Miesięczne archiwum: Maj 2018

Tylko po cichu

A Quiet Place/ Ciche miejsce (2018)

ciche miejsce

Evelyn i Lee to małżeństwo z dwojgiem dzieci. Przyszło im żyć w nieprzyjaznych czasach, w których każdy głośniejszy dźwięk może skończyć się śmiercią. W świecie praktycznie całkowicie pozbawionym ludzkich istot żyją stwory o niezwykle czułym aparacie słuchu.Potrafią bezbłędnie zlokalizować ofiarę i błyskawicznie ją zabić. Ci, którzy chcą przetrwać muszą pogodzić się z egzystencją w całkowitej ciszy.

Ten cichy, milczący wręcz horror stał się jak dotąd najgłośniejszym filmem roku. Mimo, że jest reżyserskim debiutem zostawił w tyle konkurencję. Może to znak, że coś zmienia się w mentalności grona odbiorców horrorów?

ciche miejsce

Byłam bardzo ciekawa tego obrazu nie tylko z powodu pozytywnych opinii krytyków i widzów.

Finalnie produkcja okazała się… dobra. Może nawet bardzo dobra, może najlepsza jaką będę mieć okazję widzieć w tym roku. Dlatego, że jest dobrze zrealizowana, utrzymana w klimacie, który lubię z dobrym aktorstwem i składnym scenariuszem. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie zrobiła na mnie takiego wrażenia bym mogła uznać ją za przełomową i wybitnie wyjątkową.

Generalnie cały zamysł jest dość prosty. Oto mamy jakąś apokalipsę, która zmiotła z powierzchni ziemi większość istnień ludzkich i została zasiedlona przez potwory. Potwory te używają echolokacji, a ich zmysł słuchu jest wyczulony na tyle, że usłyszą najmniejsze pierdnięcie.

ciche miejsce

Rodzina Abbottów porozumiewa się ze sobą w języku migowym zachowując wszelkie środki ostrożności. Zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidziane, więc ich egzystencja naznaczona została dramatem utraty jednego potomka. Teraz Evelyn spodziewa się kolejnego dziecka.

Fabułę śledziłam z zainteresowaniem, jest to film przyjemny dla oka. Dla fanów skocznych scen znajdzie się kilka ujęć frontalnych ataków. Elementem stricte horrorowych są też wizualizacje samych potworów. Wyglądają dość poprawnie, mieszcząc się w standardach kina sci -fi, ale bez większego polotu mówiąc szczerze.

ciche miejsce

To co najlepiej udało się w filmie Krasinskiego to stworzenie atmosfery permanentnego zagrożenia, to, że w sytuacji strachu bohaterom odmówiono najbardziej ludzkiej reakcji, czyli krzyku. To właśnie sceny w których protagoniści muszą milczeć choć instynkt podpowiada im coś zupełnie innego doceniłam najbardziej.

Cóż więcej mogę rzec, śmiało oglądajcie, bez oporów.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:2/10

Kłopoty rodzinne

Mom and Dad/ Mama i tata (2017)

mom and dad

Kendal i Brat są małżeństwem w średnim wieku wychowującym dwójkę dzieci, nastoletnią Carly i małego Josha. Mimo iż ich życie rodzinne można uznać za udane od czasu do czasu dopadają ich frustracje i tęsknota za życiem bez zobowiązań, bez dzieci. Jeden z takich kryzysów zbiega się w czasie z wybuchem przedziwnej epidemii, której głównym objawem jest chęć zamordowania własnego potomstwa.

Kto nie miał nigdy chęci ukatrupić swojego dziecka niech pierwszy rzuci kamień – zdaje się mówić przesłanie filmu Briana Taylora.

„Mom and Dad” to horror komediowy, wykorzystujący motyw odwrotny od tego, który możecie pamiętać z „Childreen”. Tam, bowiem, to dzieci przypuściły atak na rodziców- generalnie wszystkich dorosłych – tu mamy sytuację odwrotną – to rodzice mordują własne dzieci.

mom and dad

Dzieciobójstwo poważna sprawa, ale reżyser obrał tu inną drogę. Zamiast moralizować z surową miną, on postawił na pastisz i wytoczył działa czarnej komedii.

O tym, że właśnie z tego rodzaju opowieścią będziecie mieli tu do czynienia przekonacie się już w pierwszych minutach filmu. Rozpoczyna się on zupełnie jak kino familijne, jednak przy każdej możliwej okazji puszcza do widza oczko.

Akcja właściwa rozpoczyna się dość szybko i nie odpuszcza. Jest głośno, krwawo i wesoło. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie kreacja Nicolasa Cage’a. Nie lubię typa. Choć nie powiem by „Pan życia i śmierci”, czy „Living Las Vegas” nie były dobrymi filmami. W każdym razie cała obsada daje radę.

mom and dad

W tej ogólnej wesołości i pełnym relaksie znajdzie się też miejsce na całkiem niegłupie refleksje, z przymrużeniem oka, ale jednak. Generalnie uważam ten film za udany zwłaszcza, że połączenie horroru z komedią udaje się tylko z rzadka.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

oryginalność:7

To coś:7

65/100

w skali brutalności:2/10

Uciekaj, serce moje

Escape room (2017)

escape room

Tyler wraz z dziewczyną i kilkorgiem znajomych świętuje trzydzieste urodziny. Jego piękna dziewczyna Christen postanowiła z tej okazji zorganizować coś ekstra: wyprawę do escape roomu. Ta niewinna rozrywka przyprawi ich jednak o coś więcej niż napięcie i chwilowy dreszcz.

Tym razem nadaję do Was o tym „Escape room’ie”, o którym krzyczano na plakatach kinowych. Jest to produkcja w stu procentach profesjonalna, zrobiona przez doświadczonych filmowców, czyli poważny kandydat na kasowy hit. Niestety świat horroru rządzi się innymi prawami i zazwyczaj to właśnie pretendenci do wszelkich pochwał odpadają w przedbiegach.

Zanim miałam okazje sama zobaczyć film, naczytałam się o nim wielu niepochlebnych opinii. I choć bardzo chciałabym być przekorna, to jednak muszę się zgodzić z opinią większości.

„Escape room”, mówiąc krótko to takie popłuczyny po „Pile” z czasów jej świetności. Wykorzystuje motyw zamknięcia bohaterów wbrew ich woli by kolejno wymierzać im bolesne razy, które nie każdy przeżyje.

escape room

Film miał w zasadzie tylko jeden dobry moment, jeśli chodzi o walory grozy i mam tu na myśli scenę śmierci pierwszej z par, siostry Tylera i jej chłopaka.

Cała reszta nie robi już wrażenia i oto nastaje koniec na samym początku.

„Escape room” nie celuje w nurt torture porn tylko i wyłącznie. Stara się zaoferować coś inteligentniejszego wprowadzając na arenę psychologiczne gierki i przewrotne zagadki. Niestety, ani te pierwsze ani te drugie nie zdają egzaminu. O ich poziomie może zaświadczyć chociażby pomysł na postać głównego bohatera, Tylera, który to rzekomo miał być czarujący i inteligentny. Jawił mi się raczej jako tępy chuj na kaczych nóżkach, ale niech tam.

escape room

Zagadki, które recytuje anonimowy antagonista  w prologu obrazu rozgryzł by bystry ośmiolatek.

Dla tych, którzy nie zgłębiali tematu, całe te escape room’y to bardzo popularna rozrywka. Ich założenie to przeżycie przygody w gronie znajomych. Ci, który się na to zdecydują zostają umieszczeni w zamknięciu i tylko rozgryzienie przewodniej zagadki pozwoli na wydostanie się z opresji. Oczywiście wszytko odbywa się w warunkach kontrolowanych. Filmowy escape room to więc taka fantazja na temat tego co by było gdyby.

Idźmy dalej. Jako takie nadziej wiązałam z postacią Christen i bardzo liczyłam na jakiś surprise z jej udziałem, niestety nic z tego. Zamiast tego podziwiałam taniec godowy jej koleżanki, która bardzo chciała ugościć w swych nogach naszego czarusia Tylera.

Nie mogę się jednak przyczepić do technicznego wykonania tej produkcji. Wszytko jest na swoim miejscu i dobrze się na to patrzy. Może nawet aktorstwo nie jest takie złe, a kwestia leży w samych postaciach i ich skrajnej nijakości.

Powiem więc tak, obejrzeć się to da, ale nic ponad to.

Moja ocena:

straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

48/100

W skali brutalności:3/10

Śniłaś mi się

Dziewczyna ze snów – Michał Gałwa

dziewczyna ze snów

Ameryka rok 1967.Nastoletni Jake Hopkins przeprowadza się wraz z ojcem do Iglastych Wzgórz, małej mieściny w której urodził się ojciec chłopaka i w której ma teraz objąć stanowisko szeryfa. Młody nie jest zadowolony z przeprowadzki, która jawi mu się jako wyrok śmierci.

Jednak śmierć z nudów nie będzie mu pisana. Wraz z przybyciem do nowego domu Jake’a zaczynają nawiedzać koszmary dalekie od jego zwyczajnych problemów ze snem. Co więcej sny mają silny związek z rzeczywistością. Stopniowo zacierające się granice między jawą, a snem doprowadzą chłopaka na skraj szaleństwa.

„Dziewczyna ze snów” jest drugą książką młodego autora, Michała Gałwy, która ukazała się nakładem wydawnictwa Novae Res. Nie miałam okazji przeczytać jego debiutu, więc nie wiem jaki od tego czasu postęp poczynił pan pisarz.

Przynależność gatunkowa „Dziewczyny ze snów” oscyluje między powieścią psychologiczną – żeby nie powiedzieć psychodeliczną, a dreszczowcem w którym znajdzie się miejsce na zjawiska niewyjaśnione.

Jak wspomniałam w opisie, akcja powieści rozgrywa się w Stanach, co nie jest popularnym chwytem u naszych rodzimych autorów. Co więcej dzieje się w końcówce lat ’60, co też może być zastanawiające. Czyżby autor był miłośnikiem tamtego okresu?

Myślę, że wyjaśnienie jest bardziej prozaiczne i składa się z trzech liter: LSD. Wątki związane z kwasem, okolicznościami jego stosowania przez amerykańską młodzież wyraźnie zajmują autora. Niestety zapomniał o kilku innych aspektach i skoro już jestem przy czasie i miejscu akcji to może o nich napomknę, choć może nie wypada zaczynać od słów krytyki?

Już na pierwszych stronach, mamy sporą wtopę. Jake biadoląc nad swoim losem zesłańca do małej mieściny, rzuca, że przeprowadzka jest dla niego jak informacja o tym, że ma HIV. Widzicie problem? Mamy rok 1967, wirus HIV został odkryty w 1983 roku. Trochę dalej mamy kolejna gafę. Autor wspomina o Jeffrey’u Dahmerze jako o seryjnym mordercy. Problem w tym, że w 1967 Jeffrey miał może z siedem lat i jeszcze nikogo nie zdążył zabić.

Gdybym była upierdliwa, lepiej orientowała się w kulturze i XX wiecznej historii Stanów pewnie znalazłabym więcej kwiatków, ale na szczęście dla autora tak nie jest:)

„Dziewczyna ze snów” nie przyprawiła mnie co prawda o ból głowy, ale też nie zachwyciła. Wiele z elementów fabuły bardzo mi się spodobało, ale moim zdaniem można je było wykorzystać lepiej, z większą rozwagą, większym przemyśleniem.

Motywem przewodnim są sny. Autor bardzo dba o to by zdrowo namieszać w głowie czytelnikowi przechodząc ze nu do jawy, mieszając te dwa stany i podkręcając wszystko dodatkowo wspomnianym LSD.

Wypada to fajnie, ale odniosłam wrażenie, że w pewnym momencie przestałam nadążać, albo autor sam się zapętlił. SPOILER: Z kim pobił się Ray skoro odbywał karę, jeśli Jake był warzywem w domu opieki? KONIEC SPOILERA.

Same opisy snów, ich specyfiki i wszystkich meandrów z nimi związanych wypadają całkiem dobrze i wiarygodnie choć specjalistką w tej dziedzinie nie jestem. Samo prowadzenie fabuły, nierówne, momentami można się zamotać, ale czyta się to nie najgorzej i nie mam większych uwag do stylu. Sam finał, owszem zaskakujący i udany, ale mam ‚ale’, które umieściłam w spoilerze parę pięter wyżej. Generalnie, całość do strawienia bez boleści w kiszkach:) Plus dla wydawcy za dobrą okładkę.

Moja ocena: 6/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

 novae

Potwór tu jest

En las afueras de la ciudad aka Hidden in the Woods (2012)

hidden in the woods

Ana i Anny dwie młode kobiety dorastały na chilijskim odludziu w całkowitej izolacji. Po śmierci ich matki wychowywał je ojciec dopuszczający się na kazirodczych gwałtów na swoich córka. Jedna z nich urodziła dziecko. Pewnego dnia gdy ojciec wpadł w kolejny szał na ich posesji pojawiła się policja. Mimo, że stróże prawa przegrali w walce z szaleńcem dziewczynom udało się uciec od ojca oprawcy. Jednak to wcale nie koniec ich kłopotów.

„En las afueras de la ciudad”, znany bardziej pod tytułem „Hidden in the woods” powstał w oparciu o prawdziwą historię dziewcząt będących ofiarami ojca sadysty utrzymującego się z konszachtów z kartelem narkotykowym.

W 2014 roku chilijska produkcja doczekała się amerykańskiego remake i jak niesie gminna wieść nie jest on wcale lepszy od oryginału.

A oryginał. Cóż, nie mogę powiedzieć by film ten mnie nie zaskoczył. Dawno nie oglądałam tak popapranej rzeczy. Gore wylewa się z niego gęstym strumieniem idąc w konkury z torture porn.

hidden in the woods

hidden in the woods

Fabuła jest zaskakująco nielogiczna i bogata w nonsensy. Ciężko mi dać wiarę autentyczności tych wydarzeń i wcale nie dlatego, że są niewyobrażalnie okrutne tylko za względu na sposób w jaki zostały wyłożone. Absurd goni absurd i tak przez cały film.

Nikogo z bohaterów tej filmowej tragedii nie śmiałabym posądzić o myślenie. Dialogi to kompletny kanał a aktorstwo sięga dna. Gdzie jest reżyser, aż chce się spytać? Co gorsza wcale nie jest on debiutantem, groza przejmuje na samą myśl o kierunku rozwoju jego kariery.

Jeśli macie ochotę na naprawdę bezrozumną rąbankę okraszoną przemocą seksualną to nic tylko brać;)

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:3

Klimat:4

Napięcie:4

Zabawa:3

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:2

Aktorstwo:2

Oryginalność:5

to coś:1

31/100

W skali brutalności: 5/10

Cudowna

Prodigy (2016)

prodigy

Doktor Fonda specjalizujący się w psychologii dziecięcej podejmuje się zbadania dziewczynki przetrzymywanej w obiekcie wojskowym z uwagi na swoje niezwykłe właściwości. Ellie okazuje się dużym zawodowym wyzwaniem dla mężczyzny, mimo tego wydaje się on być jedyną osobą widzącą w niej człowieka.

„Prodigy” sklasyfikowany jako thriller sci- fi  jest dziełem duetu filmowców o niewielkim dorobku. Spokojnie można ich nazwać debiutantami.

Obraz zrobiono niewielkim kosztem, choć jak na kino sci-fi przystało doczekamy się tu paru efektów i wcale nie są one najgorsze. Niedobory w budżecie widać szczególnie. Próżno szukać tu gwiazd mogących zwabić widzów przed ekrany. Aktorstwo, zwłaszcza jeśli idzie o postaci z dalszego planu nie jest wybitne. Postaci czołowe radzą sobie lepiej, ale widać, że aktorzy nie maja wielkiej wprawy i nigdy nie przestąpili progów większych studiów filmowych.

Scenariusz nie grzeszy oryginalnością, ale może zainteresować widza.

Rzecz dotyczy badań nad nadprzyrodzonymi właściwościami umysłu małej Ellie, która nie tylko jest wybitnie inteligentna, ale też potrafi wykorzystać swój umysł do czegoś więcej niż słowne utarczki z naukowcami.

Dziewczynka posiada zdolności psychokinetyczne, ale nie jest to największy problem. Największym problem jest podejrzenie, że mała jest psychopatką mogącą wykorzystywać swoje moce do niszczycielskich celów. Zadaniem doktora Fondy jest więc zbadanie małej pod tym kątem.

prodigy

prodigy

Fabuła w zasadzie ogranicza się do przedstawienia przebiegu spotkania psychologa z badaną. Młoda zabawia go rozmową, a on stara się wywnioskować z niej czy jest maszyną do zabijania, czy tylko przestraszonym dzieckiem.

Powiem tak, nie wypada to najgorzej. Dla miłośników poruszanych tu wątków i motywów będzie to zapewne interesujące spotkanie. Jeśli lubicie kino minimalistyczne też może być okej. Sama film oglądałam z zainteresowaniem, choć nie mogę go nazwać wybitnie dobrym. Ot średniak z ambicjami.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

55/100

W skali brutalności:1/10

Kiedy skończy się lato

Koniec lata – Anders de la Motte

koniec lata

Jest rok 1983 w małym miasteczku w Skani. Pewnego letniego wieczoru dochodzi tam do zaginięcia niespełna pięcioletniego chłopca. Cała społeczność na czele z komendantem policji rusza na jego poszukiwania.

Mija jednak dwadzieścia pięć lat a sprawa zaginięcia Billego wciąż jest tajemnicą. Wiele zaangażowanych w to osób, w tym dorosła już siostra chłopca ma wrażenie, że lato ’83 roku nigdy się nie skończyło i nie skończy póki prawda nie wyjdzie na jaw. Nieoczekiwane pojawienie się mężczyzny łudząco przypominającego małego Billego spędza sen z powiek wielu z nich. Być może nie wszystkim zależy na odkryciu tajemnicy.

To moje pierwsze spotkanie ze szwedzkim autorem Andreasem le la Motte, który w przeszłości pracował jako policjant. Facet wydał kilka książek i część z nich ukazała się już w polskim przekładzie. Ja trafiłam akurat na „Koniec lata”. Nie jest to część jakiejkolwiek serii, które tak uwielbiają tworzyć Skandynawowie, więc nie napotkałam na żadne niejasności mogące być przeszkodą w odbiorze fabuły.

Historia rozpoczyna się retrospekcją z dnia zaginięcia Billego. Te retrospekcje będą powracać tworząc intrygującą przeplatankę ze zdarzeniami bieżącymi rozgrywającymi się po 25 latach od początku całej sprawy. Bardzo lubię takie zabiegi. Sprawiają, że nie wszytko od razu staje się jasne, a stopniowe odkrywanie tajemnic przeszłości doskonale podtrzymuje napięcie i sprawia, że ciężko się oderwać od powieści.W przypadku „Końca lata” nie jest inaczej.

Książka bardzo mnie wciągnęła. Nie tylko za sprawą bardzo ciekawej zagadki przewodniej, ale też ze względu na wątki poboczne, dozowane z umiarem, ale odgrywające bardzo ważną rolę w odbiorze całości.

Główną bohaterką powieści, jest Vera, siostra zaginionego Billego. Bardzo interesująca, pogmatwana postać – terapeutka żywiąca się smutkiem innych ludzi. To na jej drodze staje niejaki Isak, który może być jej zaginionym bratem. By dociec prawdy kobieta musi wrócić w rodzinne strony, zmierzyć się z krewnymi i społecznością miasteczka.

Lektura „Końca lata” doskonale sprawdziła się w moim przypadku. Czytałam ją na kocyku w słoneczny dzień. Skończyło się poparzeniami więc nie da się ukryć, że czytanie mnie pochłonęło:)

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

Nowe życie Thelmy

Thelma (2017)

thelma

Młoda dziewczyna wychowana  konserwatywnej i religijnej rodzinie opuszcza kontrolujących ją rodziców by rozpocząć studia w Oslo. Na miejscu poznaje eteryczną Anję, z która zaprzyjaźnia się a z czasem znajomość ta nabiera innego wymiaru.

W Thelmie budzi się coś nad czym nie potrafi zapanować i nie chodzi tu tylko o dojrzewającą seksualność.

„Thelma” w reżyserii norweskiego reżysera Joachima Triera najczęściej ujmowana jest w kategoriach dramatu, albo filmu fantasy. Osobiście widzę w nim sporo z thrillera czy nawet horroru paranormalnego. W każdej z tych kategorii wypada wyśmienicie.

Fabuła filmu często porównywana jest do francuskiego „Życia Adeli”, ze względu na wątek lesbijski, podobnie francuskiego „Raw” z uwagi na inne podobieństwa fabularne (motyw rodzinnej tajemnicy, z którą bohaterka zderza się po rozpoczęciu studiów), czy amerykańskim „Czarnym Łabędziem” ze względu na psychodeliczne rozwarstwienie świata realnego i urojonego. Sama dorzuciłam bym jeszcze kilka innych tytułów. Mimo tych rozlicznych porównań o jakich zapewne przeczytacie w sieci „Thelma” jest filmem bardzo oryginalnym. W mojej ocenie jednym z lepszych jakie oglądałam w ostatnim czasie, dlatego pomimo bardzo dużych rozbieżności w określaniu gatunku postanowiłam go Wam polecić.

thelma

Śledząc początki tej historii nie spodziewałam się takiego końca. Fabuła rozkręca się raczej niespiesznie dzięki czemu możemy lepiej odebrać wszystkie niuanse świata przedstawionego.

Głowna bohaterka, w tej roli nieznana mi dotąd , ale świetna Eli Harboe, jawi się jako ucieleśnienie nie winności. Nie pali, nie pije, nie przeklina, nie bzyka. Z każdego swojego ruchu spowiada się apodyktycznym rodzicom, którzy pod groźbą ognia piekielnego wymuszają na niej absolutne posłuszeństwo. Doprawdy będziecie zaskoczeni, gdy w końcu dowiecie się co kryje się za takim modelem wychowania.

Film Was zaskoczy, nie ma innej opcji. Sama miałam całą masę pomysłów na to co dzieje się z Thelmą i żaden się nie sprawdził.

thelma

Stopniowe poznawanie tajemnicy Thelmy poprowadzono po mistrzowsku. Jeśli zaś chodzi o stricte techniczne przełożenie tego pomysłu na efekt końcowy widać, że mamy tu do czynienia z produkcja z wyższej półki. Wszytko od aktorstwa po efekty cechuje się precyzją i dokładnością.

Nie od dziś wiadomo, że Skandynawowie potrafią robić filmy, nie inaczej jest w przypadku „Thelmy”. Gorąco polecam.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:9

klimat:8

Napięcie:8

Zaskoczenie:8

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

Wygnani z raju

Wyrok Diabła – Adrian Bednarek

wyrok diabła

Kuba Sobański cieszy się anonimowością w swoim krakowskim raju. Nikt nie wie, że wzięty adwokat w rzeczywistości jest seryjnym mordercą, który jeszcze nie tak dawno siał popłoch wśród młodych i urodziwych kobiet. Mimo, że każda z niewiast z którą wchodził w jakiekolwiek relację prędzej, czy później kończyła źle, Kuba postanowił pozostawić przy życiu Sonię- Nastolatkę podobnie jak on dręczoną demonami karzącymi jej zabijać. Mimo, że Sobański robi co może by nauczyć Sonię jak kontrolować popęd zabijania, ta wymyka mu się stawiając oboje na progu piekła.

Ci, którzy znają poprzednie części serii o krakowskim mordercy z pewnością czekali na jego wielki powrót. Autor w taki sposób pograł z czytelnikiem w epilogu poprzedniego tomu, tj, „Spowiedzi diabła”, że nie pozostawił wątpliwości, że oto czeka nas kryzys w raju. W ostatnich słowach Kuba zapowiada bowiem, że będzie mu potrzebny adwokat. W co się wpakował nasz nieuchwytny diabeł? Jak to możliwe, że popełnił błąd? Tego dowiecie się z lektury „Wyroku Diabła”.

To co autor zafundował swojemu bohaterowi z pewnością przejdzie Wasze przewidywania. Niestety nie mogę pozwolić sobie na zdradzenie Wam zbyt wielu szczegółów, ale mogę Wam zagwarantować zaskoczenie.

Autor podobnie jak w drugim tomie tj. „Procesie Diabła” wykorzystał motyw sądowy, toteż wszyscy miłośnicy tego typu wątków będą mogli w napięciu śledzić przebieg kolejnego procesu. Mogę chyba powiedzieć, że poznamy tu Kubę od nieco innej strony, choć wydawać by się mogło, że wszystko na jego temat zostało już napisane.

Znajdzie się też miejsce na to z czego zasłynął Adrian Bednarek, czyli pieczołowicie opisane polowania na niczego nieświadome ofiary i ich finał, czyli krwawe morderstwa.

Sonia, która mieliśmy okazję poznać w „Spowiedzi…” staje się tu niemal równorzędnym bohaterem. Śledzimy zarówno poczynania Kuby jak i przyglądamy się działaniu Sonii. Ta postać z resztą wzbudzi wiele kontrowersji, o ile nie wzbudziła ich już w poprzedniej książce. Sama nie należę raczej do teamu Sonia, ale też nie będę wnioskować o złożenie z niej całopalnej ofiary.

Jedno jest pewne, niezależnie jakie będzie Wasze zdanie o ścieżce jaką autor poprowadził swoich bohaterów będzie to emocjonująca wyprawa. Jeśli chodzi o mnie to w punkcie kulminacyjnym pojawiło się u mnie niedowierzanie. „Mówiły jaskółki, że niedobre są spółki”. W raju jest miejsce tylko dla jednego diabła.

Na ten moment jest to koniec przygód Kuby Sobańskiego. Czy zafunduje nam wielki come back zależy już tylko od autora. Tym czasem, borem lasem, możecie oczekiwać nowej powieści z całkiem nowym bohaterem. Mogę Wam już chyba zdradzić, że będzie nosić tytuł „Skazany na zło” i podobnie jak seria o Rzeźniku Niewiniątek ukaże się nakładem wydawnictwa Novae Res.

*Książka wyrok diabła jest objęta patronatem medialnym bloga Biblia Horroru

Moja ocena:8/10

Za książkę dziękuję autorowi Adrianowi Bednarkowi, oraz wydawnictwu Novae Res:

novae

Zły policjant

Mortem – Łukasz Jarosz

mortem

Łukasz Kowalczyk, policjant z dochodzeniówki tapla się na największej ohydzie jaką można sobie wyobrazić. Jego praca momentami przypomina wypompowywanie szamba, trudno się nie uwalać. Jego życie prywatne ogranicza się do zwierzęcego seksu z chętnymi paniami, wizyt u terapeutki mającej pomóc mu w zwalczaniu wewnętrznej agresji i chamskich pyskówek ze współpracownikami.

Konsekwentnie próbuje popełnić samobójstwo, ale odkłada ten czyn w czasie by jeszcze zdążyć wypompować ostatnią porcję szamba ze swojego rewiru. Jego celem jest schwytanie seryjnego mordercy, zwanego „Przystojniakiem”, a także wymierzenie sprawiedliwości gangsterom, którzy skrzywdzili  zaprzyjaźnioną prostytutkę.

Nie udało mi się namierzyć żadnych informacji na temat autora „Mortem”. Jedynym poczynionym ustaleniem jest fakt, że jest to jego druga powieść. Pierwsza, „Ludojad”, został wydana tylko w formie e-book’a.

Cóż mogę, rzec o tym prawie debiucie? Jest to książka naszpikowana agresją i wszelakim syfem. Autor wymienia kolejne przestępstwa jak śniadaniówka swoich reklamodawców . Bez najmniejszego zająknięcia i niestety też bez rozwagi. Mam wrażenie, że autor połączył w tej powieści kilka odrębnych pomysłów na książkę i wrzucił wszytko do jednego wora. Wrażenie chaosu było mi nieodzowne w trakcie lektury. Gubiłam się w kolejnych zbrodniach serwowanych szybciej niż big mac’ki.

Policyjne śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy przypominało delirium tremens i ciężko mówić tu o powolnym zbieraniu tropów i łączeniu kolejnych faktów. Być może w ten sposób autor chciał odejść od formuły klasycznego kryminału. Jedno jest pewne, „Mortem” klasycznego kryminału nie przypomina.

Przez większość czasu nie mamy zbyt wielu informacji na temat głównego antagonisty, czyli ściganego seryjnego zabójcy, wtem nagle, u schyłku opowieści wszytko staje się klarowne. Aż za klarowne toteż autor ostatkiem sił postanawia namieszać. Oj, nie bardzo wyszło tu stopniowanie napięcia.

Czytelniczym przewodnikiem po „Mortem” jest nasz policjant, imiennik autora. Postać, którą ciężko polubić. Autor obdarzył go tak nieprzyjemnymi cechami, że nawet chwile, w których roztkliwia się on nad słodyczą zmarłej córeczki i pięknem zmarłej żony, nie dały rady wzbudzić we mnie współczucia.

Dawno nie spotkałam bohatera stworzonego z takim… nadęciem. Łukasz jest oczywiście wybitnie inteligentny, co nawet stwierdza jego terapeutka, pewnie wnioskując  o tym po głębokim spojrzeniu w oczy, bo jakoś nie udało mu się powiedzieć nic inteligentnego. Jest też bardzo introwertyczny i jak na introwertyka przystało miewa zajebiście dużo momentów całkowitego rozklejenia kiedy to wylewa z siebie monologi o cierpieniu, albo z impetem wyrzuca wiązankę bluzgów. Może ja się nie znam na introwertykach? Łukasz ma też duże powodzeniu u kobiet zapewne dzięki dowodom szacunku jakie składa niemal każdej przedstawicielce płci pięknej jaka spotka na swojej drodze. Wszystkie kobiety w jego otoczeniu niemal z rozbiegu wskakują mu na penisa. Jak go nie kochać?

Jeśli chodzi o formę tej opowieści, to po za imponującym urodzajem przekleństw, dziwnych metafor i jeszcze dziwniejszych porównań, niewiele mogę o niej powiedzieć. Z pewności korekta nie zburzyła bardzo oryginalnego spojrzenia na nasz język ojczysty jaki prezentuje autor.

Książka zawiera też cała masę przypisów odnoszących się do slangu, wyjaśniających to co zdaniem autora powinno zostać wyjaśnione. Czytając niektóre z nich czułam się jak Marsjanka, która świeżo przybywszy na ziemie potrzebuje łopatologi by pojąc nowy zadziwiający świat.

Mimo sympatii jaką darzę świeżo wyklutych na polskim rynku wydawniczym pisarzy, nie mogę poklepać pana Jarosza po ramieniu i powiedzieć ‚dobra robota’.

Moja ocena: 4/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res:

novae