Miesięczne archiwum: Wrzesień 2018

Niemiłe martwe dziewczyny

Sharp Objects/ Ostre przedmioty – Sezon 1 (2018)

ostre przedmoty

W rodzinnym miasteczku Camille doszło do dwóch morderstw dokonanych na nastoletnich dziewczynach. Redaktor gazety, w której Camille ma etat reporterki wpada na pomysł by jako była mieszkanka Wind Gap ponownie weszła w dobrze jej znane środowisko i ze swojej perspektywy nakreśliła sprawę niewyjaśnionych zbrodni. Camille godzi się na to. Problem w tym, że z rodzinnego miasta zamiast ciepłych wspomnień wyniosła traumę, z którą boryka się po dziś dzień. Powrót do domu okazuje się trudniejszy niż mogła przypuszczać, ale chęć rozwiązania zagadki zbrodni jest silniejsza niż instynkt samozachowawczy.

„Ostre przedmioty” to kolejna po „Zaginionej dziewczynie” i „Mrocznych miejsc” ekranizacja powieści Gillian Flynn. Tym razem książka stała się podstawą do nakręcenia serialu.

Taka forma daje możliwość dokładniejszego pochylenia się nad powieściowymi wątkami, zmniejsza ilość pominięć i przekształceń wymuszonych ograniczeniami czasowym.

Mimo tego osoby, które przed emisją serialu zapoznały się z książkowym pierwowzorem znalazły wiele słabych punktów w produkcji HBO, która jakoby nie wystarczająco wyczerpała temat. No cóż, może zostawiają furtkę na sezon drugi? Moim zdaniem byłoby to przegięcie, ale kto wie?

Sama książki nie czytałam, czeka na mnie i być może za jakiś czas po nią sięgnę, na ten moment oceniam serial jako samodzielny twór.

„Ostre przedmioty” bardzo przypadły mi do serca. Dom rodzinny Camille, południowe obyczaje, posągowa matka to pierwsze przykuło moją uwagę. Okej, może nie pierwsze.

ostre przedmoty

Pierwszy zwrócił moją uwagę już poster promujący serial. Na nim dwie aktorki które bardzo, bardzo lubię: Amy Adams i Patricia Clarkson. W serialu obydwie wypadają równie dobrze jak na plakacie. A nawet lepiej. Cała reszta również nie odstaje zbytnio poziomem. Na uwagę zasługuje chociażby Eliza Scanlen w roli przyrodniej siostry Camille, Ammy.

ostre przedmoty

Oczywiście ogromna w tym zasługa nie tylko samych aktorek i ich warsztatowych zdolności, ale też a może przede wszytkim świetnie stworzonych postaci. To one napędzają całą historię.

Historia może nie jest tak pokręcona i zaskakująca jak np. w „Zaginionej dziewczynie”, ale nie mniej jednak wielu widzów w tym ja doceni jej zawiłości.

Motywy i wątki pojawiające się tu „już gdzieś były”, ale nie w takim zestawieniu, nie w takim kolorycie. Sam klimat serialu wydał mi się wyjątkowy i raczej nietypowy dla serialu kryminalnego. W zasadzie nie mogę mu zarzucić nic ponad to, że tak szybko się skończył. Siadać i oglądać:)

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:9

Klimat:9

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:8

Aktorstwo:9

Oryginalność:7

To coś:8

76/100

W skali brutalności:1/10

Na pewnej wsi w listopadzie

November/ Listopad (2017)

november

W małej estońskiej wsi rządzonej prze pogański zabobon mieszka młoda chłopka, Lina. Dziewczyna jest nieszczęśliwie zakochana w Hansie, chłopie który z kolei wypatruje oczy za urodziwą baronówną. Obydwoje sięgają po najróżniejsze środki by osiągnąć swój cel.

„November”, czyli  estońsko-polsko-holenderska produkcja powstała w oparciu o bestselerową powieść Andrusa Kivriahka.

Gatunkowo pasuje do nurtu mrocznej fantastyki czerpiąc z estońskiego folkloru. Ma w sobie dużo z baśni pełnej niezwykłych postaci pochodzących z pogańskich kultów. Wątkiem przewodnim jest romans w gotyckiej ramie.

november

Z pewnością nazwanie go horrorem byłoby nadużyciem, ale nie znaczy to wcale, że nie spodoba się fanom tego gatunku. Jak już pewnie zdążyliście się połapać uwielbiam ludowe motywy w kinie,a te nawiązujące do ‚ciemnej strony’ już wręcz uwielbiam. „November” doskonale wpisał się w moje preferencje.

Bohaterem zbiorowym opowieści jest ciemne chłopstwo. Jak już mamy okazję przekonać się od pierwszych chwil filmu w ich rzeczywistości na stałe goszczą gusła, nader żywe.

november

W jednej z pierwszych scen mamy okazję poznać Kratta, czyli estoński odpowiednik skrzata domowego. Ów Kratt zrobiony ze szczątków zwierząt i narzędzi gospodarczych służy swojemu stwórcy na różne sposoby, wykonując zlecane przez chłopa prace. Sceny z jego udziałem mogą wzbudzić dreszcz niepokoju, ale i rozbawić.

november

Innym ważnym wątkiem zaczerpniętym z estońskiego folkloru jest motyw jesiennego spotkania z duszami zmarłych. Akcja filmu rozpoczyna się z początkiem listopada, a więc w Święto Zmarłych. Wtedy to estońscy chłopi szykują dla gości z zaświatów poczęstunek i gościnę w saunach. Właśnie w  czasie tak zwanego  hingedeaeg, czyli czasu w którym można było spotkać zmarłych w przedstawionej tu wiosce będziemy mogli świadkować owym niezwykłym zdarzeniom.

november

Sceny te bez wątpienia przykują uwagę miłośników grozy. Czarno białe zdjęcia, a także ujęcia kręcone  z użyciem podczerwieni przydają tym odrealnionym zdarzeniom niesamowitości. Z resztą, powiem Wam szczerze, że cały ten fil ogląda się jak niezwykły pejzaż. Zdjęcia są wprost hipnotyzujące i z radością muszę Wam obwieścić, że ekipa z polski miała w tym swój udział.

Sama fabuła jest dość prosta, jeśli ograbiłby ją z wszechobecnych tu metafor i otoczki baśniowości.

Jeśli lubicie tego typu klimat polecam Wam gorąco. Takich filmów nie spotyka się często.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła: 8

Klimat:10

Napięcie:5

Zabawa:9

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:10

Aktorstwo:8

Oryginalność:9

to coś:9

75/100

W skali brutalności:1/10

Zniszcz mnie

Ruin me (2017)

ruin me

Alex, jej chłopak i kilkoro innych śmiałków bierze udział w terenowej grze Slasher Sleepout będącej czymś w rodzaju połączenia escape roomu i domu strachu. Dziewczyna niedawno wyrwała się ze szponów narkotykowego nałogu w czym bardzo pomógł jej właśnie Nathan. Niestety udział w grze w nieprzewidziany sposób niszczy to co bohaterce udało się zbudować.

„Ruin me” to jeden z tych straszaków, które wzięły się znikąd i prawdopodobnie umknie większości widzów. Jego scenariusz stara się czerpać z popularnych ostatnimi czasy motywów gier i rozrywek stających się wstępem do autentycznie rozgrywającego się horroru („Escape room„, „House of october bulit„, „Truth or dare„, „Would you rather„).

Jego bohaterką jest całkiem sympatyczna Alex, która próbuje zbudować swoją nową grzeczną tożsamość. Unika wszystkiego co mogłoby na powrót sprowadzić ją na manowce. Wspiera ją w tym narzeczony Nathan, którego nie tyle kocha co darzy wdzięcznością, podobną tej żywionej przez psa, którego ktoś przygarnął z ulicy.

ruin me

Alex bierze udział w grze w zastępstwie kolegi swojego chłopaka. Gdy para dociera na miejsce i udzielone zostają im dość lakoniczne wyjaśnienia odnośnie ich dalszych działań, Alex Natahan i ich konkurenci w rozgrywce ruszają do lasu, gdzie uzbrojeni w przydatne fanty muszą odnaleźć wskazówki, które doprowadzą ich do rozwiązania zagadki i zgarnięcia nagrody. Tu oczywiście następuje mały przestój na zapoznanie się z barwnymi i stosownie schematycznymi postaciami, by wkrótce po tym oznajmić widzowi, że oho, oto zagrożenie, które ani trochę nie jest udawane.

ruin me

Film ma sporo z gatunkowego slashera, ale też nie można pominąć motywów wskazujących na thriller. To one w zasadzie decydują o jakości produktu końcowego. Gdyby nie małe zamieszanie, wprowadzenie stosownej dawki paranoi obraz nie odstawałby od poziomu mielizny ani o milimetr.

Szczęśliwie twórcy zadbali by przykuć uwagę widza drobnymi niepokojami, które są udziałem naszej bohaterki. Konkretów Wam oczywiście nie zdradzę.

Reasumując film całkiem przyzwoity, choć wysokich lotów raczej nie osiąga.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

to coś:6

57/100

W skali brutalności:2/10

Kości

Bone Daddy/ Sprawa Palmera (1998)

bone daddy

William Palmer doświadczony patolog sądowy swoją specjalistyczną wiedzę i najróżniejsze doświadczenia zawodowe sprawnie wykorzystuje w pisarskiej karierze. Z wielkim powodzeniem stworzył postać seryjnego mordercy inspirując się autentycznym przypadkiem nigdy nie schwytanego mordercy. Tuż po premierze nowej książki „Bone Daddy”, mężczyzna staje się ofiarą prześladowania przez człowieka, który jak wskazują wszystkie znaki na niebie i ziemi, jest pierwowzorem jego pisarskiego tworu.

Mówi się, że film Mario Azzopardiego powstał na fali popularności Milczenia owiec„, czyli nie inaczej, jest kolejnym thrillerem– klasyfikowanym jednak jako horror – gdzie ogromną rolę odkrywają wątki detektywistyczne.

Opowiadana tu historia jest ciekawa i z pewnością zainteresuje większość widzów, którzy do niej przysiądą.

bone daddy

Sporym problemem jest jednak wykonanie. Reżyser wprawiony w produkcjach dla TV nie był w stanie wskoczyć na wyższy level i sporo elementów zgrzyta. Najbardziej zgrzytało mi aktorstwo. O ile Rutger Hauer jest całkiem okej to reszta, ekipy…hym… spuściłabym na to zasłonę milczenia. Nie powalają też dialogi i to one są najsłabszym punktem scenariusza.

To co z kwestii technicznych zasługuje na pochwałę, to wszelkie elementy stricte horrorowe. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć na ekranie nogę pozbawioną kości – piorunujący widok. Podobnych wizualnych smaczków jest więcej więc sądzę, że apetyty fanów horroru zostaną zaspokojone.

bone daddy

Dla tych zwracających większą uwagę na aspekt fabularny mamy tu nieźle ułożoną intrygę. Jej przedmiotem jest oczywiście poznanie tożsamości mordercy, który zagniewany na powieściopisarza postanawia uczynić z niego pionka w grze.

Palmer bezskutecznie próbuje ochronić bliskich będących celem dla jego wroga. Z drugiej jednak strony zmuszony jest bacznie przypatrywać się osobom ze swojego najbliższego otoczenia, bo wiele wskazuje na to, że właśnie w ich szeregach czai się sprawca.

Reasumując, kino całkiem dobre, acz nie rewelacyjne. Do obejrzenia jak najbardziej.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:5

Oryginalność:6

To coś:6

58/100

W skali brutalności:2/10

Żeby ocalić wszystko, musimy wszystko zaryzykować

Recenzja przedpremierowa

Skazany na zło – Adrian Bednarek

skazany na zło

Wiktor Hauke, jest przeciętnym facetem dobiegającym trzydziestki. Ma nie najgorzej prosperującą firmę, wierną żonę i zdolność kredytową. Ma też problem z alkoholem. Uciekając przed jedną słabością wpada w inną. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego jak kolosalne konsekwencje może przynieść jeden błąd. Nie wie, że istnieją ludzie, gotowi uczynić z niego aktora w swoim autorskim przedstawieniu.

Kuba Sobański, postać seryjnego mordercy stworzona przez płodną wyobraźnie Adrian Bednarka szturmem zdobyła serca czytelników. Część z nich właśnie pogrążyła się w żałobie w po zakończeniu serii poświęconej Kubie podczas, gdy autor przygotował dla nich godnego, myślę, następce.

Od razu Was uprzedzę, że „Skazany na zło” nie jest próbą odcięcia kuponu od popularności „Diabłów”. Opowiedziana tu historia jest zupełnie inna zarówno na poziomie narracji, formy, treści. Głównym bohaterem nie jest piękny, skrzywdzony i szalony. Raczej durny, naiwny i pod wieloma względami słaby mężczyzna.

Zaskoczyła mnie przeciętność Wiktora i to co Adrian z tej przeciętności wyciągnął w miarę rozwoju fabuły. Ewolucja tej postaci jest tym bardziej imponująca, że jako czytelnik mogłam sobie zdać sprawę z tego jak łatwo wpaść w sytuację rodem z tragedii antycznej.

Narracja tej opowieści nie pozwala na zbyt dokładne przyjrzenie postaci antagonisty,ale wystarczy by w głowie zapaliła się czerwona lampka. Pojawiają się fragmenty historii widziane jego oczami, jednak to zbyt mało w porównaniu z historią widzianą stricte z puntu widzenia antybohatera. Skupiamy się więc na ofierze. Ofierze czego? Sytuacji? Złych wyborów? Ofierze chorego i bezwzględnego przeciwnika?

Wiem, że Adrian lubi swoje czarne charaktery, jednak dla mnie tym razem bardziej interesujący wydał się Wiktor. Człowiek, który topił frustracje w wódce i dopiero spotkanie oko w oko z innym drapieżnikiem przypomniało mu o jego prawdziwej naturze.

„Walka jest ojcem wszelkiego stworzenia” i właśnie taką walkę będziemy tu obserwować. Historia mocno chwyta za gardło i nie odpuszcza. Kiedy wydaje nam się, że gorzej być już nie może sytuacja gmatwa się jeszcze bardziej, a rykoszet powala tych, którzy najmniej na to zasługują.

Wniosek z tego jest prosty, każdy może być złym człowiekiem, wystarczy go odpowiednio pokierować.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res

novae

Lato mordercy

Summer of 84 (2018)

summer of 84

Jest lato 1984 roku.Piętnastoletni Davey mieszka na przedmieściach niewielkiego miasta w stanie Oregon. Od zawsze, a raczej odkąd tematem zaraziła go atrakcyjna babysitterka, interesowało go wszystko co tajemnicze. Kiedy więc nagłośniona zostaje sprawa zaginięć kilkorga chłopców z okolicy Davey postanawia wytropić sprawce potencjalnych zabójstw. Jego uwagę szybko przykuwa mieszkający po sąsiedzku policjant. Nastolatek wraz z kolegami i starszą koleżanką przystępują do obserwacji podejrzanego i zbierania dowodów jego winy.

Tak jak po seansie z „Disturbią” bez trudu doszukałam się w niej nawiązań do Hitchcockowskiego „Okna na podwórze„, tak właśnie w przypadku „Summer of ’84” do głowy uporczywie stukały mi skojarzenia z historią Kale’a i jego aresztu domowego w czasie, którego śledził sąsiada.

Film czerpie także z bardzo modnego ostatnio motywu lat ’80. Podobnie jak w bardzo popularnym serialu „Stranger Things” w filmie „Summer of ’84” akcja toczy się w Ameryce lat ’80, a jej bohaterami jest banda pociesznych dzieciaków. Na jej czele staje Davey, narrator opowieści, który już na jej wstępie zapowiada, że obnaży przed widzem ciemną stronę rzeczywistości ludzi mieszkających na słonecznych przedmieściach.

summer of 84

summer of 84

Lubię ten klimat. Kojarzy mi się z prozą Kinga, czy klasycznymi już thrillerami jak Stepfather” i jemu podobnymi. Teen thrillery też mają swój niezaprzeczalny urok dlatego od czasu do czasu jestem w stanie przymknąć oko na prezentowany w nich niedostatek grozy i cieszyć się ich czysto rozrywkowymi atutami.

Tak też było w przypadku „Summer of ’84”. Nie będę Was oszukiwać, że padniecie zdjęci grozą przedstawionej tu sytuacji. Sposób w jaki opowiadana jest historia śledztwa w sprawie seryjnego mordercy chłopców owszem nie jest pozbawiona napięcia, czy fragmentów które z założenia miałby przestraszyć, jednak jej lekki ton nie pozwala by podchodzić do sprawy śmiertelnie poważnie. Mamy tu sporo humoru zaczynającego się już od charakterystyk głównych bohaterów, sporo sytuacji rozładowujących napięcie, zaś sam klimat lat ’80 mogący z automatu kojarzyć się z krwawymi slasherami, to też guma balonowa i świerszczyki.

Film jak najbardziej okej, jednak fani mocnej grozy muszą podejść do sprawy z dystansem by można było mówić o satysfakcji z seansu.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

61/100

W skali brutalności:1/10

Róże miłości najlepiej przyjmują się na grobach

Amour Fou – Wojciech Czernek

amour fou

Czarek był nastolatkiem, gdy uświadomił sobie istnienie życia po śmierci.

Nie, nie umarł i nie doświadczył tego na własnej skórze. Choć byłoby to pewnie świadectwo nie do podważenia. Po raz kolejny stracił kogoś kto był mu bardzo bliski. Nie pogodził się ze stratą, a tym bardziej z jej okolicznościami.

Jak pisał mój literacki Bóg, V. Nabokov: to co zdarza się latem czternastoletniemu chłopcu może zaważyć na całym jego życiu. W przypadku bohatera „Amour Fou”, zdarzenie miało miejsce zimą i miał już lat piętnaście. Ale niewiele to zmienia.

Samotny chłopiec, ofiara psychicznej przemocy ze własnym domu, zapatrzył się wówczas na ślady na śniegu pozostawione przez dwunastoletnią siostrę najlepszego przyjaciela, posiadaczkę jasnych włosów i piwnych oczu. Zakochany bez pamięci czekał trzy długie lata nim Asia odwzajemniła jego uczucia. Kiedy wszystko zaczęło zmierzać ku lepszemu zdarzyła się tragedia.

I Asi już nie było.

„Amour Fou” to literacki debiut. Biorąc pod uwagę opisane w książce realia przypadające na okres moich lat szczenięcych przypuszczam, że autor jest moim równolatkiem. Dlatego też owe realia bardzo mile mi się skojarzyły. Era z przed facebooka, kiedy smsy pisało się bez spacji by zmieścić wiadomość 160 znakach:)

Powieść właściwie od razu przypadła mi do gustu, mimo że mocno skłaniała się z stronę obyczajówki z wątkami romantycznymi. Autor przestrzegł mnie jednak bym nie sugerowała się hasłem na okładce, które moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie szufladkuje książkę w błędnej kategorii.

Tak uspokojona pilnie wypatrywałam znaków wskazujących na zgoła inny gatunek literacki. I nie rozczarowałam się.

Mimo, że autorowi bardzo dobrze udało się zbudowanie całej warstwy dramatycznej, pełnej mocnych, wiarygodnych wątków psychologicznych równie dobrze poradził sobie z wejściem w sferę ghost story. Owszem, nie napisał w  tej materii nic odkrywczego, ale zapał i duża dawka emocjonalności z jaką przekazał swoją historię całkowicie mnie kupiła.

Szalenie polubiłam jej bohatera, a antybohaterów solidnie sklęłam. Efekt zaskoczenia jaki przygotował nie sprawdził się w moim przypadku, bo czerwona lampka zapaliła mi się stosownie szybko. Nic to jednak.

Takiego debiutu mogę szczerze pogratulować, bo i w kwestiach czysto technicznych nie ma się do czego przyczepić. Powieść jest bardzo świeża, naturalna, a wrażliwości z jaką Wojtek Czernek opisał wszelkie niuanse emocjonalne mogę tylko pozazdrościć.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

novae