Miesięczne archiwum: Luty 2018

Zagrajmy w grę

 The Midnight Man (2016)

midnight

Alex postanawia zamieszkać ze swoją babcią po tym jak jej stan zdrowia pogorszył się. Dziewczyna wraca w tym celu do domu rodzinnego, którego przeszłość naznaczona została nie tylko samobójczą śmiercią matki Alex, ale i pewnym zdarzeniem mającym miejsce w latach pięćdziesiątych, gdy babka Alex była małą dziewczynką. Przeszukując strych domu Alex wraz ze swoim kolegą Milesem znajdują starą grę i przeglądając ją rzucają wyzwanie niejakiemu Midnight Manowi.

„Midnight Man” to kolejny teen horror z potworem w tytule, mogący wystraszyć tylko tych, którzy na prawdę nie potrzebują wiele. Prosty fabularnie, średni w wykonaniu i przeciętny w aktorstwie, pewnikiem zaraz zginie w tłumie. Sama prawie go przeoczyłam.

Jego twórca zasłynął jedynie niepotrzebnym remakeŚmiertelnej gorączki„, obsada zaś zjadła już ostanie zęby na horrorowych produkcjach. Tak, moi drodzy, w roli babci Alex zobaczymy Lin Shaye, najbardziej zakręconą staruszkę z horrorów, towarzyszy jej ładna i byle jaka Gabrielle Haugh – jej licha filmografia składa się tylko z filmów grozy, natomiast filmografia odtwórcy roli jej chłopaka z samych seriali. Jakimś dziwnym trafem znalazł się tm też Robert Englund, dla przyjaciół Freddy Krueger.

midnight

Ta wesoła ekipa przeprowadzi Was przez seans bez większych zgrzytów, choć nie sądzę by ktokolwiek z widzów zaangażował się w tą historię bardziej niż w popatrywanie na talerz z parówką obracający się w mikrofali.

Użyto tu sporo efektów, o czym przekonacie się już w pierwszych minutach filmu składających się na prolog historii właściwej. Niektóre z nich wypadają dobrze inne tylko znośnie.

Największym minusem produkcji jest żelazna logika teen horroru która rządzi wszystkimi filmowymi wydarzeniami i dając nam szansy choćby podejrzewać bohaterów o myślenie.

midnight

Pomysł wyjściowy jak wspomniałam, kolejny potworek, którego ktoś wywołał z mrocznej strony i wpadł w kłopoty. Nie radzę oczekiwać od tego filmu czegokolwiek, co może skutkować rozczarowaniem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

Chłopiec, który zniknął

 Ég Man Þig/ Pamiętam cię (2017)

pamietam cie

W małym nadmorskim miasteczku na Islandii starsza kobieta popełnia samobójstwo, wieszając się w koście i bezczeszcząc jego wnętrze. Sprawą interesuje się między innymi miejscowy psychiatra Freyer. Śmierć kobiety wydaje się wiązać z pewnym zaginięciem sprzed lat.

Szwedzi mają Camille Lackberg, Norwedzy Jo Nosebo, a Islandczycy Yrse Sigurðardóttir  Oczywiście kryminały skandynawskie to znacznie więcej znanych nazwisk, ale te nasuwaj mi się jako pierwsze kiedy myślę zarówno o literaturze jak i jej ekranizacjach.

Filmowy thriller „Pamiętam Cię” powstał w oparciu o powieść ostatniej z wymienionych, islandzkiej pisarki Yrsy Sigurðardóttir. Miałam do czynienia z jej twórczości, nawet mam jedną z jej książek, w dość słabym tłumaczeniu, nie mniej jednak pomysły autorki uważam za bardzo udane. Nie mam wątpliwości, że stanowią dobry materiał na filmowy scenariusz. „Pamiętam Cię” zdaje się to doskonale potwierdzać.

pamietam cie

Wątkiem głównym jest śledztwo w sprawie samobójstwa sędziwej mieszkanki małego miasteczka. Śmierć kobiety to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Okazuje się, że od dłuższego czasu byli uczniowie jednej klasy giną w wypadkach, z czego niektóre z nich budzą poważne podejrzenia. Sprawą interesuję się psychiatra, który przed paroma laty stracił jedynego syna, który zginął bez śladu. Tymczasem jeden z domów przy plaży wynajmuje trójka młodych ludzi, którzy doświadczają czegoś co może mieć związek z serią śmierci.

pamietam cie

Bardzo ucieszył mnie fakt, że udało mi się trafić na obraz właśnie islandzkiej produkcji. Nie często takowe do nas trafiają, więc obstawiałam, że będzie to ciekawa odmiana. I tak też było. Film ma zimny, surowy, klimat. Islandzki chłód przenika do kości, a każdy kadr zdaje się to podkreślać. Plenery są bajeczne, więc jest na co popatrzeć. Historia jest złożona, teraźniejszość miesza się z przeszłością, dawno pogrzebane sprawy wracają. Film nie jest typowym kryminałem z brawurowo rozegranym śledztwem. Do głosu dochodzą elementy, które można interpretować jako nadprzyrodzone, czy też takie posiadające duży ciężar psychologiczny.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

65/100

W skali brutalności:1/10

Zaraza

[Rec] (2007)

rec

Reporterka Angela wraz ze swoim kamerzystą Pablem zamierzają nakręcić materiał o pracy strażaków. W tym celu zamierzają towarzyszyć im w trakcie pracy, nie unikając obecności przy niebezpiecznych zadaniach tej grupy zawodowej. Po krótkim obchodzie remizy wraz ze swoim bohaterami wyruszają na pierwszą akcję. Zgłoszenie przychodzi z jednej z madryckich kamienic, gdzie starsza kobieta swoim zachowaniem zaalarmowała sąsiadów. Angela i Pablo przybywając na miejsce nie zdają sobie sprawy, że trafili w miejsce rozpoczynającej się epidemii.

Stary, dobry „Rec”, w końcu przyszedł czas bym odświeżyła go po latach i być może spojrzała na niego łaskawszym okiem niż w czasie pierwszego i jedynego jak dotąd seansu. Muszę, przyznać, że nie chciałam iść do grobu głosząc jak mantrę że nie przepadam za „Rec’em”, z powodu konwencji w jakiej został nakręcony. Ostatecznie tylko krowa nie zmienia poglądów, a ja przez ostatnie lata dałam szansę wielu filmowym paradokumentom. Niektóre z nich paradoksalnie okazały się godne uwagi, a ja przywykłam nieco do oczopląsu jaki fundowali mi operatorzy.

Niesłabnąca popularność horrorów kręconych z ręki zmusiła mnie do przywyknięcia do tej niewygodnej dla oka formy, cóż poradzić, coś oglądać trzeba. Stwierdziłam więc, że po przejściu solidnej porcji ofert od ‚pijanych strachem kamerzystów’ wrócę do „Rec’a” i sprawdzę, czy tym razem zauważę w nim coś poza latająca kamerą.

rec

Muszę przyznać, że pozytywne nastawienie zrobiło robotę. Starałam się nie zwracać tak mocno uwagi na to co mnie wkurzało i skupić się na tym co pochwalić mogę. A co mogę pochwalić?

Przede wszystkim dynamizm akcji. Tak na prawdę nie mamy tu przestojów. W fragmentach, w których akcja mogła by ‚umrzeć’, kamera zostaje wyłączona z tego, czy innego powodu i powraca w pełni kolejnej akcji. Niekiedy tracimy wizję w momentach napięcia, by powrócić z jeszcze większym przytupem. Takie chwyty trzymają przed ekranem dość skutecznie.

Jak wspomniałam dzieje się dużo. W ofercie mamy ataki trawionych przez chorobę ludzi, zmieniających się w coś na kształt zombie, którzy nie patyczkują się z bardziej wrażliwym widzem. Ekspozycja okropności jest szeroka. Wszystko dzięki prostej, ale konkretnej charakteryzacji.

rec

Duży plus daje za lokalizację. Dość ponura kamienica z wąskimi korytarzami to miejsce w jakim nikt nie chce się znaleźć. Nasi bohaterzy są zmuszeni tu pozostać, a pozyskanie pomocy z zewnątrz okazuje się wysoce kłopotliwe. Cała obsada wygląda na naturszczyków, nikt nie stosuje wielkich popisów aktorskich.

rec

Przewodnikiem w tej historii jest młodziutka reporterka Angela, która pewnie co poniektórych wkurzy. Nie mniej jednak jestem w stanie zaakceptować taki a nie inny pomysł na postać.

Reasumując, mój powrót do „Rec’a” okazał się mniej bolesny niż zakładałam, a to już bardzo dużo.

Moja ocena:

Straszność: 4

Fabuła:7

klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:5

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:3/10

Niegroźny dziwak

Creep/ Dziwak (2014) & Creep 2/ Dziwak 2 (2017)

creep creep


Szukający zarobku Aron podejmuje się osobliwego zlecenia od niejakiego Josefa. Zleceniodawca poszukuje wideo operatora, który nakręciłby o nim film. Obraz ma dokładnie rejestrować każdy element egzystencji Josefa nie pomijając sytuacji intymnych i jeszcze bardziej intymnych wyznań. W czasie realizacji owego projektu Aron przekonany jest, że ma do czynienia z niegroźnym dziwakiem, jednak z czasem zachowanie Josefa wzbudza w nim coraz większy niepokój.

Przyznam, że sporo mi zeszło nim uczciwie zasiadłam do seansu z „Dziwakiem”. Oglądając go jakieś dwa, może trzy lata temu przerwałam i myślałam, ze już do niego nie wrócę. Tytuł pozostał mi jednak gdzieś z tyłu głowy i postanowiłam do niego wrócić z okazji premiery drugiej części.

creep

Obydwa filmy są dziełem tego samego duetu Brice & Duplass. Obydwaj panowie już w trakcie realizacji pierwszego filmu założyli, że będzie on częścią trylogii. Czeka nas zatem jeszcze „Dziwak 3”. Co ciekawe cały projekt jest dziełem firmy dwuosobowej, wszytko co widzicie to reżyser (Brice) wcielający się w rolę Arona i odpowiadający za prowadzenie kamery- całkiem stabilne jak na kręcenie ‚z ręki’ i Duplass, który wraz z Bice’m stworzył scenariusz oraz wcielił się, trzeba to powiedzieć – brawurowo, w postać tytułowego Dziwaka. W części drugiej do obsady dołącza Desiree Akhavan, w roli Sary, czyli następczyni Arona.

Jak już zdążyłam wspomnieć w pierwszej odsłonie „Dziwaka” poznajemy go dzięki bystremu oku kamery Arona. Chłopak chce sobie dorobić,a tu jakiś bogaty frajer oferuje mu niezłą kasę za to, że ten zarejestruje jego osobliwe wynurzenia, sfilmuje jak kąpie się w wannie i popierdala w przebraniu wilka. Aron nie docenia szaleństwa drzemiącego w Josefie.

creep

Zapewne Wy, bystrzy widzowie, zwialibyście gdzie pieprz rośnie przy pierwszych sygnałach o zagrożeniu. Aron tego nie robi. Dlaczego? Można to zrzucić na jego naiwność i pazerność, ale przyjrzyjmy się przez chwile Josefowi.

creep

Jest to postać tak doskonale przedstawiona, że trudno ocenić, gdzie kończy się niegroźny ekscentryk, a gdzie zaczyna niebezpieczny stalker. Można powiedzieć, że jest wariatem idealnym, nie krzyczącym ‚napoleonem’, który prędziutko zasiliłby pule pacjentów szpitala psychiatrycznego, lecz człowiekiem, który oddaje się swojemu szaleństwu z pełnym przemyśleniem.

Brzmi kuriozalnie, ale takim właśnie kuriozum jest tytułowy Dziwak. Jego postać przesądza o sile produkcji –  jest jej siłą. Jest to bodaj jeden z nielicznych filmów, gdzie skupiamy się na antybohaterze, jego postać jest pod stałą ekspozycją, a mimo to ciężko jest powiedzieć o nim coś więcej ponad to, że jest dziwny. Historia jego spotkania z Aronem to jednocześnie fabuła pierwszej części „Dziwaka”.

O czym jest część druga? Tu poznajemy Sarę, prowadzącą kanał na Youtube poświęcony… internetowym dziwakom. Niestety nie przynosi on oczekiwanej popularności toteż Sara stwierdza, że nie znalazła dotąd nikogo wystarczająco dziwnego. Wtedy trafia na Josefa. Dziwak zleca Sarze to samo co jej poprzednikowi, Aronowi, ale jego kreacja to już zupełnie inna historia. Josef przedstawia się bowiem jako… seryjny morderca w depresji. Chce nastraszyć Sarę, to pewne, ale jak ma to uczynić, skoro dziewczyna nie traktuje poważnie jego wyznań?

creep

Jeśli mam być całkiem uczciwa dostrzegam fakt, że dwójka została zagrożona pewną wtórnością i w pewien sposób nie udało się jej wywinąć. Sara, nie całkiem mnie przekonała do siebie, ale szczęśliwie bohater tytułowy nadal jest w formie. Postać Josefa niby ta sama, a ‚wariactwo dnia’ już inne. Nadal ciężko stwierdzić kim ten gościu jest więc, mamy furtkę na część następną. Czy obejrzę? Pewnie tak, a tymczasem wszystkim polującym na osobliwości zalecam seans z dwoma pierwszymi odsłonami „Dziwaka”.

Moja ocena:

Dziwak:7/10

Dziwak 2: 6/10

Brzydkie czyny Pięknego Władka

Ach śpij kochanie (2017)

ach spij kochanie

Kraków lata ’50  ubiegłego wieku. Młody komisarz milicji pozbawiony przychylności przełożonych rozpoczyna śledztwo, którego przedmiotem jest udowodnienie tezy o seryjnym mordercy, który miałby odpowiadać za serię kilkudziesięciu zaginięć jakie miały miejsce w Krakowie począwszy od lat ’40.

„Ach śpij kochanie” to kolejny Polski film, traktujący o seryjnym zabójcy. Krzysztof Lang poszedł więc w ślad twórców „Jestem mordercą„, „Amoku” czy „Czerwonego pająka” i wygrzebał zapomnianą przez wielu biografię Władysława Mazurkiewicza.

ach spij kochanie

Facet był jednym z pierwszych schwytanych zabójców cyklicznych w Polsce, bo swoją działalność zaczął jeszcze w czasie II wojny światowej. Piękny Władek, bo tak nazywano go w środowisku nim jego oblicze zeszpecono oskarżeniami o sześc zabójstw, nie zabijał dla samej radości zabijania. Nie interesowały go też zwłoki ofiar, ani rozgłos.

Elegancki morderca, bo taki przydomek otrzymał zabijał dla pieniędzy. Był niezwykle zaradnym człowiekiem, z szerokimi kontaktami, który bardzo lubił życie na poziomie jednak nie bardzo utożsamiał się z klasą robotniczą. Swoje ofiary przyciągał propozycjami inwestycji, okradał i zabijał. Sprawa wyszła na jaw gdy odkryto zwłoki zakopane w wynajmowanym przez niego garażu w Krakowie.

ach spij kochanie

W filmie „Ach śpij kochanie” w rolę antybohatera wciela się Andrzej Chyra. Zdradzam ten fakt bez ogródek, bo i twórcy nie czaili się ze zdemaskowaniem sprawcy całego zamieszania. Chyra w swej roli wypada nieźle aczkolwiek nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że troch zabrakło mu pomysłu na kreację Pięknego Władka. Wyszło z tego takie połączenie Cassanovy z Hannibalem Lecterem,a to wysoce odtwórcze.

ach spij kochanie

Partneruje mu znana mi jedynie z portali plotkarskich Katarzyna Warnke, która gra naśladując femme fatale z filmów noir z falą blond grzywki kusząco opadającej na karpie usta. Gdzieś pod nogami plącze się, w teorii, głównym bohater, w przypadku, którego brak aktorskiej charyzmy odtwórcy roli pogrzebał wszelkie znaczenie postaci.  Jest jeszcze Linda, po Lindowsku pyszałkowaty i łachudrowaty oraz wulgarny Grabowski, któremu brakuje tylko mocnego fulla w ręce by można było jego postać  nazwać Ferdynandem Kiepskim.

Pierwsza partia filmu, czyli poszukiwania nieuchwytnego Władzia, to opowieść o zepsuciu systemu na podstawie historii kryminalnej.  Część druga, czyli Władzio schwytany, to już zagrywka w stylu „Jestem mordercą”, czyli próba stworzenia bardzo ambiwalentnej relacji pomiędzy zabójcą, a milicjantem. Ciekawi mnie też kwestia rzuconego od niechcenia hasła: Seryjny zabójca – w Polsce w latach ’50, podczas gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią o narodzinach tego określenia za oceanem w latach ’70.

Nie wszystko się w tym filmie udało. Mogę powiedzieć, nawet, że więcej się nie udało niż udało, ale nie mogę być bezlitosna i powiedzieć, że film jest całkiem kiepski. Nie jest, przede wszystkim dlatego, że historia Eleganckiego Mordercy sama w sobie jest ciekawa i chociażby ze względu na to warto ten film zobaczyć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

54/100

W skali brutalności:1/10

Pierwszy krzyk wilka

Nowy Dom na Wyrębach – Stefan Darda

nowy dom na wyrębach

Huber Kosmala, wykładowca akademicki z Lublina dziedziczy po zmarłym przyjacielu wiejską posiadłość, Wyręby. Osobliwy spadek przyprawia go o mieszane uczucia gdyż okoliczności śmierci jego przyjaciela, Marka wzbudzają w Hubercie silne poczucie winy. Mimo tego postanawia uczynić z Wyrębów wakacyjne siedlisko. W czasie krótkich wizyt mających na celu przygotowanie domu na ewentualny pobyt z rodziną zaczyna odkrywać, że Wyręby są miejscem cokolwiek dziwnym, a on ku swemu zdziwieniu zaczyna dawać wiarę niezwykłym świadectwom zmarłego przyjaciela.

Wydany w 2008 roku „Dom na Wyrębach” był swego rodzaju objawieniem na polskim rynku wydawniczym. Niektórzy porównywali polskiego Stefana z amerykańskim Stephenem, wierząc, że autor jest przyszłością polskiego horroru.

Tak, debiutancka powieść Dardy skradła mi serce i czym prędzej sięgnęłam po kolejne publikacje pisarza. Wtedy zachwyciłam się serią książek „Czarny wygon” – no, zachwyciłam się połowicznie, bo jedynie dwoma pierwszymi tomami. Już wtedy zauważyłam u Dardy  tendencje do desperackiego przeciągania wymyślanych historii.

Później przyszedł czas na całkiem zgrabny zbiór opowiadań Opowiem Ci mroczną historię, którzy przywrócił mi wiarę w wyobraźnie autora, która nie kończy się na jednym wałkowanym w kółko pomyśle. I wtedy nastąpił mały krach, bo Darda począł eksperymentować z innymi tematami. Dalekimi od ludowych wierzeń. Mam tu na myśli przeciętne „Zabij mnie tato”. Mniej więcej wtedy zakończyłam współprace z wydawnictwem Videograf, bo któraś z moich recenzji się nie spodobała  i na dłuższy czas zapomniałam o Stefanie Dardzie.

Teraz Darda powrócił z „Nowym domem na Wyrębach”. Jaka była moja pierwsza myśl? Facet ma się ku końcowi jako pisarz. Odgrzewanie starego kotleta i próba powtórzenia niepowtarzalnego sukcesu.

Mimo tych myśli gdzieś z tyłu głowy miałam nadzieję – a może w tej metodzie jest szansa?

Akcja „Nowego domu na Wyrębach” rozpoczyna się prawie bezpośrednio po zakończeniu akcji „Domu na Wyrębach”. Minęło bodaj parę miesięcy. Bohater pierwszej powieści został pochowany, a feralne domostwo wpadło w  ręce jego kolegi, Huberta, którego możecie pamiętać jako trzecioplanową postać debiutanckiej książki. Stwierdziłam, że w zasadzie nie tu nic do dodania, ale Darda mile mnie zaskoczył, bo miał zamysł na ponowne zawiązanie akcji. Pojawia się wilk- jak ma się do upiornej sowy, nie zdradzę, ale nie głupio to rozegrano. Jest jednak problem.

„Nowy dom na wyrębach” to dopiero początek, mamy się bowiem spodziewać kontynuacji. A w związku z tym w rzeczonej książce nie dzieje się wiele. Jest to ledwie zalążek opowieści. I to mnie wkurza.

Nie jestem miłośniczką książkowych sag, których fabułę da się zamknąć w jednym tomie. Takie działanie ma dla mnie coś z oszustwa. Pisarz obiecuje historię, a później każe na nią czekać zabijając czas fabularnymi zapchajdziurami. Jestem na niego zła, bo w ten sposób stawia siebie w roli przynudzającego wykładowcy, na którego zajęcia trzeba przyjść i odsiedzieć dwie godziny, bo istnieje możliwość, że na koniec rzuci parę zdań na temat egzaminu semestralnego.

Finalnie przebrnęłam przez powieść, ciesząc się każdą okruszyną akcji jak głupia, niewiele mając jednak radości z ogółu. A co żebym nie mogła zbyt łatwo zrezygnować z kolejnej bolesnej przeprawy w epilogu obrzucono mnie jeszcze garścią okruchów na przynętę. Nie ładnie Panie Darda.

Nie wiem nawet jak ocenić, ta książkę, bo jak mam to zrobić, nie mając obrazu całości? Wstrzymam się więc, a może kto wie, kiedy mi przejdzie wkurwienie to sięgnę po kolejny tom? Oby się nie okazało, że będzie ich jeszcze pięćdziesiąt…

Zła energia

The Cloverfield Paradox/ Paradoks Cloverfield (2018)

cloverfield paradox

Kryzys energetyczny na Ziemi zmusza międzynarodową grupę astronautów do wyruszenia w przestrzeń kosmiczną celem pozyskania nowych zasobów energii. Muszą trafić na stację kosmiczną Cloverfield, gdzie ich zadaniem będzie uruchomienie urządzenia, które zgromadzi niewyczerpaną energię. Przed dłuższy czas próby uruchomienia akceleratora cząstek nie przynosi żadnych efektów jednakże tuż przed całkowitym upadkiem morali załogi udaje się. Sęk w tym, że wytworzenie wiązki energii poskutkowało przeciążeniem systemu na stacji, a jak wskazywali naukowcy ostrzegający przed tą misją może to przynieść nieoczekiwane rezultaty. Pierwszym z niecodziennych odkryć grupy, jest brak ich rodzimej planety na horyzoncie.

Utrzymany w konwencji found footage „Cloverfield”/”Projekt:Monster” wyprodukowany przed dziesięcioma laty należał raczej do zapomnianych produkcji. Sama nie byłam nim szczególnie zachwycona, ale tytuł zwrócił uwagę kogo trzeba i tak powstał nie sequel, nie prequel a „duchowy następca” „Cloverfield” czyli „Cloverfield Lane 10 tratujący o dwójce ludzi ukrywających się w podziemnym schronie po globalnej katastrofie.

W rok później platforma Netflix ogłosiła, że pociżgnie temat i tak powstał, można rzec „Duchowy poprzednik” pierwszego „Cloverfield”, „Cloverfield Paradox”

Wielu widzów nie dostrzega żadnych związków pomiędzy tymi trzema produkcjami, a i twórcy wypowiadają się na ten temat dość ostrożnie. Ja jednak jestem wstanie dostrzec pewien związek przyczynowo skutkowy. Mamy tu bowiem kosmiczną przygodę w „Cloverfield Paradox”, która skutkuje pojawieniem się nadnaturalnych zjawisk, które obserwujemy w „Cloverfield”/”Projekt Monser”, by później śledzić losy ocalałych w „Cloverfield lane 10”. Jest to chyba najprostsze wyjaśnienie.

Sęk w tym, że cała ta seria, czy antologia, jak zwał tak zwał, powstała z ‚pozbieranych resztek” po projektach filmowych, które miały być samodzielnymi dziełami, a zostały wcielone do projektu z pod szyldu „Cloverfield”.

Stąd też mamy tak duży rozrzut form i styli pozwalający na traktowanie wszystkich trzech produkcji jako oddzielnych historii.

Dziś jednak powinnam skupić się na samym „Cloverfield Paradox”, który w przeciwieństwie do poprzednika, czyli ubiegłorocznego „Cloverfield Lane 10” nie zebrał zbyt entuzjastycznych recenzji. Czemu?

Nie mogę mówić za innych, ale z mojej strony zabrakło tu dobrze zbudowanego napięcia, nastroju tajemnicy i dobrego wykorzystania wątków obyczajowych, bez których nie obejdzie się żadna fabuła niezależnie od przynależności gatunkowej. Podobał mi się natomiast epilog, w zasadzie jedna scena epilogowa, która wiele nam mówi na temat przynależności tego obrazu do serii „Cloverfield”.

cloverfield paradox

cloverfield paradox

W międzyczasie troszkę się znudziłam. Znudzili mnie przede wszystkim bohaterowie, tak sztampowi  płascy jak tylko było to możliwe. Nie wzbudzili we mnie żadnych emocji swoimi małymi i dużymi historiami.

Pochwalić mogę natomiast dobre wykorzystanie nowinek technicznych, co skutkuje całkiem zgrabnymi efektami.

Nie mniej jednak jak na film traktujący o zagrożeniu globalną katastrofą i heroicznej walce o jej zapobiegnięcie jest bardzo mało dramatyczny. W zasadzie wzbudził we mnie główni obojętność, co początkowo chciałam zrzuć na swoje zmęczenie, ale po dłuższym przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że gotowa byłam wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, gdybym tylko dostała ku temu dobry powód. Nie dostałam go jednak i muszę zgodzić się z większością widzów.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:5

Oryginalność:5

To coś:4

46/100

W skali brutalności:1/10

Jesteśmy w lesie

Ritual/ Rytuał (2018)

rytuał

By uczcić pamięć zmarłego przyjaciela, czterech mężczyzn udaje się na samczy treking po szwedzkich górach. Z uwagi na to, że pomysłodawca wypadu zmarł nim doczekał się pozytywnego rozpatrzenia swojej wakacyjnej oferty, kumple spędzają czas na smutno. Szczególnie Luke będący świadkiem śmierci Roberta nie może uciszyć głosu sumienia podpowiadającego mu, że mógł zrobić coś by pomóc kumplowi. Wyrzuty sumienia i konflikty w stadzie z nich wynikające szybko okazują się małym zmartwieniem wobec wyzwań survivalu. Gdy jeden z gości doznaje kontuzji reszta decyduje się na przeprawę przez las by skrócić trasę. 

Po słabym początki roku, który na Netflixie rozpoczął thriller „Open house”, platforma rehabilituje się propozycją horroru, która szybko zjednała sobie sympatię widzów.

„Rytuał” wbrew podejrzeniom, jakie może nasuwać tytuł w żadnym stopniu nie jest horrorem religijnym, tak więc obejdzie się bez księży i recytacji tekstu rytuału rzymskiego, który od nadmiernej ekspozycji w świecie filmowego horroru będzie niebawem popularniejszy od „Ojcze Nasz”:).

Mamy tu raczej horror rozpoczynający się jak klasyczny survival, który w miarę rozwoju akcji przechodzi w rytm nastrojówki, gdzie paranormalne zdarzenia wiążą się z lokalnym, skandynawskim folklorem.

Już od pierwszych ujęć widzimy, że brytyjski twórca ma na swój film pomysł. Wie, jaką historię chce stworzyć i buduje pod nią solidne podwaliny przykuwając uwagę widza dramatycznym otwarciem. Gdy przenosimy się w plener, nikt już nie może mieć wątpliwości co do zdolności operatorskich współtwórców, którzy będą nas uwodzić pięknymi panoramami szwedzkich gór. Wszytko w stosownie mglistej tonacji kolorów i bez zbytków w postaci plastikowych upiększeń.

Wczucie się w klimat i zaangażowanie w historię przychodzi bez trudów. Bohaterzy niby niewyróżniający się, a jednak sympatyczni będą dobrymi przewodnikami po mrokach lasu, do którego skierują swoje kroki, gdy sytuacja wymusi obranie drogi na skrót.

rytuał

rytuał

W lesie jest nie mniej czarownie niż na otwartej przestrzeni, jednak szybko przekonamy się jak błyskawicznie urok przyrody znika. Widok rozprutego i zawieszonego na drzewie pięknego okazu łosia to pierwsza z lepszych stricte horrorowych scen. Twórcy nie patyczkowali się z widzem, więc na tej jednej ekspozycji się nie skończy.

Nie myślcie jednak, że nastrój tajemnicy zdezerterował na rzecz prostych uroków bezrozumnej rąbanki. Owszem znajdą się tu sceny krwawe i nieprzyjemne, ale dużo większe wrażenie robi to, czego nie widać. Nasi bohaterzy zaczyna doświadczać przerażających koszmarów, a przebudzenie  z nich wcale nie będzie przyjemniejsze. Tu muszę pochwalić aktorów, bo nie łatwo jest przekonać widza, by zobaczył śmierć w oczach dorosłych dobrze zbudowanych samców rodzaju ludzkiego. W tej kwestii nawet mistrz suspensu szedł na łatwiznę posługując się białogłowymi trwożącymi się bez trudu i bez umiaru.

Jak wspomniałam pojawia się tu wątek lokalnego folkloru i pewnych wierzeń. Wierzeń w to, co nadnaturalne i powinno zostać niezauważalne. I tak też jest przez większość filmu, jednak w końcu niewyobrażone zło ukarze swoje oblicze i jest to oblicze bardzo zadowalające – jak dla mnie zajechało trochę Lovecraftem, ale bez prostego kalkowania za to z pomysłem, którego wykonawca efektu nie powinien się wstydzić.

Reasumując produkcja na poziomie, do której muszę Was zachęcić, a coby na coś ponarzekać to powiem, że pierwsza polowa filmu lepsza od drugiej:)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

71/100

W skali brutalności:2/10

Wyrok

Infinity Chamber (2016)

infinity chamber

Frak budzi się w rządowym więzieniu, gdzie za towarzystwo ma jedynie kamery i dochodzący z głośników głos niejakiego Howarda. Nie bardzo wie dlaczego się tam znalazł, a ilekroć zapada w sen lub traci przytomność przenosi się do chwili aresztowania próbując zapobiec nieuniknionemu.

W tym miejscu muszę serdecznie podziękować osobie, która poleciła mi ten film. Przeoczyłam go, bo umówmy się, ile współczesnych filmów sci-fi zasługuje na uwagę? „Infinity Chamber” zdecydowanie należy do tego wąskiego grona.

Fabuła to teatr jednego aktora, która stara się poruszać w ograniczonym środowisku jednoosobowego więzienia. Odtwórca roli Franka dźwiga na sobie cały ciężar opowiedzenia tej historii  radzi sobie nie gorzej niż bohater „The Moon”, który może Wam przyjść na myśl w czasie seansu z „Infinity Chamber”.

Zadaniem widza jest towarzyszenie mu i wspólnie z nim zgłębianie tajemniczych okoliczności jego obecnego położenia. Kibicujemy mu w jego próbach, coraz bardziej desperackich wydostania się.

Frak jest trochę jak bohater „Procesu”, głos Howarda próbuje przekonać go, do cierpliwego oczekiwania, aż ‚procedura się rozpocznie’. Sęk w tym, że z czasem Frank nabiera przekonania, że nie ma na co czekać, wszytko się już zaczęło i będzie trwać niezależnie od niego, pozostawiając go z samymi pytaniami.

infinity chamber

infinity chamber

Zamysł filmu jest w gruncie rzeczy prosty. Prostym okazuje się też finalne rozwiązanie zagadki. Ta prostota nie znaczy jednak, że nie będziecie zainteresowani rozgrywającymi się tu wydarzeniami, czy zaskoczeni ich finałem.

Reasumując, polecam, dobre kino sci-fi z elementami thrillera.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:8

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Demon z kopalni

Ghoul (2012)

ghoul

Trzech dorastających chłopaczków z małego miasteczka odkrywa system podziemnych tuneli ciągnących się pod miasteczkiem jako pozostałość dawnej kopalni. Chłopcy zaczynają łączyć tą kwestię z lokalną legendą o demonie zwanym ‚Ghoul’. Zaginięcia  jakie  coraz częściej zdarzają się w okolicy tylko nasilają ich podejrzenia względem tego co kryje się pod ziemią.

„Ghoul” został mi kiedyś polecony przez któregoś z czytelników bloga. Nie znałam tej produkcji, a jej tytuł kojarzyłam z zupełnie innym filmem.

Ten „Ghoul”, o którym dziś będzie mowa, to obraz nakręcony na potrzeby telewizji. Jego fabułę oparto na nieznanej mi powieści Brian’a Keene’a. Fabularnie blisko mu do „IT”, bo sprawa dotyczy młodych bohaterów i zagrożenia czającego się pod ich stopami. Zagrożenie ma rzekomo nadnaturalne pochodzenie, więc wszytko się zgadza. Oczywiście ktoś zaraz powie, że Keene to nie King.

Oceny widzów są rozpaczliwie niskie i w sumie to nie wiem czemu. „Ghoul” to przyjemny horrorek dla dzieciaków. Jego bohaterzy są sympatyczni, a antybohaterzy stosownie odrzucający.

ghoul

Dużo uwagi poświecono wątkom obyczajowym i dramatycznym, bowiem każdy z dzieciaków przeżywa swój niemały dramat – znowu kłania się „IT”. Mamy tu motyw alkoholizmu i przemocy fizycznej, molestowania seksualnego i śmierci bliskiego krewnego.

W tym wszystkim znajdzie się miejsce na przewodni wątek zjawiska nadnaturalnego.

ghoul


Jeśli miałby określić ten obraz jednym słowem nazwałabym go asekuranckim. Wszytko jest bardzo ostrożne i w pewnym stopniu wydelikacone, choć porusza kwestie wcale nie łatwe. Brakuje mu własnego charakteru.

Jego reżyser podobnie jak scenarzysta mieli do czynienia z literacką twórczością Ketchuma. Razem zrobili „Dziewczynę z sąsiedztwa” nie rozumiem więc skąd ten nagły brak odwagi? Myślę, że gdyby nie wymogi TV, które z całą pewnością poskromiły pewne zapędy film byłby dużo lepszy, nie tak ‚wykastrowany’.

Nie mogę jednak powiedzieć, że mi się nie podobał. Fabuła, szczególnie jej finalne rozwiązanie przypadła mi o gustu, nie mniej jednak czegoś tu zabrakło.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:5

Napięcie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:7

Oryginalność:4

To coś:6

53/100

W skali brutalności:1/10