Miesięczne archiwum: Luty 2019

Dziecko Agaty

St. Agatha/ Zakon świętej Agaty (2018)

st agata

Ameryka, lata ’50. Młoda kobieta imieniem Mary spodziewa się dziecka. Nie mając w nikim wsparcia udaje się do klasztoru Świętej Agaty, gdzie siostry zakonnej służą pomocą przyszłym, samotnym matkom.

Gdy Mary dociera na miejsce szybko orientuje się, że zasady panujące w zakonie niewiele mają wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem. Co więcej, następujące po sobie wydarzenia wskazują na to, że ciężarna Mary powinna czuć się poważnie zagrożona.

Biegnijcie co sił w kierunku znanym Wam Multipleksom, póki jeszcze macie szansę obejrzeć ten film na dużym ekranie!

Dobra, żartuję. Co prawda film Bousmana w pewien sposób mnie zaskoczył, nie znaczy to jednak, że było to zaskoczenie z rodzaju „Wow, to jest film”. Mam na myśli raczej: spodziewałam się kolejnej opętanej zakonnicy, a dostałam historię w stylu „Sióstr Magdalenek”.

st agata

Jak wiedzą mali i duzi, najciemniej jest pod latarnią, dlatego zło bardzo lubi osiedlać się w miejscach przeznaczonych do świętości. Tytułowy zakon św. Agaty nie jest tu wyjątkiem. Mimo, że byłam nastawiona na historię opętania (kolejną), a twórcy scenariusza w pewien sposób starali się przedstawić miejsce akcji jako swojego rodzaju przedpiekle i być może lokacje sił nieczystych, to nie włożyli w tą sprawę należytego wysiłku. Dlatego też elementów mogących uchodzić za nadnaturalne jest w filmie jak na lekarstwo. I pewnie wcale bym na to nie urągała, gdyby warstwa dramatyczna filmu oferowała coś ciekawego w zamian. A w zamian jest banał. Banał i schemat.

st agata

Nawet mało lotny umysłowo widz szybko połapie się o co siostrzyczkom chodzi i jaki los czeka naszą Marysie jeśli szybko nie da nogi z przybytku. Nieco pokraczne próby naśladowania klimatu „Dziecka Rosemary„, czy „Odgłosów” (zakonnice niczym czarownice) wypadają naprawdę blado.

Mam wrażenie, że ilu scenarzystów tyle pomysłów. Żaden ze swojego rezygnować nie chciał, stąd mamy miszmasz i wahanie: jaki film chcemy zrobić? Każdy inny, więc wychodzi taki pokraczne coś.  Oczywiście w łączeniu motywów nie ma nic złego, ale w sprawnym łączeniu. Tu tej sprawności zabrakło.

st agata

Być może historia Mary kogoś za serce chwyci, ale zaraz pojawia się pytanie: jak mam do ciężkiej cholery rozumieć scenę duszenia człowieka pępowiną? Dla mnie to było jak średnio przemyślany żart.

Debiutująca odtwórczyni roli głównej stara się, oj stara, ale pogubiona jest nie mniej niż scenarzyści. Technicznie film nie wygląda źle, ale po co to oglądać jak historia nie wciąga. Bo nie wciąga, mnie nie wciągnęła. Plusa daję za scenę z językiem. Niezgorsza.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

46/100

W skali brutalności:2/10

Taniec czarownicy

Suspiria/ Odgłosy (2018)

suspiria

Berlin 1977 rok. Wychowywana w wiosce Amiszów płomiennowłosa Amerykanka, Susan Banion przybywa do podzielonego murem Berlina by dołączyć do mieszczącej się po zachodniej stronie miasta szkoły baletowej.

Utalentowana dziewczyna szybko zyskuje aprobatę Madame Blanc, która powierza jej główną rolę w autorskiej choreografii Volk. Tak się składa, że Susie zastępuje w tej roli niedawno zaginioną tancerkę Patricie, która znikła bez wieści.

Za sprawą panującej w szkole atmosfery Susan szybko nabiera przekonania, że jest częścią czegoś więcej niż tylko tanecznego przedstawienia.

suspiria

Pamiętam moje pogardliwe parsknięcia na wieść o tym, że ktoś poważył się na remake’owanie dzieła mistrza włoskiego giallo, Dario Argento. Nie wnikałam kim jest ów śmiałek, ani kogo umieści w obsadzie. Gdybym wówczas wiedziała, że nowa „Suspiria” będzie pierwszym horrorem w dorobku reżysera melodramatów, a w roli głównej zostanie obsadzona Dakota „Pięćdziesiąt twarzy Greya” Johnson, chyba bym przeszła załamanie.

Jestem autentycznie zaskoczona tym, co zaserwował Luca Guadagnino. Powiedzieć, że spodziewałam się kompletnej klapy to chyba mało. Tymczasem dostałam film, który mnie, chyba mogę to powiedzieć, zachwycił.

Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że w dziele Argento można coś ulepszyć, dopóki nie skonfrontowałam się z nową wersją tej historii.

Rzecz pierwsza i najważniejsza: Taniec. Jak teraz przywołuje w pamięci dzieło Argento, widzę jak niewiele go w nim było, choć akcja rozgrywała się przecież w szkole baletu.

Tu, w nowej „Suspirii” z tańca uczyniono swoisty język magii jakim posługują się filmowe bohaterki. Sceny poświęcone na zaprezentowanie choreografii są chyba jeszcze lepsze niż te w „Czarnym łabędziu, choć może to złe porównanie, bo tam prezentowano najbardziej klasyczną formę baletu.

Każdy pokaz tańca w nowej „Suspirii” wygląda jak mistyczny obrzęd. Nie sądziłam, że taniec może przerazić, że może prezentować i budzić tak skrajne emocje. Nie ma się czemu dziwić, bo znawcą tematu nie jestem, ale liczy się efekt, a ten jest murowany.

suspiria

Taniec towarzyszy praktycznie każdej stricte horrorowej scenie. W jednej ze scen widzimy tańczącą Susan, a przejścia ukazują nam dotkliwie okaleczaną inną z tancerek. To jeden z nielicznych tak słusznie użytych efektów w kinie grozy. Taniec jest więc głównym nośnikiem grozy, jeśli chodzi o mój osobisty odbiór. Zawsze towarzyszą mu psychodeliczne elementy.

Wizje, efekty, charakteryzacja (Matka Markot wymiata). Muzyki jest stosunkowo niewiele, w porównaniu z Goblinami, które zjadły starą „Suspirie„, tu faktycznie mamy więcej tytułowych odgłosów (oddech, szmer, szept, westchnienie), które są obecne na pierwszym planie bardziej niż ścieżka muzyczna. Szalenie spodobała mi się też sama kolorystyka zdjęć. Taka… postarzana, zupełnie jakby oglądała film z lat ’70 czy ’80.

Mimo, że nadal jestem pod urokiem scenografii starej „Suspirii” to wcale nie mogę narzekać, na tą zaprezentowaną w nowej. Bardzo dużo starania włożono, w odzwierciedlenie za jej pomocą charakteru lat ’70. Jest zdecydowanie bardziej minimalistycznie niż w oryginale, ale czy przez to gorzej? Mnie się podobało.

suspiria

Jeśli chodzi o fabułę, to główne założenia oryginału zostały utrzymane, z tym, że w przypadku nowej „Suspirii” dodano elementy z pozostałych części trylogii Argento „Matki łez” i „Inferno”.

Dużą uwagę poświecono wątkom politycznego i społecznego tła. Z Susan zrobiono ex amiszkę, która wyrzeka się swoich korzeni. Wprowadzono też na arenę psychiatrę z traumą wojenną. Gdzieś po kątach jakiś odbiornik wciąż nadaje informacje na temat terrorystycznych zamachów i zamieszek na tle politycznym. To wszytko sprawia, że wydarzenia w szkole baletowej silniej osiadają w świecie realnym, w świecie zwykłych ludzi. A wewnętrzne rozłamy jakie są udziałem grupy czarownic, mają swoje odzwierciedlenie w rozłamach otaczającego je świata. Sędziwy psychiatra co jakiś czas wyrzuca z siebie psychoanalityczne interpretacje. A czym innym jest proces psychoanalityczny jak nie burzeniem ładu? To w jakiś sposób podkreśla też pewną nieuchronność nadciągających zmian. Przez cały film towarzyszy nam wrażenie, że zaraz coś się wydarzy, a cięciwa naciągnięta została do maximum.

suspiria

Teraz chyba wypada się pokajać za negatywne nastawienie do Dakoty… No, wiem, jedna rola w kiepskim filmie nie czyni z niej złej aktorski. Muszę przyznać, że w „Suspirii” pokazała klasę i babcia (Tippi Herden mam na myśli) byłaby z niej dumna. Mimo wszystko uważam jednak, że to Tilda Swinton ze swoją niesamowitą aparycją skradła ten występ. Ją akurat zawsze lubiłam. Ucieszył mnie też widok Mii Goth, która wciela się w postać tancerki Sary.

suspiria

Pomimo wszystkich swoich uprzedzeń muszę przyznać, że nowa „Suspiria” spodobała mi się szalenie. I nich tam Argento się na mnie gniewa.

Moja ocena:

Straszność:5

Fabuła:8

Klimat:10

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:5

To coś:9

77/100

W skali brutalności:3/10

Diabeł tkwi w Hannie

The Possession of Hannah Grace/ Diabeł: Inkarnacja (2018)

diabeł inkarnacja

Policjantka Megan Reed pełni nocny dyżur w prosektorium. To praca zastępcza, do czasu gdy kobieta zdoła uporządkować swoje życie po niedawnym incydencie w trakcie służby, w wyniku którego zginął jej partner.

Tej nocy do kostnicy przywiezione zostają zwłoki młodziutkiej dziewczyny, którą ktoś okaleczył i podpalił. Ofiara zostaje zidentyfikowana jako Hannah Grace. Badając jej zwłoki Megan zauważa kilka co najmniej dziwnych faktów, niestety nie jest w stanie uwiecznić swoich odkryć gdyż sprzęt komputerowy odmawia posłuszeństwa. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej gdy na jaw wychodzi, że Hannah była ofiarą nieudanego rytuału egzorcyzmów.

„Diabeł: Inkarnacja” to kolejny horror z serii: Opętanie takiej to a takiej, w tym przypadku, Hanny Grace. Polscy dystrybutorzy posilili się jednak o drobną wariację w tłumaczeniu tytułu i oto mamy złowrogo brzmiącą inkarnacje, która znaczy tyle co ‚wcielenie’. Zbierając to do kupy mamy  ‚Wcielenie diabła’. Nie może być chyba bardziej upiornie.

diabeł inkarnacja

Za projekt odpowiada holenderski reżyser mało znanych filmów sensacyjnych i scenarzysta sequeli „Boogeymana”. Film był dość solidnie reklamowany i prezentowany na dużym ekranie, choć nie wydaje mi się by zasłużył na taką pompę. Moja osobista opinia o nim waha się pomiędzy średni, a słaby.

Mało oryginalny pomysł opętania, ukazany jednak od nieco innej strony- po fakcie – mógłby się sprzedać. Udało się to chociażby w przypadku „Egzorcyzmów Emilly Rose„.

Miejscem akcji jest mroczne i zimne prosektorium, czyli wręcz wymarzona lokalizacja dla horroru, która sprawdziła się już nie raz. Na stole leżą tajemnicze zwłoki, niczym w „Autopsji Jane Doe„. Myślę, że „Diabeł: Inkarnacja” chciał podążać tropem tego ostatniego filmu, ale nie wyszło.

diabeł inkarnacja

Nie wiem czemu tak się dzieje, że niektóre produkcje, choć mają wszystkie potrzebne części składowe mogące je uczynić dobrym kinem grozy, zupełnie się w tym nie sprawdzają. Doskonałym przykładem jest tu właśnie nieszczęsny „Diabeł…”.

Nie czułam tego filmu. Nie był w stanie mnie kupić. Może to przez wszechobecną sztampę, a może przez brak wyczucia gatunku. Nie wzbudził we mnie strachu, ani w ogóle żadnych emocji. Ani historia Megan, ani martwej Hanny nie zaciekawiła mnie.

Sposób prowadzenia fabuły nie miał w sobie nic spontanicznego, jakby każda kolejna zrywka napięcia była wyliczona. Coś na zasadzie: nic się nie dzieje, trzeba coś odjebać. Żadnego stopniowania napięcia, ani budowania atmosfery. Kompletnie bezpłciowa rzecz.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:4

45/100

W skali brutalności: 2/10

Taka dziura

The Hole in the Ground (2019)

the hole in the ground

Sara O’Neill i jej mały synek Chris przeprowadzają się do domu położonego w lesie nieopodal niewielkiego miasteczka. Chłopiec liczy, że wkrótce dołączy do nich ojciec, ale wszytko skazuje na to, że to właśnie jego osoba była przyczyną nagłej zmiany miejsca zamieszkania.

Wkrótce po przeprowadzce Sara dowiaduje się, że w pobliskim miasteczku żyje kobieta, która jeśli wierzyć urban legend odpowiada za śmierć swojego dziecka. Sarę bardzo porusza ta historia, nie wie jednak, że wkrótce i ona zostanie postawiona w sytuacji, w której poważnie zacznie rozważać zabicie małego Chrisa.

„Dziura w ziemi”, bo tak dosłownie można tłumaczyć tytuł irlandzkiej produkcji, to dzieło debiutantów wyprodukowane przez studio słynące z horrorów niskobudżetowych.

Scenariusz filmu przywodzi na myśl takie produkcje jak „Babycall„, „Nowa córka”, czy wreszcie „Inwazje porywaczy ciał”. Ciężko tu mówić o oryginalnym pomyśle twórców.

the hole in the ground

Mamy tu do czynienia z typowym dla paranoid thrillera zagraniem, gdzie główną bohaterkę posądzić można o obłęd. Sara nabiera bowiem przekonania, że jej syn nie jest jej synem. Choroba psychiczna to oczywiście jedna z dwóch dróg interpretacji jakie możemy obrać.

Wg. drugiej wersji możemy dać wiarę zeznaniom Sary, chłopaczek faktycznie zachowuje się jakby nie był sobą, a towarzyszące owym zachowaniom zjawiska z goła nadnaturalne spokojnie mogą uwiarygodnić taką opcję. Przebieg akcji to więc klasyczne przeciąganie liny od opcji pierwszej do drugiej.

the hole in the ground

W takiej sytuacji warto byłoby zaskoczyć widza i finalnie podać rozwiązanie wykraczające po za te ramy, ale w przypadku „The Hole in the Ground” tak się nie dzieje. Jedyna nadzieja w rozbuchanej wyobraźni widza, który wykaże się dobrą wolą i po swojemu zinterpretuje wydarzenia dodając od siebie to i owo. Mogę więc orzec, że fabularnie jest bez rewelacji.

Inna sprawa wykonanie. Tu zarówno na poziomie aktorstwa, jak i całej otoczki realizacyjnej tworzącej klimat filmu jest o wiele lepiej. Pojawia się sporo niezłych horrowych zagrań i momentów dobrze wpływających na nastrój grozy. Z tego też względu film ogląda się całkiem przyjemnie.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:6

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

59/100

W skali brutalności:1/10

Wystraszmy Natalie na śmierć

Hell Fest/ Parka grozy (2018)

hell fest

Gdy Natalie postanawia odwiedzić swoją dawną współlokatorkę i przyjaciółkę Brooke ta proponuje jej wspólne wyjście do objazdowego parku rozrywki zwanego Hell Fest, organizującego upiorną rozrywkę z okazji Halloween.

Natalie nie gustuje w takich atrakcjach, nie na rękę jest jej też obecność nowych najlepszych przyjaciół Brooke, ale ostatecznie wesoła sześcioosobowa ekipa udaje się do Parku Grozy, gdzie po za udawanymi mordercami grasuje jeden jak najbardziej prawdziwy.

hell fest

Nie będę ukrywać, że nie bardzo mi podszedł temat przewodni filmu. Owszem lubię klasyczne rąbanki z zamaskowanymi psychopatami, ale raczej te z ubiegłego wieku, pełne nieco kiczowatego uroku i prostoty.

Współczesne slashery w 90% nie spełniają moich oczekiwań. Część z nich i tak jest w przypadku „Parku grozy”, stylizowana jest na estetykę filmów złotej ety nurtu slasherów. Co więcej stylizowana w dość niekonsekwentny sposób co wcale się nie sprawdza.

Słabym puntem tego rodzaju fabuł jest… tłok. Mamy grupę bohaterów, ale z żadnym z nich nie mamy szansy ‚się zaprzyjaźnić’, bo filmowej taśmy nie starcza na to, by zaprezentować charaktery sześciorga protagonistów nim ci zginą marną śmiercią. I jest to także bolączką „Parku grozy”.

Szczerze mówiąc nie wychwyciłam nawet imion poszczególnych postaci, zlali mi się w bezkształtną masę i ledwo mignęli przed oczami w drodze po zgon. Nikt nie przykuł mojej uwagi w szczególny sposób, nawet finałowa dziewczyna. Morderca w masce też jest tak tajemniczy, że nie jestem w stanie nic i nim powiedzieć.

hell fest

Do nielicznych plusów filmu mogę zaliczyć dość udane sekwencje zgonów, stosownie przygotowane, uprzedzone napięciem i nierzadko małą zmyłką.

Zaletą „Parku grozy” jest też… park grozy, czyli obraz miejsca akcji. Zazdrośnie zerkałam na to miejsce myśląc, że chciałabym coś takiego odwiedzić. To wszytko jednak trochę za mało bym mogła powiedzieć, że był to horror, który mi się podobał i który zapamiętam. Niczym się nie wyróżnił i chyba nawet nie miał takiego zamiaru. Ot, produkcja jakich wiele.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:5

49/100

W skali brutalności:2/10

Mam chorą córkę

 Zła krew – Zoje Stage

zła krew

Hanna ma siedem lat kiedy postanawia, że jej mama musi umrzeć. Jest dzieckiem niezwykłym pod każdym możliwym względem, sęk w tym, że jej mama Suzette owej niezwykłości nie docenia. Chce żeby Hanna mówiła jak każde dziecko, zamiast przystać na jej formę komunikowania się. Chce żeby Hanna chodziła do szkoły jak inne dzieci, ale po co skoro jest mądrzejsza i sprytniejsza niż niejeden dorosły? Wreszcie mama chce żeby Hanna ją kochała, zamiast zasłużyć na jej miłość. Mama zdecydowanie musi umrzeć.

Z całą pewnością większość z Was zna historie o psychopatach, seryjnych zabójcach, sprytnych i nieuchwytnych. O ich morderczych skłonnościach społeczeństwo dowiaduje się jednak dopiero gdy drzemiący w  nich sadyzm czy inna pokrewna skłonność jest w pełni rozkwitu. Ale jak do owego rozkwitu doszło?

„Zła krew” może przynieść odpowiedz na to pytanie, bowiem jest jedną z nielicznych książek ukazujących dziecko jako antagonistę absolutnego. Urojenia, manipulowanie, planowanie kolejnych zbrodniczych działań. Wszystko to, co mogłoby być udziałem zaburzonego dorosłego, jest udziałem dziecka

Narracja powieści Zoje Stage podzielona jest na dwie części. Pierwsza to opowieść Hanny, druga poświęcona jest jej matce Suzette. Akcja toczy się przeplatając te dwie perspektywy.

Czytając o przypadkach psychopatii najczęściej słyszymy historie wielkich traum, nadużyć i przemocy jakich doświadczali w dzieciństwie i wczesnej młodości wszelkiej maści wykolejeńcy. A co jeśli niektórzy po prostu rodzą się źli?

„Zła krew” wcale nie jest podręcznikiem „Jak wychować psychopatę”, owszem Suzette nie jest matką idealną, podobnie jak Alex nie jest idealnym ojcem, ale czy w ogóle istnieje coś takiego? Starając się ocenić skalę winy rodziców małej Hanny zabrniecie w ślepy zaułek. Ale czy przez to spróbujecie przestać szukać winowajcy? Z pewnością nie, bo trudno pogodzić się z myślą, że dziecko – symbol niewinności- może być złe. Jak to w ogóle zracjonalizować? A wiecie co jest najlepsze? Ani przez chwilę nie zwątpiłam w wiarygodność tej historii.

Zoje Stage wykonała kawał roboty pochylając się na tak trudnymi i złożonymi postaciami jak jej bohaterzy. Kolejne aspekty ich charakterów osłaniała niespiesznie, naturalnie ukazując całą game emocji jakie nimi targały.

Ich wrażenia i odczucia mają szansę udzielić się czytelnikowi, bo słabości postaci, nawet  krańcowość zachowań Hanny przedstawione są w sposób pozbawiony zadęcia za to z ogromną autentycznością. Niektóre fragmenty mogą zmrozić krew w żyłach.

„Zła krew” to zdecydowanie coś nowego, świeżego. Nawet gdybym chciała się do czegoś przyczepić nie mam do czego.

Moja ocena: 9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czarna owca

Camp slasher, historia prawdziwa

You Might be the killer (2018)

you might be the killer

Chuck właśnie ma kończyć zmianę w sklepie, w którym pracuje, gdy odbiera telefon od swojego przyjaciela Sama. Chłopak jest jednym z opiekunów na letnim obozie dla dzieciaków i stamtąd właśnie telefonuje.

Kompletnie przerażony oznajmia przyjaciółce, że kilkoro z towarzyszących mu opiekunów padło ofiarą zamaskowanego mordercy. Chuck jako specjalistka od świat horroru staje się jego telefonicznym konsultantem od spraw przetrwania w sytuacji rodem ze slashera klasy b. 

Uśmiałam się. Całkiem szczerze uśmiałam się na tym filmie, a to całkiem spore osiągnięcie. Tak jak mało który horror potrafi mnie wystraszyć, tak w niewielu przypadkach jestem skłonna docenić humor sytuacyjny filmów stanowiących parodie horroru.

W zasadzie taki przypadki jestem w stanie zliczyć na palcach jednej ręki. Wliczając nieśmiertelny już cykl „Strasznych filmów”, jestem skłonna do tego grona dorzucić nowszą serię  braci Wayans „Dom bardzo nawiedzony” 1 i 2, Straszny hiszpański film„, „Porąbanych i „Final Girls„, z czego właśnie dwa ostatnie tytuły dotyczą parodiowania shlasherów.

„You might be the killer” mimo że nie przewyższa wymienionych, w mojej ocenie jest całkiem dobrym filmem pastiszowym. Skutecznie obnaża wady konstrukcyjne konwencji, prezentując zarówno punkt widzenia slasherowych protagonistów, slasherowego antagonisty, jak i… widza, bo kimże innym jest Chuck jak nie wszechwiedzącym widzem z memów, który tym razem ma szansę udzielić bohaterowi wskazówek jak wyjść z horrorowej masakry cało?

you might be the killer

Spodobał mi się zamysł i spodobało wykonanie. Camp Clera Vista to miejsce gdzie toczy się akcja oparta na retrospekcji przywołanej w czasie rozmowy telefonicznej, jednej z dwóch czy trzech, bo w końcu Sam musi mieć czas na zrealizowanie zaleceń koleżanki.

Miejsce przypomina dobrze znane z camp slasherów obozy, a rozliczne nawiązania do klasycznych filmów z tego nurtu może odebrać jako swoisty hołd dla gatunku.

Śmieszki śmieszkami, ale tylko podchodząc z szacunkiem do nieśmiertelnych reguł slashera nasz bohater ma szansę wyjść z opresji. Jak… złożone jest jego położenie nie zdradzę, bo po co, bystrzaki jesteście to się połapiecie sami;)

you might be the killer

„You Might be the killer” polecam przede wszystkim osobom rozmiłowanym w podgatunku slashera, oni mają szansę docenić to co oferują twórcy.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:6

Zabawa8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

64/100

W skali brutalności:2/10

Nie porzuca się przyjaciół

Animas (2019)

animas

Nastoletni Abraham mierzy się z problemami rodzinnymi. Przemocowy ojciec na skraju bankructwa i pogrążona w depresji matka. Jedyną bliską chłopakowi osobą jest rówieśniczka, Alex, która wspiera przyjaciela jak tylko może. Ich relacja jest jednak zagrożona, gdy chłopak zaczyna spotykać się z Anchi, która dostrzega, że Alex wcale nie pomaga Abrahamowi, wręcz przeciwnie.

„Animas” to horror albo psychologiczny thriller, który pojawił się niedawno na platformie Netflix. Jest to produkcja hiszpańsko języczna nakręcona we współpracy z Belgijskimi twórcami.

Punktem wyjścia tej historii jest wątek dramatyczny ukazujący trudy życia nastolatka w rodzinie naznaczonej patologią. Abraham jest zamknięty w sobie i jedyną relacją jaką udało mu się nawiązać jest przyjaźń z Alex. Pewnego dnia to się zmienia. W życiu Abrahama pojawia się inna dziewczyna, to motywuje Abrahama do walki o siebie i swoje życie. Pytanie, czy będzie w nim miejsce dla starej kumpeli? Im bardziej chłopak oddala się od Alex tym bardziej burzy się jego wewnętrzna stabilizacja. Pojawiają się halucynacje i inne osobliwe doświadczenia.

animas

Główną siłą filmu jest efekt zaskoczenia, który nadaje historii innego wymiaru. Nie jest on trudny do rozgryzienia, ale też nie mogę powiedzieć by twórcy nie odwracali uwagi widza na tyle skutecznie by tajemnica pozostałą tajemnicą wystarczająco długo.

animas

Cała niespodzianka jest udana, choć nie mogę Wam wmawiać, że twórcy zaprezentowali tu coś nowatorskiego i niespotykanego. Temat był już poruszany w wielu produkcjach i powróci pewnie nie raz. Podobał mi się jednak sposób w jaki go wykorzystano. Na poziomie realizacji film daje sobie radę i nie ma się do czego przyczepić.

Ot całkiem dobra oferta, która jeśli już zwróci Waszą uwagę powinna ją skutecznie utrzymać aż do końca seansu.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:7

Napięcie:7

Klimat:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:7

65/100

W skali brutalności:1/10

Córka stróża

The Super (2018)

super

Phil, były policjant, wdowiec i samotny ojciec zatrudnia się jako dozorca w starym apartamentowcu. Dzięki posadzie zdobywa lokum, mroczną norę praktycznie pozbawioną wyposażenia. Jego czternastoletnia córka Violet jest rozgoryczona warunkami bytowymi rodziny, a oliwy do ognia dolewa fakt, że Phil zdaje się liczyć jedynie zdaniem młodszej córki, Rose, którą za wszelką cenę stara się zadowolić.

Rodzinnym problemom towarzyszą te natury zawodowej, Phil orientuje się bowiem, że w budynku dzieje się coś niedobrego, kolejne zniknięcia lokatorów każą mu podejrzewać, że inny pracownik, imigrant Walter stoi za tą sprawą, co więcej dziwny Ukrainiec wykazuje niepokojące zainteresowanie małą Rose.

the super

Jeszcze zanim udało mi się przysiąść do seansu z „The Super” usłyszałam o nim wiele złego. Widzowie sprowadzali film do poziomu kalekiej amatorki, w co ciężko było mi uwierzyć z uwagi na nazwiska twórców. Okej, reżyser mało mnie obszedł, ale za scenariusz odpowiadał człowiek, który napisał scenariusz do Czarnego łabędzia„. Naiwnie sądziłam, że ktoś tu czegoś nie zrozumiał stąd taki niekonieczny odbiór.

Niestety tym razem głos ludu się nie mylił. Na wytłumaczenie tego faktu mogę powiedzieć tylko tyle, że sam filmowy zamysł był niekiepski, dobrze poprowadzony miałby szansę powodzenia niestety w rękach reżysera wszystko się rozleciało.

Niekiepski zamysł to przede wszystkim główny filmowy surprise, który zaskoczył mnie dość, choć nie tak jakby mógł, gdyby sprawę rozegrano lepiej na poziomie filmowej narracji.

the super

Podobał mi się też dobór lokalizacji, która z nieco lepszymi zdjęciami mogłaby zrobić piorunujące wrażenie. Aktorstwo nie było najgorsze, ale niestety scenariusz nie uwzględnia logiki w działaniu bohaterów przez co śledzenie ich poczynań staje się prawie bolesne. Nie wspinając już o finale, który zdaje się być zwieńczeniem konsekwentnie olewanej racjonalności.

„The Super” pozostanie mi więc w pamięci jako zmarnowany kawałek niegłupiego pomysłu.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:5

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:4

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:5

49/100

W skali brutalności:1/10