Kiedy stracisz ciepło

Tracę ciepło – Łukasz Orbitowski

tracę ciepło

Kuba i Konrad poznali się szkole. Ich przyjaźń zaskoczyła wszystkich, włącznie z nimi samymi. Kiedy w podstawówce, do której obaj uczęszczają  dochodzi do niewyjaśnionego zgonu woźnego, Kuba i Konrad  przekonają się, że posiadają niezwykły i bolesny dar, który przez cały okres ich dorastania będzie otwierał przed ich oczami zupełnie inny świat pełen duchów zmarłych, aniołów i demonów.

Odkąd po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością Łukasz Orbitowskiego za sprawą powieści “Szczęśliwa ziemia” wiedziałam, że będę go czytać. Największą chęć miałam na jego pierwszą powieść, “Tracę ciepło”.

Tytuł szalenie mnie zainteresował, ale tak się złożyło, że miałam problem ze zdobyciem jej w wersji papierowej. W desperacji ogarnęłam nawet e-booka, a że e-booków nie lubię, leżał zapomniany na dysku dobre trzy lata. Wtedy dowiedziałam się o wznowieniu wydania nakładem wydawnictwa SQN i o to w końcu przeczytałam “Tracę ciepło”

” Strata ciepła ma sens podwójny – wyjaśnił. – Pierwszy to taki, że umieramy. Drugi, cóż, rzecz bardziej skomplikowana. Przyszła mi do głowy, kiedy patrzę na ciebie. Jesteś mądry, ale naiwny. Chcesz kochać, ale nie umiesz. W twoim wieku byłem taki sam. Wtedy jesteśmy gorący. Chce nam się różne rzeczy robić, przytulilibyśmy całą kulę ziemską. Potem, z czasem, no różnie bywa. Stygniemy, potem okazuje się, że praca ważniejsza niż miłość, sztuka niż człowiek. I budzisz się nagle kompletnym pierdzielem bez serca nawet dla samego siebie. – Obrzucił mnie badawczym spojrzeniem. – W ten czy inny sposób tracimy ciepło przez całe życie.”

Teraz z całą pewnością mogę stwierdzić, że jest to po prostu książka o dorastaniu. Dorastaniu w cokolwiek dziwnych okolicznościach przyrody, ale tylko o nim. W zawikłany, fantastyczny i mocno metaforyczny sposób Orbitowski przekazuje jak trudny jest to czas, nie da się go przejść bez obrażeń, a można i stracić życie.

“- Gdzie my właściwie jesteśmy?

– Gdzieś pomiędzy, ani na ziemi, ani w niebie, czyli w dupie, jak zawsze”

Powieść dzieli się na trzy części. Jak się nie mylę Orbitowi zeszło z napisaniem jej dwa lata, ale mam wrażenie, że każdą z nich opowiadał na zupełnie innym etapie swojego życia. Może to były wyjątkowo intensywne dwa lata, a może te historie nosił ze sobą bardzo długo nim zdecydował się zacząć je spisywać.

  Pierwsza z nich to dzieciństwo w podstawówce naszych bohaterów. Cherlawy Kuba zaprzyjaźnia się z pyszałkowatym Konradem, bo okazuje się, że spośród wszystkich uczniów to właśnie oni dwaj zobaczyli coś niezwykłego w piwnicach szkoły.

Historia zamordowania woźnego pijaczka, emanacje jego potępionej duszy przed oczami chłopców to chyba najlepsza część powieści. Najlepsza, najprostsza i najbardziej klasyczna. Przypomina kingowskie opowieści o zmorach nawiedzających dzieci. Przez ten etap książki przeszłam bez trudu.

Schody zaczęły się gdy Kuba i jego kolega weszli w pełnoletność. Tu zaczyna się większa brawura, przygody z dużą ilością alkoholu. Giną konkrety zaczyna się dziwna jazda. “Wielki Dzwon”? Do tej pory nie ogarniam wątku tego typa, choć wiem jaka była jego rola w tej historii. Na tym etapie pojawia się też retrospekcja z czasów wojny. Mała wioska i przedziwaczny przypadek niemieckiego żołnierza, który postanowił oszczędzić pewną rodzinę i pewne dziecko. Wychodzi z tego nie liche love story, a gdzie miłość tam i śmierć. Gdzie śmierć tam i duchy.

Finisz to połączenie wątków. Z dużym impetem wracają ‘jeziora’, czyli druga strona, którą dostrzec mogli dwaj pryszczaci chłopcy z podstawowej w Krakowie.

Akcja rozgrywa się w wioseczce, którą poznaliśmy w części drugiej. Wydarzenia tam mające miejsce to chyba najbardziej solidna dawka grozy w całej powieści. Jak dla mnie zaleciało Dardą i Czarnym wygonem“, choć muszę oddać sprawiedliwość Orbitowskiemu- był tam pierwszy. Tu też powróciło moje zainteresowanie i sympatia do wyobraźni pisarza.

Całość wychodzi na plus, choć nie powiem by była to najłatwiejsza lektura w moim życiu;)

Czytałam ją całe wakacje, z przerwami na chyba dziesięć kolejnych książek, ale wracałam, bo Orbitowski już taki jest, że się do niego wraca.

Moja ocena:7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN:

sqn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Publikując komentarz akceptujesz Politykę prywatności.