Miesięczne archiwum: Maj 2019

Druga wersja

Us/ To my (2019)

Kalifornia, lata ’80 XX wieku: Pewna rodzina spędza wieczór w lunaparku w Santa Cruz. Ich najmłodsza pociecha oddala się od rodziców i w czasie samotnego spaceru trafia do tajemniczego gabinetu luster. Wraca stamtąd całkowicie odmieniona, jakby przeżyła traumę.

Czasy współczesne: Czteroosobowa rodzina Wilsonów udaje się na wypoczynek do swojego domu letniskowego w Santa Cruz. Już pierwszego wieczora ich pobytu matka, Adelaide zauważa na podjeździe domu cztery osoby, a raczej ich cienie. Mąż, Gabe, postanawia przegonić intruzów z kijem baseballowym, ale jego wysiłki nie robią na nich wrażenia i intruzi wkrótce wdzierają się do domu Wilsonów.

Nowa produkcja Jordana Peele “To my” jest naturalną konsekwencją sukcesu jego pierwszego obrazu, nagrodzonego Oscarem za scenariusz, “Uciekaj.

Już po seansie z pierwszym filmem twórcy mogliśmy zyskać świadomość, że nie będzie on robił filmów typowych. Nie tylko całkowicie odżegnuje się od stawiania na pierwszym planie ‘białych’, ale i wyraźnie skupia się na kwestiach socjologicznych, uderzając jednocześnie w społeczną satyrę jak i w grozę.

Obecnie “To my” święci wszelkie triumfy, choć jeśli o mnie chodzi, bardziej przemówił do mnie minimalistyczny “Uciekaj”. W obydwu scenariuszach możemy doszukać się – of course– wątków społecznych – ale i nawiązań do klasycznych filmów grozy.

“Uciekaj” cholernie kojarzyło mi się z “Żonami ze Stepford“, w przypadku “To my” nasunęła mi się myśl o “Inwazji porywaczy ciał”. Oczywiście widzowie podrzucili jeszcze kilka innych tytułów, ale w ich przypadku chodzi bardziej o skojarzenia na poziomie realizacji- scenografia, rekwizyty etc. niż sam scenariusz.

“To my” podąża tropem konwencji home invasion, ale nie takiej typowej, jak w przypadku chociażby “Nieznajomych”. Motyw antagonistów każe nam myśleć raczej o sci-fi niż o thrillerze, czy zwykłym horrorze.

Właśnie w postaciach intruzów przypuszczających atak na dom Wilsonów tkwi cały filmowy trick.  W tym też tkwi finałowa niespodzianka. Nie da się ich przypadku omówić bez spoilera, a więc… SPOILER: Mamy tu do czynienia, nie inaczej, jak z sobowtórami. Mniej szczęśliwymi kopiami oryginalnych Wilsonów, którzy postanawiają wyjść z cienia, zabić swoje odpowiedniki i nie wiem, przejąć ich życie? A może tylko zemścić się na swój los, za to, że są tymi gorszymi, tymi w cieniu. KONIEC SPOILERA.

Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z bardzo wyraźnym wątkiem społecznych nierówności, których doświadczają mieszkańcy Stanów. (ba, i nie tylko) To ich metafora ujęta w scenariusz jest przyczyną krwawej łaźni, która staje się udziałem czteroosobowej rodziny (i sąsiadów).

A skoro już padło hasło: krwawa, mogę Was zapewnić, że jest … krwawo. Nasi intruzi uzbrojeni w złote nożyczki dźgają ofiary bez opamiętania, a i te bronią się jak mogą nie pozostając dłużnymi napastnikom. Pojawia się tu też sporo czarnego humoru, który nieco rozładuje napięcie kłębiące się wokół dokonywanej zbrodni.

Co do walorów technicznych to nikt absolutnie nie powinien mieć zarzutów. Film jest bardzo dopracowany w szczegółach, dynamicznie zmontowany, a i aktorstwu nie da się nic złego zarzucić.

Mimo wszystko, nie pieję z zachwytu nad filmem. Wolę bardziej nastrojowe opowieści grozy, ale jeśli miałabym melodię na coś z większym przytupem to poleciłabym samej sobie, właśnie “To my”.

Moja ocena:

Straszność:3

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:8

Zabawa:8

Zaskoczenie:7

Walory techniczne:9

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:7

70/100

W skali brutalności: 3/10

 

A kiedy ona cię kochać przestanie

Złota klatka – Camilla Lackberg

Faye żyje w złotej klatce zbudowanej przez jej męża milionera, Jacka. Jej jedynym zadaniem jest uszczęśliwianie go, ale i temu nie potrafi sprostać. Dręczona przez tajemnice ze swojej przeszłości nie dostrzega, że jej mąż też całkiem sporo przed nią ukrywa.  Kiedy jasne światło prawdy stopi pręty w jej złotej klatce Faye na nowo odkryje kim jest i do czego potrafi być zdolna.

Ktoś mądry powiedział, że nawet piekło nie zna takiej furii w jaką wpada wzgardzona kobieta;)

Nowa powieść ‘królowej szwedzkiego kryminału’ to początek nowej serii książek. Wcześniejszy cykl w całości rozgrywał się w małej nadmorskiej miejscowości Fjallbace, a jej główną bohaterką był pisarka Ericka, żona miejscowego policjanta. Tym razem Lackberg postawiła na wielkie miasto i ludzi sukcesu z Fjallbacki czyniąc jedynie rodzinną miejscowość bohaterki, z której ta uciekła we wczesnej młodości.

Faye skrywa sekret , który autorska zdradzi nam dobrodusznie w finale powieści. Nie jest on więc głównym przedmiotem sprawy. Skupiamy się raczej na tu i teraz. Śledzimy obraz rozpadu małżeństwa naszej bohaterki, jednocześnie odwołując się w retrospekcjach do samego początku jej znajomości z mężem. Gdzie w tym kryminał?

Nie będę Was czarować, że nie jest to babska książka, bo jest. Jednak nie z rodzaju tych ckliwych, jest wręcz feministyczna, a jej bohaterka to rasowa wojowniczka.

Wątki obyczajowe dominują w znacznej jej części, ale nie znaczy to, że całkiem odejdziemy od tematu. Brudne małżeńskie sekrety mogą być równie skomplikowane co kryminalne śledztwo.

Wciągnęłam się w tą historię bez reszty i bardzo cieszę się, że Lackberg otworzyła się na nowe możliwości, nowych bohaterów. Po kontynuację z pewnością sięgnę.

Moja ocena:9/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

Lepiej spłonąć

The Convent/ Herezja (2019)

Europa XVII wiek. Persefona, młoda kobieta, zostaje oskarżona o czary i skazana na śmierć. Przed wykonaniem wyroku ratuje ją tajemnicza zakonnica deklarująca zdolność ratowania upadłych dusz w swoim klasztorze. By uniknąć śmierci dziewczyna godzi się na dożywotnią izolację nie zdając sobie sprawy, że unikając stosu trafi do przedpiekla.

Tak, mamy kolejny horror o klasztorze i zakonnicach… Jako, że jest to dzieło twórcy Ponurego domu” i “Howl“, dwóch całkiem dobrych obrazów, mogliście żywić nadzieję, że wyróżni się poziomem zacierając złe wrażenia jakie pozostawiła po sobie “Zakonnica“, “The Devils Doroovay” czy “Zakon św. Agaty“. Płonne to jednak nadzieje, jeśli takowe faktycznie mogliście żywić. Film niczym się nie różni od bardzo słabych poprzedników, a jedyne dobre momenty możecie obejrzeć w dobrze nagranym trailerze. Trailerów, nie oglądam, ale akurat puścili w kinie, przed “Smętarzem dla zwierzaków“.

Odniosłam wrażenie, że nikt, ale to nikt nie przyłożył się do tej produkcji. Jakby twórcy przyjęli zlecenie, ma być horror o nawiedzonym klasztorze i sklecili coś na szybko, aby było.

Już sama postać głównej bohaterki, jej historia, dziurawa i mocno naciągana- temat rodziców- wzbudziła u mnie uniesienie brwi. Z resztą co by nie mówić, scenariusz jest pełen niekonsekwencji i tak naprawdę nie bardzo wiadomo co chcieli nam twórcy przekazać. A w ogóle, chcieli coś?

Tak jak wspomniałam, kilka niezłych, straszniejszych scen, możecie zobaczyć w trailerze, nie ma potrzeby mierzyć się z całym filmem, bo ta historia nie ma do zaoferowania nić ciekawego.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:5

Klimat:6

Napięcie:4

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:3

To coś:4

45/100

W skali brutalności:1/10

Patrz i giń

Nie otwieraj oczu – Josh Malerman

Malory i dwójka dzieci nazywanych przez nią chłopcem i dziewczynką opuszcza względnie bezpieczny azyl i udaje się w niebezpieczną podróż, która jednak daje jej nadzieję, na lepszy los dla niej i dzieci. Owa podróż to przeprawa przez rwącą rzekę na chybotliwej łódce z zasłoniętymi oczami. Kobieta może polegać jedynie na słuchu, swoim i dwójki czterolatków.

Jakie okoliczności zmusiły ją do tego? Czemu w jej świecie największym niebezpieczeństwem jest otworzenie oczu?

W końcówce ubiegłego roku platforma Netflix wypuściła w świat film z Sandrą Bullock pt. “Nie otwieraj oczu“. Film utrzymany w konwencji horroru z elementami sci-fisurvivalu odniósł nie mały sukces. Mniej więcej w tym samym czasie  polscy czytelnicy doczekali się wydania na rodzimym rynku powieści pod tym samym tytułem będącej jednocześnie pierwowzorem produkcji filmowej.

Z zasady jeśli chodzi o książkowe ekranizację przygodę z daną historią należy zaczynać od książki, nie filmu. W praktyce jednak często bywa odwrotnie z uwagi na to, że dopiero filmowa ekranizacja doprowadza do popularyzacji książki, o której wcześniej mogliśmy w ogóle nie słyszeć.

Mimo, że Josh Malerman wydał “Bird box” w 2014 roku, dopiero filmowa wersja tej opowieści doprowadziła do zainteresowania się tym tytułem polskiego rynku wydawniczego.

Tak więc, po raz kolejny dopuściłam się złamania zasady pierwszeństwa książki i najpierw obejrzałam film. Nie wiem, czy miało to korzystny czy niekorzystny wpływ na mój odbiór literackiego pierwowzoru. Powiedziałabym, że wpływ był w zasadzie żaden. Za wyjątkiem tego, że Malory miała dla mnie twarz sandry Bullock.

Autor powieści jest nie tylko pisarzem, zajmuje się też pisaniem scenariuszy i być może dlatego jego książka wydaje się gotowa do wyświetlenia na ekranie. Oczywiście występują subtelne różnice pomiędzy filmem a książką, ale jak to bywa w przypadku literatury i filmu, główną różnią jest mniejsza pobieżność w rozbudowie wątków w przypadku książki. Czytelnik ma szansę uzyskać wyjaśnienie na pytania, które zignorował film.

Prosty język książki sprawił, że czytało mi się ja równie lekko i bez wysiłku co śledziło wydarzenia na ekranie. Pytanie tylko, czy książka ma wiele do zaoferowania osobie, która już widziała film? Moim zdaniem warto po nią sięgnąć dla samej atmosfery jaką buduje. Napięcie, poczucie zagrożenia, nieuchronność pewnych wydarzeń. Wszystko to możemy odczuć dużo mocniej zagłębiając się w tekst i posiłkując własną wyobraźnią, niż bazując tylko na tym co oferuje ekran i głośnik.

Moja ocena: 8/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna owca

Kiedy byłem tam po raz pierwszy

Little Stranger/ Ktoś we mnie (2019)

Latem ’47 roku wiejski lekarz doktor Faraday zostaje wezwany do posiadłości Hundrets Hall by zaradzić dolegliwością młodej pokojówki. Po tej wizycie oferuje lekarską pomoc panu domu, młodemu dziedzicowi majątku Ayersów okaleczonemu Roderickowi, na co ten przystaje. Wkrótce Farady zostaje przyjacielem rodziny. Siostra Rodericka pozwala lekarzowi na zaloty, tymczasem jej ogarnięty traumą brat zwierza mu się, że rodowa posiadłość jest nawidzona.

“Little Stranger” to utrzymany w gotyckim klimacie ‘niby horror’. Dlaczego niby wyjaśnię później.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o powieść Sary Waters, znanej filmożercom chociażby ze “Służącej”. Reżyserem obrazu jest Lenny Abraham, któremu sławę przyniósł oskarowy “Pokój”. Zapowiada się nieźle, co?

Muszę jednak trochę przygasić entuzjazm potencjalnych widzów, bo mimo ogromnego potencjału jaki dostrzegam w tej historii wydaje mi się, że nie został on do końca wykorzystany.

I w sumie nie wiem gdzie leży tego przyczyna, być może niektóre opowieści rozkwitają jedynie w wersji papierowej?

Odniosłam wrażenie, że jako widz zostałam pominięta w łańcuchu informacyjnym i wiele ledwie dostrzegalnych elementów tej historii nie zostało należycie przełożonych na język filmu.

Co do ‘niby horroru’: Pojawia się sygnał jakoby dom miał być nawiedzony, ale zdaje się nikt nie drąży tego tematu i nikogo to szczególnie nie interesuje. Gotycki klimat, wręcz stworzone dla ghost story miejsce akcji, ale na tym koniec.

Nie zgniewam się, dramaty też lubię. Ale co z dramatem? Tu też mamy rzucony temat: Postać głównego bohatera, wiejskiego lekarza, zamkniętego w sobie starego kawalera. Facet wyraźnie ma obsesje na punkcie Hunters Hall, która zaczęła się jeszcze w jego dzieciństwie, w latach świetności domostwa i rodu, kiedy to jego matka pracowała tam jako pokojówka.

Teraz, dorosły już Faraday dostępuje zaszczytu obcowania z obiektem swojego pożądania. Jeszcze chwila i być może zostanie panem posiadłości żeniąc się z córką właścicielki. Na zgłębienie przypadku bohatera, nie macie jednak co liczyć, bo jest nieprzenikniony. Wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Pytanie czy nie zbyt wiele? SPOILER: Moim zdaniem Faraday skrycie nienawidził Ayersów. Odpowiadał za śmierć Susan, za zabicie Caroline i jej matki i za zamkniecie Rodericka w szpitalu. KONIEC SPOILERA.

Martwi mnie fakt, że niewielu widzów będzie chciało na tyle zagłębić się w tą historię by dostrzec jej tragizm. Użyte tu środki wyrazu są zbyt niepozorne by przykuwać uwagę od pierwszej chwili,  a w dodatku nie jest to kino zbyt rozrywkowe.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:8

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności: 0/10