Miesięczne archiwum: Kwiecień 2019

Po ciemnej stronie internetu

Unfriended: Dark Web (2018)

Matias pracuje nad aplikacja mającą pomóc mu w komunikowaniu się ze swoją głuchoniemą dziewczyną, Amayą. Nowy laptop znaleziony w kawiarence internetowej, w której chłopak pracuje jest jakby darem niebios, mającym mu bardzo ułatwić sprawę. Niestety prawdziwy właściciel sprzętu szybko upomina się po swoją własność, co więcej okazuje się, że laptop służył mu do działań po ciemnej stronie sieci, tak zwanym dark necie.

Wiecie co? Chyba lubię te wszystkie cyber thrillery. „Dark Web” jest drugim po „Searching” ‚nakręconym kamerą internetową’ thrillerem jaki widziałam w ostatnim czasie. Podobnie jak było w przypadku wspomnianego filmu, tak też w przypadku „Dark Web” filmowe wydarzenia śledzimy obserwując ekran monitora głównego bohatera. Działania jego jak i działania innych bohaterów, to działania w sieci, bacznie obserwowane przez oko internetowych kamer.

Nadal nie mogę się nadziwić jakim sposobem udaje się uzyskać także dynamikę akcji, podczas gdy bohaterzy tkwią przed ekranem? A jednak prostymi środkami wyrazu udaje się nie tylko opowiedzieć ciekawą historię, ale i zbudować wokół niej napięcie. Coś mi mówi, że ta technika będzie coraz popularniejsza.

Wracając jednak do filmu: Opowieść o Matiasie, który wdepnął w gówno w momencie, gdy połaszczył się na cudzy sprzęt nie wciągnie Was od razu. Ciężko zawiązać wątek w tej właśnie nowatorskiej konwencji. Nie mniej jednak kończy się to powodzeniem.

Emocje, które obserwujemy, jakby nie patrzeć przez podwójny ekran nadal są żywe i myślę że mogą udzielić się widzowi.  W moim przypadku tak było. Z pewnością to zasługa całkiem przekonującego aktorstwa, ale i dobrze zbudowane scenariusza. Jak dla mnie film na plus, choć domyślam się, że będą i tacy, dla których taka forma będzie kompletnie nie trafiona.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność: 7

To coś:7

69/100

W skali brutalności:1/10

Nie ma czasu

Rzeźnia numer pięć – Kurt Vonnegut

Billy Pilgrim, słabowity uczeń, lękliwy żołnierz, optyk, mąż i ojciec snuje historię swojego życia. A właściwie wielu żyć. Które z nich zrodziły się w wojennej traumie, a które były realne, czytelnik może zdecydować sam.

Zawsze chciałam przeczytać „Rzeźnię numer Pięć”. Wiedziałam, że książka jest wysoko na liście najlepszych powieści amerykańskich XX wieku, więc poniekąd czułam się do tego zobowiązana. Druga rzecz, że nie słyszałam o tej książce ani jednej negatywnej opinii. Ale jak to bywa z klasyką, wszyscy chcę znać, nikt nie chce czytać;)

Tak więc w tym miejscu mogę zapewnić wszystkich zlęknionych, obawiających się, że Kurt ich przerośnie, że nie jest to powieść tego rodzaju. Jak na klasyka, ma w sobie dużo walorów rozrywkowych, przy jednoczesnym zachowaniu bardzo wysokiego poziomu. Oczywiście mówiąc o walorach rozrywkowych nie mam na myśli jakiś żarcików. Humor obecny w tej historii jest słodkogorzki. Jak pisał o tej książce Time: bardzo śmieszna książka, która nie pozwala się śmiać.

Druga rzecz, której macie prawo się obawiać to wojenna tematyka. Sama takich książek nie czytam, nie licząc lektur szkolnych w czasach zamierzchłych. Wydając tą książkę w końcówce lat ’60 Kurt niejako ujawnił fakty związane z bombardowaniem Drezna, więc wówczas musiało to wywołać niemały szok. Mimo, że nie jest to stricte dokument przepełniony naturalizmem. Bohater ucieka z tej rzeczywistości a my możemy uciec wraz z nim. Elementy sci- fi chronią nie tylko Billy’ego, ale i czytelnika. Można powiedzieć, że chcąc uciec przed rzeczywistością, ucieka on w szaleństwo, ale równie dobrze, można to odebrać jako wybranie pewnej perspektywy postrzegania. Mamy tu do czynienia z pewną… filozofią. Owszem ubraną w płaszcz porwania przez obcych (sic), ale jednak. Tak więc mili Państwo, do lektury

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zys i s-ka

 

Tym razem zginiesz

Escape room (2019)

Sześcioro zupełnie obcych sobie osób dostaje zaproszenie do udziału w rozrywce pt. Escape room. Każdy z nich ma szansę wygrać okrągłą sumkę co dodatkowo zachęca tych, którzy mogliby mieć wątpliwości, czy aby na pewno mają na to ochotę.

Na miejscu przekonają się, że przeszkody uniemożliwiające im bezpieczne wydostanie się z kolejnych pomieszczeń zdolne są wyeliminować praktycznie każdego śmiałka.

Chyba zdajecie sobie sprawę, że jest to już trzeci, powstały w ostatnim czasie film z gatunku noszący tytuł „Escape room”?

Dwa poprzednie – jeden biedniejszy od drugiego, jeśli chodzi o moje zdanie – podobnie jak produkcja Adama Robitela skupiał się na motywie popularnych ‚pokoi ucieczek’.

Z powodu niedawnej tragedii do jakiej doszło w naszym kraju – dziewczyna spłonęła w Koszalińskim escape roomie – nie doszło do polskiej premiery kinowej ostatniego z nich. Jednak w świadomości społecznej pojawiła się myśl paradoksalnie mogąca przysporzyć popularności produkcji- w escape roomie naprawdę można zginąć.

Śmierć czyhająca na bohaterów filmu nie jest jednak wynikiem splotu nieszczęśliwych zdarzeń, lecz efektem przemyślanego działania organizatorów imprezy. W Waszych głowach szybko pojawi się pytanie, dlaczego to właśnie ci ludzi zostali wciągnięci do gry? I otrzymamy na to odpowiedź, banalną, bo banalną, ale jednak.

Muszę wam powiedzieć, bo nie ma co przeciągać sprawy, że ze wszystkich trzech filmowych „Escape roomów”, ten podobał mi się najbardziej.

Jest najlepiej przemyślany jeśli chodzi o pomysł, w tym pomysły na kolejne pułapki, a i technicznie zostawia w tyle swoich imienników.

Bardzo dynamiczna akcja, bez wielu przestoi na rozwinięcie warstwy dramatycznej doskonale trzyma w napięciu. W uwagi na zastosowane tu środki wyrazu zdecydowanie bliżej mu do thrillera niż horroru. Nie mamy tu wielkiego rozlewu krwi, ani wizualnej makabry. Trzeci „Escape Room” Powinien spodobać się fanom produkcji w  typie „Cube

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:9

Zaskoczenie:5

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

69/100

W skali brutalności:2/10

Przetrwać w ciszy

Silence/ Cisza (2019)

Kiedy Ally w wieku trzynastu lat straciła słuch nie wiedziała, że cisza do której przywykła ona i jej bliscy, oraz zdolność porozumiewania się bez użycia dźwięków będzie tym, co pomoże jej przetrwać.

Nieznany gatunek dziwnego latającego stworzenia, które wyewoluowało w zupełnej izolacji, nieoczekiwanie przypuszcza atak na miasta zmuszając ludzi do ucieczki.

Ojciec Ally szybko spostrzega, że stworzenia są całkowicie ślepe, co daje im pewna szansę na przetrwanie o ile zachowają absolutną ciszę.

„Cisza” Leonettiego („Annabelle„) jest kolejnym po cichym miejscu straszakiem zalecającym absolutne milczenie tym, którzy pragną przetrwać w nowej rzeczywistości i uchronić się przed nowym wrogiem. Nie mogę więc powiedzieć, by film wnosił wiele nowości do świata filmowego horroru, zaskoczył rozwiązaniami fabularnymi, czy skłonił do nowych refleksji.

Nie znaczy to jednak, że będę Wam odradzać seans z nową propozycją od Netflixa. „Cisza” jest produktem całkiem udanym i jeśli tylko nie wymagacie od niej oryginalności, czy odkrywczości ma spore szanse się spodobać.

Na ekranie zobaczymy twarze znanych i lubianych jak Stanley Tucci, Miranda Otto, czy wreszcie nasza główna bohaterka, w którą wciela się bardzo dobrze rokująca Kiernan Shipka.

Dość dynamiczna akcja nie powinna nudzić, a sporo iście dramatycznych momentów (pies!) zaangażuje widza emocjonalnie. Pewne rozczarowanie może wywołać wygląd antybohaterów- nader mocno przypominają stworzenia z „Mgły” na podstawie opowiadania Kinaga, zaś ich pochodzenie mocno kalkuje „Zejście„. Nic to jednak jeśli skupimy się pozytywach. Tych jest sporo, przede wszystkim jak wspomniałam duża dawka dramatycznych sytuacji. Jeśli zaś chodzi o walory stricte horrorowe… no cóż. Nie maiłam wiele okazji żeby się przestraszyć, ale straszność nadrobiona jest napięciem, więc generalnie nie jest źle.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:5

Zabawa:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 2/10

 

Morderstwa w Mitchell Inn

Niechciany gość – Shari Lapena

W hotelu Mitchell Inn położonego pośrodku lasu weekend ma spędzić kilkoro gości. Pogorszenie pogody sprawia, że miejsce zostaje zupełnie odcięte od świata uniemożliwiając jakąkolwiek komunikację, wezwanie pomocy etc. Wówczas dochodzi do pierwszej z całej serii śmierci…

„Niechciany gość” to nowy thriller Shari Lapeny, która zasłynęła w Polsce swoją powieścią „Para zza ściany”, której osobiście nie miałam okazji przeczytać. Zapoznałam się natomiast z innym tytułem „Nieznajoma w domu”, który to przypadł mi do gustu i przekonał, że warto się tą autorką zainteresować na dłużej.

„Niechciany gość” okazał się thrillerem w bardzo klasycznej formie. Na myśl przywodzi książki Agaty Christie, czy serie o Sherlocku Holmes’ie.

Mamy tu grupę bohaterów zamkniętych na ograniczonej przestrzeni, dochodzi do zbrodni, ginie jedno z nich. Teraz zaczyna się śledztwo, któremu przewodzi bystry prawnik, swoją drogą posądzony niegdyś o spowodowanie śmierci żony…. Kto zabił, kto jest bardziej podejrzany od innych, kto miał najsilniejszy motyw?

Nie rozwiążemy tej zagadki, póki autorka nie oświeci nas mówiąc co łączy poszczególnych, pozornie niezwiązanych ze sobą bohaterów. Autorka jednak ani myśli się z tym spieszyć, za to podrzuca nam kolejne trupy, kolejne pytania.

Osobiście średnio się w tym odnalazłam. Wolę jednak większe odstępstwa od klasycznych rozwiązań, trochę eksperymentu. Nie mniej jednak muszę przyznać, że podobał mi się ogólny klimat książki, atmosfera rodem z hotelu „Panorama”, zamieć śnieżna i cały ten kram. Ogólnie rzecz, do wzięcia zwłaszcza jeśli tęskni Wam się do takiego stylu budowania opowieści;)

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i s-ka

Wind of psycho change

Wind/ Wiatr (2018)

Ameryka, koniec XIX wieku. Lizzy i jej mąż Isaak zamieszkują odludne, nieustannie smagane przez wiatr tereny Stanów. Ich jedynymi towarzyszami jest para młodych małżonków, Emma i Gideon. Długotrwała izolacja i problemy małżeńskie to nie jedyne zmartwienia Lizzy, nabiera ona bowiem przekonania, że ziemia, na której żyje jest nawidzona przez preriowe demony. Gdy Isaak opuszcza ich dom Lizzy musi stoczyć z owymi demonami samotną walkę. Pytanie, z czym tak naprawdę ma do czynienia?

„Wiatr” jest debiutem dwóch filmowców w spódnicach, Teresy Sutherland- scenarzystki i Emmy Tammi – reżyserki. Dwie kobiety stworzyły horror opowiadany z punktu widzenia kobiety, ale jeśli spodziewacie się ckliwości i na siłę upychanych wątków romantycznych to zapomnijcie o tym.

Krążą pogłoski, że „Wiatr” nie jest zupełnie oryginalnym pomysłem i w dużej mierze opiera się na „Wichrze” z 1928 roku nakręconym przez Szweda, reżysera między innymi „Furmana śmierci„. Jak jest faktycznie nie wypowiem się ponieważ z przykrością muszę stwierdzić, że „Wichru” nie widziałam. Oczywiście mam zamiar nadrobić.

Wracając do tego co wiem: „Wiatr” jest mroczny, miejscami surowy i posiada silny ładunek emocjonalny. Dla mnie bomba. Podobał mi się szalenie.

Klimat w zasadzie buduje się sam, za sprawą samego doboru miejsca akcji i czasów, w których akcja się toczy. Połączenie grozy ze światem zarezerwowanym dla westernu coraz bardziej mi się podoba. Fabuła rozwija się bardzo powoli, pewnie niektórzy będą narzekać, ale ja tak właśnie lubię.

Rozpoczynając seans znajdziemy się mniej więcej w środku tej historii. Lizzy i Isaak grzebią martwą Emmę. Isaak opuszcza farmę obiecując żnie szybki powrót.Co doprowadziło do  śmierci młodej kobiety? Kim jest? Dowiemy się z czasem, za sprawą przywoływanych przez Lizzy retrospekcji przeplatających bieżące wydarzenia.

Jedne i drugie są nie mniej angażujące, choć nie powiem, miłośnicy prostych liniowych narracji mogą odnieść wrażenie chaosu. Co najważniejsze i muszę to podkreślić w filmie pojawiła się scena, która autentycznie mnie zmroziła. SPOILER: Rozmowa Lizzy z demonem pod postacią księdza KONIEC SPOILERA. Nie często się to zdarza, a więc szacun dla miłych pań twórczyń.

Ogólnie sceny nacechowane grozą- są, są – istnieją tu bez wymuszenia, dobrze zmontowane, z rozważnym użyciem efektów.

„Wiatr” ma też w sobie sporo z thrillera, czy horroru psychologicznego, bo interpretacja wydarzeń wcale nie jest oczywista. Charakter zdarzeń, ich kontekst, sposób w jaki przedstawiono nam główną bohaterkę – bardzo ciekawie skrojona postać – daje przestrzeń na domysły. Kreacje aktorskie, szczególnie mam tu na myśli odtwórczynie głównej bohaterki zapadają w pamięć.

Muszę więc z ogromną radością przyznać, że od czasu „Czarownicy” żaden film nie spodobał mi się tak bardzo. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń, bo oglądała go w w stanie poczytalności ograniczonej gorączką;)

Moja ocena:

Straszność:4

Fabuła:8

Klimat:9

Napięcie:7

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:9

Aktorstwo:9

Oryginalność:8

To coś:9

77/100

W skali brutalności:1/10

 

 

Uciekaj dziewczynko

Rust Creek (2018)

Savyer wkrótce kończy studia. Gdy zostaje zaproszona na rozmowę o pracę do odległego Waszyngtonu, bez chwili wahania wsiada do auta i rusza w drogę. Niestety nawigacja wyprowadza ją w pole. Młoda kobieta gubi drogę. Zatrzymując się pośród lasów wpada w oko dwóm miejscowym oprychom, którzy w nachalny sposób próbują namówić ją na wspólną zabawę. Gdy do głosu dochodzą argumenty siłowe ranna Saver jest zmuszona do ucieczki przed siebie, bez planu i bez większych szans na ratunek.

Mówi się, że filmy grozy są dla chłopców. Większość stron o tej tematyce prowadzą faceci, większość twórców, pisarzy, czy tym bardziej reżyserów to faceci. „Rust Creek” Jean McGrowan w hollywoodzkim świecie został obwołany horrorem feministycznym, rzeczą bardzo potrzebną. By podkreślić ów feministyczny wymiar przedsięwzięcia do produkcji zostały zatrudnione głównie kobiety. Jak więc wypada ten typowo kobiecy głos w męskim świecie?

Moim zdaniem wypada bardzo dobrze. I nie koniecznie ze względu na swój feministyczny wydźwięk.Jest po prostu dobrym survivalem ze sporą domieszką thrillera.

Nasza bohaterka, silna i niezależną, siłę kształtuje uprawiając sport, niezależność podkreśla udając się w długą podróż bez informowania kogokolwiek o tym fakcie. Swój los zawierza google maps i nieoczekiwanie ląduje w dupie. Kto nie przeklął w swoim życiu janosika nie pierwszy rzuci kamień. Na jej drodze staje dwóch szemranych typów, którzy ewidentnie chcą z nią zagrać w trójpolówkę. Dziewczę niechętne, więc zapomnijmy o tysiącleciach ewolucji: za włosy i do jaskini. Savyer udaje się uciec, ale instynkt łowiecki samców daje o sobie znać. Żeby nie było, że polują na nią tylko dla zaspokojenia chuci, na plan wkracza wątek kryminalny związany z narkotykami. Jest to wątek dość istotny dla sprawy i powoli zacznie się rozwijać.

Kogo jeszcze spotka Kapturek w stumilowym lesie nie zdradzę, ale mogę Wam powiedzieć, że akcja praktycznie nie zwalnia tempa i z pewnością zaangażuje przynajmniej większość z Was.

Całość przypadła mi do gustu choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niektóre wątki zostały tu umieszczone tylko po to by podkreślić babskość tego filmu. SPOILER: Narodziny uczucia pomiędzy samotnym wilkiem a kapturkiem. Miłość zrodzona w minifabryczce mefy. KONIEC SPOILERA. Myślę, że film ma szansę zaspokoić apetyty miłośników horrorów survivalowych, ale także thrillerów, więc polecam ze spokojem.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:7

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:7

68/100

W skali brutalności: 2/10

Vera w krainie burzy

Fatamorgana (2018)

Vera Roy mieszka z mężem Davidem i córeczką Glorią. W wynajmowanym przez jej rodzinę domu kobieta  znajduje stary telewizor, odtwarzacz i stertę kaset video, pozostawionych przez poprzednich właścicieli.

Oglądając stare taśmy Vera dowiaduje się, że owymi lokatorami była pani Lasarte i jej dwunastoletni syn Nico. Wkrótce dowiaduje się, że sympatyczny chłopiec z nagrań zginął w tragicznym wypadku, wkrótce po nagraniu ostatniego filmu.

Vera widząc o tym jeszcze raz ogląda nagranie. Na dworze szaleje burza i w jakiś sposób to zjawisko przyczynia się do nawiązania kontaktu między kobietą, a chłopcem za pośrednictwem telewizora. Vera znając okoliczności śmierci Nico ostrzega go przed niebezpieczeństwem. Nazajutrz okazuje się, że w ten sposób zmieniła nie tylko koleje losu chłopca, ale też swoje. Nic nie jest tak jak było, ale Vera za wszelką cenę chce odzyskać to co straciła.

Fatamorgana, inaczej zwana mirażem to zjawisko, w wyniku którego w odpowiednich warunkach – temperatura, światło, gęstość powietrza – możemy uzyskać złudne wrażenie widzenia bardzo odległego obiektu w postaci obrazu pozornego.

Motyw fatamorgany głównie kojarzonej z pustyniami i doświadczanymi tam przez ludzi złudnymi wizjami bliskiej oazy został wykorzystany w hiszpańskojęzycznym filmie Oriol’a Paolo. Bohaterka filmu znajdująca się w roku 2014 w burzową obserwuje w czasie rzeczywistym wydarzenia z 1989 roku za pomocą telewizora. Poruszona tragiczną historią chłopca spontanicznie ingeruje w zdarzenia i tym samym zmienia ich bieg. Kto oglądał „Efekt motyla”, czy inne filmy do owego efektu nawiązujące wie jak może to wpłynąć na pozornie nie związane z danym zdarzeniem czy historią osoby.

Następnego dnia Vera budzi się w ‚chaosie deterministycznym’, jej działanie wywołało ‚burze piaskową’ i całkowicie zmieniło bieg zdarzeń. Problem w  tym że pamięcią Vera wciąż tkwi w tym, co… nie zdarzyło się, natomiast nie ma dostępu do zaktualizowanych wspomnień.

Powiem Wam, że historia jest zdrowo zakręcona. Nie znaczy to jednak, że nie mamy szansy na uzyskanie klarowności w ocenie sytuacji.

Ze swojej strony mogę Was zapewnić, że dość szybko wyczułam pismo nosem i poniekąd odgadłam jedną z głównych fabularnych zagadek: Kim jest Nico? Gdzie jest ocalony chłopiec?

Mogło mi to zepsuć zabawę, ale tak się nie stało. Z niecierpliwością czekałam na potwierdzenie moich przypuszczeń.

„Fatamorganie” nie można zarzucić nudy, czy braku pomysłowości. Zwolennicy teorii chaosu deterministycznego, pewnie dopatrzą się tu nieścisłości, ale można na to przymknąć oko.

W zasadzie jedyne co można zarzucić tej produkcji to niewielka dawka grozy, nawet jak na thriller. Bliżej mu do dramatu z wątkami sc-fi, nawet dość romantycznego ;), ale nie spotkamy tu nawet domieszki horroru. Nie mniej jednak polecam Wam ten film ze względu na wciągającą i dobrze zagraną historię

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:7

Zabawa:9

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:7

To coś:8

69/100

W skali brutalności:1/10

 

Jesteś niewinna

Den skyldige/ Winni (2018)

Asger Holm jest policjantem czasowo oddelegowanym do pracy na dyspozytorni numeru alarmowego. Pewnego wieczoru odbiera telefon od kobiety, której dziwne zachowanie początkowo każe mu zbagatelizować sprawę. W końcu jednak detektywistyczny instynkt bierze górę i Asger zaczyna rozumieć w jakim kłopocie jest dzwoniąca Iben.

Pamiętacie thriller z Halle Bery „Połączenie”? Podobał się Wam? W takim razie spokojnie możecie zasiadać do seansu z jego Duńskim odpowiednikiem. „Winni” jest nawet o klasę lepszy, w końcu to kino skandynawskie, nie amerykańska, czysta komercja.

Głównym bohaterem jest policjant zawieszony w zwykłym trybie służby, czekający na proces sądowy, który ma udowodnić jego niewinność w sprawie zabójstwa.

Asger zabił na służbie człowieka. Jego małżeństwo się rozleciało, a on wylądował na słuchawce. W przeddzień pierwszego przesłuchania w sądzie mężczyzna odbiera połączenie na numer alarmowy. Dziwna kobieta mówi do niego per skarbie i w dziwny sposób komunikuje potrzebę pomocy. Pijana? Nie. Uprowadzona. Jak? Przez kogo? Dlaczego? Tego wszystkiego dowiecie się w trakcie rozwoju akcji filmu.

Nie mogę wam w tej materii zdradzić zbyt wiele, bo wszystko bym popsuła. Ale mogę Was zapewnić, że jest to historia z kilkoma twistami, której nie brakuje napięcia. 

W zasadzie jest to teatr jednego aktora, więc wszystkie ozdobniki i wszelkie rozpraszacze zostały zredukowane do minimum. Skupiamy się więc na Asgerze i jego rozmówczyni. Policjant bardzo stara się jej pomóc, ale nie jest to proste. Siedząc w dyspozytorni ma mocno ograniczone pole manewru, mimo wszytko wykorzysta wszystkie możliwe opcje, a my jesteśmy tego świadkami. Tam gdzie Halle Bary biegała, biła, krzyczała, tu Duńczyk tłumaczy, analizuje, zbiera fakty. Nie zobaczymy jego rozmówców. Musimy więc zaangażować się w sprawę osoby, która jest dla nas praktycznie anonimowa. Podobnie jak musiał Asger. Przysłuchując się tym rozmowom poznajemy bohaterów i ich życiową sytuację. Utrzymać widzą przed ekranem w takim układzie wcale nie jest łatwo, ale Gustavowi Mollerowi się to udaje.

Nie mam produkcji nic do zarzucenia. Nie jest efekciarska, ani na siłę przedramatyzowana. Aktorstwo jest dobre, a historia wciągająca. Nie jest to może film dla miłośników kina z pompą, ale zdecydowanie ma szanse się podobać.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:8

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:8

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:8

70/100

W skali brutalności:1/10

Jesteś blisko

The Clovehitch killer (2017)

Mieszkający w małym miasteczku nastolatek Tyler znajduje u swojego ojca pisemka BDSM, jednak to on zostaje posądzony o zainteresowanie fetyszami. Rówieśnicy nazywają go zbokiem i tylko żyjąca na marginesie szkolnej społeczności Kassi chce z nim rozmawiać. Dziewczyna ma specyficzne zainteresowania – seryjnych morderców. Wspólnie z Tylerem pragnie rozwiązać sprawę niejakiego Więźlarza, mordercy , który wiązał i zabijał kobiety.

„Clovehitch killer” to film na podstawie scenariusza współscenarzysty „Klauna„. Nie spodziewajcie się tu jednak podobnego klimatu. Produkcji bliżej do dramatu o nastolatkach , w porywach teen thrillera niż do horroru, który może wzbudzić strach. Nie mniej jednak nie uważam go za słaby, po prostu sądzę że nie zaspokoi w pełni apetytu amatorów krwistej grozy.

Jak w przypadku historii, których bohaterami są dzieci, wyrośnięte, ale nadal dzieci, jest w niej spora doza naiwności. Ta naiwność ucieleśnia się w postaci naszego bohatera Tylera. Typowa dziecięca skłonność każąca wierzyć, że świat i ludzie są dobrzy. Wychowany na skauta, udzielający się w kościele postanawia jednak zagłębić się w mroczną tajemnicę. Może nie tyle by uzyskać odpowiedzi, co… zaprzeczenia.

Jego przeciwieństwem jest rudowłosa koleżanka, która z premedytacją  spogląda na ciemną stronę życia. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, żeby nie spoilerować, choć to i tak nie gwarantuje zaskoczenia. Szczerze mówiąc, byłabym zaskoczona gdybyście Wy byli zaskoczeni;) Być może nawet nie o zaskoczenie szło twórcom. W pewnym stopniu zafundowali widzom nieco inne spojrzenie na tematykę seryjnych zabójców.

SPOILER: Widzieliśmy już wątek ujęty ze strony żon i partnerek morderców, ze strony szkolnych kolegów. Tym razem możemy zobaczyć z jakim problemem boryka się dziecko takiego osobnika. KONIEC SPOILERA.

Technicznie i aktorsko film wypada całkiem dobrze i ogólnie jest przyjemny dla oka. Być może nie zrobi większego wrażenia, ale można przy nim całkiem mile spędzić czas.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:8

Aktorstwo: 8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10