Miesięczne archiwum: Czerwiec 2019

Gdy trup nie jest martwy

I’ll Take Your Dead/ Zabiorę twoje trupy (2018)

Wdowiec William mieszka na odludnej farmie wraz z dorastającą córką Glorią. Jego praca polega na pozbywaniu się zwłok na zlecenie ludzi, którzy zwykli po prostu podrzucać mu trupy do utylizacji pod dom. Gloria zdaje sobie sprawę z profesji ojca i tłumaczy ją sobie na swój sposób, ponad to wierzy, że zmarli nadal są obecni w jej życiu. Widuje ich w domu, nawiązują z nią kontakt.

Pewnego dnia jeden z trupów nawiązuje też kontakt z ojcem dziewczynki. Jak się szybko okazuje, nie jest to kwestia nadprzyrodzona, a zwykła fuszerka, której dopuścili się niedoszli zabójcy.

Muszę przyznać, że „Zabiorę twoje trupy” przykuwa uwagę tytułem;) Początek filmu może sugerować, że będziemy tu mieli do czynienia z ghost story   (jeśli odrzucimy interpretacje o traumie Glorii, której wynikiem jest widywanie ofiar pracy ojca).

Sprawy zmieniają bieg, gdy jeden z trupów okazuje się nie być trupem. Młoda kobieta podrzucona pod dom wraz z innymi zwłokami okazuje się być nadal żywa. William ma dylemat, czy podtrzymać ją przy życiu, czy dobić. Ów dylemat dzieli z córką, która początkowo gorąco namawia go do dokończenia roboty.

Tu film wchodzi w etap dramatu. Scenariusz poświęca sporo uwagi sylwetkom bohaterów, nie pozwalając sobie na jednoznaczności. Czy William jest zimnym skurwysynem, czy opiekuńczym ojcem? Czy Gloria ma kuku na móniu, czy jest po prostu samotna?

Finałowa rozgrywka to już thriller, bo jak wiadomo niezutylizowany trup może skomplikować życie.

Film jest całkiem zgrabny. Zakończenie było dość przewidywalne, ale jednak oglądało mi się go całkiem dobrze. Nie mogę urągać na niedoróbki realizacyjne, czy inną niestaranność. Pochwałą należy się też obsadzie, szczególnie najmłodszej aktorce. Nie jest to z pewnością produkcja, która wzbudzi zachwyt, ale jest… no, zadowalająca.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła: 7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność: 7

To coś:6

61/100

W skali brutalności: 1/10

Siostro

My sweet Audriana (2016)

Audriana Adare mieszka w wraz z rodzicami, ciotką i kuzynką w rodzinnej posiadłości na wsi. Dziewczyna jest całkowicie odcięta od świata zewnętrznego, przed którym chcą ją chronić bliscy.

Wszytko za sprawą tragedii do jakiej doszło przed laty, jeszcze przed jej narodzinami. Audriana nie jest bowiem jedynym dzieckiem swoich rodziców – kiedyś była jeszcze jedna Audriana, która została napadnięta i zamordowana.

Jedynym celem Audriany i jej rodziców jest uczynienie ją równie słodką i nieskazitelną jaką była jej… poprzedniczka. Wpojone lęki sprawiają, że dorastająca dziewczyna nawet chcąc wyrwać się z wiktoriańskiej rezydencji i jej duchów nie potrafi tego zrobić.

Z pewnością znacie najsłynniejsza powieść Virginii Cleo Andrews „Kwiaty na poddaszu”. Jeśli nie samą powieść, to którąś z jej ekranizacji. Być może słyszeliście też o jej kontynuacjach i innych rodzinnych sagach spisanych przez autorkę.

Andrews ma to do siebie, że nie pisze o normalnych rodzinach. Rody w jej historiach naznaczone są mrocznymi tajemnicami pilnie strzeżonymi murami wielkich rezydencji. Nie inaczej jest w przypadku rodziny Adare z powieści „Moja słodka Audriana”.

Samej powieści nie miałam okazji przeczytać, ale dziś opowiem Wam o filmie nakręconym na jej podstawie.

Porównań z książką nie będzie, ale już teraz mogę Wam powiedzieć, że jeśli zamierzacie poznać obydwie wersje, zacznijcie od książki.

Film jest produkcją telewizyjną i jest to wyczuwalne. Aktorstwo nie najwyższych lotów, toporne dialogi, brak głębi, po którą aż prosi się sięgnąć w przypadku tej historii.

Mimo tego produkcję uważam za całkiem niezłą. Ma ciekawy klimat dzięki lokalizacji akcji, scenografii i przede wszystkim pomysłowi zawartemu w scenariuszu.

Historia Audriany i jej rodziny jest nieźle pokręcona. Wyczuwam szóstym zmysłem, że film ją trochę spłaszcza, nie mniej jednak przykuwa uwagę. Co ważne mamy tu do czynienia z dużym fabularnym twistem, który odwraca całą historię do góry kołami. Czy był on jednak potrzebny, czy nie jest zbyt naciągany? Ocenicie sami, ja mam w tej kwestii pewne wątpliwości. Z jednej strony uważam takie zagranie za iście diabelski przewrót, z drugiej myślę, że Andrews trochę popłynęła z tematem. Myślę jednak fani jej twórczości obcując z tą opowieścią będą się czuli jak ryba w wodzie.

Największy ciężar spoczywa tu na obrazie rodzinnego dramatu. Audriana, która żyje w zamknięciu, bez poczucia upływającego czasu od razu wzbudzi współczucie. Jej rodzice wydają się złowrogo szaleni do tego stopnia, że można ich posądzać o największe zwyrolstwo. Do tego dziwna ciotka, wredna kuzynka i ukochany zza płotu.

W roli Audriany zobaczymy śliczną jak stokrotka Indię Eisley. Bez dwóch zdań dostałą tą rolę za urodę, choć aktorsko też jakoś tam sobie radzi. Śledziłam jej poczynania z zainteresowaniem, więc chyba mogę to odnotować na plus.

Na minus, zdecydowanie zbyt duża liczba uproszczeń, schematów i skrótów myślowych. Historia na tym cierpi, ale całość trzyma pion. Niewiele tu horroru, postawiłabym raczej na psychologiczny dramat z elementami thrillera. Do seansu zachęcam przede wszystkim fanów twórczości autorki „Kwiatów na poddaszu”.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:7

Zaskoczenie:9

Zabawa:8

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:6

To coś:6

63/100

W skali brutalności:1/10

Co się dzieje, Motylku?

Ćma – Jakub Bielawski

W cieniu gór sowich, w kotlinie Dzierżoniowskiej dwie nastoletnie dziewczyny upijają się piwem i kiełkującym między nimi uczuciem. Jedynym świadkiem tego zdarzenia jest stara leśniczówka, w której według lokalnej legendy ojciec zabił swoje dzieci. Wygląda na to, że w tamtej chwili coś zaległo się w nich na dobre.

Bardzo ciężko jest mi stworzyć opis książki, która zmiotła mnie z powierzchni leżaka, na którym to celebrowałam lekturę.

Wiem, że mamy w Polsce dobrych autorów, ale kim jest ten Bielawski, co deklaruje konkubinat z kotami nie mam pojęcia. Wiem, że „Ćma” nie jest jego pierwszą publikacją, ale  jest bodaj pierwszą powieścią. W każdym razie wróżę mu kolosalną przyszłość. Jego styl w „Ćmie” jest tak daleki od mainstreamu, że nie jestem w stanie porównać go z nikim innym. Może trochę Murakami.

„Ćma” jest klasyfikowana jako horror, ba, horror o opętaniu i tu wszystkim wyświetla się obraz Lorrainne Warren tulącej Annabelle. Nic z tych rzeczy. Jest to horror, w którym pozornie nie ma nic spektakularnego. W początkowej fazie lektury nie byłam w stanie powiedzieć nawet o czym jest ta książka, dokąd zmierza. jedynie tyle, ze wciąga i się podoba. Może zadecydował o tym mój sentymentalizm. Czytając „Ćmę”  mogłam sobie powspominać nastoletnie czasy i kurczę, mimo, że nie zdarzało mi się wówczas rzygać ćmami, to bohaterzy książki z miejsca stali mi się bliscy.

„Krawat dziadka

Bardzo często przymierzam krawat

sprawdzam czy dobrze pasuje,

do żakietu

do szpilek,

do szyi

Małe dzieci przymierzają dorosłych, ich szminki,

buty,

i skóry

Ja czasem też przymierzam takie rzeczy,

kable od żelazka na przykład,

albo nowe noże kuchenne

i wannę.”

Nina i Kaja, dwie czołowe postaci są takie… zwykłe i niezwykłe za razem. Autor doskonale odtworzył pierdolnik rozgrywający się w nastoletniej głowie. To mega fascynujące, że hormonalnemu pierdolcowi nadał wymiar metafizyczny na tyle, że ciężko się połapać, w którym momencie mamy do czynienia psycho jazdą małolaty, a w którym z objawami opętania.

Oba światy doskonale się przenikają. Z małej mieściny leżącej u podnóża gór zrobiono przedpiekle, bardzo realne i bardzo fantastyczne jednocześnie, przyziemne i odjechane.

Co do stylu, powiem to jeszcze raz – robi kolosalne wrażenie – nie sądziłam, że można tchnąc tyle życia w opis brukowanych ulic.

Estetyka wydania, okładka, ilustracje w książce – mam nadzieję, że przyciągną rzeszę czytelników, bo warto. Wszytko stanowi kompletną i skończoną całość, która jak dla mnie pozbawiona jest wad. Czekam na więcej, panie Bielawski.

Moja ocena:10/10

Za książkę dziękuję wydawnictwu Vesper

Szare zwierciadło

Black Mirror/ Czarne lustro – Sezon 5 (2019)

Z uwagi na to, że olałam sprawę recenzji „Black Mirror – Bandersnatch” – przyznaję, nie obejrzałam do końca- postanowiłam się zrehabilitować i jak najszybciej napisać Wam o najnowszym sezonie. Nie spodziewałam się tylko, że nie będę mogła napisać wiele dobrego.

Sezon piąty, dostępny na Netflixie liczy sobie zaledwie trzy odcinki. I nie miałabym o tą skromną liczbę żalu gdyby były to kosy, jak w poprzednich sezonach. Owszem w każdym z czterech dotychczas wypuszczonych znajdywały się słabsze elementy, ale i takie na cześć, których można  zakrzyknąć z podziwem „ja pierdolę!”. W przypadku sezonu 5, jeśli ktokolwiek coś zakrzyknął to bardzo wątpię by był to wyraz zachwytu. A więc do rzeczy.

Odcinek pierwszy „Smithereens” traktuje o Uberze desperacie, który uprowadza stażystę pracującego w firmie obsługującej popularny portal społecznościowy. Bohater za wszelką cenę chce skontaktować się z jego pomysłodawcą/właścicielem. Kiedy w końcu do tego dojdzie będziemy mieć okazję usłyszeć smutną historię tego jak portal zniszczył mu życie.

No, cóż. Historia okej, ale czy ściska za jaja? Myślę, że nawet się do nich nie zbliża, choć nie powiem facet budzi współczucie. Ale nie o współczucie w „Black Mirror” chodzi. Moja ocena: 5/10

Odcinek drugi „Rachel, Jack and Ashley, too” to gratka dla fanów Miley Cyrus. Są tu tacy zapewne, przyznać się ;D

Mamy tu historię młodziutkiej gwiazdki pop i jej robociego odpowiednika. Ukazuje szpetotę i bezwzględność ludzi show biznesu i …. blabalabala. Banał. Nic mi się nie zjeżyło, nic mi nie stanęło. Moja ocena:4/10

Wreszcie odcinek ostatni, „Striking vipers”, który wydał mi się najbardziej pomysłowy. Oczywiście zabrzmi to banalnie jeśli powiem, że traktuje o zjawisku zatracenia się w cyber rzeczywistości gry komputerowej, ale jeśli dodam jeszcze, że zostaje to ukazane za pomocą pary kumpli, którzy nawiązują romans za pomocą swoich cyber postaci, to już nie brzmi to tak kulawo, prawda?

No więc, ten jeden odcinek mogę ocenić powyżej średniej. Moja ocena: 6/10

Co tu się podziało? Nie wiem. Chyba twórcy wytracili odbicie, może formuła się wyczerpuje, a może taśmowa rokroczna produkcja nowych scenariuszy po prostu nie sprzyja twórczej inwencji? A może rozsmakowali się w sukcesie i uznali, że rzeczywistość nie jest taka zła, nie ma co jej oczerniać;)

Ocena całości:5/10

W skali brutalności:1/10

Ostatnie zdjęcie

Polaroid (2019)

Bird jest nieśmiałą nastolatką, która pracuje w antykwariacie. Właśnie tam jej kolega znajduje stary aparat typu polaroid z lat ’70, który postanawia sprezentować dziewczynie. To właśnie jemu Bird robi pierwsze zdjęcie, a wkrótce po tym zabiera archaiczny sprzęt na domówkę. Tam uwiecznia na fotografii kilku znajomych i swoją sympatię Connora. Tego samego dnia do Bird dociera informacja o śmierci kolegi z antykwariatu. Dziewczyna szybko nabiera przekonania, że śmierć czeka każdą z osób uwiecznionych na jej zdjęciach.

„Polaroid” to nic innego jak kolejny teen horror, w którym złowroga siła próbuje wyeliminować grupę nastolatków. Tym razem zło tkwi w starym aparacie.

 

Jak na horror debiutanta technicznie jest całkiem niezły, ale brakuje to jakiegokolwiek powiewu świeżości, który mógłby wyróżnić go z szeregu jemu podobnych.

Mnie film skojarzył się nieco ze starszym i lepszym „Time lapses” i z … „Laleczką Chucky”. Drugi tytuł może Was zaskoczyć, więc już spieszę z wyjaśnieniem. Oczywiście podobieństwo w sferze opętanego przedmiotu to pierwsza rzecz, ale chodzi też o samą scenę, w której zło w ów przedmiot wnika. Generalnie jest to jeden z wielu wtórnych  elementów w tym filmie.

Praktycznie przez cały czas trwania seansu z „Polaroidem” miałam wrażenie deja vu i jakbym miała wyróżnić jakąś cechę charakterystyczną byłby mi ciężko. No, dobra, nie zabili aparatem psa. I chwałą im za to oczywiście. Zapunktowali.

Cała reszta to, no cóż… typowo manistreamowy pomysł, który stara się zaskoczyć widza, ale przez kurczowe trzymanie się ram nie ma na to szansy. Ogląda się go jednak przyzwoicie i jeśli chcecie zabić trochę czasu czymś niegroźnym, to będzie to bezpieczny wybór.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:7

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:7

Aktorstwo:6

Oryginalność:4

To coś:5

51/100

W skali brutalności:1/10

 

Druga matka

Greta (2018)

 

Młoda amerykanka, Frances, pracuje jako kelnerka w jednej w Nowojorskich restauracji i mieszka z przyjaciółką Ericą. W drodze powrotnej z pracy Fraces znajduje w metrze damską torebkę. Sprawdziwszy jej zawartość postanawia odnaleźć jej właścicielkę i zwrócić jej zgubę. Tak dziewczyna poznaje Gretę Hideg, starszą kobietę, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Współlokatorka, Erica, która jest sceptycznie nastawiona do tej znajomości ostrzega Frances, jednak dziewczyna musi przekonać się na własnej skórze kim właściwie jest Greta i jakie ma wobec niej zamiary.

„Greta” to nowy thriller twórcy wielu docenianych jak i kasowych produkcji Neil’a Jordana. Niestety nie mogę powiedzieć by jego najnowszy twór przystawał poziomem do chociażby „Wywiadu z wampirem„, który również nakręcił. Owszem, film może poszczycić się dobrą realizacją, czy gwiazdorską obsadą. Niestety zabrakło tu pierwiastka, który wyróżniłby produkcję spośród innych typowo mainstreamowych psycho thrillerów.

Z założenia scenariusz miał zaskoczyć widza proponując nam antybohatera będącego klasycznym wilkiem w owczej skórze. Niestety sprawa od początku jest przewidywalna, a widz dostaje tyle czytelnych sygnałów świadczących o typowości tej zrywki, że nie możemy sobie pozwolić na najmniejsze złudzenia w kwestii jej finału.

Portrety psychologiczne postaci są toporne, biją po oczach przewidywalnością i schematem. Kogo my tu mamy? Osieroconą przez matkę młodziutką dziewczynę, która w przypadkowej kobiecie odnajduje substytut matki. Mamy bystrą przyjaciółkę, która od początku wietrzy podstęp i w jednym zdaniu trafnie diagnozuje problem naszej głównej bohaterki. Wreszcie antagonistka, która wzbudza podejrzenia od pierwszych minut gdy pojawia się na ekranie, a bliższe jej poznanie – opowieści o córce- szybko zdradzają jej intencje wobec ofiary.

Nie jest to z pewnością produkcja, która zadowoli bardziej wymagającego widza. Owszem, ogląda się ją całkiem przyjemnie, ale nie budzi szczególnych emocji, ani nie zapada w pamięć.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:6

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:6

Zaskoczenie:5

Walory techniczne:8

Aktorstwo:7

Oryginalność:5

To coś: 5

54/100

W skali brutalności/1/10

Kolejna guwernantka w kleszczach lęku

The Turn the Scerw/ Tajemnica guwernantki (1992)

Nieśmiała i lękliwa Jenny zostaje zatrudniona jako guwernantka dwójki dzieci mieszkających pod opieką wuja w okazałej posiadłości. Na miejscu szybko ocenia, że zdrowie i życie dzieci jest zagrożone. Owym zagrożeniem mają być duchy zamieszkujące dom.

„W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa jest jedną z popularniejszych książek z gatunku grozy. Powieść parokrotnie była przekładana na język filmu, bądź służyła scenarzystom jako przedmiot fabularnych wariacji i źródło inspiracji.

W przypadku filmu Rusty’ego Lemorade mamy do czynienia z dość wierną adaptacją. Polski dystrybutor pozwolił sobie na zmianę tytułu, dlatego mimo wcześniejszych poszukiwań wszelkich możliwych filmowych wersji tej historii jakoś na tą akurat nie trafiłam. Czy straciłam wiele? Raczej nie. W porównaniu z pierwszą ekranizacją z roku 1961 wypada bardzo bladziutko. Natomiast co do tej 2009… Nie bardzo ją pamiętam:) Ale za to mogę rzecz, że jest lepsza od ‚wariacji’ pt. „Głosy w ciemności”.

Wierzę, że sama historia jest Wam znana, wszystkie niuanse z nią związane, i te z pod znaku horroru i te z pod znaku thrillera psychologicznego. W tej akurat wersji ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. To ogólnie produkcja raczej niższych lotów jeśli chodzi o realizację.

Moja ocena:

Straszność:1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:5

Zabawa:5

Zaskoczenie:4

Walory techniczne:6

Aktorstwo:6

Oryginalność:5

To coś:5

50/100

W skali brutalności:1/10

To zła energia

The House of Pine Street (2015)

Jennifer i jej małżonek Luke za radą apodyktycznej matki kobiety, opuszczają Chicago i wracają do jej rodzinnego miasteczka w Kansas. Wprowadzają się do nowego domu i tam oczekują narodzin pierwszego dziecka.

Jennifer traktuje przeprowadzkę jako stan przejściowy i wyczekuje powrotu do miasta. Jej mąż i matka gorąco wierzą, że zmiana miejsca dobrze zrobi Jennifer, której stan psychiczny drastycznie pogorszył się gdy zaszła w ciążę.

Wszyscy szybko przekonują się, że jest wręcz odwrotnie, bo Jen uważa, że w domu gnieździ się zła energia.

„House of Pine Street” to horror braci Keeling, dosyć anonimowych w filmowym świecie. Wspomniana produkcja nie przysporzyła im popularności, bo  choć krytycy chwalili obraz to ma rażąco niskie oceny jeśli chodzi o zwykłych widzów. Właściwie szczerze się temu dziwię. Widziałam nie jedno i z całą pewnością mogę powiedzieć, że widziałam dużo gorsze straszaki. Mogę wręcz stwierdzić, że film mi się podobał.

Nie mam żadnych zarzutów względem wykonania filmu. Technicznie stoi na całkiem przyzwoitym poziomie, aktorstwo jest okej a sam pomysł… Cóż. Jest to dość typowy film o nawiedzonym domu.

Zgodnie z mainstreamowym przykazem mamy tu młode małżeństwo z problemami, które pchnęły ich do zmiany miejsca zamieszkania. Owe problemy wiążą się ze stanem psychicznym ciężarnej kobiety coby sceptyczny widz mógł przypisać wszelkie nadprzyrodzone wydarzenia błędnej interpretacji splątanego umysłu kobiety.

Co więc przypadło mi do gustu? Po pierwsze scenariusz nie jest tak boleśnie schematyczny jak otaczającego go ramy. W wielu miejscach obraz ma odwagę wykroczyć poza nie.

Nasz bohaterka nie jest typowa. Nie wiem czy zauważyliście, ale większość ciężarnych kobiet w horrorach to radosne pingwiny, nawet jeśli dopada je huśtawka nastroju to żadna z nich o ile dobrze pamiętam nie traktowała ciąży jako niewygodnej wpadki (przecież wszystkie kobiety o tym marzą), a przeprowadzka do nowego domu to dla niej kara za to, że nie ma ochoty wejść w nową rolę.

Jej mąż siedzi pod pantoflem teściowej, co tez nie jest popularnym motywem.

W sąsiedztwie mamy tajemniczą kobietę, która jednak wcale nie gada jak nawiedzona, ale przykuwa uwagę ze smutkiem opowiadając o przypadłości swoich córek. No, córki też robią wrażenie. Nagle okazało się, że można straszyć innym zaburzeniem rozwojowym u dzieci niż autyzm;)

Pojawia się też wątek medium/jasnowidza, jak zwał tak zwał i tu też mamy odstępstwo. Żadnych egzorcyzmów, okadzania szałwią, mówienia językami etc. Pan medium urzekł mnie swoją pokorą w podejściu do tematu, a także świeżą jego interpretacją. No, dobra, Ameryki nie odkrył, ale obeszło się bez wyciągania z czeliści piekieł błyszczącego nowością demona;)

Brak słodko pierdzącego finału, jak i uniknięcie pokazowego dramatu też zasługuje na pewne wyróżnienie.

Podejrzewam, że w za sprawą imponującej fali bardziej rozreklamowanych filmów i Wam mógł umknąć ten tytuł. Z tego miejsca, mogę go polecić.

Moja ocena:

Straszność:2

Fabuła:7

Klimat:7

Napięcie:6

Zabawa:8

Zaskoczenie:6

Aktorstwo:7

Walory techniczne:7

Oryginalność:6

To coś:7

63/100

W skali brutalności:1/10

To nigdy nie jest ich wina

A Vigilante/ Strażniczka (2018)

Sadie uczęszcza na spotkania grupy wsparcia dla kobiet doświadczających przemocy domowej. To w czasie jednego z nich postanawia wykorzystać to, czego nauczyła się walcząc z mężem, by pomóc najsłabszym przedstawicielkom własnej płci. Jej metody w walce z mężczyznami tyranizującymi kobiety mogą wydać się kontrowersyjne, ale na pewno nie można im odmówić skuteczności. Z każdego kolejnego zadania Sadie wywiązuje się brawurowo, żaden męski odpad nie jest jej straszny. Żaden, po za jej własnym mężem…

„Strażniczka” to debiutancki thriller Sary Daggar- Nickson na podstawie jej własnego scenariusza, do udziału w którym zaangażowała charyzmatyczną Olivie Wilde.

Aktorka wciela się tu w postać kobiety mścicielki bezlitośnie wymierzającej sprawiedliwość damskim bokserom. Jej celem może nie tyle jest chęć odegrania się na tego rodzaju typach, co pomoc dla ich ofiar. Każdy z nich dostaje solidny wpierdol po czym ma opuścić dom, w którym do tej pory siał terror, stosownie zabezpieczając swoją niedawną ofiarę finansowo.

Na zmianę obserwujemy silną i niezłomną bohaterkę i jej załamaną nerwowo wersję, gdy zostaje sama w czterech ścianach motelu. Ładunek emocjonalny towarzyszący obserwacji obydwu wersji Sadie jest dość silny. Jeśli chodzi o mnie o to największe wrażenie, mające jednoznacznie negatywne konotacje, wywarła na mnie realizacja zlecenia u pewnej kobiety, matki dwóch chłopców – tak kobiety też mogą być sprawczyniami przemocy domowej. Aż się we mnie zagotowało. Chyba to po prostu kwestia stereotypu – facet sadysta jakoś nikogo już nie szokuje, ale żeby kobieta…matka. W każdym razie wydarzenia tu przedstawione mogą zrobić wrażenie, szczególnie na co bardziej wrażliwych widzach.

Przez dłuższy czas trwania filmu nie wiemy co doprowadziło Sadie to punktu, w którym obecnie się znalazła. Widzimy tylko jej blizny, te na ciele i te na duszy.

Kto był w stanie sponiewierać kobietę tak silną, tak waleczną? Albo inaczej: Co doprowadziło do tego, że taką właśnie się stała? Kim była wcześniej? Kim był jej oprawca?

W końcu poznamy Nemezis Sadie, jej męża. Jeśli tu spodziewacie się klasycznego dupka to Was powinien zaskoczyć. Z klasycznymi dupkami łączy go oczywiście powtarzane niczym mantra przerzucenie winy na kobietę: Widzisz do czego mnie zmusiłaś, suko ty? Całą reszta to wyższy poziom pojebania.

„Strażniczka” sprawdzi się jako dramat, szczególnie w pierwszej fazie rozwoju tej historii, ale i jako thriller gdy w końcu dojdzie do konfrontacji Sadie z wrogiem jej życia.

Przekonała mnie ta opowieść, jej formie też nie mam nic do zarzucenia. Film w sam raz żeby się podobać.

Moja ocena:

Straszność: 1

Fabuła:7

Klimat:6

Napięcie:6

Zabawa:7

Zaskoczenie:6

Walory techniczne:7

Aktorstwo:8

Oryginalność:6

To coś:6

60/100

W skali brutalności:2/10