Miesięczne archiwum: Marzec 2018

Naznaczona

Insidious: The Last Key/ Naznaczony: Ostatni klucz (2018)

naznaczony ostatani klucz

Jest rok 1953. W małym miasteczku Five Keys w Nowym Meksyku wraz z rodzicami i młodszym bratem mieszka przyszła medium Elise Rainer. Dziewczynka od najmłodszych lat zdaje sobie sprawę ze swojego daru, jednak z uwagi na podejście do tej kwestii jej własnego ojca nie może o tym mówić głośno. Nie ma to jednak wpływu na fakt podstawowy, tak czy siak duchy i demony nawiedzają małą Elise i to w jej własnym domu.

W czasie jednego z takich zdarzeń dochodzi do tragedii, która na zawsze zniszczy rodzinę medium. Gdy wile lat później Elise zostaje zaproszona do Five Keys przez nowego lokatora jej dawnego domu, wie, że to szansa by naprawić stare błędy.

naznaczony ostatani klucz

Seria „Naznaczony” zapoczątkowana przez Jamesa Wana, późniejszego twórcy „Obecności” doczekała się już czwartej odsłony. „Ostatni klucz”, żeby wszytko było jasne stanowi prequel wydarzeń z przed jedynki, nim jeszcze Elise trafi do domu małego podróżnika Doltona. Jeśli więc nie rypłam się w obliczeniach chronologia wszystkich „Naznaczonych” jest następująca: „Naznaczony: Rozdział trzeci„, „Naznaczony:Ostatni klucz”, „Naznaczony„, „Naznaczony:Rozdział drugi„. Z uwagi na to, że część druga i trzecia, a szczególnie trzecia nie jet moim faworytem, chronologię ustaliłam po jednorazowym oglądzie, więc nie dam sobie za nią uciąć głowy.

Filmowe wydarzenia z „Ostatniego klucza” skupiają się na postaci Elise, starszej Pani medium. Spotykamy ją nim jeszcze obierze telefon od babci Doltona („Naznaczony”), w momencie gdy wraz ze swoimi barwnymi pomocnikami Speces’em i Tuckerem przyjmuje zlecenie od niejakiego Teda Garza, który tak się składa jest nowym właścicielem jej rodzinnego domu.

naznaczony ostatani klucz

Duża część filmowej taśmy została poświęcona na retrospekcje z dzieciństwa Elise, kiedy to … a zresztą dowiecie się sami. Fragmenty te są z resztą bardzo udane i gdyby nie one, nie wiem gdzie upchnięto by skoczne scenki z udziałem duchów. Przyznam, że raz podskoczyłam na łóżku w czasie jednego z takich ujęć, więc jest moc. W tej kwestii twórca (reżyser „Opętania Deborah Logan”) spisał się, bo nieczęsto w moim przypadku możemy mówić o takim efekcie.

Scenariusz to już zasługa Spaces’a – tak gra tu postać pomocnika – który spisał się lepiej niż w przypadku odsłony trzeciej, a może i drugiej. Cała historia bardzo przypadła mi do gustu choć czerpie z mainstreamowych trendów pełnymi garściami. Znalazło się w niej miejsce na element zaskoczenia i całkiem przewrotny.

Jak wspomniałam mamy tu do czynienia z wydarzeniami z przeszłości jak i tymi, które śledzimy na bieżąco. O ile wspomnienia dotyczą głównie dzieciństwa Eise o tyle ma to przełożenie na teraźniejszość. Jej rodzinny dom jest nadal nawiedzony.

naznaczony ostatani klucz

Możecie też spodziewać się fajnego nawiązania do „Naznaczonego”, które tak naprawdę stanowi już zawiązanie akcji od której Wan rozpoczął kręcenie serii. Wszytko gra i trąbi, więc nie ma o co się przyczepić.

Horror przyjemny, choć chyba nie muszę wspominać, że nie doczekacie się tu niczego oryginalnego, czy świeżego. Ot dobre wykorzystanie dość standardowych chwytów. Może się podobać i pewnie się spodoba.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

Patrz i ucz się

Home invasion aka Keep watching / Niebezpieczni intruzi (2017)

keep watching

Rodzina Mitchell, nastoletnia Jamie, mały DJ, ich macocha Nicole i ojciec John wracają z krótkiego wyjazdu do swojego domu. Nie wiedzą, że podczas swojej nieobecności ich dom padł ofiarą grupy przestępczej specjalizującej się w napadach na domy i ich mieszkańców. Napastnicy pozostawili w domu Mitchellów całą masę kamer. Wszytko po to by w chwili gdy przypuszczą atak na dom, móc dzielić się swoim dokonaniem ze spragnionymi mocnych wrażeń widzami.

„Keep watching” to debiutancki obraz Seana Cartera, montażysty z między innymi „Pokoju śmierci” i debiutującego scenarzysty Josepha Dembnera.

Niestety nie zaproponowali oni niczego oryginalnego, jedynie wykorzystali popularny motyw napaści na ludzi w ich własnym domu. Dla uatrakcyjnienia przekazu wykorzystali nagrania z ‚amatorskich’ kamer, które relacjonują wszystkie filmowe wydarzenia. Mimo że większość kamer była umieszczona statycznie to i tak większość akcji śledzimy dzięki tym ruchomym. Efekt oczopląsu gwarantowany.

Moje wrażenia względem seansu z tą produkcją nie są najlepsze.

Fabula w gruncie rzeczy mnie znudziła, bo poznani bohaterowie i ich los nie szczególnie mnie obszedł. Zaprezentowane tu rozwiązania mające na celu pokazanie okrucieństwa sprawców napaści przyjęłam z obojętnością. A samo przesłanie filmu tak pieczołowicie przygotowane okazało się banalnym stwierdzeniem tego co wszyscy i tak wiedzą. Jeśli nie wiedzieli to dowiedzieli się już lata temu dzięki „Funny Games„, czy „Nieuchwytnego”.

keep watching

keep watching

Przeciętne kreacje aktorskie nie przyciągnęły mojej uwagi, a co do walorów technicznych, to sposób prowadzenia kamery położył się cieniem na wszelkich staraniach twórców.

Krótko mówiąc, nic ciekawego tu nie zobaczycie. Filmów z wykorzystaniem motywu home invasion jest taki urodzaj, że z pewnością znajdziecie coś bardziej wartego Waszej uwagi.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:4

Aktorstwo:5

To coś:4

Oryginalność:4

43/100

W skali brutalności:2/10

Czy moje dziecko jest nawiedzone?

Stil/Born (2017)

stil born

Młode małżeństwo, Mary i Jack wprowadzili się do pięknego domu na przedmieściu i doczekali narodzin pierwszego dziecka. Niestety brat bliźniak małego Adama nie przeżył porodu i na radości narodzin kładzie się cień żałoby. Obok dziecięcego łóżeczka stoi drugie, puste. Podczas gdy Jack angażuje się w rozwijanie zawodowej kariery jego młoda żona spędza coraz więcej czasu na samotnie. Mąż nie daje jej wiary gdy próbuje mu zakomunikować, że w ich wspólnym domu pojawiło się coś, co może zagrażać życiu ich synka.

stil born

„Still/Born” swoje odleżał, nim zdecydowałam się w końcu po niego sięgnąć. Kompletnie nie miałam melodii na kolejny film o trudach życia młodej matki, której dziecko okazuje się nawiedzone, opętane, albo rogate i kopytne. A takie właśnie przeczucia żywiłam wobec kanadyjskiej produkcji debiutującego Brandona Christensena. Okazało się jednak, że byłam zbyt uprzedzona.

Powiem krótko, „Still/Born” podobał mi się, ku mojemu zaskoczeniu. Podobał się nie dlatego, że odżegnuje się od schematu ‚opętanie/nawiedzenie/rogi i kopyta’, ale za sprawą bardzo sprawnego wykorzystania owego schematu.

Historia jaką opowiada może być sklasyfikowana zarówno jako paranoid thriller, gdzie główny bohater, w tym wypadku bohaterka, traci rozum, jak i jako horror paranormalny gdzie faktycznie dochodzi do ingerencji nadnaturalnego zjawiska w życie bohaterki. Wybór interpretacji zależy od widza.

Scenariusz, w którego tworzeniu maczał palce także bardziej doświadczony twórca Colin Minhan, przewiduje ukłony zarówno w stronę jednej jak i drugiej interpretacji zapewniając równowagę i pozostawiając przestrzeń na własne domysły.

Warstwa dramatyczna wskazuje nam trudną sytuacje młodziutkiej mamy, która w czasie porodu straciła jedno z dzieci. Jej równie młody małżonek zdaje się skupiać na karierze, która zapewni rodzinie byt na wysokim poziomie. Mary musi ogarnąć siebie i dziecko co okazuje się zbyt dużym wyzwaniem biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności.

stil born

Tu do gry wkracza warstwa paranormalna. Odgłos płaczu dziecka, które nie jest małym Adamem. Złowrogie cienie przemykające na monitorze rejestrującym pokój dziecka, przyjmujące coraz wyraźniejsza i coraz bardziej niepokojącą postać. Wreszcie bardzo żywa relacja kobiety, która doświadczyła podobnego koszmaru co Mary i nie znalazła ratunku.

stil born

Z czym u mamy do czynienia? Z bardzo fajnie i klimatycznie skonstruowanym pokazem sił nadprzyrodzonych, czy upiorną projekcją umysłu będącego na skraju załamania? A może prawda leży po środku? Jakąkolwiek drogę interpretacji filmowych wydarzeń wybierzecie, myślę że film ma spora szansę Wam się spodobać.

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:6

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności:1/10

W noc cmentarnych psot

Boys in the Trees (2016)

boys in the trees

Australia, koniec lat ’90. Nastoletni Corey właśnie kończy liceum i marzy o nauce w Nowojorskiej szkole artystycznej celem rozwijania swojej fotograficznej pasji. Chłopak wyróżnia się na tle bandy swoich kolegów nie mających żadnych aspiracji po za paleniem trawy, jazdą na deskorolce i pukaniem gościnnych w nogach koleżanek.

W noc halloween oddala się od grupy swoich kumpli i napotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa Jonaha. Ich znajomość zakończyła się lata temu, obecnie Jonah może liczyć jedynie na szyderstwa i kopniaki zarówno ze strony Corey’a jak i jego zastępu idiotów.

Tej nocy jest jednak inaczej. Corey wpada na Jonaha i daje się namówić na wspólny nocny spacer po miasteczku śladem upiornych opowieści jakie snuli w dzieciństwie w podobny halloweenowy wieczór.

boys in the trees

Wiecie co, po raz kolejny przez swoje uprzedzenia ominęłabym wartościowy obraz. Spojrzałam jednym okiem na plakat, który nieprzyjemnie skojarzył mi się z serialami o nastoletnich wilkołakach, czy innych wampirach, zbyt plastikowy by reprezentować coś, co mogłoby przykuć moją uwagę.

Szczęśliwie przyszedł czas filmowego głodu i z braku laku sięgnęłam po film,który miał być ‚teen padaką’. Zamiast ‚teen padaki’ dostałam nostalgiczny, klimatyczny thriller łączący w sobie kino psychologiczne z opowieściami z dreszczykiem.

boys in the trees

Spodobał mi się przeogromnie zarówno ze względu na treść jak i na swoja formę.

Wszytko to zasługa prawie debiutanta, który sam spisał scenariusz i wyreżyserował obraz. Mimo, że nastoletnie dramaty od dawna nie są już moim udziałem przyjemnie było wybrać się w taką sentymentalną podróż do czasu wielkich wyborów i często też wielkich błędów.

Obraz skojarzył mi się i było to skojarzenie bardzo intensywne towarzyszące mi praktycznie od początku seansu z „Donie’m Darko”, a to chyba dobrze, prawda?

Wszytko zaczyna się od spotkania Corey’a i Jonaha. Wiemy, że ten pierwszy wraz z bandą swoich przygłupich koleżków regularnie dokucza temu drugiemu.Czym zasłużył sobie na to niepozorny chłopaczynka nie wiemy, ale śledząc rozwój wydarzeń w czasie ich spotkania możemy zorientować się, że Jonah to na swój sposób oryginał. Nie przypomina typowego, szkolnego kozła ofiarnego.

boys in the trees

Jonah sprytnie wmanewrowuje Coryea w grę, w którą grali w  dzieciństwie. Nie mogę sobie w tym momencie przypomnieć jej nazwy, była jakaś pokopana. Chłopcy wyruszają na wspólną przechadzkę po mieście odwiedzając kolejne upiorne zdaniem Jonaha miejsca. Towarzyszą temu opowieści chłopca, które wizualizują się przed oczami widza w formie mini horrorów.

Są świetne, a jak głęboka jest ich symbolika dowiecie się na finiszu. Nie będę ukrywać że fabuła skrywa przed widzem pewną tajemnice. Być może domyślicie się sprawy wcześniej, ale nie sądzę żebyście pojęli wszystko.

boys in the trees

Z całej tej filmowej opowieści sączy się smutek. Tak jak lubię najbardziej w filmach grozy. Przesiąknięty jest nim każdy kadr każde filmowego słowo. Kontekst całej sprawy jest niezwykle dramatyczny, myślę że dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać.

Jeśli zdecydujecie się na seans z „Boys in the Trees” przygotujcie się na coś czego nie oglądamy codziennie w kinie grozy.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:10

Klimat:10

Napięcie:7

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

to coś:10

74/100

W skali brutalności:1/10

Wybieram śmierć

Byłem Bogiem – Paweł Widomski

byłem bogiem

Czterdziestoletni samotny pracownik firmy deweloperskiej w procesie sądowym zwanym życiem otrzymał wyrok śmierci, bez odroczenia. Postanowił nie składać apelacji i bez mrugnięcia okiem zaakceptował kilkutygodniowy termin realizacji. Zamiast czekać w celi śmierci, postanawia ją spieniężyć i ostatnie chwile życia spędzić ciesząc się wolnością absolutną.

Paweł Widomski na okładce  swojej książki daje się poznać jako pisarz niemal debiutant, bezceremonialnie chwalący się młodą żonką. Publikować zaczął dość późno. Jego dotychczasowego dorobku, złożonego z dwóch książek nie miałam okazji poznać. Teraz po lekturze trzeciej z nich nie wykluczam, że po nie sięgnę przy nadarzającej się okazji.

„Byłem Bogiem” przykuła moja uwagę interesującą okładką i odważną deklaracją w tytule. Lektura nie zajęła mi dużo czasu, bo styl autora, mimo, że jeszcze nie do końca wprawny, pozwalał mi przepłynąć przez treść bez najmniejszych trudności. A owa treść zaintrygowała mnie na tyle bym bez wyrzutów mogła chłopinę poklepać po ramieniu.

Bezimienny bohater powieści i jej narrator w jednej osobie dowiaduje się, że zapadł na wyjątkowo perfidną odmianę nowotworu: trzustka. Nasz bohater widząc męki swojej matki złożonej nie aż tak beznadzieją diagnozą postanawia, że nie będzie walczył w przegranej bitwie. Z wdzięcznością przyjmuje receptę na morfinę i rusza w ostatni bal swojego życia.

Jeśli obawiacie się, że „Byłem bogiem” przygnębi Was agonalnym wyciem jej bohatera, muszę Was uspokoić, że w powieści jest tyle samo humoru – wisielczego co prawda – co smutku. Gatunkowo możemy tu mówić zarówno o powieści psychologicznej jak i o thrillerze, bo ostatni bal naszego Rakowskiego przewiduje morderstwo.

Towarzyszenie bohaterowi powieści w jego ostatnich tygodniach życia nawet największego twardziela skłoni do refleksji. Może ponurych, a paradoksalnie może nie, może dzięki temu zauważycie małe przyjemnostki życia? A na koniec dostaniecie małego mind fuck’a prosto w czoło, a co.

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae

 

Ich sto lat w samotności

The Lodgres/ Lodgers: Przeklęci (2018)

lodgers

Bliźnięta Rachel i Edward mieszkają samotnie w starym domu odziedziczonym po przodkach. Ich rodzice zmarli przed laty i od tej pory rodzeństwo jest zdane tylko na siebie. Obydwoje wierzą, że na ich rodzie spoczywa klątwa. Duchy posiadłości wyznaczają zasady, których przestrzeganie stanowi sposób na przetrwanie. Rachel nie marzy o niczym innym jak tylko wyrwaniu się z domu, jednak lęki Edwarda rosną, a klątwa ciążąca na rodzeństwie przypomina o sobie każdorazowo gdy dochodzi do nagięcia zasad. Pojawienie się w domu prawnika wróżącego finansowy upadek rodzinie oraz znajomość Rachel z miejscowym weteranem, Samem, przynosi kolejne komplikacje.

„The Lodgres: Przeklęci” to drugi obraz w dorobku irlandzkiego reżysera Brian’a O’Malley’a. Po całkiem udanym debiucie w postaci Let us prey O’Malley proponuje nam historie przeklętego roku żyjącego w małym Irlandzkim miasteczku na początku XX wieku.

lodgers

Klimat filmu od początku skojarzył mi się klasycznymi horrorami gotyckimi, które wyjątkowo lubię. Nienazwane i nie do końca zobrazowane zło kryjące się pod murami domu to jednak nie biała dama, czy duch kobiety w czerni. Tu znajdujemy przestrzeń na własne domysły i interpretacje.

Osobiście bardzo szybko pojęłam w czym tkwi problem rodziny Edwarda i Rachel, co nieco zepsuło i jedyną filmową niespodziankę. Wszystko za sprawą jednego, acz konkretnego skojarzenia.

SPOILER: Mam tu na myśli Katie i Chistophera z „Kwiatów na poddaszu”. „The Lodgers” dość silnie do nich nawiązuje. Hasło rodowa klątwa łatwo naprowadziło mnie na ten trop. Klątwa zakłada konieczność życia w izolacji i tu wyświetlił mi się w pamięci fragment powieści Marqueza „Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają drugiej szansy na ziemi”. Kazirodztwo było więc oczywistym tropem, który okazał się słuszny. KONIC SPOILERA.

Myślę, ze trafnym i dość popularnym skojarzeniem będzie obraz „Zagłada domu Ushrów” na podstawie opowiadania Poe’go.

Mimo, że w moim przypadku tajemnica szybko została zdemaskowana potrafiłam się cieszyć seansem z filmem. Fabuła nie obfitowała w moim przypadku w niespodzianki, jednak nastrój filmu, jego oniryczna i metaforyczna wymowa bardzo przypadła mi do gustu. Urzekła mnie też kreacja głównej bohaterki, bardzo dobrze zagrana przez śliczną Charlotte Vege.

lodgers

Technicznie film również prezentuje wysoki poziom. Uwagę zwracają efekty, które z resztą wyróżniono nagrodą. Owe efekty to jednak nie zagrania w stylu Jamesa Wana, które choć skuteczne mogą razić swoją natarczywością. Tu obserwujemy raczej chwyty w stylu wczesnego del Toro, subtelne i bardzo hym.. malarskie? Chyba nie znajdę lepszego określenia.

Doskonałą robotę robi też samo miejsce akcji, posiadłość rodowa Edwarda i Rachel. Miłośnicy słynnych nawiedzonych domów rozpoznają tu irlandzki Loftus Hall, znany ze swojego rzekomego nawiedzenia. Czy nawiedzony, czy nie na taki właśnie wygląda.

lodgers

Jak wspomniałam scenariusz dopuszcza metaforyczne rozumienie treści historii, co jest zasługą debiutującego Davida Trupina. Warstwa dramatyczna stanowi solidny filar całej opowieści. Film powinien się spodobać amatorom nastrojówek.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:9

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:7

66/100

W skali brutalności:1/10

Ktoś nadchodzi

Inside (2016)

inside

W wyniku wypadku samochodowego ojciec dziecka Sary umiera, a ona samotnie oczekuje narodzin ich potomka. W czasie jednego z samotnych wieczorów kobieta zostaje napadnięta we własnym domu przez nieznaną sprawczynie.

Francuskie „Najście” jest moim ulubionym filmem do polecania kobietom w ciąży 🙂 Jest brutalny, krwawy, a jego fabuła przestawia heroiczną walkę ciężarnej kobiety z psychopatką która wdziera się do jej domu.

Oryginał powstał z dobre dziesięć lat temu, ale remake doczekaliśmy się dopiero niedawno. Jest to film anglojęzyczny, ale reżyserem jest Hiszpan. Facet, któremu nie zabrakło jaj gdy kręcił brutalną „Napaść„, co pewnie spodobało się producentom, który powierzyli mu remake „Najścia”.

Ciekawa jestem na ile facet stracił rozmach a na ile założenia wytwórni związały mu ręce, bo „Inside” z 2016 nie przypomina, ani pełnego gore francuskiego „Najścia”, ani brutalnej hiszpańskiej „Napaści”.

Fabuła z grubsza się zgadza z oryginałem. Jest ciężarna zaatakowana we własnym domu przez inną kobietę.

inside

Problem w tym, że sposób w jaki przedstawiono całą sytuację jest tak pozbawiony dramatyzmu, że ciężko tu choćby marzyć o napiętej atmosferze.

Sceny które porażały w oryginale tu zastąpiono cokolwiek niejasnymi dla logicznie myślącego człowieka rozwiązaniami fabularnymi. Na konto strachu dostajemy nudę.

Co jest w tym wszystkim najgorsze z postaci antagonistki zrobioną ciocię klocie, która mimo wysiłków wkładanych w mimikę nie jest wstanie dorównać oryginalnej szajbusce, która za sprawą scenariusza miała dużo większe pole do popisu.

inside

Fakt, że oprawczyni udało się przyskrzynić ofiarę zawdzięcza tylko jej głupocie. Zupełnie nie ma tu przestrzeni na poważną rozgrywkę, która trzymałaby za gardło, zaskakiwała widza, budziła w nim brutalny sprzeciw. Remake „Najścia” to popłuczyny po oryginale i nic ponad to.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:3

Walory techniczne:6

Aktorstwo:5

Oryginalność:2

To coś:4

41/100

W skali brutalności:1/10

Mglista sprawa

La ragazza nella nebbia/ Dziewczyna we mgle (2017)

dziewczyna we mgle

W małym włoskim miasteczku w górach dochodzi do zaginięcia nastolatki.

W lokalnej społeczności zaginiona postrzegana jest jako wzór cnót toteż media szturmem ruszają z misją zdemaskowania sprawcy. Z powodu medialnego przecieku trop pada na miejscowego nauczyciela. Wydaje się, że nie ma szans na najmniejsze wątpliwości.

„Dziewczyna we mgle” koprodukcja, Włoch, Francji i Niemiec powstała na podstawie książki Włocha Donato Carisi. On sam napisał też scenariusz i wyreżyserował film w oparciu o swój najbardziej znany kryminał

Niestety nie miałam okazji zapoznać się z pierwowzorem, ale skorzystał na tym fakcie film: wyprowadził mnie w pole, zaskoczył, pozostawił pod wrażeniem. Produkcja naprawdę udana i niepozostawiająca wątpliwości co do swojej jakości.

Jej główna siła tkwi w niebanalnej intrydze, której widz stanie się ofiarą.

Historię poznajemy dzięki zabiegowi retrospekcji. Agent Vogel po spowodowaniu wypadku samochodowego trafia do psychiatry Augusto Floresa. To w rozmowie z nim odkrywa przed nami kolejne zaskakujące fakty dotyczące sprawy rudowłosej zaginionej. Niespodzianki czekają na każdym zakręcie tej historii. A gdy jesteśmy już przekonani, że nic więcej nie zostanie ujawnione przychodzi epilog.

dziewczyna we mgle

Żeby poprzeć swoje stanowisko musiałabym zdemaskować zamysł scenariusza, a tego nie mogę zrobić. Musicie więc uwierzyć mi na słowo.

Jeśli już zdecydujecie się na seans z „Dziewczyną we mgle” musicie się nieco zaangażować w śledzenie filmowych zdarzeń, żeby nie było, że czegoś nie załapaliście i film przez to stracił w Waszych oczach.

Nie jet to bowiem opowieść z rodzaju tych, które można rozgryźć w pierwszych dwudziestu minutach, a sprawcę wraz z jego modus operandi można typować po jednorazowym rzucie okiem na filmowe postacie.

dziewczyna we mgle

Tu naprawdę jest przewrotnie i mimo iż droga do rozwiązania zagadki będzie Was trochę kosztować, to warto. 

Produkcja stoi też na wysokim poziomie realizacyjnym, widać ogrom pracy całej ekipy, a z obsady nikt nie odstaje warsztatowo. Całość pozbawiona hollywoodzkiej toporności i banału, ogląda się bardzo przyjemnie i jak było w moim przypadku z rosnącym zaangażowaniem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:9

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:7

Zaskoczenie:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

to coś:7

72/100

W skali brutalności:1/10

Samotność ma różne kształty

Kształt wody – Guilermo del Toro, Daniel Kraus

kształt wody

Ameryka, lata ’60 XX wieku. Wojskowy Richard Strickland z wyprawy do Amazonii przywozi okaz niezwykłego stworzenia. Niebieski człekokształtny stwór posiada zdolność oddychania pod wodą, ale może też krótki czas przetrwać na lądzie. A to nie koniec jego niezwykłych właściwości.

Dla ośrodka badań kosmicznych mieszczących się w Baltimore okaz jest szansą na przełom w dziedzinie podboju kosmosu. Niema sprzątaczka, Elisa pracująca w Occam poznając stwora pozostaje pod jego wrażeniem. Odwiedza go w tajemnicy i nabiera przekonania o jego bliskiej ludzkiej naturze. Gdy generał Hoyt zarządzający sprawą amazońskiego stworzenia decyduje o zabiciu go celem poddania wiwisekcji Elisa wraz  przyjacielem postanawiają uratować cudowne stworzenie.

Film powstały w oparciu o powieść del Toro i Krausa otrzymał w tym roku Oscara. Widziałam go, owszem, ale nie o nim dziś będzie mowa. Dziś skupię się na książkowej wersji tej opowieści.

Historia jej powstania jest nieco pogmatwana. Jak twierdzi Daniel Kraus zarys pomysłu na powieść  zrodził się w jego głowie jeszcze w dzieciństwie. Chodził za nim przez lata, aż opowiedział o nim del Toro, przy okazji pracy nad „Throllhunters”. Minęło parę lat. Kraus chciał spisać „Kształt wody”, a del Toro nakręcić. Obydwu Panom zależało na tym by obydwie wersje nie różniły się od siebie wiec weszli w spółkę i ostatecznie napisali książkę razem, a del Toro nakręcił film. Ktoś mógłby powiedzieć, że del Toro wykorzystał Daniela, ale kto wie czy książka w ogóle ujrzałaby światło dzienne gdyby nie nazwisko hiszpańskiego reżysera?

Powieść różni się od filmu. Dla mnie to przede wszystkim większe zainteresowanie postaciami antybohaterów, Richarda Stricklanda i generała Hoyta. Nie można też zapomnieć o żonie tego pierwszego, Elaine. bardzo ciekawa ewoluująca na kartach powieści postać pozostaje w miejscu w przypadku filmu i robi w zasadzie za rekwizyt.

Przyglądając się bliżej poszczególnym postaciom rozwijamy ich psychologiczne portrety, co wypada bardzo korzystnie w przypadku książki, w filmie, raczej zrozumiałe, zabrakło na to czasu i miejsca. Z filmu dowiemy się o Stricklandzie tyle, że jest zimnym sukinsynem, z lektury powieści dowiemy się co go takim uczyniło.

Jednakże zarówno w  przypadku filmu jak i w przypadku powieści głównym tematem przewodnim jest inność, odmienność i wynikająca  z nich samotność.

Richard jest samotny ze swoją traumą, Elaine ze swoimi nietypowymi jak na amerykańską żonę w latach ’60 pragnieniami, samotny jest przyjaciel Elisy, wykluczany zawodowo z powodu swoich preferencji. Samotna jest Elisa, niezdolna do wejścia w relację, przerażona światem i skazana na wewnętrzną pustkę. Wreszcie nasz główny bohater, bezimienny stwór wyrwany ze swojego świata, zabrany tam gdzie jego niezwykłość budzi jedynie chęć jej unicestwienia.

„Kształt wody” przekracza kolejna granice. Być może dlatego zaskarbił sobie sympatię tak wielu osób. A może odpowiedź jest całkiem inna. Może to tylko metafora. Nie musimy być amazońskimi ryboludami, żeby czuć się obco w swojej rzeczywistości?

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

zysk

Zacznijmy od nowa

El secreto de Marrowbone/ Tajemnica Marrowbone (2017)

tajemnica marrowbone

Jest końcówka lat ’60. Rose wraz z czwórką swoich dzieci, Jackiem, Billym, Jane i małym Samem ucieka z Anglii przed mężem okrutnikiem. Wraca do Stanów by osiąść w rodzinnej posiadłości Marrowbone.

Wkrótce po przybyciu na miejsce kobieta umiera. Na łożu śmierci każe przysiąc najstarszemu z synów, że zaopiekuje się młodszym rodzeństwem. By nie zostać rozdzielonymi dzieciaki Rose ukrywają fakt jej śmierci czekając aż najstarszy brat ukończy 21 lat i będzie mógł stać się ich prawnym opiekunem i właścicielem posiadłości.

Rodzeństwo zmuszone jest żyć w nieustannym lęku i izolacji, ukrywając fakt śmierci matki, bojąc się powrotu ojca i czegoś jeszcze, czegoś kryjącego się w murach starego domu.

tajemnica marrowbone

„Tajemnica Marrowborne” to autorska produkcja Sergia Samcheza, Hiszpana, twórcy między innymi horroru „Sierociniec”.

Tym razem postawił na film anglojęzyczny, którego akcja rozgrywa się za oceanem, jednak mimo tych zmyłek da się tu wyczuć ducha hiszpańskich nastrojówek.

Podobnie ja w przypadku większości hiszpańskich produkcji grozy dużą rolę odgrywa tu warstwa dramatyczna. Jet to opowieść z rodzaju tych smutnych, dla których niewyjaśnione zjawiska są nie tyle motorem napędowym całej fabuły co wisienką na torcie, kropką nad „i”.

Historia może Wam się skojarzyć z „Kwiatami na poddaszu, „Zawsze mieszkałyśmy na zamku” czy „Betonowym ogrodem”, ale to tylko luźne nawiązanie. Twórca obiera własną drogę i choć nie jest ona pionierskim szlakiem to nie jestem skłonna do urągać na wtórność pomysłów.

tajemnica marrowbone

Osadzenie akcji w starym domostwie może Wam kazać doszukiwać się podobieństw do klasycznych ghost story z motywem nawiedzonego domu, pełnych nagłych manifestacji zjawisk nadprzyrodzonych, ale tego tu nie znajdziecie. Mimo to nie można narzekać na klimat właściwy dla opowieści grozy, ale zbudowany nie tak typowymi i mainstreamowymi chwytami.

Technicznie film stoi na wysokim poziomie, podobnie sprawa wygląda z aktorstwem. Spotkamy tu sporo znanych twarzy, znanych szczególnie fanom kina grozy, jak Mia Goth z „Lekarstwa na życie„, Charlie Heaton z „Stranger Things„, czy Anya Taylor-Joy z „Czarownicy„.

Ostatecznie mogę stwierdzić, że jest to jedna z lepszych produkcji jakie widziałam w ostatnim czasie. Warta uwagi i warta polecenia.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

To coś:8

Oryginalność:6

72/100

W skali brutalności:1/10