością odkrywa skarby w pokoju Bee, w tym rudowłosą, drewnianą lalkę…

Tytułowa „Annabelle” to postać znana z opowieści pary amerykańskich demonologów, małżeństwa Warrenów. W swoim horrorze pokątnie wykorzystał ją James Wan, ale nie można powiedzieć by stała się ona ważnym bohaterem serii „Obecność„.

Potencjał tej postaci dostrzegł John Leonetti, który w 2014 roku nakręcił film w całości poświęcony opętanej lalce imieniem „Annabelle”. Jakże ten film mi się nie podobał…

Usłyszawszy o planach powstania prequela „Annabelle” miałam dwie myśli: Albo będzie równie lichy jak poprzednik, albo wybije się i uratuję historię z potencjałem jakim bez wątpienia dysponuje przypadek opętanej lalki. Domyślam się, że większość widzów raczej nie dopuszczała drugiej z założonych przeze mnie opcji, ale ja nauczona przypadkiem serii „Ouija”, w której to prequel nakręcony później okazał się o niebo lepszy od poprzednika, dopuszczałam taka możliwość. I nie pomyliłam się.

annabelle 2

Oczywiście nie oznacza to bym „Narodziny zła” uważała za horror wybitnie dobry, ale w porównaniu z mielizną na jaką wpadł scenariusz pierwszej „Annabelle” jest zdecydowanie lepiej.

Twórcy prequela, co zaskakujące, ratując sprawę nie odżegnali się całkowicie od tego co opowiadał nam pierwszy film, ale podeszli do sprawy z głową i połączyli niespójności, jednocześnie naprawiając błąd rzeczowy popełniony przez Wana i Leonettiego – wygląd lalki.

Osoby, które udało mi się zachęcić do lektury Demonologów” wiedzą, że prawdziwa Annabelle, ta którą w swoich demonicznych zbiorach urywają Warrenowie, była lalką szmacianą i do takiej też postaci wraca demon w epilogu „Narodzin zła”. Co prawda godzi to w wizję pierwszej „Annabelle”, ale sadzę, że ekipa Leonettiego powinna się cieszyć, że ktokolwiek uznał wypierdziane przez nich wątki za godne choćby zahaczenia.

annabelle 2

O ile pierwsza „Annabelle” rozgrywała się wczasach bliskim obecnym o tyle „Narodziny zła” cofają się do lat 50 czy 60 XX wieku. Tu poznajemy nieszczęsnego lalkarza, który zmajstrował Annabelle tuż przed śmiercią swojej córki. Sam proces opętania lalki bliższy jest temu co opisali Warrenowie, choć zdecydowanie nie jest to, ta właśnie historia. Nie mniej jednak uważam, że ma ręce i nogi, kupy się trzyma i nie śmiem narzekać.

Historię zła, które wstąpiło w lalkę poznajemy dzięki wydarzeniom związanym z jedną z sierotek, które Mulins sprowadza do domu.

annabelle 2

Śliczna Janice chorująca na polio ma pecha znaleźć się w złym miejscu o złym czasie przez co demoniczna siła zaczyna się nią żywo interesować. W tym miejscu mamy okazję obserwować sporo typowo horrorowych zagrywek wizualnych, z czego niektóre są całkiem dobre – scena z narzutą – inne zupełnie słabe – scena w szopie.

Efekt jest ogólnie średni, zwłaszcza biorąc pod uwagę miliony, które wpompowano w ten obraz. Mimo, że film nie przynosi jakiś większych uciech dla fana grozy, to i tak uważam, że twórcy zrobili dobrą robotę- zwłaszcza biorąc pod uwagę to jak poprzednicy ją dokumentnie skopali.

Rezultatem jest produkcja dość przyjemna, nie godząca w inteligencje widza i stanowiąca nie najgorszą rozrywkę. I tyle musi Wam wystarczyć.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10

Kto daje i zabiera ten się w piekle poniewiera

Ghost house/ Dom duchów (2016)

ghost house

Para zakochanych z Los Angeles, Julie i Jim, wybierają się na urlop do Tajlandii. W trakcie wycieczki poznają dwóch Brytyjczyków, którzy kuszą ich perspektywą odwiedzenia cmentarzyska porzuconych ‚domów duchów’, czyli czegoś na kształt przydomowych kapliczek, które wedle wierzeń miejscowych zatrzymują w swoich wnętrzach duchy by te nie wkradały się do ludzkich siedzib.

Na miejscu Julie niefortunnie dotyka jednego z domów duchów, zabiera z niego fragment materiału, namówiona przez jednego z Brytoli. W tym samym momencie rozpętuje się piekło. Przede wszystkim rozgrywa się ono w głowie głównej bohaterki nie mniej jedna wszytko jet dziełem rozwścieczonego ducha.

„Ghost house” jest amerykańskim ukłonem w stronę kultury i wierzeń Tajlandczyków. Film kręcono w tym pięknym, barbarzyńskim kraju dosyć ciekawie wykorzystując jego ciemną stronę. Widzimy tu żebraków na ulicach, nieletnie prostytutki w knajpach i to na czym najbardziej się tu skupiamy, czyli obcujemy z religijnymi tradycjami w najmroczniejszej możliwie formie.

ghost house

Pomysł wyjściowy niezbyt oryginalny, ale wypróbowany, bo podobne zderzeni kulturowe mieliśmy w „Krwawych wizjach„- Chiny i USA, czy w „Klątwie” – Japonia i USA. Fabularnie film może przypominać też „Drag me to hell„, ale niestety jeśli chodzi o wykonanie to wśród wymienionych tytułów wypada najsłabiej. Zdecydowanie nie jet to produkcja profesjonalistów, co wyraźnie da się odczuć. Zebrana tu ekipa potyka się wielokrotnie i na kilku obszarach.

W Tajlandii mamy wspaniałe plenery, bujną kolorystykę, niestety zdjęcia wypadają nijako a kolorystyka zdjęć jest po prostu mdła, jakby zabrakło tu profesjonalnego sprzętu albo solidnej obróbki.

ghost house

To jednak nie razi tak bardzo jak aktorstwo. Tu jest naprawdę źle i gdyby nie solenna obietnica złożona przed seansem, że obejrzę i napiszę o tym filmie, wyłączyłabym go chyba. Zarówno odtwórcy ról pierwszoplanowych, czyli Julie i Jima jak i aktorzy wcielający się w postaci w dalszym planie rażą słabością warsztatu. Są mega sztuczni jakby pierwszy raz występowali przed kamerą a przecież nie mamy tu do czynienia z obsadą bez doświadczenia. Najbardziej urągałam na Scout Taylor- Compton w roli Julie. Widziałam ją już w remake „Halloween 2” i więcej oglądać nie chcę – widok jej twarzy mnie nie ucieszył, ani urody ani talentu.

Z powodu powyższych uchybień i z powodu kilku innych, które pewnie pominęłam, albo nazwać nie potrafię, film plasuje się poniżej średniej, a mógłby być dużo wyżej.

ghost house

Scenariusz nie jest zły, choć w dialogi można by tchnąć więcej życia, ale z tą ekipą chyba nie dałoby rady więcej z tego wyciągnąć.

Pomysł jak wspomniałam mało odkrywczy mógłby się lepiej sprzedać w lepszym wykonaniu. Produkcja miała lepsze momenty, choć policzyć je mogę na palcach jednej ręki, to jeden z nich zasłużył w moich oczach na specjalne wyróżnienie: Scena w pokoju hotelowym, gdy Julie ogląda zdjęcia na aparacie – You know what I meen 😉 Bardzo udany chwyt.

Do seansu nie zachęcam, ale myślę, że stosownie ostrzeżeni możecie przejść prze niego bez bólu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:4

Aktorstwo:3

Oryginalność:5

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

Nie chcesz być sobą

True Story (2015)

true story

Wzięty, jak dotąd, reporter z New York Times zostaje zwolniony z pracy po tym jak odkryto, że w jednym ze swoich artykułów śledczych nagiął prawdę dla wzmocnienia przekazu.

Gdy Michael bezskutecznie poszukuje zatrudnienia otrzymuje telefon informujący go o sprawie pewnego mordercy, który zamordował swoją żonę i dzieci, a po popełnieniu zbrodni w Stanach ukrywał się w Meksyku posługując fałszywym nazwiskiem. Ni mniej ni więcej podawał się za Michaela Finkela, dziennikarza New York Times.

Prawdziwy Michael postanawia spotkać się z tym człowiekiem i dowiedzieć się dlaczego ten podszył się akurat pod niego.

Thriller „True Story” powstał w oparciu o relację amerykańskiego dziennikarza spisaną pod tytułem „Złodziej tożsamości. Historia prawdziwa”. Książki nie miałam okazji przeczytać, nawet o niej nie słyszałam choć ukazała się na polskim rynku. Film jest dziełem nie szczególnie doświadczonych twórców, choć nie odnotowałam w nim rażących uchybień na poziomie wykonawczym. Sama historia, cóż, dość ciekawa. Jej głównym tematem jest spotkanie między doświadczonym i bystrym dziennikarzem a gościem, który zamordował własną rodzinę. Chyba domyślacie się, że ciekawość Michaela nie ograniczyła się do zbadania dlaczego niejaki Christian Lango postanowił się pod niego podszyć. Jego dziennikarski apetyt jest znacznie większy. Mężczyzna postanawia dociec prawdy na temat popełnionej zbrodni, dowiedzieć się, czy Lango zabił, a jeśli tak to dlaczego to zrobił. Aresztowany mężczyzna zgadza się na wywiad na wyłączność, z którego ma powstać książka autorstwa Finkela, ma jednak swoje warunki.

true story

Ta historia w jakiś sposób kojarzy się relacją zawartą w „Szanowny Panie Gacy”, bo opowiada o psychologicznej grze między mordercą za zainteresowanym jego historią ‚prawym obywatelem’. Tak jak intencje nastolatka korespondującego z Gacy’m nie były zbyt czyste, bo chciał wykorzystać znajomość do własnych celów, tak samo dzieje się w przypadku Michaela. Jakie intencje może mieć dziennikarz pogrążony w niesławie łatwo można się domyślić, ale o co chodzi mordercy? Tu sprawa jest nieco bardziej złożona. W wielkim uproszczeniu myślę, że facet chciał po prostu być kimś innym, ale to nowe oblicze chyba też ostatecznie go rozczarowało.

Produkcja jest silna w dobra obsadę. Elegancko odchudzony Jonah Hill, którego po raz pierwszy widziałam w niekomediowej roli, śliczna jak zawsze i emanująca kobiecą stanowczością Felicity Jones i wisienka na torcie, czyli James Franco, jak zwykle pyszałkowaty i nie budzący sympatii.

Seans uważam za zadowalający, ale rewelacji nie ma.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Topielice

Zapisane w wodzie – Paula Hawkins

zapisane w wodzie

Jules obiecała sobie, że nigdy nie wróci do Beckford. Ale jej siostra Nel zmusiła ją do tego, gdy zakończyła swoje życie w topielisku. Teraz Jules nie tylko musi zająć się nastoletnią siostrzenicą, pyskatą Leną, ale jak się wkrótce okaże  musi zmierzyć się z mieszkańcami miasteczka, którym jej siostra szczególnie naraziła się przed śmiercią.

Jak stwierdza policjantka badająca sprawę śmierci Nel Abbot, Beckford to popieprzone miejsce. Od lat płynąca przez nie rzeka przyjmuje kolejne martwe ciała samobójczyń. Legenda głosi, że wszytko zaczęło się od młodziutkiej Libby, którą niegdyś oskarżono o czary i zabito poprzez utopienie. Teraz miejsce to nosi niewdzięczną nazwę topieliska, słynąc ze zwodniczej mocy, która każe kolejnym kobietą skakać w toń rzeki.

„Zapisane w wodzie” to kolejna książka autorki „Dziewczyny z pociągu„. Niezwykle udany debiut pisarki, kasowy sukces i szybko zrealizowana ekranizacja pierwszej powieści nie pozostawiały złudzeń, że Paula Hawkins pójdzie za ciosem.

Chętnie zasiadłam do lektury jej kolejnej książki, bo „Dziewczyna z pociągu” bardzo przypadła mi do gustu. Niestety nowa powieść nie wzbudziła już we mnie takiego entuzjazmu. Najprościej rzecz ujmując, przyczyna mojego niezadowolenia wynika z faktu, że w „Zapisane w wodzie” nie uświadczymy niczego szczególnie oryginalnego. Sam pomysł wyjściowy jest wtóry i nie wyróżnia się szczególnie na tle innych, szczególnie skandynawskich powieści kryminalnych. Mamy małe nudne miasteczko, dwie skłócone siostry z czego jedna jest martwa i tajemnice lokalnej społeczności, które musi rozwiązać żyjąca z sióstr by poznać prawdę o śmierci tej drugiej. Jedynym ciekawym elementem jest postać starej Niki medium rozmawiającej ze zmarłymi. Jest to chyba jedyna interesująca postać w tym niepewnym stadzie z Beckford, choć jej charakterystyka również oryginalnością nie grzeszy.

W gruncie rzeczy mam tu wysyp bohaterów, coby można rozszerzyć zasięg podejrzeń, ale odniosłam wrażenie, że autorka nie wysiliła się szczególnie portretując kolejne postaci. Nikt nie wzbudził we mnie szczególnych emocji.. Reasumując jest to przeciętna książka którą jednak czyta się nieźle. Mimo wszytko w porównaniu z „Dziewczyną z pociągu” wypada mega blado. Myślę, że presja sukcesu debiutu sprawiła, że autorka musiała pracować w zbytnim pośpiechu i nie dopracowała pomysłu.

Moja ocena: 5/10

Długa droga do domu

Si-gan-wi-ui jib aka The house of disappeared (2017)

house of disappeard

Kang Mi-hee zostaje skazana na dwadzieścia pięć lat więzienia za podwójne zabójstwo, męża i synka. Zostaje złapana z nożem w dłoni nad zwłokami tego pierwszego, zaś ciało syna nigdy nie zostało odnalezione. Po odsiedzeniu wyroku, sędziwa kobieta wraca do swojego domu, gdzie dopadają ją duchy przeszłości. Może to sumienie, a może w domu Kang Mi-hee faktycznie dzieje się coś strasznego? Młody wikary miejscowej parafii jako jedyny wydaje się interesować staruszką i jako jedyny dopuszcza możliwość, że nie ona odpowiada za tragedię z przed lat.

Czy ten skrót fabularny coś Wam mówi? A powinien. Nie od razu zorientowałam się, że w przypadku „House of disappeard” mamy do czynienia z tą samą historię co w „La Casa del fin de los tiempos”.

Do głowy by mi nie przyszło, że Koreańczycy mogą remake’ować wenezuelski horror, a jednak. Coś mi jednak świtało, a gdy zaczęłam przywidywać dalszy rozwój fabuły- co nie jest łatwe w przypadku tak pomysłowego scenariusza – w końcu do mnie dotarło, że gdzieś już to widziałam. To przeważnie Amerykanie podkupują koreańskie, czy południowo amerykańskie scenariusze i przerabiają je wtłaczając w plastikowe formy, a tu proszę, koreańczy zrobili remake. Wciąż uczę się o ich filmowych zwyczajach i nadal mnie zaskakują.

Remake jest oczywiście bardzo dobry i pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że lepszy niż oryginał, gdyby nie fakt, że wenezuelską wersję oglądałam bardzo dawno temu i w tym momencie w mojej głowie walczy ze sobą efekt świeżości z efektem pierwszeństwa.

To, że Korea Południowa potrafi robić kino grozy głoszę jak mantrę i fakt, że będę Was zachęcać do kolejnej produkcji z tego kraju już Was chyba nie zaskoczy.

W filmie mamy doskonałą intrygę, tajemnicę, której rozwiązania nikt nie powinien mieć szansy przewidzieć i wspaniałą atmosferę horroru paranormalnego.

house of disappeard

house of disappeard

Wszystkie wydarzenia skupiają się na domu, opuszczonym przez lata odsiadki gospodyni. Nastrój, aura obrazu jest przygnębiająca i powiem Wam, że film może stanowić ciężki emocjonalny gips dla wrażliwych. Sceny, te z założenia straszne robią całkiem dobre wrażenie, ale nie są też po hollywoodzku nachalne.

Z fabuły zdradzić wiele nie mogę, co oczywiste skoro scenariusz bazuje na efekcie zaskoczenia, więc musicie mi zaufać.

Miłośnicy koreańskiego kina pewnie i tak go obejrzą, a osoby uczulone na skośne kino odsyłam do wenezuelskiej wersji oryginalnej – na poziomie fabuły ni odnotowałam większych zmian. A najlepiej obejrzyjcie jeden i drugi, a co.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klima:9

Napięcie:8

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:9

73/100

W skali brutalności:1/10