Miesięczne archiwum: Październik 2017

Co z Tobą, Janie?

Sun Choke (2015)

sun choke

Młoda kobieta, Janie żyje zamknięta w czterech ścianach willi w Los Angeles. Towarzyszy jej surowa opiekunka, gosposia i terapeutka w jednej osobie. Wykorzystując często kontrowersyjne metody Irma pracuje nad zdrowiem psychicznym Janie. Kolejnym krokiem w terapii ma być samodzielne opuszczenie domu. Gdy Janie samotnie krąży po mieści wpada na rówieśniczkę Savanne, która budzi jej zainteresowanie. Zainteresowanie w wykonaniu Janie ma jednak osobliwe oblicze.

Zarówno pomysł jak i reżyseria filmu jest zasługa jednej osoby, Bena Crescimana, o którym w sumie niewiele mi wiadomo. Pisywał już scenariusze, nakręcił film krótkometrażowy, współpracował w produkcji, dorobek więc raczej niewielki. Nie przeszkodziło mu to jednak  w zrealizowaniu „Sun Choke”. Jest to obraz z rodzaju tych dziwnych. Gatunkowo można go określić mianem thrillera psychologicznego.

Uwaga widza skupia się tu na Janie, która pozostaje w domu pod opieką Irmy. O jej rodzinie wiemy tyle, że ojciec na dłużej wyjechał do Japonii. O samej Janie też nie dowiemy się wiele, jeśli chodzi o jakiś konkretny werbalny przekaz.

Migawki z jej życia, pokazują nam że ma poważne problemy zdrowotne. Jej psychika jest delikatnie mówiąc w rozsypce. Z tej przyczyny dziewczyna została odizolowana.

Opiekująca się nią Irma surowo egzekwuje posłuszeństwo w wykonywaniu przez Janie jej zaleceń. O ile joga i picie koktajli nie są niczym szczególnie kontrowersyjnym o tyle Irma ma w zanadrzu dużo mocniejszy repertuar. Zacznijmy od izolacji: Młoda, piękna dziewczyna odcięta od świata, jak Roszpunka w wysokiej wieży pod strażą złej wiedzmy. Kiedy Janice zbyt rozsmakowuje się w wolności, elektryczna obroża ostudza jej zapędy. Irma stosuje też hipnozę, o której akurat nie mam najlepszego zdania, ale to jeszcze nic, obserwujemy bowiem jak Irma wywołuje u Janie ataki epileptyczne.

sun choke

Ale czy zła wiedźma wypuściłaby swoją Roszpunkę na balety do miasta? No, raczej nie. Janie dostaje jednak wychodne w związku z postępami w terapii. Tu w jej życiu pojawia się Savannah. Widzimy jak Janie sprytnie obserwuje dziewczynę zbliżając się do niej coraz bardziej. Pytanie jaki w tym cel?

I tu mam problem. Scenariusz nie przewiduje wyjaśnień, nie podsuwa zbyt wielu podpowiedzi bym mogła zbudować jakąś interpretację dalszych zdarzeń. Następuje eskalacja choroby Janie, o której jednak nie chce pisać zbyt wiele.

Finał jest taki, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta mozolnie budowana opowieść zmierzała w zasadzie donikąd. Zabrakło tu pointy.

sun choke

Technicznie jet zgrabnie. Kolorystyka zdjęć wywołuje wrażenie, że obserwujemy obraz przez mgłę. Może to ta sama mgła która spowija umył Janie? Aktorstwo prezentuje niezły poziom. Sarze Hagan odtwórczyni roli Janie udaje się przykuć uwagę, wzbudzić niepokój.

Reasumując nie wróżę tej produkcji zbyt wielu fanów. Potrafi zainteresować, ale z utrzymaniem zainteresowania jest już problem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 5

48/100

W skali brutalności:1/10

Tam gdzie wieją zimne wiatry

Wind River (2017)

wind river

Wind River to nazwa rezerwatu w Wyoming na terenie, którego Cory Lambert, tropiciel dzikiej zwierzyny znajduje zwłoki nastoletniej Indianki, Nathalie. Sprawę wyglądającą na morderstwo ma zbadać młoda agentka FBI, Jane Banner. Kobieta szybko zaczyna rozumieć, jak trudne będzie wytropienie sprawcy w pojedynkę, więc nie mogąc liczyć na wsparcie swoich jednoczy siły z tropicielem drapieżników i miejscowym strażnikiem rezerwatu. Wkrótce pojawia się trop.

„Wind River” to podręcznikowy thriller kryminalny, jeden z tych, które praktycznie w gwarancie mają sympatię widzów. Jego twórca nie ma na koncie zbyt obszernej filmografii, ale napisał scenariusz do „Sicario” a więc mówi nam to coś o jego preferencjach. „Wind River” to obraz traktujący o sile i waleczności kobiet, więc wszytko się zgadza.

Akcja rozgrywa się w mojej ulubionej zimowej scenerii, zagrożenie śmiercią przez zamarznięcie jest tu bardzo realne.

Klimat filmu podkreśla nieprzyjazny charakter terenów w jakich przyszło żyć mieszkańcom Wind River, niejako obwiniając samo otoczenie za tragiczne wydarzenia. Wybór takiego, a nie innego miejsca akcji skutecznie przyczynia się do zbudowania filmowego nastroju.

wind river

Głównym bohaterem jest szczęśliwy znalazca zwłok, Cory, mężczyzna w średnim wieku, twardziel, który przed trzema laty stracił ukochana córkę, Emily. Co ciekawe, za życia Emilly przyjaźniła się z Natalie, więc śmierć kolejnej młodej dziewczyny  otwiera w nim starą ranę.

Za sprawą prośby przybyłej z Vegas agentki FBI angażuje się w sprawę i nie da się ukryć, że owo zaangażowanie okazuje się niezwykle cenne. Nasza agentka o twarzy Elisabeth Olsen niczym dziecko we mgle wydaje się nie mieć nic z twardej policjantki, które zwykły badać sprawy morderstw. Polubiłam ją mimo tego, a jej skrywaną nieporadność uznałam za rozczulającą.

wind river

Mamy więc fajny klimat, schematyczne, ale przyjemne postaci, teraz najważniejsze: kryminalna intryga. Ta również mnie przekonała choć nie pozostawiła dużo przestrzeni na domysły. Kiedy na arenę wkroczą antybohaterzy już będziecie wiedzieć, że to oni.

Cała sprawa nie jest szczególnie wymyślna, ale ta prostota dodaje historii realizmu. Narracja nie przesadza z dynamiką, małe postoje na mądre  rozważania naszego głównego twardziela doskonale równoważą przymioty kina czysto rozrywkowego z refleksyjnością przypowieści niosącej jakiś morał.

„Wind River” to przykład kina uniwersalnie dobrego. Całe przedsięwzięcie idzie wydeptaną w śniegu ścieką, nie zbaczając z obranego kursu. To sprawia, że nie znajdziecie tu nic nowatorskiego, czy oryginalnego, ale ten nieco archaiczny duch czuwa nad wszystkim.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:8

70/100

W skali brutalności:3/10

Nie tylko zabobony

Superstition/ Zabobony (1982)

superstition

W małym miasteczku Blak Point przed dwustoma laty wykonano wyrok śmierci na oskarżonej o konszachty z szatanem czarownicy Elondrze Sharack. Wkrótce po tym zdarzeniu na związanych z nim osobach zaczyna ciążyć klątwa. Zemsta zza grobu jednak nigdy się nie kończy i nowe nieszczęścia spadają na przybyłą do Black Point rodzinę. Sprawę kolejnych makabrycznych zbrodni bada inspektor Carl Strugess wraz z miejscowym księdzem Davidem.

„Zabobony” nie należą do czołówki najpopularniejszych horrorów z lat osiemdziesiątych. Ja sama prędko na niego nie trafiłam. Można go przypisać zarówno do grona slasherów ze względu na serię makabrycznych mordów stanowiących główną oś fabuły jak i do grona horrorów paranormalnych ze względu na nadnaturalne wątki żywe w tej historii.

superstition

Twórcy filmu to duet reżysera, między innymi, klasycznego „The Town That Dreaded Sundown” i scenarzysty…. „Strażnika Teksasu”. Połączenie ciekawe i efekt nie mniej intrygujący.

Uważam, że film jest wart uwagi przynajmniej z kilku powodów. Waszą uwagę z pewnością zwróci muzyka. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest rżnięta z „Lśnienia” Kubricka i tylko dla niepoznaki została podrasowana. A wiadomo, że muzyka w „Lśnieniu” była wybitna, więc pozytywne wrażenia przekładają się też na odbiór naśladowcy. Sceny grozy nie oszczędzają widza, nawet jak na slasher, gdzie rąbanka musi być. Tu jest jej sporo i w dodatku dość pomysłowej. Twórcy serii  „Oszukać przeznaczenie” mogli znaleźć tu inspirację. Można nawet odważnie rzec, że film zawiera elementy gore.

superstition

Nadprzyrodzona warstwa wydarzeń dodaje wszystkiemu smaku. Scenariusz pana od „Strażnika Teksasu” wykorzystuje schemat obecnie bardzo popularny mianowicie wprowadza moty śledztwa paranormalnego. Obecnie to nic nowego, ale w latach osiemdziesiątych hołdowano większej czystości gatunkowej i nie wplatano elementów właściwych dla kryminału w fabułę filmu typu ghost story. Jest to duży plus, nie tylko ze względu na element nowości, ale przede wszystkim ze względu na praktyczny efekt takiego zabiegu, czyli większe możliwości stosowania twistów fabularnych. Nasi czołowi bohaterzy są zresztą dość ciekawymi postaciami, a ich działania możemy śledzić z zainteresowaniem.

Reasumując, „Zabobony” to pozycja warta uwagi, szczególnie dla widzów lubiących klimat starych horrorów. Dziwi mnie stosunkowo niewielka popularność tego obrazu.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

64/100

W skali brutalności:3/10

To coś:7

64/100

W skali brutalności:3/10

Nie ma zbrodni bez kary

1922 (2017)

1922

Wilfred James, farmer w średnim wieku przeżywa poważny kryzys małżeński. Jego żona Arlette pragnie przenieść się do miasta zabierając ze sobą nastoletniego syna małżonków i spieniężając swoją część ziemi uprawnej. Mężczyzna nie wyobraża sobie takiej wizji przyszłości. Jeśli Arlette sprzeda ziemie zainteresowanym kupcom jego farma będzie teraz sąsiadować z ubojnią, a pola uprawne zaleją świńskie flaki. Obawia się też utraty kontaktu z synem  tego, że ten po przeprowadzce do miasta już nigdy nie przyjmie ojcowskiego spadku. Wilfred jest zdesperowany do tego stopnia, że namawia swojego syna do zamordowania matki. Manipuluje nim na tyle, że chłopak się godzi. Kiedy Wilfred wraz z Henrym podrzynają gardło Arlette jest rok 1922 i wtedy wszytko się zaczyna…

„1922” to kolejna tegoroczna produkcja filmowa zainspirowana twórczością Stephena Kinga. To też kolejny po „Grze Geralda” obraz Netflixa.

Fabuła filmu czerpie z opowiadania zawartego w zbiorze „Czarna bezgwiezdna noc” noszącego tytuł „1922”. Tytuł to oczywiście wskazówka odnośnie czasu akcji, która rozpoczyna się właśnie w roku 1922, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie tradycja nakazuje kochać ziemię, aż po grób – nie ważne już czyj.

Narratorem opowieści, bazującej na uwielbianej przez Kinga retrospekcji jest farmer Wilfred James. Snuje on swoją opowieść w jakimś zapadłym moteliku gdzie sprowadziły go koleje losu i jego własne złe wybory. Wraca pamięcią do 1922 roku, najgorszego roku swojego życia, jak deklaruje, by przywołać wspomnienia o tym jak stracił wszytko.

1922

Film bardzo fajnie oddaje gawędziarski styl Kinga, kształtując scenariusz na wzór przypowieści z morałem.

Właściwa akcja zaczyna się od konfliktu małżonków. Arlette ma wyraźnie inne potrzeby niż mąż i teraz zamierza zacząć je realizować. Pan James widzi to inaczej. Jest przywiązany do ziemi i nie wyobraża sobie życia nigdzie indziej. Mimo iż obraz ich małżeństwa widzimy tylko w wielkim skrócie, to wyraźnie widać, że ich relacja została zdominowana przez gorycz rozczarowania wspólnym życiem. Złe emocje są tak nagromadzone, że Arlette na złość mężowi zamierza sprzedać swoją część ziemi rodzinie zajmującej się ubojem bydła. On zaś posunie się do ostateczności by uniemożliwić jej wcielenie planu w życie. Mężczyźnie udaje się przekonać syna by ten pomógł mu w zamordowaniu matki. Oczywiście zdarzenie to staje się punktem, w którym młody chłopak zacznie oddalać się od ojca.

Jeśli w tym miejscu sądzicie, że Wilfred James jest archetypicznym antybohaterem, bezwzględnym okrutnikiem to się mylicie. Poznamy go jako inteligentnego, wrażliwego człowieka którego postawiono pod ścianą. Nie jest wiejskim chłopkiem roztropkiem, na którego można najwyżej pogardliwie splunąć. Mnie jego postać bardzo zaciekawiła, bo jest niejednoznaczna i złożona. Jest generalnie siłą tej opowieści.

Jak wspomniałam rok zamordowania żony to dopiero początek tej historii. Od chwili gdy zwłoki Arlette James spoczną w studni na terenie gospodarstwa na farmie i jej mieszkańcach zaczyna ciążyć klątwa. Znajdzie się tu spora przestrzeń na zjawiska niewytłumaczalne, które skutecznie przekuto na wizualne wrażenia typowe dla gatunku grozy. Jednak pamiętajcie że jest to opowieść, która zrodziła się w głowie Kinga, a głównym źródłem strachu w jego twórczości wcale nie są zjawiska nadnaturalne tylko ludzie i ich czyny. Sprawne sportretowanie ludzkiego dramatu to główna siła napędowa tego filmu.

1922

W moim przekonaniu ta ekranizacja diabelnie się udała. Nie tylko jako horror, jako film generalnie. Twórcy, który mimo iż nie miał wielkiego doświadczenia udało się zaangażować wprawnych aktorów i ekipę która zadbała o doskonałe wrażenia wizualne. Nie wiem tylko co powiedzą fani wersji oryginalnej, czy wszytko się zgadza? No, nie wszytko. Ja skupiając się na efekcie finalnym stwierdzam, dobra rzecz.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Nie sztuką jest zabić

The Limehouse Golem/Golem z Limehouse (2016)

golem z limehoue

W Limehouse w Londynie grasuje morderca. Jego zamiarem jest stworzenie wiekopomnego dzieła, choć metoda opiera się na destrukcji. Nieznany sprawca odbiera życie kolejnym osobom. Rozwiązanie zagadki kryminalnej przypada w udziale sędziwemu acz niedoświadczonego w sprawach zabójstw detektywowi. John Kildare swoją uwagę kieruje na osoby związane z miejscowym teatrem.

Tytuł filmu „Golem z Limehouse” był mi znany bowiem istnieje książka pod tym tytułem autorstwa Brytyjczyka Petera Ackroyda. Niestety nie miałam okazji jej przeczytać. Wiem o niej tyle, że w pewnym stopniu opisana w niej historia nawiązuje do postaci Kuby Rozpruwacza. Na ile to prawda nie wiem. Moje rażenia po filmie raczej nie są spójne z tą teorią. Ale wiadomo, dziewiętnastowieczna Anglia równa się Kuba Rozpruwacz.

Obraz Juana Carlosa Mediny („Granice bólu„) kategoryzowany jest jako horror jednak jest w tym pewna przesada. Horror z niego żaden, bo ani nie stara się stworzyć atmosfery grozy, ani nie posuwa się do mainstreamowych zabiegów mający wywołać gwałtowną reakcję lękową.

Fabularnie jest to kryminał, przy dobrych wiatrach thriller. Klimat epoki został nieźle oddany, ale zabrakło mi tu autentyczności, bowiem wizualnie jest dość plastikowo, a nie sprzyja to mrocznej atmosferze, która powinna być atrybutem filmu o seryjnym zabójcy.

golem z limehoue

Nie wiem jak filmowy scenariusz ma się do oryginalnej wersji literackiej, więc nie mogę jej pochwalić ani skrytykować na zasadzie porównań. Ogólnie mówiąc, historia jest niezła. Styl narracji zakłada byśmy przyglądali się kolejnym podejrzanym o straszne zbrodnie. Każdy zostaje wzięty pod lupę przez bystrego śledczego. Wszytko jednak zmierza do tego by finał zaskoczył widza. Czy mnie na serio zaskoczył, tu mam wątpliwości.

SPOILER: Dobitność z jaką zaznaczano charakterystykę naszej Lizzie od razu kierowała podejrzenia w jej stronę. Bystra, ambitna, z tęgą traumą za sobą.KONIEC SPOILERA.

golem z limehoue

Technicznie, jak wspomniała, trochę zbyt plastikowo. Aktorzy wypadają nie najgorzej z drobnymi wyjątkami. Tak, po raz kolejny przekonałam się, że pięknooka Olivia Cook aktorką jest marną. Dostała tu główną rolę, ale moje oczy i tak kierowały się na Marie Valverdę, która niesprawiedliwie robiła za trzeci plan.

golem z limehoue

Reasumując, mogło być o wiele lepiej. Myślę, że ta historia miała o wiele większy potencjał niż to co zobaczyli w niej twórcy filmu. Ale o tym przekonam się dopiero gdy przeczytam książkę.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

53/100

W skali brutalności:1/10

KONKURS HALOWEENOWY

KONKURS HALLOWEENOWY

hex

Moi Drodzy, z okazji nadchodzącego Halloween mam dla Was niespodziankę w postaci dwóch egzemplarzy powieści grozy „Hex”, nowości wydawniczej Zysk i s-ka, której patronuję.

Wszystkich którzy pragną wziąć udział w konkursie zapraszam do:

1.Wpisywania w komentarzach tu na blogu, bądź na jego fanpage (link) za kogo chcielibyście się przebrać na Halloweenową imprezę.

2.Zlajkowania i udostępnienia na swoich profilach informacji o konkursie – dotyczy posiadaczy facebooka. Link: KLIK

3. Zgłoszenia chęci udziału na maila boblia_horroru@o2.pl  bądź w wiadomości prywatnej na fanpage bloga żebym mogła skontaktować się z potencjalnym zwycięzcą.

Z pośród zgłoszeń rozlosuję dwóch laureatów, do których trafią książki. Rozstrzygnięcie konkursu 1 listopada 2017.

(Uprzedzając częste pytanie, które pojawiało się w poprzednich książkowych konkursach: Książki będą wysyłane bezpośrednio z wydawnictwa, więc NIE, nie będzie dedykacji od matki założycielki:)

Ukrzyżowanie

The Crucifixion/ Krucyfiks (2017)

krucifiks

Młoda reporterka wyrusza do dalekiej Rumunii by zbadać sprawę księdza egzorcysty, który trafił do aresztu oskarżony o spowodowanie śmierci zakonnicy w trakcie rytuału egzorcyzmów. Nicole jest sceptyczna i niechętna wszelkim gusłom i powierzania swojego życia wierze. Planuje skroić materiał oskarżycielski jednoznacznie wymierzony w osobę księdza egzorcysty, ale po drodze zgłębiając sprawę śmierci zakonnicy dopadają ją wątpliwości.

Słyszałam wiele złego o tej produkcji. Szumna reklama podkręciła oczekiwania widzów, którzy najczęściej byli rozczarowani. Jeśli o mnie chodzi, nie pofatygowałam się nawet by obejrzeć trailer i podeszłam do filmu stosownie ostrożnie i bez skonkretyzowanych oczekiwań.

Nazwiska twórców są mi znane. Scenarzyści z racji pracy przy serii „Obecność” i paru innych znanych tytułach, zaś reżyser ma na koncie takie obrazy jak „Frontieres„, czy „Divide„. Nie powinno być zatem źle. I wcale źle nie jest. Tym stwierdzeniem pewnie już Was zaskoczyłam, ale bez obaw, nie zapadłam na przytępienie zmysłów i nie przygotowałam tu hymnu pochwalnego na cześć „Krucyfiksu”. Uważam jedynie, że ‚nie taki diabeł straszny jak go malują’.

„Krucyfiks” jest filmem na wskroś typowym. Typowe są jego zalety i typowe są jego wady. Zaletą jest z pewnością jakość techniczna, tu nie mam zastrzeżeń względem aktorstwa, a zdjęcia, szczególnie plenery jestem gotowa mocno pochwalić. Nieźle prezentuje się też aktorstwo – inną sprawą jest sam pomysł na postacie – ale o tym później.

Fabuła jest bardzo prosta i schematyczna. Są próby zaskoczenia widza, ale raczej przejdą bez echa.

Historia w dużej mierze bazuje na retrospekcji. Historię opętania i śmierci młodej zakonnicy poznajemy wraz z reporterką Nicole. Oczywiście poznajemy też samą Nicole, której postać stworzono na bazie tradycyjnego schematu sceptyka. Złe doświadczenia związane z religią, nieprzepracowane problemy, które odżywają w konfrontacji z badaną przez nią sprawą.Wrażliwe dziewczę kontra demon.

krucifiks

Myślę, że twórcy chcieli by konstrukcja fabularna produkcji przypominała „Egzorcyzmy Emilly Rose„, stąd główna bohaterka jest bohaterką poboczną, która wraz z widzem ma wahać się, wątpić, wierzyć etc. To sprawia, że łatwiej można zaangażować się w tą historię, bo przynajmniej do pewnego punktu uwzględnia różne drogi interpretacji.

To co Was najbardziej interesuje czyli walory horrorowe, te walory nie wybiegają po za standard, aczkolwiek jedna ze scen zasługuje na uwagę. Chodzi o ujęcie w łóżku gdy siostra zakonnicy odsłania nakrycie i… uh – dobre to było, bez dwóch zdań. Reszta tego rodzaju ‚kwiatków’ też całkiem zgrabna, ale już bez szału.

krucifiks

Kwestia miejsca akcji… Tu mam dysonans, bo z jednej strony piękna Rumunia, fajnie, kraina Draculi, idealna miejscówka dla horroru, ale moim zdaniem twórcy za bardzo tą Rumunię podkoloryzowali. Z jednej strony mamy zapadłą wieś, z wozami konnymi, budowlami jak ze średniowiecznego skansenu i mieszkańcami, którzy żyją zgodnie z dawnymi tradycjami. Z drugiej, mamy XXI wiek. Nie byłam w Rumunii, może faktycznie tak to wygląda, ale powątpiewam, czy prości mieszkańcy taki dziur posługiwali się biegle angielskim. Z tą kwestia językową zauważyłam ciekawą omyłkę. Gdy Biskup Gornik nakrywa obcą dziewczynę w kaplic,y gdzie odprawiono egzorcyzmy od razu woła do niej po angielsku. Skąd wiedział, że jest obcokrajowcem? W małym Rumuńskim miasteczku wszyscy nawołują się po angielsku?

Produkcja nie uniknęła więc klasycznego błędu, wypuściła się na manowce, ale nie do koca zbadała grunt.

Kwestii autentyczności historii się nie czepiam. Tak, napisy początkowe głoszą, że true events, ale nawet te filmy które starają się bazować na wziętych z życia historiach wciąż są tylko filmami i tak też je traktuje.

krucifiks

Reasumując, stwierdzam, że „Krucyfiks”, a w zasadzie „Ukrzyżowanie” jest typowym średnim współczesnym filmem grozy. Ma swoje wady i zalety, zarówno jedne jak i drugie są typowe.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne: 7

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś: 5

58/100

W skali brutalności:1/10

W królestwie zwierząt

Dzikie królestwo – Gin Phillips

dzikie królestwo

Joan wraz z czteroletnim synkiem Lincolnem beztrosko spaceruje po ogrodzie zoologicznym. Za parę minut miejsce ma zostać zamknięte, więc kobieta z dzieckiem zmierzają już do wyjścia. Wtedy to słyszy. Wybuch, albo wystrzał, nie jest pewna. Wie tylko, że dźwięk zwiastuje zagrożenie. Dla niej i dla jej synka. Początkowo chcę na oślep rzucić się do ucieczki, ale instynkt przetrwania podpowiada jej, że musi zachować spokój i znaleźć kryjówkę, bezpieczne miejsce, gdzie przeczeka najgorsze.

„Dzikie królestwo” już w tym momencie jest bestsellerem za oceanem, a wkrótce możemy się spodziewać także ekranizacji powieści. Nie dziwi mnie to, bo historia Gin Philips to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy. Autorka relacjonuje w czasie rzeczywistym krok po kroku, co dzieje się z jej bohaterką. Wszytko zaczyna się z wybiciem godziny 16.55 a kończy dokładnie o 20.05. Może być z tego dobry thriller, może nawet lepszy niż sama książka?

Akcja powieści toczy się w ogrodzie zoologicznym, do którego wpadają uzbrojeni mężczyźni. Mogą to być terroryści, mogą to być dobrze zorganizowani porywacze żądający okupu, mogą to być zwykli desperaci, którzy postanowili się wyżyć. Co gorsze? Dla Joan, matki tulącej swoje przestraszone dziecko to bez różnicy.

Fabuła skupia się na próbach przetrwania matki chroniącej dziecko i to w zasadzie tyle. Tylko tyle, albo aż tyle. Z uwagi na fakt, że całą akcję śledzimy krok po kroku możemy silnie wczuć się w sytuację. Każdej decyzji podejmowanej przez bohaterkę towarzyszy napięcie czytelnika. To skuteczne zagranie by uniemożliwić oderwanie się do lektury.

Faktem jest, że książkę czyta się bardzo szybko.

Nie jest jednak idealna. Nie jest idealna dla mnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterom tej historii, wyłączając dziecko będące centrum wszechświata, zabrakło wyraźnego rysu psychologicznego, jakieś charakterystyki. Najbardziej bezbarwna wydała mi się główna bohaterka, Joan, o której wiem tylko tyle, że ma jakiegoś męża, lubi nosić wygodne sandały i bardzo kocha swoje dziecko. W zasadzie ocenić ją można tylko poprzez pryzmat jej macierzyństwa. Nie wiem nawet jaki miała kolor włosów. Wszystkie jej myśli poświęcone są synkowi, z tego powodu chłopca poznamy dość dobrze -fajny dzieciak – ale matka, no cóż…

Nie da się ukryć, że autorka całkowicie skupiła się na relacji matka – dziecko pozbawiając bohaterkę własnej tożsamości. Może wszystkie matki tak mają? Są matkami i nikim więcej? Może nie ogarniam tego, bo nie mam własnego potomstwa? Pewnie tak. Trochę lepiej jest z charakterystyką antagonisty, jednego, bo dwóch pozostałych nie poznajmy praktycznie wcale, co też jest moim zdaniem dużym pominięciem.

Jeśli chodzi o moją pokrętną wrażliwość najwięcej emocji budziły we mnie ofiary poboczne czyli zwierzęta, mieszkańcy ogrodu, zabita małpa, martwy słoń, drąży ze strachu świstak.

Względem stylu nie mam zarzutów, bo jak wspomniałam książkę czyta się bardzo płynnie. Akcja jest wartka więc nikogo nie powinna znudzić, mnie jedynie zabrakło większego rozwinięcia portretów postaci. Śledząc czyjeś dramatyczne losy chciałabym jednak czegoś się o nim dowiedzieć. A może to celowy zabieg? Może z Joan jest bezbarwna by wszystkie matki świata łatwo mogły się z nią utożsamić? Cóż mi ta postać była odległa, ale wszystkim którym macierzyńskie odruchy nie są obce książkę gorąco polecam, pewno będziecie włosy z głowy rwać;)

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka


zysk

Amityville czterdzieści lat później

Amityville: The Awakening (2017)

amityville przebudzenie

Joan, która samotnie wychowuje troje dzieci, nastoletnią Belle, jej pogrążonego od dwóch lat w śpiączce brata bliźniaka, Jamesa i najmłodszą Juliet wprowadza się do nowego domu. Domu nie byle jakiego, bo słynnego na cały świat Amityville House.

Przeprowadzka odmienia ich życie wydawałoby się, że na lepsze, bo nie tylko zdołali ogarnąć niezła chatę za psi grosz, ale zmiana otoczenia najpewniej przysłużyła się medycznemu cudowi jakim stała się poprawa stanu zdrowia Jamesa.

Wszystkie te korzyści, wkrótce obrócą się w niwecz, bo zło obecne w murach domu wcale nie zniknęło.

Horrorów nawiązujących do historii pewnego domu na Long Island jest tyle, że nie da się ich już zliczyć na palcach obydwu dłoni. Niektóre obrazy ściśle skupiają się na biografii Ronniego Defeo, zabójcy rodziny z Amityville, inne dotyczą losów tych którzy przyszli po nim. W wielu produkcjach Amityville funkcjonuje jako symbol nawiedzonego domu i do jego historii nawiązują na sto rożnych sposobów.

Nie dziwi mnie więc, że Amityville zostało wzięte na tapetę po raz enty. Twórca nie wiedział nawet jaką opowieść chce stworzyć. Pomysły ewoluowały, a pewną rzeczą było tylko miejsce akcji. Moim zdaniem film powstał trochę na siłę i niestety jest to odczuwalne dla widza.

Fabuła filmu skupia się na nowej rodzinie, która dopiero co przekracza próg feralnego domostwa. Czteroosobowa familia ma za sobą trudne przejścia. Ojciec i mąż umarł na raka, matka pogrąża siew gniewie i depresji, nastoletnia córka narobiła głupot, a jej brat bliźniak doświadczył wypadku, który zmienił go w warzywo. Tylko najmłodszej członkini rodu nic ne dolega, bo nawet pies imieniem Larry wydaje się znerwicowany.

Po przeprowadzce fortuna się odwraca. Najważniejsze, syn, któremu nikt nie wróżył powrotu do zdrowia, zaczyna odzyskiwać świadomość. Jednak jednocześnie wokół  wszystkich lokatorów domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najbystrzejsza w stadzie, nastoletnia ‚grunge gotka’ w różowych majtasach zaczyna rozkminiać sprawę do spółki z nowo poznanymi szkolnymi kolegami.

amityville przebudzenie

amityville przebudzenie

W tym miejscu możemy się zorientować jak „Amitywille: Przebudzenie” odnosi się do całej hordy podań na temat jego mrocznej historii. Ano, wszytko co było przed, między innymi słynny film „Horror Amityville” z 1979 to fikcja, jak i jego sequele, jego remake z 2005 roku to jeszcze większa fikcja, ale… No właśnie, historia Ronniego Defeo to już to słynne ziarnko prawdy. Młodzi bohaterzy zaczynają wierzyć, że zło tkwiące w domu, które skłoniło Ronniego do zabicia krewnych, przebudziło się po czterdziestu biblijnych latach i jest bigos. Nagłe przebudzenie Jamesa, ma więc podłoże paranormalne i jest zwiastunem zła.

Film, krótko mówiąc jest słabawy. Ogląda się go nieźle, jeśli nie mamy absolutnie żadnych wymagań, ale jeśliby zacząć szukać elementów, za które można by go polubić, lub chociaż zapamiętać zaczynają się schody.

Fabuła, mało wymyślna, schematyczna, do przejścia w najlepszym wypadku. Mam w sobie dużo niedociągnięć, miejscami wieje nudą, a miejscami jest niedorzecznie. Zastanawiający jest chociażby fakt, że nasza nastoletnia bohaterka, po stylu widać zainteresowana ciemnymi sprawkami, nie miała pojęcia o istnieniu Amityville. Serio? Istnieją ludzie, którzy o nim nie słyszeli? Efekty też nic nadzwyczajnego, aktorstwo bieda straszna, no może po za Jennifer Jason Leigh.  Bella Thorne, odtwórczyni głównej roli, gra dobrze dupą, ale jej ekspresji mimicznej już brak tak popisowej spójności.

Zakładam, że większość fanów horrorów i tak obejrzy ten film, więc nie będę nikogo od tego ociągać. W końcu jak można by odpuścić kolejna wizytę w najsłynniejszym nawiedzonym domu?

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:5

48/100

W skali brutalności:1/10

Świątynia

Temple (2017)

temple

Troje Amerykanów, Kate, jej chłopak James i jej kumpel z dzieciństwa Chris wyruszają na wycieczkę do Japonii. Kate, jak na zaangażowaną studentkę przystało zamierza wykorzystać podróż do zdobycia materiałów do pracy dyplomowej na temat miejscowej religii. W tym celu grupa zamierza odwiedzić miejsca kultu, różnej maści świątynie by dziewczyna mogła jej fotografować i poznać ich historię.

W tokijskim antykwariacie młodzi natrafiają na dziennik, w którym pojawia się wzmianka o opuszczonej świątyni w lesie, której strzeże zmiennokształtne bóstwo. Kate żywo interesuje się miejscem i wbrew ostrzeżeniom miejscowych rusza w raz z Chrisem i Jamesem na spotkanie przygody.

temple

„Temple” reżyserski debiut niegdysiejszego operatora stanowi koalicję filmu amerykańskiego z japońskim tłem. Akcja w całości rozgrywa się w kraju kwitnącej wiśni, starając się wykorzystać tamtejsze wierzenia do wystraszenia amerykańskich turystów, czyli naszych dobrych bohaterów.

Bohaterów jakoś nie polubiłam, bo mamy tu mało interesującą grupę. Egzaltowana Kate, kusząco wydymająca ostrzyknięte wargi, jej frajerski chłopak o niecierpliwym penisie i Chris chłopaczek z sąsiedztwa, który skrycie marzy o swojej koleżance nie robiąc jednak nic sensownego w tym kierunku.

Fabuła filmu jest na wskroś prosta i niezaskakująca. Widzimy tu mały wstęp zapoznawczy, po którym przechodzimy do akcji właściwej, czyli zarysowania historii świątyni, która to nie powinna zachęcić do odwiedzin.

temple

Nasi nieustraszeni protagoniści nic sobie jednak z tego nie robią i czym prędzej udają się do opuszczonego przed laty miejsca kultu. Tu napotykają zło wszelkie , które sprawnie się z nimi rozprawi. Zło objawia się dzięki przeciętnym efektom. Epilog tej historii w założeniu miał wywołać u widza ‚wow’, ale tego nie zrobił. Zabieg wydał mi się wręcz śmieszny i poczułam, że ktoś tu ma mnie za idiotkę sądząc, że nie będę w stanie dodać dwa do dwóch, ale mniejsza.

Film uznaje za pokaz przeciętności i nijakości, który wywietrzał mi z głosy w kwadrans po zakończeniu seansu.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10