Miesięczne archiwum: Kwiecień 2019

Po ciemnej stronie internetu

Unfriended: Dark Web (2018)

Matias pracuje nad aplikacja mającą pomóc mu w komunikowaniu się ze swoją głuchoniemą dziewczyną, Amayą. Nowy laptop znaleziony w kawiarence internetowej, w której chłopak pracuje jest jakby darem niebios, mającym mu bardzo ułatwić sprawę. Niestety prawdziwy właściciel sprzętu szybko upomina się po swoją własność, co więcej okazuje się, że laptop służył mu do działań po ciemnej stronie sieci, tak zwanym dark necie.

Wiecie co? Chyba lubię te wszystkie cyber thrillery. “Dark Web” jest drugim po “Searching” ‘nakręconym kamerą internetową’ thrillerem jaki widziałam w ostatnim czasie. Podobnie jak było w przypadku wspomnianego filmu, tak też w przypadku “Dark Web” filmowe wydarzenia śledzimy obserwując ekran monitora głównego bohatera. Działania jego jak i działania innych bohaterów, to działania w sieci, bacznie obserwowane przez oko internetowych kamer.

Nadal nie mogę się nadziwić jakim sposobem udaje się uzyskać także dynamikę akcji, podczas gdy bohaterzy tkwią przed ekranem? A jednak prostymi środkami wyrazu udaje się nie tylko opowiedzieć ciekawą historię, ale i zbudować wokół niej napięcie. Coś mi mówi, że ta technika będzie coraz popularniejsza.

Wracając jednak do filmu: Opowieść o Matiasie, który wdepnął w gówno w momencie, gdy połaszczył się na cudzy sprzęt nie wciągnie Was od razu. Ciężko zawiązać wątek w tej właśnie nowatorskiej konwencji. Nie mniej jednak kończy się to powodzeniem.

Emocje, które obserwujemy, jakby nie patrzeć przez podwójny ekran nadal są żywe i myślę że mogą udzielić się widzowi.  W moim przypadku tak było. Z pewnością to zasługa całkiem przekonującego aktorstwa, ale i dobrze zbudowane scenariusza. Jak dla mnie film na plus, choć domyślam się, że będą i tacy, dla których taka forma będzie kompletnie nie trafiona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 7

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma czasu

Rzeźnia numer pięć – Kurt Vonnegut

Billy Pilgrim, słabowity uczeń, lękliwy żołnierz, optyk, mąż i ojciec snuje historię swojego życia. A właściwie wielu żyć. Które z nich zrodziły się w wojennej traumie, a które były realne, czytelnik może zdecydować sam.

Zawsze chciałam przeczytać “Rzeźnię numer Pięć”. Wiedziałam, że książka jest wysoko na liście najlepszych powieści amerykańskich XX wieku, więc poniekąd czułam się do tego zobowiązana. Druga rzecz, że nie słyszałam o tej książce ani jednej negatywnej opinii. Ale jak to bywa z klasyką, wszyscy chcę znać, nikt nie chce czytać;)

Tak więc w tym miejscu mogę zapewnić wszystkich zlęknionych, obawiających się, że Kurt ich przerośnie, że nie jest to powieść tego rodzaju. Jak na klasyka, ma w sobie dużo walorów rozrywkowych, przy jednoczesnym zachowaniu bardzo wysokiego poziomu. Oczywiście mówiąc o walorach rozrywkowych nie mam na myśli jakiś żarcików. Humor obecny w tej historii jest słodkogorzki. Jak pisał o tej książce Time: bardzo śmieszna książka, która nie pozwala się śmiać.

Druga rzecz, której macie prawo się obawiać to wojenna tematyka. Sama takich książek nie czytam, nie licząc lektur szkolnych w czasach zamierzchłych. Wydając tą książkę w końcówce lat ’60 Kurt niejako ujawnił fakty związane z bombardowaniem Drezna, więc wówczas musiało to wywołać niemały szok. Mimo, że nie jest to stricte dokument przepełniony naturalizmem. Bohater ucieka z tej rzeczywistości a my możemy uciec wraz z nim. Elementy sci- fi chronią nie tylko Billy’ego, ale i czytelnika. Można powiedzieć, że chcąc uciec przed rzeczywistością, ucieka on w szaleństwo, ale równie dobrze, można to odebrać jako wybranie pewnej perspektywy postrzegania. Mamy tu do czynienia z pewną… filozofią. Owszem ubraną w płaszcz porwania przez obcych (sic), ale jednak. Tak więc mili Państwo, do lektury

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zys i s-ka

 

Tym razem zginiesz

Escape room (2019)

Sześcioro zupełnie obcych sobie osób dostaje zaproszenie do udziału w rozrywce pt. Escape room. Każdy z nich ma szansę wygrać okrągłą sumkę co dodatkowo zachęca tych, którzy mogliby mieć wątpliwości, czy aby na pewno mają na to ochotę.

Na miejscu przekonają się, że przeszkody uniemożliwiające im bezpieczne wydostanie się z kolejnych pomieszczeń zdolne są wyeliminować praktycznie każdego śmiałka.

Chyba zdajecie sobie sprawę, że jest to już trzeci, powstały w ostatnim czasie film z gatunku noszący tytuł “Escape room”?

Dwa poprzednie – jeden biedniejszy od drugiego, jeśli chodzi o moje zdanie – podobnie jak produkcja Adama Robitela skupiał się na motywie popularnych ‘pokoi ucieczek’.

Z powodu niedawnej tragedii do jakiej doszło w naszym kraju – dziewczyna spłonęła w Koszalińskim escape roomie – nie doszło do polskiej premiery kinowej ostatniego z nich. Jednak w świadomości społecznej pojawiła się myśl paradoksalnie mogąca przysporzyć popularności produkcji- w escape roomie naprawdę można zginąć.

Śmierć czyhająca na bohaterów filmu nie jest jednak wynikiem splotu nieszczęśliwych zdarzeń, lecz efektem przemyślanego działania organizatorów imprezy. W Waszych głowach szybko pojawi się pytanie, dlaczego to właśnie ci ludzi zostali wciągnięci do gry? I otrzymamy na to odpowiedź, banalną, bo banalną, ale jednak.

Muszę wam powiedzieć, bo nie ma co przeciągać sprawy, że ze wszystkich trzech filmowych “Escape roomów”, ten podobał mi się najbardziej.

Jest najlepiej przemyślany jeśli chodzi o pomysł, w tym pomysły na kolejne pułapki, a i technicznie zostawia w tyle swoich imienników.

Bardzo dynamiczna akcja, bez wielu przestoi na rozwinięcie warstwy dramatycznej doskonale trzyma w napięciu. W uwagi na zastosowane tu środki wyrazu zdecydowanie bliżej mu do thrillera niż horroru. Nie mamy tu wielkiego rozlewu krwi, ani wizualnej makabry. Trzeci “Escape Room” Powinien spodobać się fanom produkcji w  typie “Cube

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

69/100

W skali brutalności:2/10

Przetrwać w ciszy

Silence/ Cisza (2019)

Kiedy Ally w wieku trzynastu lat straciła słuch nie wiedziała, że cisza do której przywykła ona i jej bliscy, oraz zdolność porozumiewania się bez użycia dźwięków będzie tym, co pomoże jej przetrwać.

Nieznany gatunek dziwnego latającego stworzenia, które wyewoluowało w zupełnej izolacji, nieoczekiwanie przypuszcza atak na miasta zmuszając ludzi do ucieczki.

Ojciec Ally szybko spostrzega, że stworzenia są całkowicie ślepe, co daje im pewna szansę na przetrwanie o ile zachowają absolutną ciszę.

“Cisza” Leonettiego (“Annabelle“) jest kolejnym po cichym miejscu straszakiem zalecającym absolutne milczenie tym, którzy pragną przetrwać w nowej rzeczywistości i uchronić się przed nowym wrogiem. Nie mogę więc powiedzieć, by film wnosił wiele nowości do świata filmowego horroru, zaskoczył rozwiązaniami fabularnymi, czy skłonił do nowych refleksji.

Nie znaczy to jednak, że będę Wam odradzać seans z nową propozycją od Netflixa. “Cisza” jest produktem całkiem udanym i jeśli tylko nie wymagacie od niej oryginalności, czy odkrywczości ma spore szanse się spodobać.

Na ekranie zobaczymy twarze znanych i lubianych jak Stanley Tucci, Miranda Otto, czy wreszcie nasza główna bohaterka, w którą wciela się bardzo dobrze rokująca Kiernan Shipka.

Dość dynamiczna akcja nie powinna nudzić, a sporo iście dramatycznych momentów (pies!) zaangażuje widza emocjonalnie. Pewne rozczarowanie może wywołać wygląd antybohaterów- nader mocno przypominają stworzenia z “Mgły” na podstawie opowiadania Kinaga, zaś ich pochodzenie mocno kalkuje “Zejście“. Nic to jednak jeśli skupimy się pozytywach. Tych jest sporo, przede wszystkim jak wspomniałam duża dawka dramatycznych sytuacji. Jeśli zaś chodzi o walory stricte horrorowe… no cóż. Nie maiłam wiele okazji żeby się przestraszyć, ale straszność nadrobiona jest napięciem, więc generalnie nie jest źle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

 

Morderstwa w Mitchell Inn

Niechciany gość – Shari Lapena

W hotelu Mitchell Inn położonego pośrodku lasu weekend ma spędzić kilkoro gości. Pogorszenie pogody sprawia, że miejsce zostaje zupełnie odcięte od świata uniemożliwiając jakąkolwiek komunikację, wezwanie pomocy etc. Wówczas dochodzi do pierwszej z całej serii śmierci…

“Niechciany gość” to nowy thriller Shari Lapeny, która zasłynęła w Polsce swoją powieścią “Para zza ściany”, której osobiście nie miałam okazji przeczytać. Zapoznałam się natomiast z innym tytułem “Nieznajoma w domu”, który to przypadł mi do gustu i przekonał, że warto się tą autorką zainteresować na dłużej.

“Niechciany gość” okazał się thrillerem w bardzo klasycznej formie. Na myśl przywodzi książki Agaty Christie, czy serie o Sherlocku Holmes’ie.

Mamy tu grupę bohaterów zamkniętych na ograniczonej przestrzeni, dochodzi do zbrodni, ginie jedno z nich. Teraz zaczyna się śledztwo, któremu przewodzi bystry prawnik, swoją drogą posądzony niegdyś o spowodowanie śmierci żony…. Kto zabił, kto jest bardziej podejrzany od innych, kto miał najsilniejszy motyw?

Nie rozwiążemy tej zagadki, póki autorka nie oświeci nas mówiąc co łączy poszczególnych, pozornie niezwiązanych ze sobą bohaterów. Autorka jednak ani myśli się z tym spieszyć, za to podrzuca nam kolejne trupy, kolejne pytania.

Osobiście średnio się w tym odnalazłam. Wolę jednak większe odstępstwa od klasycznych rozwiązań, trochę eksperymentu. Nie mniej jednak muszę przyznać, że podobał mi się ogólny klimat książki, atmosfera rodem z hotelu “Panorama”, zamieć śnieżna i cały ten kram. Ogólnie rzecz, do wzięcia zwłaszcza jeśli tęskni Wam się do takiego stylu budowania opowieści;)

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka