Miesięczne archiwum: Styczeń 2018

Dom otwarty

Open House (2018)

open house

Po tragicznej śmierci ojca rodziny nastoletni Logan i jego matka Naomi zmuszeni są opuścić zadłużony dom. Tymczasowym rozwiązaniem wydaje się oferta ciotki Logana, która udostępnia im swoją nieruchomość. Istnieje jednak pewien haczyk, kobieta pragnie sprzedać swoją własność stąd tymczasowe lokum jej siostry jest nieustannie nawiedzane przez chętnych kupców. Naomi i Logan mieszkają więc w domu otwartym, który każdego dnia, w określonych godzinach staje otworem dla każdego kto chce go obejrzeć. Szybko okazuje się, że w związku z ową dostępnością położony w górach dom staje się siedliskiem dziwnych zdarzeń i ewidentnego ataku intruza.

Oto przed Wami pierwszy starszak 2018 roku. Udostępniony na platformie Netflix thriller “Dom otwarty” jest swego rodzaju wariacją na temat podgatunku home invasion. Różnica polega na tym, że intruz zjawia się w domu za pewnego rodzaju przyzwoleniem. Patowa sytuacja finansowa nastolatka i jego matki nie pozwala na grymaszenie, wiec każdego dnia opuszczają oni swój tymczasowy schron, zostawiają swoje prywatne rzeczy i czekają aż oglądacze się wyniosą.

open house

Wkrótce odkrywają, że coś jest nie tak. W zasadzie odkrywa to Logan. Ktoś szpera w ich rzeczach, naraża na trudności majstrując przy bojlerze z wodą. Matka obwinia syna, bo tak już przywykła. W końcu był on świadkiem śmierci jej męża. Pierwszy winny z brzegu. Syn obwinia zaś matkę twierdząc, że w analogicznej sytuacji owdowiały ojciec poradziłby sobie lepiej z trudami życia codziennego. I tak się kręci przepychanka w którą twórcy chcą zaangażować widza coby odciągnąć jego uwagę od tego co faktycznie rozgrywa się w domu.

open house

Powiem szczerze, że ta produkcja udała się Netlixowi cokolwiek średnio. Niektórych widzów przyciągnął do niej z pewnością odtwórca roli Logana- aktor z serialu “13 powodów”, moja reakcja na niego była zgoła inna… Zostawię go jednak w spokoju, bo nie on jet tu największym problemem.

Według mnie zabrakło tu solidnej fabuły. Gdyby nie finał, który może kogoś zaskoczy – nie mnie niestety, ciężko byłoby znaleźć tu jakiś mocniejszy punk. Ta historia mnie po prostu znudziła, ot co. Duży nacisk położono na wątek dramatyczny, który nie unika banału, a z thrillera mamy zaledwie okruszynę. Kiepski początek, ale z produkcjami Netflixa tak już jest – nigdy nie wiadomo czy będzie błysk, czy mielizna.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:4

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

43/100

W skali brutalności:1/10

Jasnowidz ma dowody

Jasnowidz na policyjnym etacie – Krzysztof Jackowski, Krzysztof Janoszka

jasnowidz na policyjnym etacie

Krzysztof Jackowski, bo jego osoby dotyczy niniejsza publikacja, zasłynął jako naczelny jasnowidz RP. Nie powiem by jego osoba kojarzyła mi się pozytywnie, ale ten człowiek mnie ciekawił. Dlatego sięgnęłam po książkę Krzysztofa Janoszki powstałej we współpracy z tytułowym bohaterem.

Stwierdziłam, że to chyba lepsza opcja niż czytanie autobiografii, która jak sama nazwa wskazuje może stanowić przekaz jednoznacznie stronniczy. Chciałam się dowiedzieć, co o Jackowskim sądzą ludzie, którzy z nim współpracowali.

Janoszka w policyjnym mundurze na fotografii obok Jackowskiego – wszytko wskazywało, że jest jedną z osób, które miały okazję korzystać z jego wiedzy w pracy. Jednak nie. Już w przedmowie okazuje się, że współautorowi książki bliżej do szefa fanklubu niż do osoby, której Jackowski pomógł rozwiązać zagadkę kryminalną.

Janoszka zainteresował się postacią jasnowidza w trakcie studiów na akademii policyjnej i jak wynika z wypowiedzi jego i samego jasnowidza poświęcił wiele czasu energii by zbadać przypadki, w których wizje Jackowskiego miały być pomocne w pracach policji.

Czytając książkę, złożoną z krótkich relacji z miejsc zdarzeń, w których Jackowski uczestniczył w roli jasnowidza, wywiadów z samym zainteresowanym i osobami związanymi z komendą policji nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że cała ta publikacja ma tylko jeden cel: Zmusić czytelnika do uwierzenia w Jackowskiego. Nie przekonać, lecz zmusić.

Dedykacja na pierwszej stronie stanowi wyzwanie: Książkę tę dedykujemy racjonalistom, sceptykom i zwykłym ignorantom. Stawiać ignorancję w jednym szeregu z racjonalizmem i sceptycyzmem to co najmniej niewłaściwe i jestem przekonana, że parę osób może się poczuć urażonymi.

Dalej czytamy o przypadkach spraw, w których Jackowski brał czynny udział. Spraw okropnych, trudnych, smutnych. Relacjonowanych jednak z chłodem i dystansem. Niektóre z nich zostały uzupełnione o wywiady z osobami z policji i innymi zainteresowanymi, by uwiarygodnić udział jasnowidza w rozwiązaniu zagadki.  Są też rozmowy Janoszki z Jackowskim, w których jasnowidz wypowiada się na… każdy temat: Od polityki krajowej po życie po śmierci. Co sądzi o Smoleńsku, o samobójstwie Leppera…

jasnowidz na policyjnym etacie

W książce wciąż pojawia się jedno pytanie: Czemu policja nie chce przyznać się do korzystania z pomocy Jackowskiego?

W odpowiedz najczęściej czytamy o lęku przed ośmieszeniem. Policja ma procedury a w tych procedurach nie ma miejsca na zjawiska nadnaturalne. Osobiście myślę, że przyczyna może być inna. Nie chodzi o to co robi Jackowski tylko jak jest oceniany jako człowiek: “Natomiast po za tym musimy pamiętać, że jest to człowiek trudny i tych wrogów nierzadko narobił sobie z własnej winy. Taki ma wybuchowy charakter. Moim zdaniem Krzysiek musi liczyć się z tym, że do końca życia będzie obiektem ataków innych ludzi. Tego już nie zmieni. Rozumie pan? Nigdy nie pojawi się moment gdy wszyscy nagle stwierdzą “Tak, on faktycznie ma dar”. Krzysiek jednak nadal walczy, zbiera materiały dokumentując swoje dokonania. Chwali się nimi na stronie internetowej, łazi po telewizjach śniadaniowych, wygłasza charyzmatyczne wykłady.

“Każdego dnia czuję się człowiekiem, który jest coś komuś dłużny. Co rano budzę się z ogromnym poczuciem winy… Na szczęście jest jeszcze druga rzecz: przemożna potrzeba udowodnienia realności zjawiska jasnowidzenia przed całym światem”.

A ja się zastanawiam, czy robi to po to by ludzie uwierzyli w dar jasnowidzenia, czy żeby uwierzyli w niego?

Jest w nim dużo pychy, o czym przekonałam się czytając tego typu kwiatki: “To nie jest  z mojej strony pycha, tylko efekty. Niech znajdą ile Ossowicki czy Klimuszko [inni polscy jasnowidze] znaleźli trupów a ile ja?” Albo pisząc, że czeka na kolejne zgłoszenia, na kolejne trupy wprost, bo bez tego jego dar może zaniknąć, a to byłoby straszne. Że dowody potwierdzające jego dar są dla niego najważniejsze. Czy przyznawanie się do tego, nie jest okrucieństwem wobec rodzin tych zmarłych ludzi?

Z jednej strony Jackowski oczekuje by zobaczono w  nim kogoś obdarzonego nadnaturalną mocą, kogoś wyjątkowego, z drugiej swój dar traktuje jak pracę albo hobby, które reklamuje. Brakuje w tym taktu i delikatności i myślę, że to sprawia, że ludzi go hejtują. Wiara lub jej brak ma tu drugorzędne znaczenie.

Kiedy wpisuje w Google nazwisko: Krzysztof Jackowski i w odpowiedzi na pierwszej stronie widzę artykuł “Znany jasnowidz Krzysztof Jackowski przewiduje pogodę na święta”, to bardzo mu współczuje. Serio, przydałby mu się dobry PRowiec, który poskromił by jego medialne zapędy i pozwolił się skupić na tym z czym chce by kojarzony – ze swoim darem.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN

sqn


Walka o stołki

The Employer/ Pracodawca (2013)

pracodawca

Grupa kandydatów na kuszące stanowisko w znanej korporacji budzi się pośród czterech solidnych ścian czegoś na kształt bunkra. Wkrótce dowiadują się, że aby uwolnić się z tego miejsca muszą wypełnić zadanie. Zadanie w gruncie rzeczy proste: wybić wszystkich pozostałych by ocalić siebie i zgarnąć wymarzoną posadę.

“Pracodawca” to kolejny thriller z cyklu ‘piłopodobnych’, bo znowuż mamy do czynienia z historią grupy wybrańców, którzy zostają uwięzieni i zmuszeni do desperackich działań.

Drobną ciekawostką jest fakt, że znaleźli się tam w ramach procesu rekrutacyjnego do pewnej firmy. Tak, jest to kolejna upiorna wizja tego co korporacja robi z ludźmi.

Tu potencjalni pracownicy są zmuszeni do wzajemnej eliminacji w ramach bitwy o stołek i nie jest to metafora.. Oczywiście, ważnym jest też by w ogóle się wydostać z zamknięcia, jednak każdy bohaterów myśli też o wymarzonym stanowisku. Oczywiście wszyscy zgodnie deklarują, że nie zamierzają ulegać szantażowi i zabijać. W praktyce, cóż, wygląda to jednak inaczej.

pracodawca

“Pracodawca” to film raczej niskich lotów.Dziwi mnie tu obecność Malcolma McDowella, ale miał on już słabsze tytuły w swojej filmografii. Aktor wciela się tu w postać tytułowego pracodawcy, typa cynicznego i bezwzględnego. Dźwiga ciężar tej roli z pozytywnym efektem. Reszta obsady jest raczej nie warta wspomnienia.

pracodawca

Szóstka wybranych przez niego kandydatów musi wykazać się morderczymi instynktami niezbędnymi do pracy w firmie, jak twierdzi. Kolejno poznajemy wszystkich mało interesujących protagonistów oceniając ich szanse w walce. W między czasie giną kolejne osoby i to w zasadzie na tyle.

Całość, nazwijmy rzeczy po imieniu, to pokaz przeciętności i wtórności. Nie ma szansy zszokować, jak podobne jemu tytuły, bo od początku wszystko jest wiadome. Nawet pomysł z rekrutacją pojawił się już gdzieś, w Exam” bodajże, więc od pomysłu wyjściowego, do wykonania wszytko już było, i mówiąc szczerze w dużo lepszych wydaniach.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:2/10

Po drugiej stronie

Flatliners/ Linia życia (2017)

linia zycia

Zdolna studentka medycyny Courtney prowadzi nieoficjalne badania dotyczące życia po śmierci. Wkrótce w sprawę angażują się jej koledzy z roku. Wszyscy skuszeni możliwością zobaczenia co jest po drugiej stronie godzą się na ryzykowne eksperymenty na sobie samych. Recz polega na tym by umrzeć i powrócić, jednak jak się okazuje taka przejażdżka ma swoje konsekwencje.

Seans z “Linią życia” przyniósł mi mały dysonans poznawczy. Już początek filmu, w którym zaznajamiamy się z zamiarami bohaterów przywołał mały flash back- ale to już było. Było i owszem i to całkiem nie tak dawno, bo w początku lat ’90.

Z uwagi na to, że nie szczególnie zajmuję się pozyskiwaniem informacji o danym filmie przed jego obejrzeniem, fakt, że mamy tu do czynienia z remake zaskoczył mnie. Szczęśliwie oryginał oglądałam dość dawno,a twórcy poczynili pewne fabularne zmiany – czy korzystne powiedzą prędzej Ci którzy lepiej pamiętają pierwszą wersje – więc seans nie był dla mnie nudą i czasem straconym.

Nowa “Linia życia” zapunktowała u obsadą. Bardzo lubię Elen Page i jej mniej zdolna ale bardziej urodziwą koleżankę Ninę Dobrev. Obydwie odgrywają tu bardziej znaczące role.

Fabuła filmu jak wspomniała, traktuje o kontrolowanym przekraczaniu granicy śmierci i życia. Ambitna studentka pragnie zgłębić temat, a znajomi przychodzą jej z pomocą. Wszystkich trapią jakieś kłopoty, głównie związane  z błędami przeszłości, co jednak nie czyni ich szczególnie interesującymi. Scenariusz rozprawia się z nimi typowo po Hollywoodzku, więc można tu odczuć pewien banał. I pewno odczulibyśmy go bardziej gdyby nie wartka, pełna paranormalnych zdarzeń akcja. Znalazło się tu miejsce na elementy horroru ale nie powiem by one dominowały.

linia zycia

linia zycia

Technicznie film jest bardzo dopieszczony, więc oglądanie go powinno przynieść sporo przyjemnych wrażeń wizualnych. Warstwa dramatyczna jest poprawnie poprowadzona, ale jest tu sporo niekonsekwencji i pewna widoczna dawka naiwności. Tak, historia jest naciągana i osoby bardziej zgłębiające temat śmierci klinicznej pewno nie zostawią na tym fakcie suchej nitki. Ja jednak do nich nie należę i w pełni doceniam walory rozrywkowe tego obrazu.

Na ten moment czuję się w obowiązku by odświeżyć sobie oryginał i pewnie w niedługim czasie to uczynię. Tym czasem osobom, które nie maja szczególnie wygórowanych oczekiwań mogę zachęć do seansu z nową “Linią życia”.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:3

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

O trzech takich co obudzili mumię

The Mummy/ Mumia (1959)

mumia

Trzech archeologów John Banning, jego ojciec i jego wuj natrafiają na niezwykłe znalezisko, grobowiec egipskiej księżniczki, kapłanki mało popularnego bóstwa. Banning senior oraz wuj Johna, czym prędzej wkraczają do grobowca zakłócając spokój strażnika księżniczki, rozeźlonego świętokradczymi badaniami. Na mężczyzn spada klątwa, która dosięgnie ich nawet w dalekiej Anglii.

mumia

Hammerowska “Mumia” stanowi remake dwóch filmów, “Ręki mumii” i  jego kontynuacji “Grobowca mumii” wytwórni Universal. Osobiście nastawiałam się raczej na remake innego tytułu Universala mianowicie “Mumii” z 1939 roku. Ale może to i lepiej, bo będę mogła na świeżo zapoznać się z oryginałem.

“Mumia” obok “horroru Draculi” i “Przekleństwa Frankensteina” uważana jest za jeden z najlepszych Hammerowskich tworów. Mimo, że dwóch pozostałych obrazów jeszcze nie miałam okazji poznać (shame on me), to “Mumia” bardzo przypadła mi do gustu.

Chyba nikomu nie muszę mówić, że horrory brytyjskiej wytwórni Hammer są dość specyficzne i część widzów woli oddać sprawiedliwość Uiversalowi, jednak nie da się ukryć, że te ‘małe potworki’ mają swój urok i nie da się ich pomylić z niczym innym.

mumia

Nazwisko reżysera “Mumii”, Terence Fishera jest Wam z pewnością znane, bo to naczelny twórca Hammera, podobnie jak odtwórcy ról głównych: Christopher Lee, którego możecie mieć problem rozpoznać, za sprawą kostiumu tytułowego bohatera i Robert Cushing występujący jako ostatnia ofiara klątwy mumii, czyli John Banning.

Najwięcej punktów jeśli chodzi o ocenę tegoż filmu, mimo całego uwielbienia dla obsady muszę oddać scenografii. To ona w zasadzie robi ten film. Wiem, że dla współczesnego widza może trącić tandetą, ale ja kocham tą teatralność, tą pieczołowitość w każdym dodatku.

Walory horrorowe nie bardzo przeszły próbę czasu, bo potężny Christopher Lee pakujący się do wnętrza budynku przez mały świetlik pod sufitem wypada trochę śmiesznie, nie mniej jednak nie po to oglądam stare produkcje by porównywać je z nowymi pod względem efektów.

Mimo tych dyskusyjnych dla współczesnego widza atrakcji wizualnych warstwa narracyjna trzyma się dobrze. Angielski humor, trochę przekory i całkiem zgrabne dialogi – pomijając tendencję do łopatologicznego przedstawiania faktów – przyczyniają się do płynnego prowadzenia opowieści.

Wracając do obsady, jako najlepszą rolę typuję Christophera Lee, mimo że nie powiedział w tym filmie ani słowa,a  jego mimika skryta była pod bandażami kostiumu mumii. Grał gestami i oczami, a te oczy, smutne oczy pogrążonego w rozpaczy kochanka pałającego morderczymi zapędami kupuję całkowicie.

mumia

Najtrudniej ocenić mi sam scenariusz, bo nie oglądałam ani “Grobowca…” ani “Ręki…”, więc nie wiem co Amerykanie zaproponowali w zamian, ale chyba i bez tego mogę stwierdzić, że historia jest bardzo prosta, klasyczna i oczywista. Chyba nie było aspiracji na więcej.

Dla fanów Hammera pozycja obowiązkowa, choć podejrzewam, że Ci dawno mają ją za sobą.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:8

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

to coś:8

63/100

W skal brutalności:1/10

W świecie skandynawskich bogów

Mity skandynawskie – Roger Lancelyn Green

mity skandynawskie

Mitologia skandynawska nie cieszy się taką popularnością, jak chociażby mitologia grecka, która to za sprawą wydania Parandowskiego stanowi stały punkt edukacji w ramach lekcji języka polskiego. Religia wyznawana niegdyś przez naszych północnych sąsiadów nie ma tylu sympatyków, rzadko też służy za kopalnie motywów dla współczesnej literatury czy kina. Są jednak wyjątki i od tych wyjątków zaczęło się moje zainteresowanie mitologią skandynawską.

Chyba wszyscy znają “Trzynastego wojownika” historię dworskiego wierszoklety, który z sułtańskiego pałacu zostaje zesłany do ponurej i zimnej krainy północy. Jego obyczaje i kultura stają w zupełne kontrze dla stylu życia wikingów, z którymi przychodzi mu obcować.

To w czasie seansu z tym filmem po raz pierwszy usłyszałam o gniewnym Odynie, i o Walhalli, do której idą tylko Ci, którzy umarli w walce.

Patrząc powierzchownie wikingowski system wierzeń wydaje się dość prostacki, bo chodzi jedynym celem ziemskiej egzystencji jest śmierć w boju. W porównaniu z intrygami olimpijskich bogów, grających w diablo ludzkim losem wydaje się to mało zajmujące dla potencjalnego badacza.

Książka Rogera Lancelyn’a Greena, którą dziś Wam polecam stawia skandynawską mitologie w nieco innym świetle. Owszem, brutalność, mściwość i wszelkie okrucieństwo jest niezwykle cenione przez bogów północy, jednak wcale nie czyni ich to mało interesującymi.

Mitologia skandynawska jak każda religia, czy to politeistyczna czy monoteistyczna ma za zadanie objaśniać działanie świata. Wszystko zaczyna się więc od stworzenia. Każdy z religijnych obrazów początku dziejów jest podobny i tu Skandynawowie też nie są oryginalni.

Poznajemy bogów najważniejszych i pomniejszych. Pojawiają się czarne charaktery i ludzie, mały pyłek w boskim świecie. Książka zapewne nie omawia wszystkich niuansów, na pewno nie wszyscy bohaterowie tych wierzeń znaleźli tu miejsce. Autor skupia się na najważniejszych motywach omawiając je w sposób, który łączy wszystkie wątki w logiczną całość.

Poznamy tu sprytnego Lokiego, Freję boginię miłości (i wojny), poznamy rozterki Odyna i wszystkie mroczne, okrutne, ale i chwalebne czyny nadbohaterów, którzy jednych popychali w otchłań Niflheim by innych ponieść do Walhalli.

“Mity skandynawskie” w ogromnym stopniu zaspokoiły moją ciekawość względem mitologii wikingów, choć nie powiem, że nie miałabym apetytu na więcej:)

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk-ska

zysk

Opętanie Veronicy

Verónica (2017)

veronica

Piętnastoletnia Veronica cały swój czas poświęca na opiekę nad młodszym rodzeństwem, Lucią, Irene i małym Antonio. Ich ojciec nie żyje, a matka prawie nie bywa w domu skupiając się na prowadzeniu knajpy.

W dniu zaćmienia słońca, przypadającego na 12 czerwca 1991 nastolatka wraz z dwoma koleżankami schodzi do szkolnej piwnicy by za pomocą planszy Ouija skontaktować się z nieżyjącym ojcem. Seans przyprawia o dreszcze zarówno samą Veronice jak i jej towarzyszki. Nazajutrz dziewczynie przyjdzie zmierzyć się z pierwszymi konsekwencjami zdarzenia.

Horror paranormalny “Veronica” jest nowym dziełem twórcy serii “Rec”, Hiszpana Paco Plazy.

Szczęśliwie nie został utrzymany w konwencji paradokumentu, choć pierwsze sceny kazały mi podejrzewać, że tak właśnie będzie. Obraz otwierają ujęcia z anonimowego mieszkania, do którego wkraczają policjanci. Nie dowiemy się jeszcze co zastali na miejscu jednak szok i przerażenie malujące się na twarzy jednego z nich każe nam podejrzewać, że doszło tam do niezłej jatki.

Dalej dowiadujemy się iż oto przed nami przypadek autentyczny, odtworzony na podstawie policyjnego raportu z miejsca zdarzenia. Skwitowałam to półuśmiechem. Oczywiście nie znalazłam żadnych informacji potwierdzających te rewelacje, a fakt, że twórcy potknęli się już przy kalendarzu, twierdząc, że 12 czerwca 1991 przypadał na czwartek, też o czymś już świadczy – 12 czerwca 1991 przypadał na środę.

(Małe sprostowanie: Faktycznie, nie ma śladu po Veronice, która doswiadczyła nawiedzenia/opętania w czerwcu 1991 roku w Madrycie. Jest za to marzec 1990 i Estefania Gutierrez Lázaro. )

Nie wspominam o tym by utwierdzić Was w przekonaniu, że film nie wart jest zachodu. Tak się tylko podśmiewam ze sławetnych ‘faktów autentycznych’. A film? Film mi się podobał.

Może nie jestem wielką miłośniczką serii “Rec”, ale “Veronica” całkiem się Panu Plazie udała. Mamy tu sympatyczną bohaterkę, na która kochająca mama przerzuciła cała odpowiedzialność za wychowanie rodzeństwa.

Vero jest samotna do tego stopnia, że prawdopodobieństwo porozmawiania z martwym ojcem jest większe niż szansa na rozmowę z żywą matką. Wspólnie z koleżankami odprawia seans, który kończy się powodzeniem, bo coś tam udało się zza światów wywołać. Tatuś to jednak raczej nie jest, choć przyznam, że scenariusz nie fatyguje się by wyłuszczyć tu szczegóły biograficzne bytu wizytującego w domu Veroinicy. I dobrze, bo mi zbrzydło powtarzania w kółko tego samego.

veronica

Stopniowo obserwujemy coraz to intensywniejsze manifestacje paranormalnego gościa i jego działań. Efekty nie powalają, ale coś w tym jest. Może prostota? Mroczne cienie i te sprawy.

Warstwa paranormalna to jednak nie wszytko, co oferuje produkcja, bo jak wspomniałam nasza bohaterka znajduje się w dość chujowym położeniu, co każe nam podejrzewać załamanie nerwowe.

Co mnie cieszy nie pojawia się tu żaden wybitny psychiatra hipnotyzer, ani  egzorcysta, pada nawet zdanie : Bóg nie ma tu nic co rzeczy. I super, bo wymachiwanie krucyfiksami też mi zbrzydło.

Mimo, że film oparty jest na starym schemacie, to jednak nie idzie tą wydeptaną, przewidywalną ścieżką. Tym między innymi zaskarbił sobie moją sympatię.

Z czystym sumieniem mogę go polecić, bo podejrzewam, że spodoba się większości. Chociaż, co ja tam wiem. Ostatnim czasem moje filmowe sympatie i antypatie średnio pokrywają się z głosem internetów 😉

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

68/100

W skali brutalności:1/10

Wybór Stevena

The Killing of a Sacred Deer/ Zabicie świętego jelenia (2017)

zabicie swietego jelenia

Ceniony kardiochirurg Steven spotyka się z synem swojego pacjenta, Martinem. Poznaje go ze swoją rodziną, odwiedza go w domu jego matki. Wkrótce po tym dwoje dzieci lekarza zapada na dziwną chorobę, a on staje przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu.

Yorgos Lanthimos to niebywale oryginalny twórca. W swoich filmach niejednokrotnie porusza tematykę godząca w układny obraz świata jaki sprzedaje nam Fabryka Snów. Jego filmy można określić mianem dołujących, ale to coś więcej, czego jeszcze nie jestem w stanie nazwać. Kojarzy mi się z paraliżem.

Tym razem twórca “Kła” i “Lobstera” sprzedaje nam historię, która jak  wskazuje tytuł nawiązuje do mniej znanego mitu o Agamemonie i jego córce Ifigenii. Jest jeszcze jeden utwór, z którym silnie skojarzył mi się film. Niestety z lenistwa, nie chce mi się poszukiwać informacji o jakimkolwiek celowym nawiązaniu, więc powiem Wam tylko, że odczułam dość silne skojarzenie z jednym z opowiadań Ketchuma, zawartym w zbiorze “Królestwo spokoju”. Tak, chodzi o “Pudełko”.

Podobnie jak było to w przypadku “Kła” fabuła filmu rozwija się niespiesznie. Nawet w punkcie kulminacyjnym nie przyspiesza, nie licząc wyrzuconej z prędkością karabinu kwestii mówionej Martina. Możemy się więc delektować ta patową sytuacją.

zabicie swietego jelenia

Tu również dominowała bardzo jasna kolorystyka zdjęć, jasny wystrój wnętrz, scenografii. Nie wiem jak u Was ale w moim przypadku potęgowało to tylko wrażenie oddzielenia bohaterów od świata, w którym nie możemy liczyć na taką sterylność obrazu.

Pewnie z automatu przyjdzie Wam na myśl obraz “Funny games” i nie jest to zła myśl. Podejrzewam, że odtwórca roli młodego Martina wziął ‘Golfistów’ za wzór.  Te same niedbałe, nieskoordynowane ruchy kończyn w połączeniu ze skupieniem na twarzy.

Po drugiej stronie barykady mamy  ‘tadam’… Colina Farella którego ciężko rozpoznać, pod bujną brodą. Gra on faceta, który od pierwszego ujęcia sprawia ważenie takiego co ma coś na sumieniu. Partneruje mu posągowa jak zawsze Nicole Kidman i o tej postaci jestem w stanie powiedzieć najmniej. Miałam wrażenie, że odstaje aktorsko od reszty. No i dzieci. Świetne dzieci. Dorastająca córeczka żyjąca pierwszą menstruacją i bystry nieco milczący młodszy brat. Pewnego dnia nieoczekiwanie jedno po drugim zaczynają odmawiać jedzenia i poruszania się.

zabicie swietego jelenia

Tu zaczyna się wątek główny, czyli dylemat naszego bohatera. Nie przybliżę Wam jaki. Dość powiedzieć, że nie jest on prosty. Ba, jest kurewsko trudny, a konieczność dokonania go staje się głównym tematem rozważań moralnych jakie przyjdą po seansie z tym filmem.

Tym, którzy znają Greckiego reżysera nie muszą chyba tłumaczyć, że nie jest to film z rodzaju tych w przypadku których możemy łatwo prześledzić tok rozumowania twórcy. Wątek główny jest cokolwiek niecodzienny, jest jedną wielka metaforą i próżno szukać tu racjonalnego wyjaśnienia. I właśnie takie chwyty bardzo lubię.

W zasadzie nie wiem czy powinnam polecać Wam ten film, obawiam się, że nie zadowoli wszystkich, mimo iż z pewnością znajdzie się grupa odbiorców która będzie się nad nim rozpływać. Ja może nie rozpłynęłam się dostatecznie, bo jednak filmy Lanthimosa mają to do siebie, że studzą entuzjazm swoim lodowatym i wrogim klimatem. Nie mniej jednak nie byłabym sobą gdybym nie znalazła w tym czegoś pociągającego.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:9

74/100

W skali brutalności:1/10

Prawda wciąż boli

Black Mirror – Sezon 4 (2017)

black mirror

Brytyjski serial Black Mirror został reaktywowany przez platformę Netflix mimo że pierwotnie był to serial stacji Chanal 4. Już przy trzecim sezonie zastanawiałam się, czy będzie to miało wpływ na kondycje serialu.

Teraz, po seansie z kolejnym, czwartym już sezonem, i drugim od czasu ‘przeprowadzki za ocen’ muszę powiedzieć, że Netflix nie skrzywił formatu. Co więcej, dzięki tej zmianie, mamy po sześć odcinków w sezonie zamiast trzech.

Jakość to z pewnością zasługa pomysłodawcy serialu, który nie wypadł z obiegu i “Czarne lustro” nadal stanowi odzwierciedlenie jego wyobraźni. Czytałam gdzieś, że Brooker unika śledzenia nowinek technologicznych i czerpie tylko i wyłącznie z własnych zasobów wyobraźni. Wymyśla temat odcinka i podkręca go do chwili gdy jego współpracownica stwierdzi, że jest już wystarczająco okropnie.

Jakie więc tematy zostają poruszone w sezonie czwartym?

“USS Callister” to wizja upiornych konsekwencji fascynacji grami sieciowymi. Nie jednokrotnie słyszy się, że gry online, dziejące się w czasie rzeczywistym zawłaszczają prawdziwe życie. Ludzie wolą egzystować w cyberświecie niż w szarej codzienności. O tym też jest pierwszy odcinek nowego sezonu.

black mirror

Genialny twórca gier,  programista i współtwórca cyberkorporacji klonuje i porywa kopie swoich podwładnych umieszczając ich w świecie stworzonej przez siebie gry. Odcinek całkiem dobry, choć przyznam szczerze, że klimat “Star treka” to nie moja bajka.

Odcinek drugi “Arkangel” okazał się zdecydowanie bliższy moim zainteresowaniom. Rzecz jest o pewnej zatroskanej matce, która po przykrym incydencie w trakcie którego nieomal zgubiła córkę decyduje się na udział w projekcie, którego celem jest zwiększenie rodzicielskiej kontroli.

black mirror

Jej córka, Sara zostaje zaczipowana jak rasowy piesek, co pozwala jej matce monitorować świat widziany oczami jej dziecka. Mama zerka w tablet i dzięki temu widzi i słyszy dokładnie to co jej córka. Co więcej może wpływać na jej postrzeganie świat, zamazując pewne obrazy. Sara dorasta, nie znając widoku krwi, nie widząc szczekającego psa. Kiedy matka w końcu decyduje się na przerwanie eksperymentu dziecko jest już poważnie skrzywdzone. Wyobraźcie sobie, że żyjecie na rajskiej wyspie w otoczeniu przyjaznych małpek i błękitnej wody, a wtem nagle wrzucają Was do slumsów  na obrzeżach Rio de Janeiro i widzicie okropieństwo w całej krasie. Czegoś w tym rodzaju doświadcza Sara.

Oczywiście na tym się to nie skończy. Twórca przedstawił nam tu wszystkie konsekwencje nadmiernej kontroli i w pewien sposób zgubnego wpływu rodzicielskiej ingerencji na budowanie tożsamości dziecka.

Odcinek trzeci “Crocodile” też trafił w mój gust. Za sprawą pewnego wynalazku, mogącego wiernie odtworzyć wspomnienia pewna kobieta, wzięta architekt i matka roku staje się… seryjnym mordercą. Lęk przed wykryciem pewnej zbrodni młodości pociąga za sobą niebagatelne konsekwencje. Czyli znowu mamy rzecz o kontroli.

black mirror

Czwarty odcinek “Hang the DJ” to mój faworyt w serii. Skojarzył mi się z “San Jupitero” z sezonu 3, bo znowu mamy historię miłosną.

Dwoje młodych ludzi żyje w świcie w którym ‘system’ decyduje o doborze partnerów i czasie trwania związków. Idziecie na umówioną randkę w czasie której dowiadujecie się, że z siedząca na przeciwko osobą spędzicie kolejne… 12h, 3 miesiące, czy 5 lat. Dopiero po przejściu określonej ilości związków, rozważeniu przez system Waszych preferencji dostajecie partnera ‘na zawsze’. A co jeśli system się pomyli? Cała historia była słodko gorzka, a jej finał, łał, nie małe zaskoczenie.

black mirror

Piąty odcinek serii ruszył mnie już mniej. No może za wyjątkiem finału. Generalnie podsumowania historii są zazwyczaj najmocniejszym punktem każdego z odcinków.

“Metalhead” to postapokaliptyczna historia kobiety, która wraz z dwoma towarzyszami opuszcza bezpieczne schronienie celem zdobycia czegoś, jak się domyślamy, niezbędnego do dalszego przetrwania. W czasie akcji zostają napadnięci przez psa robota – przynajmniej ja go tak nazywam – który nie odpuści puki nie zrealizuje swojej robociej misji. Opowieść pędząca dość brawurowo, ku jak wspomniałam zaskakującemu  jednocześnie smutnemu finałowi.

black mirror

Ostatni, szósty odcinek, to drugi z moich ulubieńców w serii.

“Black Musem” to swoiste podsumowanie, w zasadzie można rzecz kilka odcinków w jednym. Stworzony na zasadzie opowieści z dreszczykiem, gdzie dziwaczny właściciel muzeum technologicznej zgrozy oprowadza zaciekawioną turystkę.

black mirror

Usłyszymy tu hoho, kilka niezłych historii o tym jak techniczne nowinki zniszczyły życie kilku osób. Każda historia nawiązuje do jednego z muzealnych eksponatów. Jednym z najbardziej interesujących  jest urządzenie mające pomagać w diagnozowaniu schorzeń. Inna dotyczące przesyłu świadomości z ciała do ciała i wreszcie z cała do przedmiotu martwego powinna Was solidnie zasmucić. Słowem bardzo dobry finał sezonu.

Zazdroszczę tym, którzy seans z czwartym sezonem mają jeszcze przed sobą. Ja mam w perspektywie jedynie roczne oczekiwanie na następny.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

78/100

W skalii brutalności:2/10

Dziewczyna antychrysta

L’Anticristo/ Antychryst (1974)

antichristo

Dorosła córka znanego arystokraty Ippolita w wyniku doznanego w dzieciństwie wypadku jest sparaliżowana. Brak władzy w  noga wpędził ją w gorycz samotności i całkowitej zależności od ojca. Nie pomaga wizyta w uzdrowiskowym sanktuarium. Dopiero seanse hipnotyczne przeprowadzone w myśl teorii o psychicznym podłożu niepełnosprawności kobiety sprawiają, że staje ona na nogach. Niestety regresywny seans wpędza Ippolitę w znacznie większe kłopoty.

“Antychryst” stanowi doskonały przykład horroru religijnego. Piekielne moce biorą tu we władanie wrażliwą duszę skrzywdzonej bohaterki. Początkiem opętania jest hipnoza w czasie, której kobieta przeżywa regresję do swojego poprzedniego wcielenia. Zaczyna się jazda.

antichristo

Choć jeśli mam być szczera tego, że mamy tu do czynienia z  kinem grozy możecie być pewni już od pierwszych scen, wcale nie trzeba czekać na szczególny rozwój wydarzeń. Początkowe partie filmu to przede wszystkim przejaskrawiona ekspresja odtwórczyni głównej roli, pokaz iście teatralnej gotycko kiczowatej scenografii i BAM… muzyka Morricone, która robi do prawdy upiorne wrażenie w połączeniu z natarczywie nadużywanymi strunami głosowymi kolejnych aktorów.

Film jest bardzo krzykliwy. Stworzono go na fali sukcesu “Egzorcysty“, ale włosi przegięli w tych materiach, które i tak szokowały w filmie Friedkina. Często ocierają się wręcz o groteskę i kicz, ale nie da się ukryć, że włosi pewne elementy horroru wykorzystują inaczej niż robi to Hollywood. Niestety bezmiar aspiracji twórców zapędził ich w kozi róg w momencie gdy zaczęli na poważanie serwować nam efekty specjalne.A te są.. no, przemilczę.

antichristo

Ważnym elementem fabuły są wątki seksualne i te znajdują odzwierciedlenie w namiętnych westchnieniach naszej Ippolity, równie częstych co nieludzkie krzyki a także w konkretnych scenach jak nieliche nawiązanie do “Dziecka Rosemary” w scenie bluźnierczego seksu z diabłem. Niezaspokojone potrzeby natury seksualnej pretendują też do roli przyczyny całego zamieszania, bo nasza bohaterka podobnie jak jej poprzednie wcielenie roi sobie namiętne wizje i wyraźnie nie radzi sobie z brakiem spełnienia. Ot jakiś frywolny penis na wyciągnięcie reki zażegnał by kryzys dużo szybciej niż hipnoza i wszelkie odprawiane w dalszej partii filmu gusła.

antichristo

Minusem produkcji jest fakt, że całe to pobojowisko wlecze się trochę przy długo i w pewnym momencie nawet lizanie rzygowin przestaje robić wrażenie. Nie postarano się tu o stopniowanie napięcia,a fabuła lecie sobie samobieżnie od jednej sceny do drugiej, jakby scenarzysta pogubił się w notatkach i co poniektórym może się odechcieć ogarniać ten chaos. Nie miej jednak na swój sposób to ciekawa oferta.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:5

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

56/100

W skali brutalności:2/10