Miesięczne archiwum: Maj 2019

Druga wersja

Us/ To my (2019)

Kalifornia, lata ’80 XX wieku: Pewna rodzina spędza wieczór w lunaparku w Santa Cruz. Ich najmłodsza pociecha oddala się od rodziców i w czasie samotnego spaceru trafia do tajemniczego gabinetu luster. Wraca stamtąd całkowicie odmieniona, jakby przeżyła traumę.

Czasy współczesne: Czteroosobowa rodzina Wilsonów udaje się na wypoczynek do swojego domu letniskowego w Santa Cruz. Już pierwszego wieczora ich pobytu matka, Adelaide zauważa na podjeździe domu cztery osoby, a raczej ich cienie. Mąż, Gabe, postanawia przegonić intruzów z kijem baseballowym, ale jego wysiłki nie robią na nich wrażenia i intruzi wkrótce wdzierają się do domu Wilsonów.

Nowa produkcja Jordana Peele “To my” jest naturalną konsekwencją sukcesu jego pierwszego obrazu, nagrodzonego Oscarem za scenariusz, “Uciekaj.

Już po seansie z pierwszym filmem twórcy mogliśmy zyskać świadomość, że nie będzie on robił filmów typowych. Nie tylko całkowicie odżegnuje się od stawiania na pierwszym planie ‘białych’, ale i wyraźnie skupia się na kwestiach socjologicznych, uderzając jednocześnie w społeczną satyrę jak i w grozę.

Obecnie “To my” święci wszelkie triumfy, choć jeśli o mnie chodzi, bardziej przemówił do mnie minimalistyczny “Uciekaj”. W obydwu scenariuszach możemy doszukać się – of course– wątków społecznych – ale i nawiązań do klasycznych filmów grozy.

“Uciekaj” cholernie kojarzyło mi się z “Żonami ze Stepford“, w przypadku “To my” nasunęła mi się myśl o “Inwazji porywaczy ciał”. Oczywiście widzowie podrzucili jeszcze kilka innych tytułów, ale w ich przypadku chodzi bardziej o skojarzenia na poziomie realizacji- scenografia, rekwizyty etc. niż sam scenariusz.

“To my” podąża tropem konwencji home invasion, ale nie takiej typowej, jak w przypadku chociażby “Nieznajomych”. Motyw antagonistów każe nam myśleć raczej o sci-fi niż o thrillerze, czy zwykłym horrorze.

Właśnie w postaciach intruzów przypuszczających atak na dom Wilsonów tkwi cały filmowy trick.  W tym też tkwi finałowa niespodzianka. Nie da się ich przypadku omówić bez spoilera, a więc… SPOILER: Mamy tu do czynienia, nie inaczej, jak z sobowtórami. Mniej szczęśliwymi kopiami oryginalnych Wilsonów, którzy postanawiają wyjść z cienia, zabić swoje odpowiedniki i nie wiem, przejąć ich życie? A może tylko zemścić się na swój los, za to, że są tymi gorszymi, tymi w cieniu. KONIEC SPOILERA.

Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z bardzo wyraźnym wątkiem społecznych nierówności, których doświadczają mieszkańcy Stanów. (ba, i nie tylko) To ich metafora ujęta w scenariusz jest przyczyną krwawej łaźni, która staje się udziałem czteroosobowej rodziny (i sąsiadów).

A skoro już padło hasło: krwawa, mogę Was zapewnić, że jest … krwawo. Nasi intruzi uzbrojeni w złote nożyczki dźgają ofiary bez opamiętania, a i te bronią się jak mogą nie pozostając dłużnymi napastnikom. Pojawia się tu też sporo czarnego humoru, który nieco rozładuje napięcie kłębiące się wokół dokonywanej zbrodni.

Co do walorów technicznych to nikt absolutnie nie powinien mieć zarzutów. Film jest bardzo dopracowany w szczegółach, dynamicznie zmontowany, a i aktorstwu nie da się nic złego zarzucić.

Mimo wszystko, nie pieję z zachwytu nad filmem. Wolę bardziej nastrojowe opowieści grozy, ale jeśli miałabym melodię na coś z większym przytupem to poleciłabym samej sobie, właśnie “To my”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 3/10

 

A kiedy ona cię kochać przestanie

Złota klatka – Camilla Lackberg

Faye żyje w złotej klatce zbudowanej przez jej męża milionera, Jacka. Jej jedynym zadaniem jest uszczęśliwianie go, ale i temu nie potrafi sprostać. Dręczona przez tajemnice ze swojej przeszłości nie dostrzega, że jej mąż też całkiem sporo przed nią ukrywa.  Kiedy jasne światło prawdy stopi pręty w jej złotej klatce Faye na nowo odkryje kim jest i do czego potrafi być zdolna.

Ktoś mądry powiedział, że nawet piekło nie zna takiej furii w jaką wpada wzgardzona kobieta;)

Nowa powieść ‘królowej szwedzkiego kryminału’ to początek nowej serii książek. Wcześniejszy cykl w całości rozgrywał się w małej nadmorskiej miejscowości Fjallbace, a jej główną bohaterką był pisarka Ericka, żona miejscowego policjanta. Tym razem Lackberg postawiła na wielkie miasto i ludzi sukcesu z Fjallbacki czyniąc jedynie rodzinną miejscowość bohaterki, z której ta uciekła we wczesnej młodości.

Faye skrywa sekret , który autorska zdradzi nam dobrodusznie w finale powieści. Nie jest on więc głównym przedmiotem sprawy. Skupiamy się raczej na tu i teraz. Śledzimy obraz rozpadu małżeństwa naszej bohaterki, jednocześnie odwołując się w retrospekcjach do samego początku jej znajomości z mężem. Gdzie w tym kryminał?

Nie będę Was czarować, że nie jest to babska książka, bo jest. Jednak nie z rodzaju tych ckliwych, jest wręcz feministyczna, a jej bohaterka to rasowa wojowniczka.

Wątki obyczajowe dominują w znacznej jej części, ale nie znaczy to, że całkiem odejdziemy od tematu. Brudne małżeńskie sekrety mogą być równie skomplikowane co kryminalne śledztwo.

Wciągnęłam się w tą historię bez reszty i bardzo cieszę się, że Lackberg otworzyła się na nowe możliwości, nowych bohaterów. Po kontynuację z pewnością sięgnę.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Lepiej spłonąć

The Convent/ Herezja (2019)

Europa XVII wiek. Persefona, młoda kobieta, zostaje oskarżona o czary i skazana na śmierć. Przed wykonaniem wyroku ratuje ją tajemnicza zakonnica deklarująca zdolność ratowania upadłych dusz w swoim klasztorze. By uniknąć śmierci dziewczyna godzi się na dożywotnią izolację nie zdając sobie sprawy, że unikając stosu trafi do przedpiekla.

Tak, mamy kolejny horror o klasztorze i zakonnicach… Jako, że jest to dzieło twórcy Ponurego domu” i “Howl“, dwóch całkiem dobrych obrazów, mogliście żywić nadzieję, że wyróżni się poziomem zacierając złe wrażenia jakie pozostawiła po sobie “Zakonnica“, “The Devils Doroovay” czy “Zakon św. Agaty“. Płonne to jednak nadzieje, jeśli takowe faktycznie mogliście żywić. Film niczym się nie różni od bardzo słabych poprzedników, a jedyne dobre momenty możecie obejrzeć w dobrze nagranym trailerze. Trailerów, nie oglądam, ale akurat puścili w kinie, przed “Smętarzem dla zwierzaków“.

Odniosłam wrażenie, że nikt, ale to nikt nie przyłożył się do tej produkcji. Jakby twórcy przyjęli zlecenie, ma być horror o nawiedzonym klasztorze i sklecili coś na szybko, aby było.

Już sama postać głównej bohaterki, jej historia, dziurawa i mocno naciągana- temat rodziców- wzbudziła u mnie uniesienie brwi. Z resztą co by nie mówić, scenariusz jest pełen niekonsekwencji i tak naprawdę nie bardzo wiadomo co chcieli nam twórcy przekazać. A w ogóle, chcieli coś?

Tak jak wspomniałam, kilka niezłych, straszniejszych scen, możecie zobaczyć w trailerze, nie ma potrzeby mierzyć się z całym filmem, bo ta historia nie ma do zaoferowania nić ciekawego.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Patrz i giń

Nie otwieraj oczu – Josh Malerman

Malory i dwójka dzieci nazywanych przez nią chłopcem i dziewczynką opuszcza względnie bezpieczny azyl i udaje się w niebezpieczną podróż, która jednak daje jej nadzieję, na lepszy los dla niej i dzieci. Owa podróż to przeprawa przez rwącą rzekę na chybotliwej łódce z zasłoniętymi oczami. Kobieta może polegać jedynie na słuchu, swoim i dwójki czterolatków.

Jakie okoliczności zmusiły ją do tego? Czemu w jej świecie największym niebezpieczeństwem jest otworzenie oczu?

W końcówce ubiegłego roku platforma Netflix wypuściła w świat film z Sandrą Bullock pt. “Nie otwieraj oczu“. Film utrzymany w konwencji horroru z elementami sci-fisurvivalu odniósł nie mały sukces. Mniej więcej w tym samym czasie  polscy czytelnicy doczekali się wydania na rodzimym rynku powieści pod tym samym tytułem będącej jednocześnie pierwowzorem produkcji filmowej.

Z zasady jeśli chodzi o książkowe ekranizację przygodę z daną historią należy zaczynać od książki, nie filmu. W praktyce jednak często bywa odwrotnie z uwagi na to, że dopiero filmowa ekranizacja doprowadza do popularyzacji książki, o której wcześniej mogliśmy w ogóle nie słyszeć.

Mimo, że Josh Malerman wydał “Bird box” w 2014 roku, dopiero filmowa wersja tej opowieści doprowadziła do zainteresowania się tym tytułem polskiego rynku wydawniczego.

Tak więc, po raz kolejny dopuściłam się złamania zasady pierwszeństwa książki i najpierw obejrzałam film. Nie wiem, czy miało to korzystny czy niekorzystny wpływ na mój odbiór literackiego pierwowzoru. Powiedziałabym, że wpływ był w zasadzie żaden. Za wyjątkiem tego, że Malory miała dla mnie twarz sandry Bullock.

Autor powieści jest nie tylko pisarzem, zajmuje się też pisaniem scenariuszy i być może dlatego jego książka wydaje się gotowa do wyświetlenia na ekranie. Oczywiście występują subtelne różnice pomiędzy filmem a książką, ale jak to bywa w przypadku literatury i filmu, główną różnią jest mniejsza pobieżność w rozbudowie wątków w przypadku książki. Czytelnik ma szansę uzyskać wyjaśnienie na pytania, które zignorował film.

Prosty język książki sprawił, że czytało mi się ja równie lekko i bez wysiłku co śledziło wydarzenia na ekranie. Pytanie tylko, czy książka ma wiele do zaoferowania osobie, która już widziała film? Moim zdaniem warto po nią sięgnąć dla samej atmosfery jaką buduje. Napięcie, poczucie zagrożenia, nieuchronność pewnych wydarzeń. Wszystko to możemy odczuć dużo mocniej zagłębiając się w tekst i posiłkując własną wyobraźnią, niż bazując tylko na tym co oferuje ekran i głośnik.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna owca

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

“Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‘niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze “Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy “Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‘niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10

Wiem tylko, że jest zły

Pasażer na gapę – Adrian Bednarek

Maciek Gosławski drobny cwaniaczek i sprawny złodziej planuje ucieczkę z oddziału sądowego szpitala psychiatrycznego, gdzie trafił by uniknąć kary więzienia. W ucieczce ma mu pomóc zakochana po uszy wspólniczka, Magda.

Niestety plan idealny upada, gdy do pary uciekinierów dołącza inny osadzony, niejaki Konrad Mączyński. Mężczyzna przekonuje parę do współpracy mamiąc ich obopólnym zyskiem. Młodzi wchodząc w układ nie mając jednak bladego pojęcia z kim tak naprawdę mają do czynienia.

“Pasażer na gapę” to kolejna po “Skazanym na zło” powieść Adriana Bednarka spoza uniwersum ‘Diabłów‘.

Autor i tym razem nie rezygnuje z wprowadzenia postaci psychopatycznego mordercy, dzięki czemu jego czytelnicy po raz kolejny mogą cieszyć się opisami makabrycznych zbrodni.

Antagonista, który na kartach powieści pojawia się jakby przypadkiem całkowicie zdominuje historię, a każda osoba śledząca pędzące na łeb na szyje wydarzenia będzie się zastanawiać skąd się wziął i do czego dąży. Adrian z rozmysłem nie zdradza jego tożsamości zbyt szybko, skupiając się na opisie policyjnego pościgu za trojgiem uciekinierów i ich brawurowej ucieczce.

Książkę z pewności wyróżnia wartka akcja, która sprawia, że ciężko jest znaleźć odpowiedni moment na oderwanie się od lektury. Za każdym zakrętem może czekać zwrot akcji, przełom. Adrian przygotowałam dla czytelników kilka niespodzianek, więc jest na co czekać.

Sprawie sprzyja fakt, że główni przewodnicy w tej podróży budzą naszą ciekawość, są charyzmatyczni, pomysłowi i nie opuszczają gardy.

“Pasażer na gapę” to praktycznie gwarant dobrej rozrywki.

Moja ocena: 7/10

Za książkę dziękuję autorowi, Adrianowi Bednarkowi

I don’t want to be buried in a pet cemetery

Pet Sematary/ Smętarz dla zwierzaków (2019)

Doktor Louis Creed wraz z żoną, dwójką dzieci i kotem przeprowadza się do malowniczego Ludlow, małego miasteczka w Maine z dala od spraw mogących odciągać go od rodziny.

Już pierwszego dnia w nowej pracy spotyka go mrożący krew w żyłach incydent, a dalsze wydarzenia tylko potwierdzają, że rodzina znalazła się z dala od wymarzonej sielanki.

Kolejnym smutnym zdarzeniem okazuje się być śmierć ukochanego kota córki Ellie , Churcha. Za radą sąsiada, Juda, mężczyzna urządza kotu pochówek na mrocznej ziemi należącej do Indian z plemienia Micmaców i zataja fakt śmierci zwierzaka przed córką. Nazajutrz z nie małym zdziwieniem odkrywa, że kot wrócił do domu. Jak najbardziej żywy.

Jako fanka “Smętarza dla zwierzaków”, szczególnie jego literackiej wersji pióra Kinga, nie mogłam sobie odpuścić jego najnowszej odsłony.  Jeśli pamiętacie wpis dotyczący pospołu książki i jej pierwszej filmowej adaptacji z 1989 roku, wiecie, że rozpływałam się głównie nad książką. Nie przypadkowo, bo film szczególnie mnie nie zachwycił. Nowa wersja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że można to było zrobić lepiej.

I tu, moi drodzy, mam świadomość, że znajduję się w mniejszości, bo już zapoznałam się z częścią komentarzy widzów, głoszących, że starsza wersja filmu podobała im się bardziej.

Jeśli o mnie chodzi to żałuję tylko wejściówki, powolnego przejazdu kamery po smętarzysku zwierząt i wypowiadanych cienkimi dziecięcymi głosikami opowieści o pochowanych tam zwierzętach, która to była obecna w filmie z ’89. To chwytało za serce. Co do całej reszty, moim skromnym zdaniem, a nie mówię tego często remake/readaptacja jest lepsza.

Przede wszystkim współcześni twórcy mieli większe możliwości techniczne, co ma odzwierciedlenie w lepszych efektach, zdjęciach etc. Niestety w mojej ocenie stara wersja mocno się postarzała. Aktorstwo jest na znacznie lepszym poziomie i co najważniejsze dialogi nie są tak spłycone. Z całym szacunkiem dla Pana Kinga, scenariuszy to on pisać nie umie. Jego gawędziarski styl, który doskonale sprawdza się na kartach powieści, nijak współgra z językiem filmu. 

Dużo ciekawiej prezentują się też same postaci głównych bohaterów. Motyw martwej siostry Rachel, nie pojawia się znikąd tylko jest obecny od początku. Bardziej wyraziste wydały mi się też relacje rodzinne, mimo, że całkowicie wycięto motyw teściów- w ekranizacji z ’89 też nie jest przedstawiony tak jak w książce i sprowadza się tylko do szopki na pogrzebie, więc myślę, że dobrze, że go tym razem pominięto zamiast wstawić tylko od oka.

Sam kot, na mój gust, jeden z ważniejszych bohaterów dużo bardziej przykuwa uwagę w nowym filmie. Nie tylko ze względu na ‘charakteryzacje’, a  na większą rolę jaką odgrywa w całej tej historii. Jego “słowa” kierowane do Louisa w książce to mój ulubiony fragment. Tymczasem miałam wrażenie, że jego postać w starym filmie prowadzono dość niekonsekwentnie. Miał tylko prychać i rzucać się na wszystkich.

Wreszcie   rzecz najważniejsza i tu mamy tęgi spoiler. SPOILER: Zarówno w książce jak i w jej pierwszej filmowej wersji na indiańskim cmentarzu w ślad za kotem zostaje pochowany Gage, trzyletni synek Creedów. To on powraca z martwych i to on dokonuje morderstw. O ile czytając książkę mogłam to sobie w ułożyć w głowie po swojemu o tyle w filmie wyglądało to… przekomicznie.

Zmuszenie dziecięcego aktora do zagrania małego zombie – mordercy z pewności nie było łatwe. Jego ekspresja w tych scenach wygląda groteskowo. Myślę, że twórcy nowej wersji filmu mieli tego świadomość. Nie wszystko da się przeskoczyć, dlatego postawili na… Eliie. Ośmiolatka (WOW w remake potrafi czytać, w oryginale, ośmiolatka była jeszcze daleka od tej umiejętności, co kazało mi podejrzewać, ze dzieciak ma jakieś dysfunkcje, albo King znowu infantylizuje;) – która powraca z martwych robi dużo większe wrażenie. Szczególnie z uwagi na jej wcześniejsze zainteresowanie tematem życia po śmierci. Także pod względem budowania dramaturgii całej sytuacji. To na relacji łączącej ją z ojcem bardziej skupia się scenariusz. Widać, że jest córeczką tatusia. W oryginale, tata wsadza ją w samolot i tyle ją widzimy. Obraz przeżyć rodziny po jej śmierci, a później jej powrocie zza grobu bardziej łapie za gardło, niż migawka kilku zdjęć z Gage’m, do której w gruncie rzeczy sprowadzono żałobę w “Smętarzu…” z ’89.

Zaś sama scena śmierci Ellie…  Ojciec pędzący na ratunek synowi, nie mający świadomości, że oto życie jego córki jest tak samo zagrożone… dla mnie bomba. Do tego sama rola Churcha w owej śmierci. Mocna rzecz. KONIEC SPOILERA.

Ostatnia sprawa: finał. Tu będę dyplomatą, bo ani w  jednej ani w drugiej wersji filmu nie przypadł mi do gustu;) Jeśli jednak ktoś wziąłby mnie na tortury i kazał wybrać to skłaniam się jednak do zakończenia ’89. Dlaczego? SPOILER: Trochę nielogiczne wydawało mi się, że w wersji ’89 Louis po raz trzeci popełnia ten sam błąd chowając kolejnego zmarłego na indiańskim cmentarzu. Mogę to jednak zrzucić na traumę graniczącą z obłędem. Natomiast martwi chowający martwych w wersji ’19 to już srogie przegięcie. KONIEC SPOILERA.

Pewnikiem nie znajdę głosów poparcia, ale stawiam na nowy “Smętarz zwierząt.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła: 8

Klimat:8

Napięcie:8

Zabawa:9

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

72/100

W skali brutalności:1/10

Piekło zbrodni

Detoks & Trans – Krzysztof Domaradzki

Tomasz Kawęcki jest komisarzem łódzkiej dochodzeniówki. Nie jest ani przykładnym obywatelem, ani przykładnym policjantem. Jednak jego policyjny nos, swoisty instynkt łowcy sprawia, że to właśnie jemu powierzona zostaje sprawa zabójstwa studentki. Detektyw zaczyna łączyć sprawę z inną zbrodnią sprzed lat. Prowadząc śledztwo nie cofa się przed zejściem w najciemniejsze rewiry miasta.

“Detoks” stanowi literacki debiut Krzysztofa Domaradzkiego, dziennikarza, który w swojej pracy jako redaktor magazynu “Forbes” pisze o bogatych i sławnych ludziach sukcesu. “Trans” jest jego kontynuacją owego debiutu.

Obydwie książki stanowią podręcznikowy przykład kryminału z detektywem w roli głównej. Już od czasów Sherlocka Holmesa wiadomo, że konwencjonalny portret detektywa nie sprzeda się. Dlatego też najpopularniejszy filmowi, czy literaccy śledczy to życiowi pomyleńcy, często działający na granicy prawa i posługujący się niebanalnymi metodami w swojej pracy.

Zaś owi sławni i bogaci, którymi otacza się w swojej pracy debiutujący autor to gotowe odlewy antybohaterów. Ludzi krańcowo zepsutych, zdegenerowanych , pozbawionych sumienia. Intryga jakiej zalążek zaprezentowano w pierwszym tomie nabiera rozpędu w drugim.

Obydwie powieści odniosły niemały sukces i zyskały sympatię czytelników. Mogę powiedzieć, że się temu dziwię i nie dziwię jednocześnie. Brzmi to cokolwiek dziwnie, ale już spieszę z wyjaśnieniem.

“Detoks ” i “Trans” stanowią przykład tego rodzaju literatury, która przypadnie do gustu praktycznie każdemu, kto gustuje w kryminałach. Autor nie eksperymentuje z formą, ani konwencją. Piszę bardzo sprawnie, radzi sobie ze zbudowaniem i rozwijaniem zagadki. Nie ma się do czego przyczepić.

Z drugiej jednak strony, nie ma też zbytnio nad czym się zachwycić. Nie znalazłam w obydwu książkach niczego co mogłoby je wyróżnić spośród tłumu. Główny bohater charakterystyczny, jest momentami mocno na siłę charakterystyczny. W budowie jego postaci dochodzi do przegięć, które zmniejszają jego wiarygodność. Podobne odczucie miałam względem czarnych charakterów. Trochę to dla mnie nazbyt zero-jedynkowe. Nie mniej jednak muszę przyznać, że nie przeszkadza to w czytaniu i zaangażowaniu w historię w takim stopniu bym  mogła powiedzieć: “Panu już podziękujemy”.;)

Moja ocena: 6+/10

Za książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Cudowny

Prodigy/ Prodigy: Opętany (2019)

Ośmioletni Miles Blume, jedyny syn Sary i Johna zaczyna przejawiać dziwne zachowania. Są one na tyle niepokojące, że Sarah postanawia udać się z nim do specjalistki. Ta skonsternowana opowieściami o napadach agresji chłopca i mówieniu obcymi językami stwierdza, że jest on nieprzeciętnie inteligentny, ale może się za tym kryć coś więcej. Tak Sarah trafia do Arthura Jackobsona, który wprowadza Milesa w stan przypominający hipnozę. W ten sposób odkrywa, że w ciele chłopca ukrywa się ktoś jeszcze.

Słysząc zapowiedzi tytułu, przeszło mi przez myśl, że będziemy tu mieli do czynienia z remake mało znanego obrazu z 2016  pod tym samym tytułem. Opowiadając Wam o tamtym filmie wspomniałam o tkwiącym w nim potencjale, nie do końca wykorzystanym. Jednak mimo wszelkich podobieństw- tytuł, główny dziecięcy bohater – są to dwa zupełnie oddzielne twory.

Horror Nicolasa Mc Carthy’ego to w sumie kolejny film grozy o opętanym dziecku. Mówię o tym wprost nie tylko dlatego, że polski tytuł krzyczy o tym wystarczająco głośno, ale też z uwagi na scenariusz, który nie stawia na element zaskoczenia w kwestii dolegliwości chłopca. 

Oczywiście nie jest całkowicie pozbawiony, powiedzmy twistów, ale są one dość jasną konsekwencją poprzedzających je wydarzeń i myślę, że ciężko tu mówić o efekcie zaskoczenia.

Co do ładunku grozy na metr kwadratowy, to wbrew temu co mogliście słyszeć o krzyczącej w niebo głosy widowni na sali kinowej nie znajdziemy tu wiele scen mogących zrobić tak silne wrażenie. Jeśli chodzi o mój osobisty odbiór to jedynie ujęcie ‘zmiany twarzy’ Milesa mnie ruszyło, cała reszta… cóż. Nie jest źle, ale nie mogę powiedzieć by był to horror z rodzaju autentycznie przerażających.

Może się jednak podobać, bo jakby nie patrzeć, filmy o ‘popieprzonych, złych dzieciach’ mają sporą rzeszę amatorów i sama do niej należę. To zdecydowanie plus. Z drugiej jednak strony: ile można? Czy pojawia się tu coś oryginalnego? No, nie.

Z czystym sumieniem daję jednak punkty za kreacje aktorskie, chłopca, matki i Jackobsena. Zdjęcia i cała reszta też bez zarzutów. Film ogólnie przyjemny, ale w pamięć szczególnie mi nie zapadnie.

Moja ocena:

Straszność: 2

Fabuła:6

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:8

Oryginalność:5

To coś:6

60/100

W skali brutalności:1/10

 

Nie daj żyć czarownicy

Inkub – Artur Urbanowicz

Dobiegający trzydziestki policjant Vytautus Cenauski, pół Litwin pół Polak, zostaje wysłany w okolice Suwałk by zbadać sprawę nietypowej śmierci pary staruszków.

Na miejscu przekonuje się, że jeden z domów w maleńkich Jodoziorach uchodzi za miejsce nawiedzone, co więcej okazuje się, że pasmo dziwnych zgonów ani nie zaczęło się ani nie skończyło na spopielonych starcach. Badając sprawę Vitek sięga do przeszłości wioski i zamieszkującej ją przed czterdziestoma laty czarownicy, Teresy Oś.

Ogromnie sobie cenię ostanie zainteresowanie rynku wydawniczego polskim folklorem i dawnymi wierzeniami. Chyba wszytko zaczęło się od Dardy i jego “Domu na wyrębach”. Nagle okazało się, że na własnym podwórku mamy masę interesujących antybohaterów, funkcjonujących w świecie horroru jeszcze zanim odkryto ich popkulturowy potencjał.

Artur Urbanowicz, z którym jak dotąd jakoś nie miałam styczności postawił na Czarownice. Mimo, że jeśli idzie o Polskę nie mamy tu takiej kopalni mitów jak Nowa Jerozolima za Oceanem, wygrzebał z tematu tyle ile się dało uzupełniając swoją historię o wiedzę jaką posiadali nieliczni badacze tego wątku.

Książka nie trąci kiczem, ani groteską. Jej atmosfera jest gęsta i mroczna jak w sennym koszmarze. Uroku sprawie dodaje miejsce akcji, Suwalszczyzna kojarząca się – przynajmniej mnie- jako polski koniec świata. Mała wioseczka i prości ludzie to bohater zbiorowy.

Akcja toczy się dwutorowo. Zawiera zarówno opis przebiegu bieżących wydarzeń, których bohaterem jest zakompleksiony glina – nie polubiłam typka – i retrospekcji sięgających lat ’70 XX wieku. Tu poznajemy rudowłosą Krysie, jej braci, ojca i sympatię, Czarka. W tej rzeczywistości odnalazłam się dużo lepiej, bo wiocha zabita dechami i zabobony to moje klimaty;)

Dzięki retrospekcjom poznajemy też główny czarny charakter czyli orędowniczkę diabła, staruszkę nazwiskiem Oś, oraz jej Inkuba. Tytułowy Inkub zaledwie przemyka po powieści, ale jego obecność jest cały czas wyczuwalna. Bardzo trafił we mnie opis tego, co ukradkiem podejrzał mały Antek… Jeśli chodzi o cały obraz działalności czarownicy, to nie bardzo mogę się wypowiedzieć, bo moja wiedza w temacie jest znikoma, ale z grubsza zgadza się to z tym co widziałam w serialu “Salem“;D.

“Inkub” to po trosze horror po trosze kryminał. Mamy tu więc zagadkę do rozwiązania. Z tym, kto stał za tragicznymi wydarzeniami czterdzieści lat temu autor nie krył się szczególnie, bo główną zagadką dnia jest to, za czyją sprawą zło wróciło do Jodoziorów? Kto jest nową czarownicą? Gdzie ukrywa się Inkub?

Generalnie nie mam większych uwag co do powieści, choć nie powiem bym paru rzeczy nie poprawiła. Zabrakło mi wyraźniejszego, mocniejszego opisu sądu nad czarownicą i ciekawszego rozwinięcia charakterystyki dla niektórych postaci. Moim zdaniem finał w porównaniu do rozwinięcia został dopchnięty naprędce, jakby autora przeraziła ilość nagromadzonego maszynopisu i stwierdził – o kurde, czas kończyć.  Za to epilog- miodzio;).

Książka na plus, choć w przeciwieństwie do niektórych czytelników, nie doszukiwałam się tu jakiegoś głębokiego przesłania dotyczącego istoty zła, a raczej złych ludzkich wyborów. Potraktowałam ją jako rozrywkę i tej rozrywki mi dostarczyła.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper