Miesięczne archiwum: Marzec 2019

Ostatnie takie lato


Letnia noc – Dan Simmons

Ameryka, lata ’60 XX wieku. W małym miasteczku Elm Haven w Illinois  sześcioro chłopców z niecierpliwością czeka na rozpoczęcie wakacji. Ostatniego dnia szkolnej nauki w Old Central znika jeden z uczniów. Dorośli nie wiążą sprawy z mrocznym gmachem starej szkoły, jednak dziecięca intuicja podpowiada grupie naszych bohaterów, że stało się tam coś strasznego i nadnaturalnego. Następujące po sobie wydarzenia sprawiają, że długo wyczekiwane lato stanie się dla młodych mieszkańców Elm Haven istnym koszmarem.

Dan Simmons, autor powieści, nie wiem na ile jest Wam znany, ale ze swojej skromnej strony mogę za niego poręczyć. Jedna z nielicznych wydanych w Polsce powieści pisarza, „Drood” na tyle skradła moje serce, że zdeklasowała w moich oczach wszystkie współczesne amerykańskie powieści grozy. Była dla mnie objawieniem, choć brnęłam przez nią z mozołem. Dan Simmons nie jest człowiekiem zwięzłym i większość jego twórczości stanowią opasłe tomiska. Nie inaczej jest w przypadku „Letniej nocy”, a jest to dopiero pierwsza część cyklu. Polscy czytelnicy jeszcze poczekają sobie na pozostałe powieści, a podejrzewam, że jest na co.

„Letnia noc” to powieść sentymentalna. Oczywiście nadal stanowi przykład pełnokrwistego horroru, nie mniej jednak w ogromnym stopniu jest też sentymentalną podróżą do krainy dzieciństwa autora. Podobnie jak młodzi bohaterzy „Letniej nocy” dorastał w Illinois, uczęszczał do starej szkoły, którą wyburzono, zaś grupa opisanych tu dzieciaków ma pierwowzory w jego własnych przyjaciołach z dzieciństwa.

Już od pierwszych stronic książka silnie skojarzyła mi się z jednym z moich ulubionych utworów Kinga, opowiadaniem „Ciało”. Niektórzy czytelnicy wskazują podobieństwo do „To”, a jeszcze inni utrzymują, że „Letnia noc” zainspirowała twórców serialu „Stranger things”. Powieść jest na tyle wielowątkowa, że takich skojarzeń można by znaleźć nieskończenie dużo.

Simmons bardzo silny nacisk kładzie na zaprezentowanie wątków obyczajowych, dramatycznych. Pieczołowicie kreśli społeczne tło, oddają charakter tamtych czasów i miejsc. Bohaterzy, grupa przyjaciół, ich rodziny i inne przewijające się tu postaci stanowią żywy organizm. Nie ma tu nudy i niedociągnięć.

Osobiście najbardziej polubiłam Dune’aSPOILER: i to moment jego śmierci przeżyłam najmocniej KONIEC SPOILERA, ale nie ma tu bohatera, który w jakiś sposób nie przykułby uwagi, nie zaciekawił.

Groza wkrada się na karty powieści powoli, choć z pierwszym dziwnym zdarzeniem mamy do czynienia dość szybko. Parada dziwnych zdarzeń, mocnych punktów i wątków (np. Trupowóz) rośnie z każdą chwilą.

Chyba tylko bardzo odporny czytelnik mógłby powiedzieć, że opisane tu historie nie budzą emocji. Ja, do tej pory pozostaje pod urokiem tej powieści, i choć „Drood” nadal jest dla mnie numerem jeden, „Letnia noc” jest dla niego poważnym konkurentem. Słowem zakończenia, mogę Wam powiedzieć – i nie będzie to stwierdzenie na wyrost – że Simmons jest jednym  nielicznych pisarzy, których warsztat i wyobraźnia tak mi imponuje.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Zysk i s-ka

Co Cię utrzyma przy życiu

What Keeps You Alive/ Zabij i żyj (2018)

zabij i żyj

Jackie i jej żona Jules mają zamiar świętować pierwszą rocznicę ślubu w domu nad jeziorem należącym do tej pierwszej. Romantyczne okoliczności przyrody skłaniają Jules do miłosnych uniesień, jednak jej partnerka ma zupełnie inny plan na ten wyjazd. Wyjście na jaw pewnych nieprzyjemnych faktów dotyczącym przeszłości Jackie tylko przyspieszają jej decyzję o pozbyciu się żony.

„Zabij i żyj” to autorski projekt znanego jako współtwórca „Grave encounters” Colina Minihana. Jednak w przeciwieństwie do wspomnianego filmu, który przecież zyskał nie małą popularność tym razem reżyser wybrał inną ścieżkę. Leśną ścieżkę można rzec. A gdzie las, tam zwykle survival. Miłośnicy tego typu produkcji już pewnie zacierają ręce, ale muszę ostudzić Wasze zapędy.

Osobiście najbardziej cenie survivale, gdzie głównym antagonistą jest przyroda. To z nią protagoniści mają walczyć o przetrwanie. W przypadku „Zabij i żyj” wyraźnie przybija tu nuta thrillera z pojebaną ‚z natury’ antybohaterką. Jackie, a raczej Megan, bo tak w rzeczywistości ma na imię rudawa psychopatka postanawia zutylizować swoją żonkę. Robi to bez najmniejszych skrupułów jakby wyrzucała sfilcowany sweter po zimie. Jednak Jules to twarda zawodniczka i nie podda się tak łatwo. Tu się zaczyna właściwa akcja.

zabij i żyj

Odniosłam wrażenie, że twórca nie mógł się zdecydować, czy bardziej chce iść w stronę thrillera psychologicznego pełnego chorych wynurzeń naszej antybohaterki i prób ogarnięcia jej pierdolca przez niedoszłą ofiarę, czy skupić się na wyeksponowaniu walki o przetrwanie, dzikiej i bezwzględnej.

Ta druga nie potrzebuje wiele słów, bardziej idzie o dynamikę wydarzeń. Tymczasem w „Zabij i żyj” mam sporo przystanków na analizę wspomnianego pierdolca, co moim zdaniem nie przysłużyło się wyeksponowaniu walorów survivalu.

Jednakże jak to mówią, jak się nie ma co się lubi to się lubi, co się ma, udało mi się znaleźć sporo plusów w tej produkcji. Bardzo przypadł mi do gustu klimat. Od samego początku nie mamy tu do czynienia ze słonecznymi wakacjami. Na niebie wiszą chmury, powietrze jest duszne, zaraz będzie burza. I jest ale nie ta pogodowa.

Muszę przyznać, że punkt rozpoczęcia właściwej akcji mnie zaskoczył. Wyobraźcie sobie taką scenę: idziecie przez las z partnerem, patrzycie: ooo skarpa i zrzucacie z niej tępego chuja, który w ogóle nie czai, że nastąpiło rozwiązanie Waszego związku. Tak to mniej więcej wyglądało.

zabij i żyj

Duża w tym zasługa wstępnej prezentacji postaci. To Jules wyglądała groźniej. Jej zakochany wzrok wbity w Jackie zalatywał mi mocno Otellem. Mimo, że ofiary zwykle zbytnio nie zajmują mojej uwagi, to właśnie Jules, mimo wszytko wydawała mi się bardziej interesująca. Rola antybohaterki przekonała mnie mniej. Może z powodu słabego modus operandi, czy raczej genezy zbrodni. Jest tyle lepszych powodów do zabicia człowieka, niż…

Co żeby nie strzępić klawiatury po próżnicy: Film całkiem niezły, choć jak wspomniałam, mam inne preferencje ad. survivalu. Podobało mi się zakończenie, więc film pozostawił po sobie dobre wrażenie.

 Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:6

To coś:6

64/100

W skali brutalności: 3/10

Zakon świętego diabła

The Devil’s Dooroway (2018)

the devils dooroway

Irlandia, lata ’60 XX wieku. Dwóch watykańskich wysłanników, ojcowie  Riley i Thorton odwiedzają przyklasztorny ośrodek dla potrzebujących kobiet by zbadać i udokumentować na taśmie sprawę domniemanego cudu do jakiego miało tam dojść.

Jednak na miejscu ich uwagę zwracają bardziej skandaliczne warunki w jakich trzymane są podopieczne sióstr, niż płacząca krwią figura Najświętszej Panienki. Ojciec Thomas pragnie pomóc jednej z nich. Uznana za opętaną nastolatka staje się główną bohaterką dokumentu o cudach u sióstr Magdalenek.

Volak, czy jak tam miała słynna Nunnica, z Obecności” rozpoczęła bum na horrory z rodzaju nunsploitation, czyli straszaków, czyniących z zakonnic filmowe antybohaterki. Niedawno pisałam o Zakonie świętej Agaty”, dziś uwagę poświęcam bliskiemu krewniakowi: „The Devil’s Dooroway”.

Podobnie jak we wspomnianym „St. Agahta” mamy tu do czynienia z nawiązaniem do historii niesławnych pralni sióstr magdalenek, które kręciły biznes pod przykrywką pomocy charytatywnej. Zyski z pralni, to jedno, największe oburzenie po ujawnieniu sprawy w latach ’90 wzbudziły fakty dotyczące tego jak traktowane były podopieczne magdalenek. Terror i wszelkie formy przemocy, w tym seksualnej,a nawet zgony, wzbudziły grozę w opinii publicznej.

the devils dooroway

Ostatnia popularność zakonnych motywów dała twórcom horrorów pretekst do wykorzystania owego oburzającego wątku. Jeśli jednak sądzicie, że w debiutanckiej produkcji Aisliln Clarke dominować będą wątki dramatyczne, to jesteście w błędzie. Przypomnienie skandalicznych praktyk zakonnic to ledwie wstępniak do historii o opętaniu.

Przybywający do ośrodka księża, nie są kolejnymi czarnymi charakterami, którzy zamierzają poużywać sobie na kobietach upadłych i społecznie wykluczonych. Szczególnie starszy z nich, Thorton pochyla się nad losem nastoletniej Kathleen i gorąco apeluje o odwiezienie dziewczyny do szpitala. Jego młodszy, gorliwszy w wierze towarzysz, skłania się do wersji o opętaniu i ciężko mu się dziwić, gdy zostaje świadkiem przewidzeń z udziałem duchów martwych dzieci.

Wszytko to obserwujemy okiem amatorskiej kamery. Postarzane zdjęcia robią fajny klimat, nie mniej jednak tak jak zwykle dzieje się w przypadku konwencji found footage nie unikniemy tu oczopląsu. Jest to szczególnie kłopotliwe w najmniej odpowiednich momentach, bo właśnie fragmenty ukazujące gwałtowne i nadnaturalne wydarzenia powodują największe pobudzenie u kamerzysty.

the devils dooroway

Film nie jest w żaden sposób oryginalny, choć wtrącenie ad. miejsca akcji i nawiązanie do afery z magdalenkami było dobrym posunięciem. To właśnie miejsce akcji, jego obskurność i bezduszność jest głównym nośnikiem grozy.

Same zdarzenia niekoniecznie robią wrażenie, a latająca kamera zniechęca do uważnego śledzenia akcji. Mamy więc film całkiem średni i nie koniecznie będę Was zachęcać do seansu z nim.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 6

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:6

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

54/100

W skali brutalności:2/10

Wszyscy artyści to mordrcy

Velvet Buzzsaw (2019)

velvet buzzsaw

Pracownica jednej ze znamienitszych amerykańskich galerii sztuki przypadkiem trafia na obrazy będące dziełem nikomu nie znanego artysty.

Co więcej artysta ów jest martwy, a jego dzieła zostały porzucone. Josephine postanawia dać im atencję na jaką zasługują i wystawić w galerii, w której pracuje. Kobieta nie myli się. Obrazy budzą ogólny zachwyt, a ku uciesze jej szefowej ów zachwyt przekłada się na realny zysk finansowy. Szybko jednak okazuje się, że każdy kto pragnie skorzystać na hipnotycznym przekazie sztuki zmarłego malarza, ginie.

„Velvet Buzzsaw” zwrócił moją uwagę z kilku powodów.

Pierwszym najbardziej banalnym jest rola Jake’a Gyllenhaal’a, którego darzę obłędną miłością. W tej produkcji wciela się w postać krytyka sztuki,przyjaciela Josephine, który jako jeden z pierwszych ma okazję zobaczyć obrazy Vetrile’a Dease’a. Jest też jedną z pierwszych osób wskazujących na ich niszczycielską siłę. Jake, jest jak zawsze obłędny, gra tu dość zniewieściałego i manierycznego chłoptasia i wywiązuje się z powierzonej mu roli po mistrzowsku. Tak, jestem wobec niego zupełnie bezkrytyczna.

velvet buzzsaw

Drugim i chyba najważniejszym elementem, który przyciągnął moją uwagę jest temat przewodni filmu. Uwielbiam produkcje które w jakiś sposób łączą się z motywem malarstwa. Szczególnie te ukazujące ciemną stronę sztuki. Spodziewałam się więc atrakcji jak z opowiadaniach Lovecrafta „Model Pickmana”, czy ‚Piekielna ilustracja”. Gdy zobaczyłam wykorzystane w filmie obrazy (Ktoś wie czyja sztuka się tu pojawia?) byłam gotowa na wejście w mrok. Jednak wcale się tam nie znalazłam.

velvet buzzsaw

„Velvet…” jest tego rodzaju horrorem, który nawet nie próbuje być mroczny. Idzie raczej w stronę satyry ukazującej zgniliznę artystycznego środowiska, gdzie arcydzieło wyznacza kwota którą za nie można uzyskać. Wszystkie pojawiające się tu elementy grozy jawią się jak kara wymierzona komercji. Efekt jest taki, że historia bardziej umoralnia niż straszy, a nie wiem czy jest to coś czego oczekiwałam. Raczej nie, choć nie mogę powiedzieć  by film zupełnie mi się nie podobał.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

Płoń, czarownico

Kladivo na čarodějnice/ Młot na czarownice (1969)

młot na czarownice

Inkwizytor Boblig, słynący z niezwykłej skuteczności w swoim fachu, przybywa do miasta Šumperk na wezwanie miejscowej hrabiny i dziekana Luthnera, by przeprowadzić proces kobiety oskarżonej o czary.

Przybywszy na miejsce szybko ocenia, że skala problemu jest o wiele większa i nie ogranicza się do jednej czarownicy. Rozpoczyna się seria przesłuchań zgodnych z Malleus Maleficarum, ale na pewno nie z chrześcijańskim miłosierdziem.

Tytuł „Młot na czarownice” powinien skojarzyć się Wam z książką. I słusznie. To właśnie słynny traktat dominikańskiego inkwizytora nazwiskiem Heinrich, a może raczej skutki jego przedawkowania przez gorliwych inkwizytorów, zainspirowały Czechosłowackiego reżysera do nakręcenia owego filmu.

Dzięki zgromadzonym przez Inkwizycje aktom procesowym, które udało się zachować oraz powieści historyka Václava Kaplický’ego widzowie mają okazje z bliska przyjrzeć się słynnym procesom czarownic na Europejskich ziemiach.

młot na czarownice

Te źródła nie kłamią. Stosy płonęły, a na nich kobiety posądzone o czary, czy inną herezje. Generalnie temat działań inkwizycji tylko liznęłam, głównie za sprawą filmu „Diabły” (1971) oraz „Duchy Goi” (2006) – obydwa szerze polecam, szczególnie drugi z nich – ale czarownice, czy te prawdziwe, czy te urojone nigdy nie leżały w kręgu moich szczególnych zainteresowań.

Myślę jednak, że „Młot na czarownice” to film, który warto znać. Jako horror sprawdzi się średnio, chyba, że widz skupi się na samym kontekście filmowych wydarzeń, nie tyle na ich aspekcie… hym wizualnym.

Film ma raczej uświadamiać niż straszyć. Wielu filmoznawców głośno mówi o jego politycznej wymowie i nawiązaniu do komunizmu, ale pozwolę to sobie przemilczeć i skupić się na przekazie dosłownym. Ten jest wystarczająco oburzający, bez konieczności doszukiwania się w nim drugiego dna.

młot na czarownice

Historia dzieje się w niewielkim mieście, gdzie stara kobieta dopuszcza się świętokradztwa. W czasie mszy przyjmuje komunie, jednak opłatek wypluwa, by dać go do zjedzenia zwierzęciu hodowlanemu. Podobno hostia dobrze wpływa na wydajność krów mlecznych;) Incydent ten zostaje dostrzeżony, a kobieta zostaje doprowadzona przed oblicze osób mających ją osądzić. Tu zaczyna się jazda. Ciemna kobiecina wskazuje, że dopuściła się czynu na zlecenie innej kobiety, ta próbuje się bronić, potrzebni są inni świadkowie…

Wszystkim dowodzi specjalnie na tę okazję sprowadzony inkwizytor. Miejscowy dziekan przygląda się sprawie z rosnącą trwogą, ale na interwencje jest już za późno. Czarownice muszą spłonąć.

młot na czarownice

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Ale moi drodzy, w tym czarno-białym obrazie tkwi bardzo duża siła przekazu. Dialogi pomiędzy sądzonymi a sędziami, monologi opętanego „złotym, ale skromnym” krzyżem Inkwizytora, przyprawiają o dreszcze. Zupełnie jakby spotkać uciekiniera z zakładu psychiatrycznego w ciemnej ulicy. Może odczujecie tu diable macki, ale na bank nie ze strony oskarżonych chłopek.

Film gorąco polecam, bo znać warto, a nie znać wstyd.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:7

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Zamknięcie bloga

OSTATNIE POŻEGNANIE

RIP

Drodzy Parafianie, z dniem 29 kwietnia 2019 serwis Blox.pl zostanie zamknięty. Jest to decyzja odgórna i na ten moment ostateczna. W związku z powyższym zniknie też mój blog prowadzony na serwisie. Pisałam dla Was siedem długich lat i chyba już czas na emeryturę. Trochę mi żal, ale jak pomyślę o mozolnych przenosinach na które nie mam siły, przestrzeni mentalnej, czasu ani wiedzy technicznej, to wiem, że jest to ostateczne rozwiązanie. Tak więc żegnam się powoli z Wami.

Dzielnica cudów

Aterrados/ Nocne istoty (2017)

nocne istoty

W dzielnicy domów jednorodzinnych w Buenos Aires dochodzi do serii niewyjaśnionych zdarzeń. Każde z nich ma nadnaturalną konotację, a według specjalistów od zjawisk paranormalnych, którzy podejmują się interwencji, mają one związek z obecnością tak zwanych Nocnych Istot.

„Nocne Istoty” to argentyńska produkcja kinowa, która szerszej publiczności została zaprezentowana dzięki platformie Netfilx. Twórczość reżysera i scenarzysty filmu w jednej osobie mimo iż związana jest z tematyką horroru jak dotąd do mnie nie dotarła. Myślę, że większość widzów i krytyków traktuje go jako debiutanta.

Coś w tym jest, bo podobnie jak większość debiutujących twórców Demiana Rugana cechuje pewna niecierpliwość. Śledząc niewątpliwie wartką akcję „Nocnych istot” odniosłam wrażenie, że facet chciał zawrzeć w jednym filmie wszystkie swoje pomysły, maksymalnie wykorzystać filmową taśmę, pokazując widzom to, co jego zdaniem najlepsze.

nocne istoty

Moim zdaniem strzelił sobie tym w stopę, bo obcując z filmem nie mogłam wybyć się wrażenia chaosu. Nawet tworząc to króciutkie streszczenie fabuły miałam nie lada problem, który wątek przytoczyć, a który nie?

Można powiedzieć, że filmowa narracja tworzy coś na zasadzie segmentów. Pojawia się zalążek pierwszego wątku, gdzie kobieta słyszy głosy mówiące do niej ze zlewu, po czym nazajutrz ginie w dość makabryczny sposób na oczach męża. Następnie pojawia się wątek następnego mieszkańca okolicy dręczonego przez jakiś byt obecny w jego domu. Później mamy martwego chłopca, który wygrzebuje się z grobu i jak gdyby nigdy nic taki lekko nadgniły zasiada za stołem w jadalni swoich rodziców. Nie zapominajmy o łowcach duchów, czy kimkolwiek oni byli, którzy postanawiają zbadać dziwne zjawiska na przedmieściu Buenos Aires. We wszytko miesza się jeszcze służba mundurowa i… Chyba niczego nie pominęłam?

nocne istoty

Ten urodzaj sprawił, że film oglądało mi się ciężko. Niby wiedziałam kto jest kto, ale ciągłe skakanie z tematu na temat było dość uciążliwe dla mnie jako dla odbiorcy i zniechęcało do zaangażowania w tą historię.

Technicznie film jest bardzo udany. Zarówno w efektach jak i charakteryzacji widać wyczucie gatunku, sceny straszne są straszne tak jak trzeba, więc nie mogę powiedzieć, bym nie widziała w tym potencjału. Ot myślę jedynie, że Argentyński twórca na ten moment jest trochę zbyt narwany by w przemyślany sposób wykorzystać swój potencjał.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10